"Ludzka przystań" John Ajvide Lindqvist

"Ludzka przystań" John Ajvide Lindqvist

Ostrzegano go, aby nie szedł na ten spacer. Ktoś miał przeczucie, że stanie się coś złego. I stało się. Jego małą córeczka Maja po prostu wyparowała. Pozostały ślady na śniegu prowadzące do nikąd. Pogrążony w rozpaczy ojciec nigdy nie przestał myśleć o tym dniu. Czy ślady córeczki, które codziennie dostrzega są prawdziwe, czy podsuwa mu je chory ze smutku umysł.

Akcja powieści „Ludzka przystań” Johna Ajvide Lindqvista dzieje się na szwedzkiej wyspie. Jest to surowe i hermetyczne tło. Takie miejsca zawsze dobrze korespondują z samotnością. Potęgują poczucie straty, a obcowanie  naturą – tu dodać muszę w chodnej aurze – sprawia, że bohaterowie wydają nam się bezradni. Dodają jakiś dziki, pierwotny pierwiastek czyniąc człowieka malutkim. W przypadku „Ludzkiej przystani” w grę wchodzą też elementy nadprzyrodzone. Czy człowiek ma w ogóle szansę w takim starciu?

Swego czasu zakochałam się w prozie Lindqvista. „Życzliwość” zachwyciło mnie dawką emocji i przeraziło złą energią, jaka wypływała z fabuły. „Pozwól mi wejść” to w mojej ocenie majstersztyk powieści grozy. Powieść obszerna, a przy tym oszczędna i surowa. Co do „Ludzkiej przystani” mam mieszane uczucia. Z jednej strony straszna sprawa, świetne tło i klimat. Wątek robaka to „kremik na ciasteczku”. Z drugiej właśnie… tło. Szczegółowe spojrzenie na przyrodę. Opisy, które wręcz pozwalają nam odetchnąć miejscem akcji, chyba trochę zabierały uwagę od istoty tej historii. A może właśnie miały być jej częścią? Jednak nie wszyscy czytelnicy to lubią i ja jestem z tych, co raczej trochę nudzą się przy takich fragmentach.

Co do fabuły, jest ciekawa ale chaotyczna. W moim odczuciu autor trochę ją przekombinował. Serwuje nam sporo retrospekcji. Wątków jest dużo. Trudno uchwycić sens tej powieści. Do tego stopnia, że na początku zwątpiłam, czy nie czytam zbioru opowiadań. Ponad to sprawiają one, że powieść jest raczej melancholijna. Elementy grozy, które tak zauroczyły mnie w innych książkach tego autora, schodzą na drugi plan.

Lindqvista zawsze będę ceniła za klimatyczną grozę, jednak „Ludzkiej przystani” nie mogę zaliczyć do grona moich ulubionych książek. Zbyt melancholijnie, zbyt chaotycznie. Nie zaprzeczę, że ma ona rewelacyjne momenty, ale obok nich są też takie, że kompletnie odpływałam myślami. Przy autorze, który miał u mnie tak wysoko postawioną poprzeczkę, nie dziwi, że tę pozycję oceniam średnio.

"Kreatywne dziecko. 70 zabaw uczących myślenia poza schematami" Monika Rutkowska-Leśniewska

"Kreatywne dziecko. 70 zabaw uczących myślenia poza schematami" Monika Rutkowska-Leśniewska

Czasami na budowanie z klocków, albo na rysowanie mówimy pogardliwie, że to tylko zabawa. Jednak w takiej zabawie może kryć się ogromny potencjał. Jak pokazuje Monika Rutkowska-Leśniewska w książce „Kreatywne dziecko. 70 zabaw uczących myślenia poza schematem” wszelkie prace plastyczne, albo budowanie klockowych miast to bardzo rozwojowe zajęcia, jeśli damy tylko dziecku przestrzeń na eksperymentowanie. Zresztą – jak sugeruje tytuł – publikacja jej autorstwa to więcej takich kreatywnych zabaw. To wyzwania plastyczne i teatralne. Projekty do zrealizowania w domu i na zewnątrz. Kto ma ochotę wyjść poza schematy i zrobić coś kreatywnego?

Kreatywność to cecha, którą szczególnie cenię. Być może często kojarzy się ze sztuką, wyobraźnią, ale kreatywna osoba to też taka, która potrafi improwizować i szukać rozwiązań. We wstępie do „Kreatywnego dziecka” Rutkowska-Leśniewska szerzej opowiada o tym, dlaczego to ważna cecha dlaczego warto w nią inwestować. I ta publikacja jest swego rodzaju inwestycją. Czy 70 propozycji to dużo? Kiedy patrzymy na samą książkę może wydawać się nam niepozorna, jednak kiedy zaczniemy realizować te zabawy, przekonamy się jaki świetny czas z dzieckiem pomogą nam one zrealizować. Ba, przekonamy się, że wiele z tych aktywności można realizować na róże sposoby w zależności od tego, jaki mamy pomysł czy materiały.

Czyli mamy tu trening nieszablonowego myślenia. Owszem. I to trening połączony ze świetna zabawą. „Kreatywne dziecko” to książka pełna inspiracji. Rutkowska-Leśniewska daje nam pomysły, narzędzia pomagające pobudzić naturalną kreatywność. Bo tak, jak mamy mięśnie, tak jesteśmy korektywni. I tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Czy zostaniemy atletami oryginalnych pomysłów? Ćwicząc mamy na to duże szanse.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mój drogi zabójco" Alicia Gimenez-Bartlett

"Mój drogi zabójco" Alicia Gimenez-Bartlett

Jak długo można wypatrywać miłości? Kto jest bardziej zdeterminowany w szukaniu drugiej polówki, kobiety czy mężczyźni? Kto jest bardziej podatny na zranienie? Barcelona. Zostaje znalezione brutalnie okaleczone ciało kobiety. Obok niego leży liścik, który wskazuje na zemstę porzuconego kochanka. W toku śledztwa okazuje się, że ofiara była raczej spokojną samotniczką. Nie ma osoby, która mogłaby powiedzieć za dużo o jej życiu prywatnym. Kiedy zostaje znaleziona kolejna ofiara śledczy – Petra Delicado, jej partner Garzon i Robert Fraile z katalońskiej policji – zaczynają szukać podobieństw. Okaleczone w taki sam sposób zwłoki i pozostawiony liścik wskazują na tego samego sprawcę, ale co łączy ofiary? Obie to samotne kobiety po pięćdziesiątce, w których życiu nagle pojawił się tajemniczy narzeczony. Czy pragnienie miłości przyniosło im śmierć?

„Mój drogi zabójco” czyli niespieszny kryminał autorstwa hiszpańskiej pisarki Alicii Gimenez-Bartlett. Czy znacie mecenas Chyłkę z książek Remigiusza Mroza? Chyba mogę trochę do niej porównać Petrę Delicago. Inteligentna, władcza i sarkastyczna. Aczkolwiek Petra ma w sobie dużo więcej spokoju. Może dlatego, że jest dojrzalsza i wiele rzeczy sobie w głowie poukładała. Taka policjantka świetnie pasuje do sprawy, w której ofiarami są samotne, dojrzałe kobiety. Gimenez-Barlett poniekąd pokazuje, że człowiek nie jest stworzony do samotności. Jako tako sobie z nią radzi, ale będzie podejmował próby, żeby wyjść z tego stanu. Petra, jako kobieta dojrzała, świetnie nadaje się do rozważań, czy jej rówieśniczki są społecznie niewidoczne. Czy nie traktuje się je jako zdziwaczałe, niegroźne ciotki, którym życie się nie ułożyło?

Jak już wypomniałam jest to niespieszna książka. Gimenez Barlett nie epatuje sensacją. Jej śledczy mozolnie prowadzą śledztwo i jest w nim miejsce na prywatę, która całkiem nieźle spina się z fabułą. Tworzy to swoisty literacki mikroklimat, czyli spójną, dopracowaną na wszystkich frontach historię. Aczkolwiek zaznaczyć muszę, że i tematyka i osobowość inspektor Delicado są tak wyraziste, że zawłaszczają fabułę. Jest to o tyle ciekawe, że wzmacnia niewidoczność ofiar, ale też czyni z „Mój drogi zabójco” kryminał społeczny.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tataman i eksplodująca kupa" Arttu Unkari

"Tataman i eksplodująca kupa" Arttu Unkari

Najpierw wyleciała w kosmos ministra edukacji – i to siedząc na sedesie – a potem nastąpiła seria wybuchów. Codziennie jakiś obiekt zostaje wysadzany w powietrze, a sprawca bawi się z władzami w „kotka i myszkę” grożąc, że ostatnia będzie szkoła. Najpierw ministra edukacji, a na końcu szkoła? Co ten łobuziak ma do nauki? Dopaść go próbuje Tataman, niezbyt rozgarnięty policjant. A „po piętach depczą” mu jego córka Olga i jej przyjaciel. W młodych nadzieja. Czy dopadną szalonego naukowca, który sieje spustoszenie w ich mieście?

„Tataman i eksplodująca kupa” to książka dla dzieci 6+, aczkolwiek ja przeczytałam ją najpierw z moim starszakiem-przedszkolakiem, który lubi dłuższe historie. Junior docenił humor tej powieści, a kiedy jego siostra wróciła z wakacji zdecydowanie zachęcał ją, aby sama przeczytała tę książkę. „Zaczyna się spokojnie, ale potem się rozkręca” - pozwolę sobie zacytować syna. Swoja drogą skoro wystrzelenie sedesu w kosmos to dla niego spokojny początek, to chyba powinnam się martwić?

Jest to niepoprawna książka, ale z wartościowym morałem. Ministra edukacji zostaje wystrzelona w kosmos, nie dlatego, ze Arttu Unkari (autor) ma coś do niej personalnie, ale dlatego, że próbuje odpowiedzieć, po co chodzimy do szkoły. Dzieci na pewno często się nad tym zastanawiają, a niektórzy pewnie skrycie marzą, aby ktoś wysadził ich szkołę. W sens edukacji nie wierzy też naczelny złol z tej książki. Czy uda się go złapać i nakierować na dobrą drogę?

Jak już mówiłam: w młodych siła. Unkari postawił na absurd wysyłając w teren niezbyt rozgarniętego policjanta. Dzięki bogu jego córka potrafi „łączyć kropki” i delikatnie popycha śledztwo do przodu. Książka jest też pełna specyficznego, kupkowo-wyzwiskowego, humoru. Jest niepoprawnie – a może czasami niesmacznie – ale dzięki temu zabawnie.

[Egzemplarz recenzencki]

Łamigłówki, zdrapki i kolorowanki z pojazdami

Łamigłówki, zdrapki i kolorowanki z pojazdami

Czy wasze dzieci też uwielbiają obserwować wielkie pojazdy? Swego czasu, w drodze do przedszkola mijaliśmy z Juniorem plac budowy. Codziennie musieliśmy zatrzymać się na chwilę i popatrzyć, jak postępują prace. Za to nasza znajoma musiała wypatrywać, czy nadjeżdża śmieciarka, bo jej synek musiał osobiście wrzuci do niej swoje śmieci. Myślę, ze większość rodziców może opowiedzieć takie anegdoty, bo wielkie pojazdy mają w sobie coś niesamowitego. Teraz możecie się nimi cieszyć nie wychodząc z domu, bo w ofercie wydawnictwa MD Creativ znajdziecie dwie książeczki, które gwarantują gors zabawy z pojazdami.

Po pierwsze „Supermaszyny” czyli książka z zadaniami i wypychankami dla dzieci. Kolorowanki, labirynty, szukanie różnic i podobieństw, balujących elementów czy ukrytych słów. Mamy tu cały arsenał łamigłówek przedstawionych w ładnej, kolorowej szacie graficznej. Do tego wypychanki, czyli elementy z których można zrobić samochodowe pamiątki np. własny plac budowy, czy oryginalne liściki.


Książeczka numer dwa to „Samochody. Zdrapki i kolorowanki”. Tu muszę napisać, że jest to zabawa dla rodziców, którzy nie boją się bałaganu. Dziecko musi zdrapać warstwę czarnej farby, aby odkryć ukryty obrazek. Jest to bardzo ekscytujące (sama uwielbiam dzieciom w tym pomagać), ale potem trzeba zebrać paprochy, albo poodkurzać. Jak wskazuje tytuł znajdziemy tu też kolorowanki. To plansze A4, gdzie czekają na nas różne pojazdy. Można je pomalować tak, jak na zdrapce, albo według własnego pomysłu.

Ja nie mogłam sobie odpuścić tych książeczek. Wiedziałam, że Junior z przyjemnością zasiądzie do pracy z nimi. Zresztą nie pierwszy raz o tym piszę. Dzieci mają swoje zainteresowania, a my możemy je sprytnie wykorzystać. Jeżeli twoje dziecko też lubi obserwować wielkie maszyny, to wiesz, co mu kupić.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kurs rysowania dla każdego" Claire Watson Garcia

"Kurs rysowania dla każdego" Claire Watson Garcia

Czy jesteście z tych, którzy potrafią, czy nie potrafią rysować? A gdybym powiedziałam wam, że wszyscy to potrafimy? Że w każdym drzemie nutka artysty? Czasami trzeba ją tylko wydobyć. W tym chce pomóc nam Claire Watson Garcia i jej „Kurs rysowania dla każdego”. Sprawdzam, co ma do zaoferowania.

Przyznam, że już pierwsza lekcja mnie zaskoczyła. Autorka kazała nam wziąć kawałek drutu, pozginać go i odwzorować na kartce jego kształt. Dziwne, co nie? Ale to właśnie na kształtach każe nam się skupić Watson Garcia podczas pierwszych prób rysowania. Mamy obserwować i próbować przenieść te kształty na papier. Najpierw patrzenie, potem tworzenie. Rysunek to zbiór kształtów, a mamy mamy sobie te kształty wyobrazić i stworzyć z nich kompozycję.

Z czasem przyjdzie czas na doskonalenie techniki. Zresztą jest na to przestrzeń w kolejnych lekcjach. Studium twarzy, obwarowanie martwej natury – znajdziecie tu wskazówki, jak do tego podejść. Rysowanie ołówkiem, długopisem, a może węglem? Jak nadać rysunkowi charakteru poprzez cieniowanie? Ta książka to zbiór wskazówek, jak i praktycznych ćwiczeń.

Co ważne Watson Garcia też nas fantastycznie motywuje. Zachęca do kolejnych prób, wierząc, że każda będzie odrobinę lepsza, aż dojdziemy do wymarzonego poziomu. Dodaje to odwagi. Sprawia, że nie wstydzimy się swoich prac, że chcemy doskonalić swój warsztat.

Myślę, że to wartościowy kurs, który pomoże znaleźć własna drogę twórczą. Ona faktycznie jest dla każdego. Wymaga od nas tylko trochę chęci. A myślę, że skro już przyglądacie się tej książce to te chęci macie.

"Złe nasiono" William March

"Złe nasiono" William March

Czy człowiek rodzi się zły, a może taki się staje w efekcie życiowych doświadczeń? To bardzo wdzięczny temat dla literatury grozy i powieści psychologicznych. Zazwyczaj autorzy kreują bohaterów doświadczonych przez los. Szukają przyczyny, dlaczego stali ci się jacy się stali. Dlaczego zrobili coś strasznego. William March w powieści „Złe nasiono” prowokuje, bo jego bohaterka jest wychowana z miłością i troską. Jest dzieckiem ambitnym, z nienagannymi manierami i dorośli często ją chwalą. Jest też uroczą dziewczynką. Jednak kryje się w niej też coś demonicznego. Jest zimna i wyrachowana. Jak daleko jest w stanie się posunąć, aby dostać coś, o czym marzy? Kiedy podejrzenia matki zmieniają się w pewność, kobieta jest przerażona. Czy to możliwe, że jej kocha córeczka nosi w sobie złe nasiono?

March przenosi ciężar tej powieści właśnie na matkę. Ona dźwiga brzemię odpowiedzialności za dziecko i jego czyny. Ma dylemat, jak postąpić. Jest rozbita pomiędzy powinność, a miłość do córki. Czy dziewczynka jest manipulantką? Właściwe March nie daje na to dowodu. Rhoda w całym swoim zimnie jest spójną postacią. Ona analizuje i szuka najlepszej dogi do celu. Działa brutalnie, ale jest jeszcze dziecinna. Chociażby bardzo nieudolnie kłamie zmieniając wersję, aby tylko odsunąć od siebie podejrzenia. Jej mama na te kłamstwa nie daje się nabrać, ale nie wie, co ma zrobić z wiedzą, jaką posiadła. Boi się, że cokolwiek zrobi zaszkodzi córce, ale też ma świadomość, że ta jest niebezpieczna dla otocznia. Znajoma, która uczęszcza do dyskusyjnego klubu książki podpowiada jej hipotetycznie najlepsze rozwiązanie. I trochę byłam rozczarowana, że to właśnie je March wybrał, ale nie ukrywam że czułam iż ta opowieść do tego zmierza.

Jak już wspominałam March w tej książce prowokuje, poniekąd stawiając tezę, że genów nie oszukasz. Nasi przodkowie „odzywają się” w nasi trudno pokonać pewne zapędy. Rhoda ma przed sobą wszelkie możliwości, aby być cudownym dzieckiem. Otrzymuje wsparcie i materialne i psychiczne. Ale i tak jej bezwzględna osobowość bierze górę. Czy jak dorośnie zrozumie, co zrobiła? Nauczy się panować nad swoja mroczną stroną? A może pozwoli jej sobą zawładnąć? Czy bliscy wystraszą się dziewczynki, a może będą umieli jej pomóc? Nie na wszystkie z tych pytań odpowiada March w powieści „Złe nasiono”. A ty czytelniku, jaką drogę dla tej bohaterki widzisz?

Fantastycznie czytało mi się „Złe nasiono”. Książka powinna przypaść do gustu wszystkim, którzy lubią psychologiczne rozkminy, jak ja. Do tego odrobina horroru w postaci demonicznego dziecka i poruszająca perspektywa matki, której bezradność mocno się udziale. March naprawdę potrafi namieszać nam w głowach. A może jednak Rhoda jest dobrą manipulantką?

[Egzemplarz recenzencki]

"Tam, gdzie śpiewają drzewa" Laura Gallego

"Tam, gdzie śpiewają drzewa" Laura Gallego

A miało być tak pięknie. Księżniczka miała poślubić rycerza. Niestety. Źli barbarzyńcy najechali ziemię, które tamci zamieszkują i pokrzyżowali im plany. Zamiast ślubu przyszła woja i niewola. Księżniczka została oddana za żonę brutalnemu barbarzyńcy, a nie przystojnemu księciu. Jednak nie zamierza się ona poddać losowi. Ucieka, tam gdzie nikt się nie zapuszcza, do Wielkiego Lasu. Jakie tajemnice skrywają prastare drzewa? Czy ich śpiew pomoże znaleźć sposób na pokonanie złego króla?

„Tam, gdzie śpiewają drzewa” Laury Gallego to baśniowa powieść fantasy. Bohaterką jest księżniczka o imieniu Viana. Czy ta filigranowa dama ma zawalczyć ze złem, które nawiedziło jej krainę? Jak sobie poradzi? Autorka kreuje postać, której bańka ochronna nagle prysła. Dziewczyna znająca dobro i życzliwość musi nagle zmierzyć się z siłą, władzą i okrucieństwem. Viana przeżywa szok, że jej pozycja nic nie znaczy, a nowi władcy nie cofną się przed niczym, aby umocnić swoje wpływy na podbitych ziemiach. Buntuje się, a z tego buntu ma się wyłonić bohaterka. Bohaterka nieco idealistyczna, naiwna. Bohaterka, która chce działać, ale starsi i mądrzejsi muszą ją czasami ratować. Bohaterka nieco irytująca swoim głupim uporem, ale jakże dzielna.

Jak jest fantasy, musi być przygoda. I taka pełna pasji bohaterka świetnie tę przygodę napędza. Oczywiście, że irytowały mnie jej pochopne decyzje, ale też z wypiekami na twarzy obserwowałam, czy ta zdeterminowana pannica znajdzie sposób na obalenie złego króla. Irytowała mnie uległość jej narzeczonego i podziwiałam mądrość jej piastunki i Wilka, który nie musiał, ale zaopiekował się księżniczka i ją chronił (też przed jej pomysłami).

Wykorzystanie motywy drzew i ich głosów nie jest czymś nowym. Wierzenia celtyckie i słowiańskie są mocno związane z mocą natury. Prastare drzewa kojarzą się z mądrością, a ich szum można interpretować, jako podpowiedź. I – jak wspominała – ten motyw może nie jest nowy, ale mnie ciągle zachwyca i uspokaja. U Gallego las przeraża, ale jest też azylem, jak i drogą do wolności. Zresztą muszę przyznać, że autorka rozwinęła ten motyw całkiem pomysłowo zwieńczając powieść nieoczywistym finałem. Szczególnie w kontekście baśniowości, z jaką toczona jest jej książka.

"Siła marzeń" Shannon Hale, Marcela Cespedes

"Siła marzeń" Shannon Hale, Marcela Cespedes

Rodzina Cassie jest dość duża. Na tyle, że musi ona dzielić sypialnię z siostrami. Dziewczyna nie narzeka, ale skrycie marzy, aby mama miała dla niej nieco więcej czasu. Pewnego dnia dostaje list. Wynika z niego, że wygrała na loterii. Cassie zaczyna marzyć, jak nagrody mogłyby zmienić jej życie. Czy wybrać nowy samochód, aby nie musieli jeździć „na raty”, a może rodzinny wyjazd, gdzie wesoło spędzą czas, albo nowe meble do salonu, bo obecne są – delikatnie mówiąc – zniszczone. Dziewczyna chce podzielić się radosną nowiną z przyjaciółką, ale – oj – pani wychowawczyni przesadziła dzieci w klasie. Vali zaprzyjaźnia się z kimś innym, a Cassie przybywa nowe zmartwienie.

„Siła marzeń” to komiks o wyjątkowo wrażliwiej dziewczynce. Cassie wszystko przeżywa mocno. Bardzo się zamartwia, ale też pięknie się cieszy. Martwi się oceną innych, ale jest też bardzo empatyczna i nie chciałaby kogoś zranić. Cassie jest ciągle wśród ludzi, ale ma poczucie, że jest ignorowana. Zabiegani rodzice, rodzeństwo, które zajmuje się swoimi sprawa, a teraz Vali. Jej najlepsza koleżanka, która bawi się z kimś innym. Co zrobić, aby otoczenie postrzegało ją jako fajna, a nie tą, co czuje za mocno?

Cassie to taka bohaterka, o którą trochę się boimy. Nie, że stanie się jej krzywda, ale że spotka ją coś przykrego. Widzimy, jak ona wszystko bierze do siebie, jak analizuje to co się wydarzyło i boimy się, że coś może ją przytłoczyć. Desperacko wypatrujemy osoby, która będzie dla niej opoką. Na szczęście znajduje się ktoś, kto znajduje chwilę dla Cassie. I wcale nie potrzeba dużo. Jedna , dwie rozmowy. Delikatne popchnięcie do działania staje się motorem zmian. Wyciąga dziewczynkę z pętli zmartwień i staje się nowym, radosnym początkiem.

Shannon Hale wykreowała specyficzna bohaterkę. Nie wiem, czy wszyscy czytelnicy ja zrozumieją, ale tych, którzy będą się z Cassie identyfikować na pewno ucieszy optymistyczny finał tej historii. Będzie ona dla nich opoką, że czuć bardziej to wcale nie znaczy przesadzać, jak mogli usłyszeć. Zresztą autorka bardzo stara się pokazać, że jej bohaterka nie przesadza. Nie jest bierna. Próbuje rozwiązać swoje problemy, ale coś ciągle idzie nie tak. Nie ma siły, aby tupnąć i krzyknąć: „Patrzcie na mnie”.

Ja trochę rozumiem Cassie. Też lubię marzyć i marzenia są moim paliwem. Cieszę się, że coraz więcej mówi się o wrażliwości, bo we wrażliwe osoby najłatwiej uderzyć Takie książki jak „Siła marzeń” dają właśnie siłę. Siłę na bycie sobą.


[Egzemplarz recenzencki]

"Północna droga: Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbieta Cherezińska

"Północna droga: Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbieta Cherezińska

Wikingowie kojarzą nam się z postawnymi mężczyznami i dzielnymi wojami. Ale to też twarde kobiety, które stoją u ich boku. I to właśnie kobiety Wikingów są bohaterkami cyklu „Północna droga Elżbiety Cherezińskiej. Kilka narratorek i jedna historia, czy kilka historii, które składają się na obraz życia na dawnej północy. Nie wiem, jak określić to przedsięwzięcie, bo tak naprawdę każdy tom to inna kobieta, inna energia, inne wyzwania. Kogo spotkamy podczas pierwszej odsłony „Północnej drogi”?

„Saga Sigrun” czyli opowieść o kobiecie, która spotkała miłość. Strażniczka domowego ogniska. Wojna, która przynosi chwałę mężczyznom, to dla niej strach o ukochanego. Natomiast bohaterka „Ja jestem Halderd” od najmłodszych lat spotka się ze strachem i upokorzeniem. Właściwie sprzedana niż wydana za mąż. Halderd to typ inteligentnej wojowniczki, która zmaga się losem, chociaż ten sypie jej piasek w oczy.

Elżbiety Cherezińskiej chyba nie muszę przedstawiać. Miłośnicy powieści historycznych wiedzą, że jej książki to jakość sama w sobie. I autorka po raz kolejny nie zawodzi. Pięknym, plastycznym językiem maluje życie na dawnej północy. Teoretycznie skupia się na sprawach codziennych, przyziemnych, ale dzięki temu właśnie możemy wyobrazić się jak wyglądało życie tamtych ludzi. Jednak Cherezińska nie zapomina o szerszym kontekście pokazując historyczną dynamikę na terenach Skandynawii.

Podobno tomy „Północnej drogi” można czytać w dowolnej kolejności i poniekąd samemu nadać temu cyklowi charakteru. Wydawca zdecydował się zacząć ciepło, aby przełamać to mocnym uderzeniem. Jakie będą kolejne kobiety północy. Na pewno niebawem wam opowiem, bo zamarzam dalej kroczyć „Północą drogą”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Porto" Krzysztof Gierak [Travelbook]

"Porto" Krzysztof Gierak [Travelbook]

Czy macie takie miejsce, do którego lubicie wracać? Albo takie, które was tak oczarowało, że chcielibyście tam wrócić? Dla mnie jest to Portugalia. Po urlopie na południu, w Algavre, powiedziałam sobie: „Jeszcze mnie tu zobaczycie”. Krzysztof Gierak i Julita Kucińska w książce „Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas” przyznają, że to bardzo urokliwy kraj, w którym można się dobrze czuć i który może wiele zaoferować turystom. Jedną z wizytówek Portugalii jest Porto, miasto położone w północnej części kraju. Zerkam do przewodnika z serii Travelbook od wydawnictwa Bezdroża, aby sprawdzić co ciekawego tam na nas czeka.

Ta książka to faktycznie idealny towarzysz podróży, jak sugeruje wydawca. Na pewno wygrywa poręcznym formatem. Można ją wrzucić do plecaka i ruszać w miasto. Głowna część przewodnika podzielona jest na dzielnice. Skonstruowana jest tak, aby zaplanować idealny spacer podczas, którego zobaczymy najciekawsze obiekty, a ich ilość jest imponująca. Faktycznie taki przewodnik w kieszeni pozwala w szybki sposób, bez wykupowania zorganizowanej wycieczki skierować naszą uwagę na to co ważne, piękne, ciekawe i czegoś się o tym dowiedzieć. W niektórych przypadkach krótka notka będzie wystarczająca, albo nakieruje nas, gdzie znajdziemy coś co wpisuje się w nasze zainteresowania.

Oczywiście znajdziecie tu też wzmianki o portugalskiej kuchni. Bez tego nie ma książki na temat Portugalii. Czuć, że tu się jedzenie celebruje. Będąc tam my też chcemy smakować, a urocze restauracje temu sprzyjają.

Do tego sekcja tzw. informacji praktycznych czyli np. jak funkcjonuje transport publiczny, apteki itp. Warto się z tą częścią zapoznać, nawet jeżeli część informacji będzie dla nas oczywista, albo wyda nam się, że możemy to sprawdzić w Internecie. A jak nie pomyślimy, żeby sprawdzić akurat to? Dobrze, ze autorzy przewodników sugerują na co zwrócić uwagą i podpowiadają, jak można wyjazd zorganizować.

Z kim wypiję lampkę wina w Porto? A może już zwiedzaliście to miasto i chcielibyście się podzielić wrażeniami. Zapraszam. Zbierajcie wspomnienia i się nimi dzielcie.

[Egzemplarz recenzencki]

"The Raven Boys. Komiks" Maggie Stirfvater, Stephanie Williams, Sas Milledge

"The Raven Boys. Komiks" Maggie Stirfvater, Stephanie Williams, Sas Milledge

Czy na cmentarzu można zobaczyć ducha? Teoretycznie tak, ale w praktyce nie jest to takie łatwe. 24 kwietnie, wigilia świętego Marka. Blue zauważa ducha, pomimo że nie jest medium. Chłopak jeszcze żyje, ale – skoro jego dusza przemaszerowała Drogą Umarłych – umrze w najbliższym roku. Zdradza on Blue swoje imię, a ta chce go ostrzec. Czy to w czymkolwiek pomoże? Szczególnie, że na dziewczynie ciąży klątwa. Los krzyżuje jej drogi z grupką uczniów elitarnego liceum. Szukają oni śladów pochówku walijskiego króla. Dziewczyna dołącza do nich. Pochodzi z rodziny wróżbitów i magia nie jest jej obca. Ile będą ich kosztował te poszukiwania? Z czym będą musieli się zmierzyć?

„The Raven Boys. Komiks” czyli przeniesie do rysunkowej formy powieści Maggie Stiefvater. Od razu muszę zaznaczyć, że pierwowzoru nie znałam, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile jest to udane przedsięwzięcie. Dla mnie jest to świeża historia, świeża książka. Natomiast – jeśli mogę podzielić się pewnym odczuciem – mam wrażenie, że forma ta nie do końca oddaje profil postaci i dynamikę ich relacji, a przynajmniej je upraszcza.

Za to Sas Milledge cudownie oddała klimat tej historii. Początkowo można odnieść wrażenie, że dostaniemy zlepek fragmentów do złożenia. Tak, autorka bawi się scenami. Śmiało między nimi przeskakuje i odważnie pcha tę historię do przodu. Jak już wspomniałam traci na tym psychologia postaci, ale zyskuje akcja. Bez żadnych zbędnych wstępów wkraczamy do świata magii, tajemnic i osobliwych bohaterów. Właściwie muszę przyznać, że postacie są ciekawe, a pewne oderwanie o spraw codziennych i obojętność, oczywistość z jaką podchodzą do (szeroko pojętej) magii czyni je jeszcze bardziej intrygującymi.

Historia z „The Raven Boys” łączy w sobie zarówno młodzieżowe relacje (przyjaźń i zauroczenie), jak i fascynację magią. Dla mnie nawiązanie do walijskiej legendy to prawdziwy sztos. Te opowieści pełne dzielnych wojów, jak i przesycone magią ziemi są przecudowne. Magiczne i heroiczne. A bohaterowie „The Raven Boys” podążają ich śladem. Na własnej skórze doświadczają ich energii. I, co jest sukcesem autorek tego komiksu, my mamy okazję poczuć tę energię. Zawsze trudno ubrać mi moje odczucia w słowa, bo komiksowe historie odbiera się nieco szczerzej. One oddziałują na inne zmyły i ten komiks te zmysły pobudził. Tak, przyznałam na początku, że pogrzebałabym głębiej w relacjach między postaciami i przypatrzyła się im samym. Pewnie dlatego sięgnę po powieść, bo – tak czuję – komiks ten jest ciekawym eksperymentem. Dodaje jej koloru. Pozwala inaczej spojrzeć na świat wykreowany przez Maggie Stiefvater.

[Egzemplarz recenzencki]

"Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson

"Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson

Z założenia nie czytam książek o II wojnie światowej. Te wszytki powieści obozowe, albo mnie przytłaczają, albo bawią. Jednak są autorzy, dla których robię wyjątki niezależnie od tego, o czym piszą. Szwedzka pisarka, Majgull Axelsson swego czasu zachwyciła mnie swoim piórem (a szczególnie książką „Kwietniowa czarownica”).I właśnie ze względu na nazwisko na okładce, a nie temat, sięgnęłam po „Ja nie jestem Miriam”.

Tytułowa bohaterka obchodzi 85 urodziny. Wchodzimy do jej domu, gdzie spotykają się bliscy złożyć życzenia „babci”, ale mamy wrażenie, że ich relacje są zdystansowane i każdy żyje w swoich myślach. I Miriam, przy okazji swojej rocznicy, ucieka do wspomnień. Klatka z jej echami z przeszłości była szczelnie zamknięta. Obrazy tam schowane, nie dość, że są bolesne, to mogą kosztować kobietę życie. Nie przez to co zrobiła, a kim była. Miriam znajduje powierniczkę we wnuczce. Powiada jej historię swojego życia naznaczonego bólem i strachem. Strachem to, że ktoś odkryje, że w czasie transportu z jednego obozu koncentracyjnego do drugiego skradła tożsamość, że wcieliła się w kogoś innego, aby ratować życie. Jeszcze długo po wojnie Miriam nie mogła żadnym słowem, żadnym gestem pokazać kim jest naprawdę. Na każdym kroku widzi, że Romowie, a ona jest Romką, a nie Żydówką, są niemile widziani.

To, co tworzy Majgull Axelsson, to literatura piękna w każdym znaczeniu tego określenia. Niesamowity sposób, w jaki autorka podchodzi do tematu czaruje, zachwyca (aczkolwiek w tym przypadku nie od pierwszych stron) i boleśnie dotyka sedna sprawy. Jak już wspomniałam początek był nieco oporny. Dziwna dynamika (a właściwie jej brak) w relacjach rodzinnych nie pomogła wejść w tę historię, natomiast nieźle pokazała, jak człowiek zamyka się w swoich sprawach ignorując bliskich.

Kadry z życia Miriam to podróż naznaczona strachem. Obozowe doświadczenia i przemoc jaką doświadczyła główna bohaterka to jedno. Pomimo, że wiele już zostało powiedziane na ten temat, te obrazy ciągle szokują i bolą. I można powiedzieć, że przecież mamy tu „happy end” bo Miriam przeżyła, ale czy jest ona naprawdę „happy”. Kobieta nie może być sobą, a im bardziej nie może tym bardziej tęskni. Docenia szansę, którą dostała i życie jakie prowadzi. Ale jest ciągle czujna, bo wie jak łatwo sympatia dla „ocalałej” może przerodzić się w nienawiść.

Czy jestem zadowolona, że sięgnęłam po książkę spoza swojej strefy komfortu. Owszem. Chociaż autorka poniekąd ten komfort mi zapewniła, tworząc coś tak pomysłowego, emocjonalnego o mądrego. Aż się prosi, aby napisać, że powieść ta znowu robi się aktualna w kontekście dyskusji o migrantach. I ja, wbrew pozorom, w tę dyskusję nie chcę wchodzić. Chcę tylko zaznaczyć, że takie książki zostawiają pewne refleksje. Może nam się nie podobać czyjś sposób myślenia czy kultura, ale ten ktoś dalej pozostaje człowiekiem.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger