Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio wydawnicze Milion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio wydawnicze Milion. Pokaż wszystkie posty
"Matka po sleeve. Walka z otyłością" Anna Rumocka-Woźniakowska

"Matka po sleeve. Walka z otyłością" Anna Rumocka-Woźniakowska

Otyłość uznawana jest za jedna z chorób cywilizacyjnych. Siedzący tryb życia, tanie, łatwo dostępne, przetworzone jedzenie nie sprzyjają utrzymaniu zgrabnej sylwetki. Kiedyś w jakimś reportażu usłyszałam stwierdzenie, że zdrowe odżywianie to przywilej bogatych. Czy na pewno? Coraz bardziej zwiększa się świadomość przyczyn otyłości i sposobów walki z nią. Poza takimi oczywistymi sposobami, jak ruch czy zadbanie o zdrowe nawyki, na pomoc przychodzi medycyna. Jej gałąź, zwana bariatrią, podsuwa rozwiązania dla tych, którzy mimo starań nie mogą uporać się ze swoją wagą i w związku z nią cierpią na różne zdrowotne przypadłości.

Anna Rumocka-Woźniakowska w książce „Matka po sleeve. Walka z otyłością” opisała swoje doświadczenia. Od najmłodszych lat była „przy kości”. Z wiekiem waga wymknęła się spod kontroli i osiągnęła ponad 140 kilo. Odbiło się to oczywiście na zdrowiu. Nadciśnienie, zaburzenia owulacji i trudność z zajściem w ciążę to tylko czubek góry problemów, z jakimi zmagała się autorka książki. Zdecydowała się na rękawkowe zmniejszenie żołądka tzw. sleeve, które rozpoczęło jej metamorfozę.

Ja ogólnie jestem na tak, żeby ludzie opisywali swoje doświadczenia, niezależnie czy to choroba, rozwód, bankructwo itd. Jeżeli ktoś ma coś mądrego do powiedzenia nich się tym podzieli, może komuś pomoże. I bardzo dobrze, że zrobiła to Anna Rumocka-Woźniakowska, tylko mam wrażenie, że podeszła do zadania nazbyt spontanicznie.

Teoretycznie swoją historię opisuje chronologicznie – dzieciństwo, dorosłość, starania się o dziecko, ciąża, zabieg i jego efekty – jednak, szczególnie na początku książki jej opowieść jest nieco chaotyczna, np. kiedy opowiada o przygotowaniach do operacji wspomina o spotkaniu z rehabilitantką. Nagle z czasu przed zabiegiem wskakujemy w czas po nim i następuje wywód o tym jak ważna jest habilitacja i jak ona wygląda. Inny przykład – we wstępie autorka stwierdza: „Wcześniej uważano, że problem jest związany z objadaniem się, brakiem ruchu, częstymi zwolnieniami lalkarskimi, sklepikiem szkolnym, gdzie można było kupić słodycze, albo genami. Dopiero teraz (…) zauważono w końcu ludzi. I wreszcie zakwalifikowano OTYŁOŚĆ do chorób!”* W takim razie chciałabym się dowiedzieć co tę chorobę powoduje, skoro wykluczyliśmy już gro przyczyn. W dalszej czyści książki Anna Rumocka-Woźniakowska przyznaje, że w jej rodzinie problem otyłości przechodzi z pokolenia na pokolenie, że – jako dorosła – miała niewiele ruchu, że próbowała diet, zmiany nawyków, ale nie udało jej się w tym wytrwać, że ważne jest dbanie o zdrowe odżywianie już najmłodszych.

Autorka powinna uporządkować myśli, zastanowić się o czym chce w kolejnych rozdziałach opowiedzieć i tego się trzymać. Taka spontaniczna paplanina powoduje bałagan, a nawet to, że sama sobie przeczy, co – mam nadzieję – pokazałam za pomocą przytoczonych przykładów.

Przy okazji tej publikacji chciałabym poruszyć jeszcze temat tolerancji. W żadnej mierze nie kwestionuję, że niektórym jej brak i że należy zaszczepiać ją już od najmłodszych lat. Mam jednak wrażenie, że to słowo jest często wypaczane, że są grupy osób, które podchodzą do niej roszczeniowo, a wręcz z braku tolerancji tworzą pretekst do agresji. Być może nie miałabym tylu przemyśleń na ten temat, ale niedawno skończyłam czytać esej „Między światem a mną”, gdzie autor pisze o dyskryminacji czarnych w Ameryce. Białych przedstawia jako bogaczy zamkniętych w swoich twierdzach. Jakby nie byli narażeni na akty gwałtu i przemocy. Bardzo mi się to nie spodobało.

Anna Rumocka-Woźniakowska w „Matka po sleeve” nie raz narzeka, że brak nam tolerancji wobec otyłych, że oceniamy po pozorach i nie współczujemy. A skąd bierze się brak tolerancji? Ja odpowiedziałbym z niewiedzy i stereotypów. Co więc zrobić, aby z nim walczyć? Edukować. Co zrobiła autorka w tym kierunku? Napisała książkę, powiecie. Oczywiście, tylko ja dodam książkę pełną roszczeń o tolerancję. Sąsiadka, która zapytała, czy pani Ania ma raka, bo tak nagle schudła – po co się wtrąca. Dziecko, które zapytało córki, dlaczego jej mama tak sapie – dobrze, że moja córka jej odpyskowała. Czy to jest postawa osoby, która apeluje o zrozumienie otoczenia. Zatrzymam się na moment przy tej sytuacji z dzieckiem. Może dobrze byłoby zaproponować, jak rozmawiać z dziećmi konkretnie o otyłości. Coś wam opowiem. Pewnego dnia, na spacerze córka komentowała co widzi: „O, tu rośnie bez. O, idzie kot. O, jaka duża Pani.” Czy ona powiedziała to złośliwie. Nie, stwierdziła fakt. Pani co prawda nie usłyszała tego komentarza, a dziecko nie drążyło tematu, ale jeśli by tak się zdarzyło.” Jak wybrnąć z takiej sytuacji? Jakich słów użyć żeby wytłumaczyć córce, dlaczego ta kobieta jest otyła? Takie wskazówki byłby ogromnie pomocne. Fantastycznie do zadania podszedł chociażby Arkadiusz Kasprzak, który w książce „Psoriasis Vulgarna” opisuje walkę z łuszczycą. On stara się zrozumieć skąd wynika niechęć do jego osoby, czego potencjalny rozmówca może się bać, a jego misją jest poszerzyć świadomość społeczną i obalić bariery strachu. U Anny Rumockiej-Woźniakowskiej nie czuję tej woli dialogu – oczywiście oceniam to przez pryzmat książki, którą napisała – a wielki żal do otoczenia, które nie akceptuje inności.

Pochwalam fakt chęci opisania przez autorkę swoich przeżyć. Zaburzenia odżywiania – zarówno otyłość jak i wychudzenie – to wielki problem i każda szczera relacja może nawet uratować czyjeś życie. Uważam jednak, że książka wymaga dopracowania zarówno przez autorkę, jak i zespół zajmujący się redakcją. Bałagan, błędy i, momentami, dość dziwny szyk zdania z orzeczeniem na końcu, który, podobno jest dopuszczalny, dla uzyskania ciekawego efektu literackiego – jak w staropolskiej księdze: „kanapkę z twarożkiem zjadła” – tutaj nie nie wiem, co miał na celu. Wymienione elementy nieco mnie irytowały, ale jak widzicie, rozpisałam się, jakbym opowiadała o opasłej antologii. Czasami tak jest, że pewne publikacje wywołują u czytelnika ogrom przemyśleń.

* Anna Rumocka-Woźniakowska,"Matka po sleeve. Walka z otyłością", Studio wydawnicze Milion, b.m., b.r., s. 10.

"Pobiegane z wiewiórkami" Aneta Staszewska

"Pobiegane z wiewiórkami" Aneta Staszewska

W baśniach spotykamy różne zwierzęta – znany jest kot w butach, wilk, który chce zjeść świnki, albo brzydka kaczuszka, która wyrosła na pięknego łabędzia. Rzadko się zdarza, że w bajkach ważne miejsce zajmują wiewiórki. Kiedyś nawet miałam znaleźć dla dzieciaków, które przychodziły na zajęcia do biblioteki coś o tych rudych maleństwach i to były żmudne poszukiwania. Teraz nie miałabym problemu. Wyjęłabym książkę Anety Staszewskiej pt. „Pobiegane z wiewiórkami”.

Jak na porządną baśń przystało znajdziemy w niej księżniczkę, złego doradcę i zamek, na który została rzucona klątwa. Gdzie w tym miejsce dla wiewiórek? Można powiedzieć, że one stały się ofiarami niecnych poczynań, a wraz z nimi ucierpiała natura.

„Pobiegane z wiewiórkami” to dość złożona historia. Zaczyna się, kiedy dziewięcioletnia Kinga wraz z rodzicami jedzie na półmaraton. Ma startować jej mama, a dziewczynka razem z tatą czekają w parku, aż wyścig się skończy. Dziewczynka obserwuje wiewiórki. Nagle jedna z nich przemawia do niej ludzkim głosem. Zwierzątko zaczyna opowiadać niezwykłą historię. Poznajemy studenta, który musi odnaleźć ogrodnika, który to odczyni klątwę. Ów ogrodnik musi znaleźć wskazówki od żyjącej jakieś 140 lat temu księżniczki i, przy okazji, dowiaduje się co wydarzyło się w przeszłości. Zastanawia mnie dlaczego autorka nie przeszła od razu do sedna sprawy. W sumie wystarczyło sprowadzić ogrodnika do zamku i pozwolić mówić księżniczce, a opowieść byłaby kompletna – biegaczy i studenta można by wymazać.

Nieważne. Aneta Staszewska napisała tę książkę tak, nie inaczej, a najważniejsze jest to, że płynnie przechodzi między wątkami i czytelnik się nie pogubi. Do opowieści wprowadza nas dziewięciolatka, jednak myślę, że można ją poczytać już z młodszymi dzieciakami. Jest w niej przygoda, a bohaterowie wykazują się odwagą, ale opisane jest to z ogromnym ciepłem. Bardzo ważne są ekotreści, czyli pokazanie, że każdy elementy ekosystemu jest ważny dla jego rozwoju. Muszę powiedzieć, że zostały genialnie przedstawione. Rola wiewiórek w przyzamkowym ogrodzie świetnie obrazuje ten problem.

Co najbardziej podobało się mojej córce? Oczywiście księżniczka. U mnie w domu mieszka 100% damy i takie baśniowe postacie robią na niej wrażenie. I to jest chyba w tej książce najważniejsze, że w formie bajki przemyca treści związane z ochroną środowiska, bo kiedy mały czytelnik fascynuje się przygodami mieszkańców zamku to mimochodem dowiaduje się czegoś ważnego.

"Miasteczko głodnych dusz" Thor Larsen

"Miasteczko głodnych dusz" Thor Larsen

„Głodne dusze włóczą się po życiu bez celu. Czasem wydaje im się, że nie mogą otworzyć tych albo innych drzwi, boją się zmian, a miliony krwinek niechętnie wykonują zlecone przez ich odrętwiały mózg polecenia. Ich wargi się poruszają, język coś rezonuje, wyślizguje jakieś słowa, które nie mają żadnego znaczenia. Gdzieniegdzie zostawiają okruchy siebie i rozpaczliwie szukają wyciągniętych ramion. Głodne dusze, nieudolne i niezdolne do zmiany, w ciszy krzyczą i tylko liście na wietrze są żywsze od nich.”1

Niektórzy ludzie żyją jak zombie. Wieloletnia rutyna pozwala im przetrwać kolejne dni. Wydaje im się, że wszystko jest w porządku, ale tak na prawdę są nieszczęśliwi, wypaleni, brak mi energii, pomysłu jak sprawić, żeby szczęście zawitało w ich progi.



Fabuła

Undredal to maleńka norweska miejscowość. Życie mieszkańców toczy się spokojnie. Zajmują się głównie hodowlą kóz i produkcją sera. Tą pozorną sielankę zakłóca brutalne morderstwo młodej dziewczyny, podobne do zbrodni sprzed 40 lat. Jakie sekrety Undredal odkryją policjanci? Czy głodne dusze dadzą radę nasycić swój wilczy apetyt? A może same staną się swoimi ofiarami?


Kryminał, który namieszał mi w głowie

Miasteczko głodnych dusz” wydaje się bardzo rozlazłe tematycznie jak na standardy kryminału. W toku śledztwa pojawiają się kolejni podejrzani. Autor skrzętnie buduje historię każdego z nich oraz ich relacji z zamordowaną dziewczyną. Śledztwo często zmienia kierunek, co sprawia, że powieść jest dynamiczna, ale miałam poczucie, że o winie kolejnych osób przesądzają słabe dowody. Trochę jakby policjanci za wszelka cenę chcieli znaleźć winnego i zakończyć sprawę.

Dużo uwagi autor poświęcił bohaterom. Można dyskutować, kto tu jest ważniejszy morderstwo, czy powiązane z nim postacie, zarówno podejrzani jak i i śledczy. Chyba dlatego ten kryminał był dla mnie taki dziwny. Bardzo długo nie rozumiałam po co Thor Larsen pisze o niektórych rzeczach, dlaczego konstrukcja tej książki jest taka rozbiegana. Czy zrozumiałam? Tak. „Miasteczko głodnych dusz” może poszczycić się doskonałym finałem – zaskakującym, spinającym powieściowe wydarzenia, a także dającym do myślenia (patrz cytat na wstępie). Jestem nim tak usatysfakcjonowana, że wybaczam to co wcześniej uważałam za niedoróbki fabularne.


Redakcja

Nie wybaczam natomiast wpadek redakcyjnych. Jest np. epizod kiedy bohaterka po raz drugi słyszy pewne fakty i jest nimi kompletnie zaskoczona. Jakby ktoś zapomniał, że zostały już ujawnione. Innym przykładem jest strona 310 gdzie 7 razy pada określenie „narzutka”. Od nadmiaru głowa boli, a nawet w głowie się kręci. Świerzbiły mnie ręce, żeby zakleić kilka „narzutek” i zastąpić je jakimiś synonimami.


Podsumowanie

Bardzo lubię porównywać fabułę książki do różnych przedmiotów, czynności itp. „Miasteczko głodnych dusz” kojarzy mi się z grą na flipperze. Śledztwo jest bardzo dynamiczne, okraszone wieloma zwrotami akcji. Miałam wrażenie, że policjanci odbijają się od kolejnych zeznań i dowodów trafiając w następnych podejrzanych i próbując wycelować w upragniony bonus. Czy w końcu w niego trafią? Tak, i to w jaki.

Jeżeli ktoś czytał kilka moich recenzji kryminałów, wie, że lubię jak są konkretne, skupione na sprawie, bez zbędnych wątków. Moja opinia o powieści Thora Larsena zachowywała się podobnie jak piłeczka we wspomnianym wcześniej flipperze – raz ocierała się o maksimum punktów, a innym razem spadała do otworu na dole planszy. Aż przyszedł finał i trafiłam w bonus. I to w jaki.

1 Thor Larsen, „Miasteczko głodnych dusz”, Studio wydawnicze Milion, b.m. 2020, s. 275.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger