„Fistusie i Generał w czarnym cylindrze” Filip Porębski

„Fistusie i Generał w czarnym cylindrze” Filip Porębski

Czy książka to atrakcyjny prezent? Ja wiem, że tu zaglądają sami książkożercy i bez wahania krzykną: „TAK!”. Jednak kiedy pomyślimy w kontekście dla dzieci – z pewnymi wyjątkami – nie będzie to pomysł numer jeden. Hania, bohaterka powieści „Fistusie i Generał w czarnym cylindrze” Filipa Porębskiego – jakoś szczególnie nie ciszy się z książki, jaką podarowała jej Pani Bez Domu na urodziny, ale docenia ten gest. W wolnej chwili, trochę z nudów zaczyna ją przeglądać. Nagle wokół dziewczynki zaczynają dziać się niesamowite rzeczy. Z książki wylatują dziwne stworzenia, a wraz z nimi przygoda. Hania dowiaduje się od nich, że jest wyjątkowym deckiem i w związku z tym czyha na nią tajemniczy Generał. Rusza w ekspresową podróż dookoła świata, aby stawić czoła wrogowi.

Hania dosyć szybko zdobyła moją sympatię. Mało jest takich osób jak ona. Dziewczynka nie boi się działać, kiedy widzi, że komuś źle się dzieje. W pierwszych rozdziałach pamiętała, aby poczęstować znajomą bezdomną kobietę kawałkiem urodzinowego tortu, a także stanęła w obronie kolegi w szkole. Szczególnie ta druga sytuacja wymagała od niej odwagi. Czytając „Fistusie...” pomyślałam sobie, że Hania mogłaby być wzorem również dla niejednego dorosłego.

W momencie, kiedy dziewczynka otwiera książkę zaczyna dziać się magia, a także akcja nabiera tempa. Dziwne Fistusie, wyglądające jak wielkie latające jaja, porywają dziewczynkę w wir przygody. Wszystko zaczyna dziać się bardzo szybko. Jak na mój gust, aż za szybko. Zauważyłam, że w pierwszej części książki córka nieco się nudziła. Pewnie zastanawiała się po są opisywane dane sytuacje i kiedy pojawi się obiecana – okładką i opisem – magia. I nagle dostała ją z całą intensywnością. Fistusie szybko opowiedziały kim są i jak Hania je wywołała. Wytłumaczyły dziewczynce, że jest wyjątkowa i – już, teraz, zaraz – musi pędzić pokonać Generała. Następnie szalona podróż przez Europę, aby wytropić przeciwnika. I szybki finał. Finał za jakimi ja nie przepadam, kiedy ni z tego, ni z owego bohaterka czuje – po prostu czuje – że w ten sposób pokona wroga. A ja zawsze czuję niedosyt po takich zakończeniach.

Powieść dla dzieci „Fistusie i Generał w czarnym cylindrze” prezentuje dobre wzorce. Podkreśla, że trzeba działać, kiedy drugiej osobie dzieje się krzywda. Przy czym Porębski słusznie zauważa, że osoby, które tak po prostu niosą pomoc, wstawiają się za kimś są wyjątkami, albo wyjątkowe – jak autor pięknie określa bohaterkę książki. To naprawdę zasługuje na wyróżnienie. Natomiast ja trochę żałuję, że nie została rozbudowana warstwa magiczno-przygodowa. Za szybko, za krótko, a przez pozostaje wrażenie, że za płytko. Niby dostajemy kompletną historię, ale jednak ta przygoda przemyka i nie daje nam się sobą nacieszyć.

[Egzemplarz recenzencki}

"Gwiazdy na włoskim niebie" Jill Santopolo

"Gwiazdy na włoskim niebie" Jill Santopolo

Włochy, miłości i okładka kojarząca mi się z „Pamiętnikiem” Nicolasa Sparksa. To pierwsze myśli związane z powieścią Jill Santopolo pt. „Gwiazdy na włoskim niebie”. Właściwie przeplatają się w niej dwie historie miłosne. Pierwsze uczucie rodzi się w powojennej Genuii. Ona córka krawca, on syn hrabiego. Dwa różne światy, które nie powinny się tak bardzo przeniknąć. Wątek numer dwa ma miejsce we współczesnym Nowym Jorku. Cass i Luca są w sobie bez pamięci zakochani. Planują ślub, ale pewne sprawy z przeszłości ich rodzin kładą się na nich cieniem. Obserwując te dwie pary będziemy się zastanawiać, czy miłość zwycięży?

Santopolo oddała w ręce czytelników nieco nostalgiczną historię miłosna (a właściwie historie, bo przecież są dwie). Pączek akcji ładnie są zawiązuje, ale tempo jego rozwoju jest umiarkowane. Mamy tu gamę przesympatycznych, ciepłych bohaterów którym raczej się kibicuje, a wszelkie kłody, jakie spadają przed ich miłością wywołują u nas smutek, oburzenie. Fabuła właściwie jest przewidywalna, a dokładniej przewidywalny jest finał – co jest dla mnie dość dużym mankamentem powieści tego typu – jednak autorka wszelkimi sposobami próbuje nam to zrekompensować. Przede wszystkim zgrabnie oddała klimat powojennych Włoch z różnymi dylematami społecznymi i politycznymi trapiącymi tamtych ludzi i przeplotła go z obrazem współczesnego Nowego Jorku z jego tempem i nowoczesnością, ale także wielokulturowością, bo i w Ameryce bohaterowie znaleźli włoskie pierwiastki.

Chyba przywołanie „Pamiętnika” Sparksa nie było przypadkowe, bo o o obu książkach mogę powiedzieć coś podobnego. Ładne historie, ale liczyłam na więcej emocji. Generalnie nie jest źle. Santopolo bardzo pomysłowo opowiedziała historie tych dwóch par. Zastosowała ciekawe rozwiązania fabularna, aby to wszystko spiąć i pokazać siłę miłości. Nawet taka zatwardziała czytelniczka, jak ja musi przyznać, że jest to piękne. Doceniam również pracę, jaką autorka włożyła z zarysowanie tła i klimatu, nastroju opisywanych miejsc. Natomiast trochę nużyła mnie przewidywalność tej powieści i jej melancholia. I żebyśmy się dobrze zrozumieli. „Gwiazdy na włoskim niebie” to bardzo dobra książka. Chyba po prostu ja potrzebuję bardziej...

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Ho! Ho! Ho! Święta!" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Ho! Ho! Ho! Święta!" Agnieszka Mielech

Jasełka, świąteczne przestawienia – zwał, jak zwał, jednak jest taki zwyczaj, że w szkołach i przedszkolach dzieci przygotowują z okazji Bożego Narodzenia, jakiś program artystyczny. Nie inaczej jest w szkole Emi. Jej przyjaciółka Flora bardzo pragnie dostać ważną rolę w przedstawieniu. Stresuje się przed castingiem, ale udaje jej się dostać do obsady. Tylko, że to nie jest ta wymarzona rola. Flora ma grać renifera, bo urzekła nauczycielkę komediowymi zdolnościami. Klub postanawia wesprzeć koleżankę i ramię w ramię wystąpić z nią w zaprzęgu świętego Mikołaja.

Świąteczna edycja cyklu „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn” zatytułowana „Ho! Ho! Ho! Święta! To rewelacyjna opowieść o wsparciu przyjaciół. Florę zjadają ambicje i stres. Tak bardzo chce dobrze zaprezentować się na castingu i podczas przedstawienia. Koleżanki i koledzy z klubu są z nią na każdym etapie. Pomagają się przygotować do przesłuchania, kibicują w jego trakcie, wymyślają, jak podnieść ja na duchu, kiedy dostaje – w jej mniemaniu – słabą rolę. To wsparcie jest ogromne. Widzi je też nauczycielka przygotowująca przedstawienie i je docenia.

Tacy przyjaciele to skarb. Zero rywalizacji, zazdrości, a zamiast tego pomoc i dobra zabawa. Bo czy musimy być perfekcyjni, aby coś dobrze wyszło? Agnieszka Mielech pokazuje w tej historii, że doskonałość nie zawsze jest w cenie, że są inne cechy, które sprawiają, że coś jest piękne, udane. Cudowna odsłona przygód Tajnego Klubu. Polecam przeczytać. Niekoniecznie tylko w okreśie świąt.

[Egzemplarz recenzencki]

"Szymek" Piotr Kościelny

"Szymek" Piotr Kościelny

Miał 15 lat i na imię Szymon. I miał dosyć. Rówieśnicy karmieni plotką i uprzedzeniami zamienili jego życie w piekło. Szymek nie prosił o pomoc. Cierpliwie czekał, aż tej cierpliwości mu zabrakło. Wybrał tory, pociąg, śmierć. Jego brat domyśla się co popchnęło Szymona do tak radykalnego kroku. Szuka zemsty. Jednak ona nie daje ukojenia, a prowadzi go na krawędź... dachu. Dwóch braci, dwa samobójstwa. Czy musiało dość do tej tragedii?

Powieść „Szymek” Piotra Kościelnego utrzymana jest w konwencji kryminału, ale ja mam wątpliwości, czy to na pewno to jest kryminał. Właściwie już od początku znamy zakończenie tej historii i dosyć szybko zaczynamy dowiadywać się, co było przyczyną desperackiego kroku tytułowego bohatera. Kolejne rozdziały przynoszą nam tylko coraz więcej szczegółów.

Mamy tu śledczego, owszem. I muszę nawet stwierdzić, że komisarz Żmigrodziki to bardzo udana postać, taki typ który świetnie sprawdza się w literaturze. Z jednej strony samotny, ale lubiany, a przyjaciele niby nie wtrącają się w to jak się stacza, ale dyskretnie się o niego martwią. Tak, dobrze przeczytaliście, pewne wydarzenie nie daje Żmigrodzkiemu spokoju do tego stopnia, że swoje myśli topi w alkoholu. Natomiast nałóg nie przysłania tego, że jest to inteligentny, a nawet nieco swojski, facet z honorem.

Jednak ja bym, chciała wrócić do Szymka i zastanowić się, czy my potrzebujemy Żmigrodzkiego, żeby historię nastolatka poznać. Nie, chłopak opowiada ją sam i to właśnie ta relacja smutnego, przerażanego nastolatka wywołuje w nas niepokój i sprzeciw. Kiedy jesteśmy świadkami kolejnych aktów dręczenia chłopaka zastanawiamy się, co one dają oprawcom. Dlaczego przez jedną plotkę przestali widzieć w koledze człowieka, dlaczego ta plotka uprawniła ich do przemocy. Opowieść Szymka jest też relacją o poszukiwani akceptacji. Widzimy, jak desperacko chwyta się wszelkich przejawów sympatii i jak bolą go odtrącenia.

Te dwie historie, Szymka i Żmigrodzkiego, toczą się niejako obok siebie. Nastolatek opowiada o sobie, a komisarz po znalezieniu ciała chłopaka zajmuje się innymi sprawami. Dwie historie, które nie są sobie kompletnie potrzebne, ale jakimś cudem zgrabnie funkcjonują obok siebie. Czy sprawia to, że obie są niezwykle wciągające? A może świetnie oddane tło lat 90-tych, które spaja je i dopełnia? Nie umiem tego rozsądzić. Mam kilka pomysłów, dlaczego Kościelny zdecydował się je połączyć w jednej powieści i żaden do końca nie usprawiedliwia takiego rozwiązania. Natomiast faktem jest, że – wbrew logice – ono działa, a my dostajemy w ręce kawał dobrej książki, w bardzo wyraźny sposób potępiającej nietolerancję. W mojej ocenie wszelkie pozytywne opinie na jej temat są uzasadnione. Sama nie mogłam się oderwać od czytania.

"Hala i Bas" Piotr Kulpa

"Hala i Bas" Piotr Kulpa

Czy pamiętacie jeszcze Alę i Asa z elementarza? Dziś, co prawda, nie o nich, ale elementarz też odegrał istotną rolę w tej historii. A był oto tak. Była sobie mała Hala, która miała dziadka. Dziadek potrafił pisać, czytać i opowiadać, a wnuczka uwielbiała go słuchać. Wspólnie przeglądali stary elementarz. Dziadek był też bardzo chory, ale w przypływie impulsu adoptował psa – wielkiego, puchatego psa o imieniu Bas. Czy – tak jak Ala i As – dziewczynka i pies zostaną najlepszymi przyjaciółmi? A jakże. Parzcież to pies jej i dziadka. Okej, innych domowników trochę też.

Powieść dla dzieci „Hala i Bas” Piotra Kulpy jest napisana z perspektywy pięcioletniej narratorki. Coś na zasadzie „świat dorosłych widziany oczami dziecka”. Nie wiem dla kogo taka famuła jest ciekawsza. Dla dzieci, za które ktoś zada niezadane pytania, czy dla dorosłych, którzy będą mogli spojrzeć na świat z perspektywy dziecka? Dla mnie, jako miłośniczki pierwszoosobowej narracji, takie rozwiązanie jest jak najbardziej na plus.

Kulpa porusza w tej książce dwa tematy. Po pierwsze pies jako pupil, ale też jako obowiązek. Temat jakże wdzięczy i lubiany przez większość dzieci, ale też opiekunów, bo w takich publikacjach jasno widać i zalety, ale też o czym musimy pamiętać decydując się na zwierzaka. Po drugie ważny jest wątek rodzinny i choroba dziadka, który jest dla Hali bardzo ważną osobą. Choroby, której wnuczka nie rozumie, bo po dziadku jej nie widać. Objawia się ona pewnymi spadkami formy staruszka, ale głównie zatroskanymi minami rodziców i kolejnymi upomnieniami, aby dziadka nie męczyć. Ale ta choroba jest i podsyca wzajemną troskę.

Wiecie dlaczego trio Hala, Bas i dziadek ma tak dobre relacje? Bo znajdują czas dla siebie. Czas, którego chyba nie maja za dużo patrząc na chorobę dziadka, jednak oni potrafią ten czas spędzać wspólnie i cieszyć się nim i tym, że są razem. Kulpa pokazuje, że nie trzeba bać się smutnych wątków, takich jak właśnie choroba, że można je przedstawić w atmosferze troski i radości. Bo właśnie radość wniesie Bas w życie Hali i jej rodziny.

[Egzemplarz recenzencki]

"Aktor. O sztuce życia w autentyczności" Don Miguel Ruiz

"Aktor. O sztuce życia w autentyczności" Don Miguel Ruiz

Erving Goffman publikacją „Człowiek w teatrze życia codziennego” spopularyzował pojęcie „teatru życia”. Czy na co dzień używamy masek i wcielamy się w określone role? Brzmi to nieco wyrachowanie, prawda. Jakbyśmy nie działali spontanicznie, a z premedytacją chcieli wywołać określone wrażenie. Ten sam temat porusza w książce „Aktor. O sztuce życia w autentyczności' Don Miguel Ruiz. Według niego nasze zachowania są wyuczona, są implikacją tego w jakim środowisku dorastamy i jak ono na nas działa, czego doświadczamy. Żyjąc w społeczeństwie uczymy się grać, dostosowywać do niego. Przyjmujemy określona rolę w grupie bądź sytuacji. Czy jesteśmy przywiązani do swojej roli? Czy możemy być też reżyserami i nadawać bieg wydarzeniom, a nie je tylko odgrywać?

Staję dziś przed nie lada wyzwaniem, bo mam przedstawić wam książkę, z której niewiele wyniosłam. Po „Aktora” sięgnęłam zaintrygowana tytułem – jednak autentyczność nie kojarzy się z aktorstwem – a także dobrze wspominając, przywołaną we wstępnie, pracę Goffmana. Niestety, w przeciwieństwie do socjologa, rozważania Ruiza mnie nie porwały.

Już po pierwszych zdaniach wiedziałam, że to nie jest styl pisania dla mnie. W opisie możemy przeczytać, że autor jest nauczycielem duchowym i – przepraszam za określenie – pisze jak nawiedzony. Ruiz pisze o sprawach codziennych i o tym, z czego one wynikają np. często wspomina, jak dzieciństwo warunkuje nasze zachowania, lub jak dziecko instynktownie przybiera określane role. Natomiast ta jego spokojna, nasiąknięta duchowością narracja sprawiła, że ja traciłam wątek, a teatralne metafory rozpływały się w toku wywodu.

„Aktor” jest czymś na pograniczu poradnika i publikacji psychologiczno-socjologicznej. Każdy z rozdziałów stylizowany jest na sesję podczas, której rozważamy nad jakimś obszarem teatru życia. Co muszę docenić, skupia się na czytelniku. Niby pisze dla mas, ale czytając ma się wrażenie pracy jeden na jeden. I to jest miłe. Czytelnik może poczuć się ważny i wyjątkowy. Jednak mnie trudno było wyłuskać z tej narracji konkretne porady poza dalszym rozważaniem pewnych kwestii. A do tego „biorąc udział” w sesji prowadzonej przez Ruiza czułam się zwyczajnie źle, nie na miejscu, a nawet nieco zagrożona. Moja twardo stąpająca po ziemi osobowość nie potrafiła odnaleźć się w jego uduchowionym stylu mówienia/pisania.

Z całym szacunkiem dla autora i jego zwolenników, jak kompletnie nie odnalazłam się w tej książce. Tu niestety konkret ginie w sposobie formułowania myśli autora i ja niestety nie mogę rozgraniczyć „jak” od „o czym” on nawija. A do tego to „jak” przyćmiewa i „o czym”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dom na skraju magii" Amy Sparkes

"Dom na skraju magii" Amy Sparkes

Dla Dziewiątki to był kolejny dzień, który miała tylko i aż przetrwać. Sierota wyszła na miasto, aby szukać łupów dla swojego opiekuna. Co tu dużo mówić, Dziewiątka to pospolita złodziejka. I ukradła. Ukradła torebkę, a w niej malutki domek. Kiedy zapukała do jego drzwi, domek magicznym sposobem urósł. Okazało się też, że w nim ktoś mieszka. Młody czarodziej i jego kompani proszą Dziewiątkę o pomoc w złamaniu klątwy, jaka została rzucona na ich dom. To już jest dużo za dużo dla stąpającej twardo po ziemi dziewczyny, a to dopiero początek niezwykłych rzeczy, jakich ona doświadczy.

Dziś chciałabym wam opowiedzieć o książce „Dom na skraju magii” autorstwa Amy Sparkes, pełnej magii przygodowej powieści dla dzieci i młodszej młodzieży. O książce, która swoim szaleństwem przypomina mi trochę „Alicję w Krainie Czarów”, bo mijając drzwi magicznego domu bohaterka musi być przygotowana na wszystko. Gadająca łyżka, szafka, która nie chce wydać herbaty, bezdenny pokój na rupiecie, wędrująca toaleta – w tym domu strach cokolwiek dotknąć, bo nie wiadomo co może się wydarzyć. Pomysłów na nieco figlarne zastosowanie magii Sparkes miała co niemiara. Z jednej strony to szaleństwo jest bardzo atrakcyjne, z drugiem czułam, że moja córka była nim zmęczona. Ona chyba wolałaby więcej akcji, przygody, a nie kolejne wręcz absurdalne sytuacje. Dlatego sięgając po tę książkę zastanów się co lubisz/co lubi twoje dziecko. Wkroczyć w przygodę, czy doświadczyć magicznego szaleństwa. Zresztą przygodę też (w końcu) znajdziemy w tej powieści, aczkolwiek dalej przesyconą czarami. Bohaterowie muszą działać niestandardowo. Jak Dziewiątka poradzi sobie w tych niezwykłych okolicznościowy?

Wypadało by poświęcić jeszcze kilka słów głównej bohaterce. Dziewiątka jest sierotą. Kiedy była malutka została przygarnięta przez gangstera Szmala. Ten niby się nią opiekuje, ale właściwie tylko po to, aby dziewczynka kradła dla niego kolejne przedmioty. Dziewiątka nie wie, co to miłość, bliskość, poczucie bezpieczeństwa. Funkcjonuje w trybie przetrwania. Ciągle musi być czujna. I to ona ma komuś pomóc. Ona, która nie wie, co to znaczy się o kogoś zatroszczyć. Początkowo kierują nią wyłącznie egoistyczne pobudki, jednak w tym zadaniu będzie musiała poświęcić też cząstkę siebie, a także zobaczy swoją wartość i możliwości.

Czytając „Dom na skraju magii” miałyśmy z córką starcie gustów. Ja byłam zachwycona magicznym domem. Chciałam po nim spacerować i zaglądać do kolejnych kątów. Ona czekała na rozwój akcji i była niezbyt zainteresowana tym, co kryje się w kolejnych pomieszczeniach. Dlatego moja opinia, o tej książce brzmi: „nie polecam, nie odradzam”. To wy najlepiej czujecie, jakie akcenty cieszą was w literaturze. Po raz kolejny przywołam „Alicję w Krainie Czarów”, bo myślę, że szczególnie początek tej powieści bardzo ja przypomina. Wkraczając do magicznego domu musicie być gotowi na wszystko.

[Egzemplarz recenzencki]

"Berlin. Błyski światła w mieście mroku" Beata i Paweł Pomykalscy

"Berlin. Błyski światła w mieście mroku" Beata i Paweł Pomykalscy

Berlin na przestrzeni dziejów rósł w znaczenie, aż stał się stolicą Niemiec. Miastem ważnym, w którym odbiły się idee, które brało udział pisaniu historii. Nie uchodzi on za piękny. Beta i Paweł Pomykalscy w publikacji „Berlin. Błyski światła w mieście mroku” piszą wprost: „Berlin jest toporny i szorstki”1. Zauważają nawet, że „nawet romantyzm przybrał tu dość gruboskórna formę (…)”2. I właśnie ta gruboskórność jest źródłem charakteru Berlina. Jednak, pomimo że autorzy zaczęli niezbyt urokliwie, udało im się wyciągnąć z Berlina piękno. W swojej książce pokazali nam rożne miejsca, które może czasami pasują „jak pięść do nosa”, ale każde z nich jest cząstka tego miasta.

Wow, wow i jeszcze raz wow. „Berlin...” jest trzecią publikacją z serii „Oblicza świata”, którą miałam okazję przeczytać, i jak dotąd najciekawszą. „Winna” jest temu Beta Pomykalska, która potrafi pięknie pisać o miejscach i która sprawia, że nawet pewna toporność niemieckiej stolicy jest poezją. Publikacja jest czymś pomiędzy przewodnikiem, a reportażem. Przedstawiono w niej miejsca, ale niekoniecznie (albo nie do końca) w kontekście atrakcji turystycznych. Tu zrobiono wiele kroków dalej. Pomykalscy nie tylko je opisali oni oddali ich znaczenie i ducha. I ta mozaika rożnych miejsc, kawałek po kawałku, składa się na Berlin. Taki nieco „pozlepiany”, pełen kontrastów i warstw, skomplikowany.

I mnie się ten Berlin u boku Pomykalskich fantastycznie odkrywało. Zasłuchałam się w jego historię niczym dziecko w bajkę. Kroczyłam przez niego spokojnym spacerem. Miałam czas patrzeć, odczuwać. Berlin jest doskonałym przykładem, że miasta mają swoją historię, ale też duszę. Że to nie tylko miejsca, ale w tych miejscach kryją się wspomnienia minionych czasów i ludzi. A Pomykalscy w pięknym stylu o nich przypominają.

1 Beata i Paweł Pomyklascy, "Berlin. Błyski Światła w mieście mroku", wyd. Bezdroża, Gliwice 2025, s. 5.

2 Tamże.

[Egzemplarz recenzencki]

"Agatha Syndrome" Hector Kung

"Agatha Syndrome" Hector Kung

Kiedy Max poznał Agathę wszystko się zmieniło. On znalazł swój ideał, a ona... Ona pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, jednak nie jest to początek romantycznej historii. Summa summarum Agatha złamała Maxowi serce. Okazała się piękną egocentryczną formą. Co z tego jeżeli to spotkanie zaważyło na całym życiu mężczyzny, a obraz Agathy pozostał na zawsze niedoścignionym ideałem piękna. Teraz Max pracuje w elitarny szwajcarskim banku. Jeden z klientów zwraca się do niego z nietypową prośbą. Obiecuje bogactwo w zamian za odlezienie pewnego przedmiotu. Max prosi o pomoc dwójkę przyjaciół. Wspólnie wyjeżdżają do Polski w poszukiwanie lepszego jutra. Jednak zanim je znajdą będą musieli przejść labirynt przygód, labirynt pamięci, labirynt uczuć.

Hector Kung (pseudonim) w „Agatha Syndrome” zawarł elementy obyczajowe, psychologiczne i przygodowo-kryminalne, natomiast styl w jakim została napisana książka przypomina literaturę piękną. Autor ładnie formułuje myśli. Prowadzi czytelnika krętymi ścieżkami dygresji przez opowieść pełną refleksji. Zagłębia się w odczucia głównego bohatera. Nie spieszy się, daje mu czas się wygadać. Widać też, że Hector Kung trzyma „słowo” w ryzach. I tak jak niedbalstwa nie pochwalam, to tu miałam wrażenie, że autor włożył aż nadmiar energii, żeby „doszlifować” język powieści i emocje bohaterów, żeby w tych zdaniach ukryć dla czytelnika jakieś perełki.

Sprawia to, że w tę historię trudno się „wchodzi”. Kompozycja jest w porządku: dowiadujemy się kim była Agatha, następnie lepiej poznajmy Maxa, a potem zostajemy razem z nim wprowadzeni w przedmiot misji. Tempo akcji jest nieśpieszne, a akcent przesunięty jest na myśli, na emocje. Natomiast inne wątki nieco ożywiają fabułę elementem przygody. Że tak powiem: „Jest na czym oko zaświecić”. Jednak wrócę jeszcze do języka, bo „Agatha Syndrome” wymaga o nas ciągłej czujności. Nie możemy tu poddać się fali. Ciągle nam w głowie dzwoni, że musimy czytać uważnie, bo coś nas ominie.

Wdzięczne i niewdzięczne jest również tło. Szwajcarski bank, elity (albo stare bogate dziady, jak kto woli), a wśród nich chłopak który pragnie dużo. Czy miłosne rozczarowanie sprawiło, że Max chce więcej. Niedościgniony ideał wywołał w nim pragnienie doskonałości? Czy obiecana fortuna pomoże mu się do tej doskonałości zbliżyć? Mamy tu możliwość rozwinięcia wielu tematów i pogrzebania w psychologii postaci. Natomiast nie jestem pewna, czy autor dobrze się z tym tłem czuje. Wyczuwam pewną, trudną do opisania „sztywność”. Jakby bohaterowie ciągle chodzili wyprostowani jak struny.

„Agatha Syndrome” ma kilka plusów i minusów. Lubię elementy psychologiczne. Postać Maxa co prawda jakoś szczególnie nie zapisała się w moim sercu, ale i tak ciekawie było pogrzebać w jego głowie i spróbować go rozpracować. Sprawa, którą bohater miał „załatwiać” całkiem fajnie intryguje i zachęca do odkrywania kolejnych etapów tej historii. Natomiast narracji brakuje luzu i ja też mimowolnie spinałam się podczas czytania. Do tego autor wymusza na nas nas ciągłe skupienie, rozważanie słów, co może zmęczyć jeśli sięgniecie po powieść np. nieco zmęczeni.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

"Sekret wielkiego mistrza" Agnieszka Stelmaszyk

"Sekret wielkiego mistrza" Agnieszka Stelmaszyk

Kiedy książę Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do Polski, nawet nie przypuszczał, jak bardzo wpiszą się oni na karty historii naszego kraju. Jakie sekrety zostawił po sobie ten zakon? Jeden z nich będą mieli okazję odkryć bohaterowie cyklu przygodowo-historycznego autorstwa Agnieszki Stelmaszyk pt. „Kroniki Archeo”. Część ta jest wymownie zatytułowana „Sekret wielkiego mistrza”.

Zaskoczyła mnie ta książka, bo zaczęła się a Amazonii. I to jest bardzo ciekawe zagranie ze strony autorki. Nie wiem czy czytelne dla młodego odbiorcy, do którego przecież kierowany jest ten cykl, aczkolwiek nie mogę zaprzeczyć, że w ten sposób Stelmaszyk pokazuje, że historia to ciągłość. Że to co działo się w średniowieczu rozpalało też wyobraźnie ludzi w XX wieku i rozpala dalej.

W trakcie fabuły wrócimy do Polski, a potem zawędrujemy do Niemiec. Weźmiemy udział w turnieju rycerskim i zajrzymy do najciemniejszych zakamarków średniowiecznych zamków. Nie zabraknie tu też elementów przygodowo-sensacyjnych. Autorka po raz kolejny łączy wątki historyczne z wartką akcją. Mamy tu młodych bohaterów, a przede wszystkim pasjonatów, co ja bardzo lubię. Oni są wręcz zafiksowani historią i aż „palą się” na myśl o rozwiązaniu kolejnej zagadki. W to wszystko Stelmaszyk wplotła też wątki rówieśnicze, a także pierwszych wzajemnych fascynacji.

„Sekret wielkiego mistrza” sprawia wrażenie książki intensywnej (podobnie jak inne części cyklu „Kroniki Archeo”), ale to jest ogromny walor. Stelmaszyk stawiam na energie i tempo rodem z dobrych powieści sensacyjnych. Czytelnik zatraca się dzięki temu w – momentami niebezpiecznej – przygodzie, a przy okazji odkrywa ciekawostki z historii Polski i świata.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzieci Świętej Małgorzaty" Ante Tomić

"Dzieci Świętej Małgorzaty" Ante Tomić

Święta Małgorzata jest patronką kobiet ciężarnych. I właśnie w intencji spłodzenia potomka przybywa do pewnego dalmatyńskiego miasteczka zdesperowane małżeństwo. To tu mają się odbywać obchody ku czci świętej. Ich wątek przeplata się z innymi: syryjskiego imigranta, bankrutującego biznesmena, przedsiębiorczego policjanta mającego w planach sprzedawać ćevapy i mogącego poszczycić się piękną córką. Kibicuje im osioł pana Mikuli, który bezbłędnie potrafi wyczuć chemię między ludźmi i nie waha się głośnym rykiem obwieszczać o tym światu. Czy obchody ku czci świętej Małgorzaty będą owocne?

Ante Tomić swego czasu zauroczył mnie książka „Cud w Dolinie Poskoków”, więc bez wahana sięgnęłam po jego kolejną powieść, która na polskim rynku ukazała się dzięki oficynie literackiej Noir Sur Blanc. Ta zatytułowana jest „Dzieci Świętej Małgorzaty”. Chorwacki autor po raz kolejny serwuje nam satyrę i to nieco przaśną satyrę. I tu się na chwilę zatrzymam. Tomić pokazuje, że przaśność nie musi być wulgarna Że – pomimo iż – fabuła powieści kręci wokół robienia dzieci, można pisać o tym sympatycznie i zabawnie. Że seks może i jest tematem przewodnim, ale nie dominuje, nie przyćmiewa innych aspektów.

Miasteczko, w którym dzieje się akcja to takie miejsce, gdzie po prostu się żyje. Ludzie mają sporo wyrozumiałości wobec sąsiadów. Może nie zawsze rozumieją świat, ale biorą go takim jaki jest, nie komplikując sobie specjalnie życia. I ta prostolinijność urzeka czytelnika, a na satyrycznej kanwie tworzy swego rodzaju krzywe zwierciadło relacji międzyludzkich, miłości, kochania.

Po raz kolejny rewelacyjnie bawiłam się z książką tego chorwackiego pisarza. Tomić – trochę jak Mrożek – pokazuje, że satyra nie musi być skomplikowana. Ona nie musi przytłaczać czytelnika formą czy językowymi konstruktami. „Dzieci Święte Małgorzaty” to komedia pełną gębą. Komedia, która może być odświeżająca w świecie pełnym terminów i planowania. Czy jeszcze wiemy, co to spontaniczność?

[Egzemplarz recenzencki]

"Mopsorożek i śniegwinek" Matilda Rose

"Mopsorożek i śniegwinek" Matilda Rose

Do Sklepu z Magicznymi Zwierzętami trafia niesforne jajo. Księżniczka Ala dokłada wszelkich starań, aby je ogrzać, ale jest to bardzo trudne, bo na dworze panuje zimowa aura. Do tego przed zbliżającą się Gwiazdką jest sporo pracy. Między innymi trzeba wybrać prezenty dla najbliższych. Ala nie wie, co mogłaby podarować mopsorożkowi. Wszak jej pupil zasługuje na wyjątkowy prezent.

Pierwsza część opowieści kręci się wokół tego, kto wykluje się z jajka. Jego zachowanie i – nie ukrywajmy tego – tytuł obdziera ją z tajemnicy. „Mopsorożek i śniegwinek” - taka konstrukcja pasuje do innych tytułów z tego cyklu, jednak kiedy zestawiamy niechęć jajka do ciepła z tytułem, książki szybko domyślimy się, jakie zwierzątko wykluje się z jaja.

Na szczęście nie chodzi tu tylko o tajemnicę, która tajemnicą – de facto – nie jest. Matilda Rose, autorka cyklu, zwraca w nim uwagę na tzw. chemię pomiędzy pupilami i właścicielami. Śniegwinek to nietypowe stworzenie, czy znajdzie się osoba, która je pokocha? Obok autorka snuje wątek dwóch sióstr. Dziewczynki wszystko robią razem, jednak okazuje się, że to jedna z nich ma silniejszą osobowość i narzuca tej drugiej swoje zdanie. I tu dochodzimy do morału z kategorii „możemy się różnić, ale dalej się lubimy”.

Nie mogę zapomnieć jeszcze o trzecim wątku, czyli poszukiwaniach idealnego prezentu. Akcja tej książki dzieje się w zimowo-świątecznej atmosferze. A jej bohaterowie poświęcają dużo uwagi wyborowi tego najlepszego prezentu. Dla wielu z nas to trudne zadanie. Chcielibyśmy, aby prezent był wyjątkowy, jednak brak nam pomysłów. Na co zwróciły uwagę postacie z bajki o mopsorożku i śniegwinku? Czy znają dla nas jakieś wskazówki?

Jedni lubią ciepło, a inni wolą chłodek. I to jest normalne. Pomimo różnic możemy się wspólnie bawić, możemy darzyć się sympatią. Każdy jest inny, wyjątkowy i to jest piękne. Dzięki temu życie jest ciekawsze.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jednorożce. Książeczka aktywizująca"

"Jednorożce. Książeczka aktywizująca"

Mam dziś dla was zaproszenie do wyjątkowego miejsca. Odwiedzimy krainę jednorożców, gdzie czeka na nas mnóstwo zabawy. Lśniąca rozsypanka, bieg wśród gwiazd, rysowanie pałacu, super smakołyki, tęczowa kolorowanka, zabawa w deszczu i mnóstwo słodkości.

Warto od czasu do czasu proponować pociechom tzw. aktywności stolikowe. I tu znajdziecie właśnie propozycje na spędzenie takiego czasu. Zebrane łamigłówki to nie tylko zabawa, ale też rozwój. Rozwój koncentracji, kreatywności, logicznego myślenia, motoryki. Poza labiryntami, kolorowankami, wyszukiwaniem szczegółów itp. znajdziemy tu elementy do wypchnięcia, z których możemy zrobić gadżety z jednorożcami np. zakładkę do książki, ramkę, dekoracje. Nie mogę zapomnieć o cudownych, świecących w ciemności naklejkach.


Taka książeczka z łamigłówkami w świecie jednorożców to genialna sprawa. Z jednorożcami jest chyba trochę, jak z dinozaurami. Większość dzieci ma okres fascynacji nimi, a wtedy z przyjemność sięgną po taką publikację.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger