"Malinka Wombat i Kangurek" Marcin Kozioł

"Malinka Wombat i Kangurek" Marcin Kozioł

Bohaterami książki, o której chcę wam dziś opowiedzieć są egzotyczne zwierzęta – wombat i kangur. Przeniesiemy się do miejsca, w którym one żyją, czyli do Australii. Rodzinka wombatów, którą wykreował Marcin Kozioł lubi czytać, a tytułowa Malinka idzie oddać książki do biblioteki. Towarzyszy jej mama kangur i jej syn. Nagle maluch znika. Czyżby wpadł z torby? Wystraszona mama zaczyna poszukiwania, a Malinka Wombat jej w tym pomaga.

Pani Kangurowa „dawno już mówiła synkowi, że gdyby się zgubił, ma siedzieć i czekać na mamę dokładnie tam, gdzie ostatnio ją widział. A mama na pewno po niego wróci.”1 To jest bardzo ważny cytat, który należy wbijać dzieciom do głowy. Sytuacja, kiedy gubi się maluch jest stresująca dla obu stron i dziecko musi wiedzieć, jak zachować się mimo strachu. Wystraszony, błąkając się po ulicy wyłącznie wydłuży czas poszukiwania. Dobra jest również strategia zaproponowana w książce „Zuzia się zgubiła”, gdzie mama tłumaczy córce, dokąd może udać się po pomoc. Ja mam też w zwyczaju ustalenie miejsca zbiórki, kiedy jestem z dziećmi w zatłoczonych miejscach. Jednak zdarza się i tak, że pociecha zapodzieje się po prostu. Oddali się bo widziała kogoś w podobnej kurtce co opiekun i wydawało jej się, że ten się odchodzi. Dlatego ważne jest, aby dziecko wiedziało, jak ma się zachować.

W książce „Malinka Wombat i Kangurek” Marcin Kozioł przemyca co nieco informacji, o tych niecodziennych zwierzętach. Nie jest tego dużo, bo fabuła determinuje, co można w nią wpleść, ale dowiemy się trochę o norkach wombatów, albo torbach i susach kangurów. Autor zrobił to naprawdę sprawnie. Tak, że cechy tych zwierząt stały się tłem dla opisywanej przygody.

„Malinka Wombat i Kangurek” to publikacja 3 w 1. Jest przygoda, morał i edukacja. Temat zgubienia się dziecka, jaki porusza Marcin Kozioł w tej książce, jest niezwykle ważny dla każdego z opiekunów. On nie może być zbagatelizowany. Bajki pomagają dziecku zapamiętać, jak się zachować w trudnych momentach, bo nie są suchym nakazem czy zakazem, a opisują cały kontekst sytuacji. Maluch utożsamia się z bohaterem i przypomina sobie, jak ten poradził sobie w podobnych okolicznościach.

Książka „Malinka Wombat i Kangurek” dostępna jest zarówno w wersji papierowej, jak i audiobooku czytanym przez Dominikę Sell-Kukułkę.

1 Marcin Kozioł, „Malinka Wombat i Kangurek”, wyd. Bumcykcyk, Nowa Iwiczna 2023, s. 22.

[Egzemplarz recenzencki]

"Bielszy odcień śmierci" Bernard Miner

"Bielszy odcień śmierci" Bernard Miner

Pireneje. Trudno dostępna elektrownia wodna. To tam pracownicy znajdują okaleczone ciało... konia. Na miejsce zostaje wezwany komendant Martin Servaz z przykazem, aby wyjątkowo przyłożyć się do śledztwa, bo właścicielem konia jest ważna osobistość. Policjant jest zirytowany, że ma prowadzić sprawę śmierci zwierzęcia, ale wkrótce zaczynają ginąć ludzie. Morderstwa są brutalne. Widać, że oprawca chce, aby jego ofiary cierpiały. Martin Servaz nie wierzy w przypadki. Tak nietypowe sprawy muszą być powiązane. Ciężko mu tylko odgadnąć jak.

Powieść Bernarda Minera „Bielszy odcień śmierci” rozpoczyna się obiecująco. Sprawa jest ciekawa, bo umieszczenie ciała konia w trudno dostępnym miejscu wymagało nie lada przygotowania. Jak to możliwe, że nikt niczego nie widział? Do tego pojawia się wątek związany z pobliskim Instytutem, właściwie zakładem, w którym leczy się (czy też trzyma w izolacji) wyjątkowo groźnych przestępców, u których stwierdzono poważne zaburzenia psychiczne. No i pojawiają się kolejne zbornie. Na pierwszy rzut oka nie do powiązania ze sprawą konia, ale na tyle nietypowe – ba, widowiskowe – że nie sposób tych powiązań nie szukać.

W pewnym momencie powieść robi się nużąca. Autor za dużo miejsca poświęca bohaterom i ich wątkom prywatnym,  co – w moim odczuciu - odciąga od tego, co jest najciekawsze, czyli morderstw i niepotrzebnie wydłuża książkę. Przykładowo, kompletnie niepotrzebnie rozwija postać Diane Berg – psycholożki, która właśnie rozpoczęła pracę w Instytucie. Bohaterka ta odegra ważną rolę w rozwiązaniu sprawy, jednak mam wrażenie, że Bernard Miner poświęcił jej nazbyt dużo uwagi. Być może odwołam te słowa po przeczytaniu kolejnych powieści z tego cyklu, jednak na razie dzielę się z wami wrażeniami na temat „Bielszego odcienia śmierci”.

Martin Servaz, który prowadzi sprawę, wydaje się niepewny w swoich działaniach. To dobry śledczy, ale brak mu pewności siebie i charyzmy, jaką lubię u głównych postaci cyklów kryminalnych. Mam ważenie, że chętnie zrezygnowałby z wiodącej roli, jaką przypisał mu autor książki. Sprawa też jest prowadzona nieco dziwnie. Powiedziałaby wybiórczo. Intuicja podpowiada komendantowi, na czym powinien się skupić. A za tą intuicją chowają się dowody.

Na koniec dodam, że w powieści „Bielszy odcień śmierci” znajdziemy dość dużo postaci. I tu znowu zastanawiam się, czy nie za dużo. Szczególnie mylili mi się policjanci i żandarmi zaangażowani w sprawę.

Podsumowując. Bernard Miner zaczął „z przytupem”, jednak nie udało mu się utrzymać „dobrego wrażenia”. Książka „Bielszy odcień śmierci” z każdym kolejnym rozdziałem wytraca tempo. Co prawda nabiera go w finale, jednak ten był dla mnie rozczarowujący. Sama sprawa jest wyjątkowo ciekawa i przyznam, że to ona, jak autor to powiąże, trzymały mnie przy tej powieści. Bernard Miner zbyt skrupulatnie opisał swoje postacie, co niestety odbiło się na śledztwie i akcji.

"Złota karta" Rafał Kosik

"Złota karta" Rafał Kosik

Forsa, forsa, forsa. Kto nie chciałby być milionerem? Dzieciaki z cyklu „Amelia i Kuba” autorstwa Rafała Kosika otrzymują szansę, na zdobycie bogactwa. Na początek dostają milion złotych do wydania. Ciakiem przyjemna sumka. Karukiem jest, że mają to zrobić w jeden dzień i tylko na siebie. To co początkowo wydawało się, świetną zabawą wkrótce staje się balastem.

Powieść, o której mowa nosi tytuł „Złota karta” i porusza bardzo ważny temat, jakim jest konsumpcjonizm. Czy pokoje waszych dzieciaków też są pełne zabawek? Przybijmy piątkę. Niby człowiek wie, że jest tego za dużo, ale jak nie zrobić maluchom prezentu na święta czy urodziny. Jak nie kupić im drobiazgu w sklepie – nie mówiąc o tym, że dzięki temu można uniknąć awantury? A dzieci są podatne na reklamę. Zabawka kolegi/koleżanki zawsze będzie lepsza. No i zawsze znajdą coś czego jeszcze nie mają. Trudno wytłumaczyć, że ta rzecz wcale nie jest im niezbędna do szczęścia.

Bohaterowie powieści „Złota karta” początkowo są zachwyceni, że mogą kupić sobie wszystko, co wymarzą. Jednak szybko nudzą się nowymi rzeczami. One są fajne tylko przez chwilę, a ich nadmiar powoduje, że prawie wcale nie cieszą. Nie mówiąc o tym, iż u dzieciaków z książki pojawiają się wyrzuty sumienia. Ponadto Rafał Kosik poskreśla, że długi należy oddawać, a zarabianie pieniędzy nie jest wcale szybkim procesem. Myślę, że historia ta da dzieciom do myślenia więcej niż nasze, rodziców, utyskiwanie i tłumaczenie.

Zaznaczyć muszę, że jest to książka dla czytelników, którzy lubią niepokojący klimat. Autor opiera fabułę na „Legendzie o Złotej Kaczce”. Ja jej do tej pory nie znałam (albo zapomniałam), ale w treści wszystko jest wyjaśnione. Złole z powieści to istna gangsterka. Osaczają swoje ofiary i podpuszczają, aby nie udało im się wywiązać z umowy. Takie Złole przez duże „Z”. Czym Rafał Kosik mnie zaskoczył, tym razem postawił na elementy nadprzyrodzone. Myślałam, że skoro w pierwszym tomie cyklu „Godzina duchów” próbował wszystkie wydarzenia racjonalnie wytłumaczyć, to będzie się tego konsekwentnie trzymał. A tu niespodzianka. Przyznać muszę, że ta nadprzyrodzona konwencja sprzyja ekspozycji tematu. Wcale nie sprawia, że jest on oderwany od rzeczywistości, a wręcz przeciwnie, ludzki i namacalny. Dla dzieci, szczególnie tych młodszych, pieniądze to taka magia, która pozwala zdobywać upragnione rzeczy.

Super książka. Trudno powiedzieć, czy pomoże rozprawiać się wam z zachciankami waszego dziecka, ale na pewno jest świetnym pretekstem do rozmowy o pieniądzach, zakupach i posiadaniu. A także zachętą do przyjrzeniu się, które z waszych rzeczy naprawdę lubicie. Może nawet nie przypuszczacie, że stary miś, czy rozciągnięta piżama tyle dla was znaczą.

[Egzemplarz recenzencki]

"Hip, hip kura!" Justyna Bednarek

"Hip, hip kura!" Justyna Bednarek

Kury na dobre zadomowiły się u Państwa Ogórków i można je nazwać strażniczkami tej rodziny. Ich pomoc jest znów niezbędna, bo Ogorkowie stracili głowy dla... telefonu.

Telefony komórkowe to nasza codzienność. Ułatwiają wiele spraw, przez co czasami zapominamy, jakie zagrożenie mogą nieść. Justyna Bednarek genialnie "ugryzła" ten temat w książce "Hip, hip kura!" Każdy z członków rodziny Ogórków pokocha telefon za coś innego i przez niego wpakuje się w mniejszą lub większą kabałę. Dzwonienie dla żartu, fałszywa tożsamość, nieprecyzyjne informacje, gry, reklamy i zakupy online - przy pomocy telefonu można nieźle narozrabiać. Dobrze, że kury czuwają i są odporne na jego "wdzięki".
Justyna Bednarek zajmuje bardzo wysokie miejsce w moim prywatnym rankingu twórców dla dzieci. Zachwycałam się humorem, którego w książkach jej autorstwa nie brakuje. Tym razem oczarowała mnie inteligencją i pomysłowością. Brak mi słów, aby opisać jak wspaniale zaprezentowała niebezpieczeństwa związane z używaniem telefonu i Internetem. Zabawne sytuacje, trochę magii i pierzaste obrończynie rodziny, które walczą z technologicznym wrogiem - to wszystko sprawia, że dostajemy zabawną, wciągającą książkę z jasną, dającą do myślenia treścią.

[Egzemplarz recenzencki]
"Wszystkie noce Zeusa" Gosia Lisińska

"Wszystkie noce Zeusa" Gosia Lisińska

W rekomendacji książki „Wszystkie noce Zeusa” autorstwa Gosi Lisińskiej D. B. Foryś napisała: „Jeśli kraść to miliony (…), a jeśli randkować, to z bogiem bogów Zeusem Wszechmogącym.”1 Ja nie zamierzam z tym polemizować, ale jestem ciekawa jaki ten Zeus z wizji Gosi Lisińskiej jest, bo patrząc na mitologię, ma średnią renomę, jak chodzi o partnera, a wybitną jak chodzi o kochanka. W powieści „Wszystkie noce Zeusa” ma – jakby to wam powiedzieć - „związane ręce”. Ciąży na nim klątwa. Aby ją zdjąć musi w sobie rozkochać kobietę, ale nie może jej tknąć przez 15 dni. Dla tak jurnego boga to wieczność.

W przywołanej już rekomendacji D. B. Foryś pada określenie, że „Wszystkie noce Zeusa” to romantasy. Ja mam pewne wątpliwości. Powieść jest raczej typowym romansem, a starożytni bogowie są jedynymi fantastycznymi elementami. Brak tu jakiejkolwiek przygody, tak charakterystycznej dla literatury fantasy. A ewentualne próby wprowadzenia jej nie bardzo autorce wychodzą. Ogranicza się ona do zabiegów charakterystycznych dla powieści miłosno-erotycznych.

Tak ,tak. Nie przewidziało wam się. „Wszystkie noce Zeusa” to książka typu hot, spicy i takie tam. Krótko mówiąc są tu gorące momenty, pomimo że do zbliżenia pomiędzy „zakochanymi” dojść nie może. Same sceny 18+ są całkiem dobrze napisane, ale muszę wytknąć Gosi Lisińskiej pewna niekonsekwencję, a właściwie brak doprecyzowania zasad klątwy. Oddajmy głos Artemidzie, która to tłumaczyła głównej bohaterce, w czym bierze udział: „(...) musieliśmy znaleźć tę, w której płynie grecka krew, ale która mieszka poza granicami naszego domu. Czystą, młodą, niewinną, gotową oddać serce i duszę. Taką, która zdoła mu zaufać i bez wahania uwierzy w jego słowa. Uwierzy w niego, by wreszcie zechcieć z nim być.”2 Jak na razie wszystko jasne. Zeus ma znaleźć „czystą” dziewczynę i rozkochać ją w sobie. Łatwizna. Jednak „Hera wiedziała, że Zeus zdoła uwieść każdą i że, co gorsza, właśnie przez alkowę zechce zdobyć zaufanie i wierność wybranki. Dlatego kolejnym warunkiem było, by zapragnąwszy tej kobiety, nie tkną jej, a jednocześnie nie opuścił przez piętnaście dni.”3 Skupmy się na słowie „tknął”. Nie bardzo wiem, jak daleko może posunąć się Zeus ze swoją wybranką. Czy może ją złapać za rękę? Pocałować? A może może posunąć się dalej i pieścić jej ciało, ale bez penetracji? Czy mogą pozwolić sobie na miłość francuską? Najgorsze w tym jest, że sama autorka tego nie wie. Jest taka scena, kiedy Zeus zachęca partnerkę do masturbacji: „Więc zrobimy tobie dobrze skarbie. (…) Nie mogę cię dotknąć, ale mogę patrzeć. Chcę patrzeć. Dotknij się.”4 Podczas, gdy dosłownie stronę wcześniej jesteśmy świadkami ich pieszczot: „Złapał mnie za tyłek i przyciągnął do siebie. Palce zacisnęły się na pośladkach, by zaraz się poluzować i znów zacisnąć. Z każdą chwilą jego dotyk pozbawiał mnie rozumu.”5 To ja się po raz kolejny pytam, jak daleko może posunąć się ta para, aby nacieszyć się sobą, a przy tym wytrwać i złamać klątwę.

Postacie zaczerpnięte z mitologii greckiej wyszły Gosi Lisińskiej średnio. Są piękni, pewni siebie, zaborczy, ale nijacy. Za bardzo nie wiem, czym Zeus oczarował Anetę poza wyglądem. Musimy zrzucić to na prądy, chemię, przeznaczenie i inne coś, co przyciąga ludzi do siebie. Przyjrzyjmy się przez chwilę Anecie, bo jest to całkiem dobra postać, jak na standardy powieści miłosno-erotycznych. Na pierwszy rzut ka może wydawać się naiwna, ale są momenty, że potrafi pokazać pazurki. Jest zauroczona blichtrem jaki roztacza Zeus, ale w jej głowie rdzą się pewne słuszne wątpliwości, jednak wpływ osób trzecich je rozwiewa. Trochę może czytelnika drażnić, że jest ciągle napalona, co akurat można usprawiedliwić charakterem książki. Gorzej, że przez to autorka wywołuje wrażenie, że tej bohaterce obojętnie, kto byle udostępnił jej swoje ciało, co rzutuje na to, jak odbiera się rodzącą się na stronach książki miłość.

Mnie się nawet podobało. Za samo „wskrzeszenie” greckich bóstw Gosia Lisińska ma u mnie plusa. Co prawda postacie mogły być ciekawsze, ale rozumiem, że autorce chodziło raczej o erotyzm, jaki wywołują niż ich profil psychologiczny. Dlatego wybaczam. Natomiast nie mogę wybaczyć niedoprecyzowania klątwy. Przez większość fabuły Zeus próbuje opanować swoje ciągoty względem Anety i dochodzimy do takich absurdów, że nie może jej tknąć, ale para oddaje się dość odważnym pieszczotom.

1 Gosia Lisińska, „Wszystkie noce Zeusa”, wyd. Editio Red, Gliwice 2024, okładka.

2 Tamże, s. 230.

3 Tamże, s. 231.

4 Tamże, s. 246.

5 Tamże, s. 245.

[Egzemplarz recenzencki]

"Książka o górach" Robb Maciąg

"Książka o górach" Robb Maciąg

Góry niewątpliwie maja swoich amatorów. Są to zarówno „spacerowicze”, którzy nieśpiesznie wędrują po dolinach, jak i „wyczynowcy” lubiący zastrzyk adrenaliny. Góry zapraszają wszystkich, ale oczekują od nich szacunku i pokory. Mówi się, że góry się zdobywa, ale nie można tego robić dziko i wulgarnie. One są jak partner/partnerka. Trzeba je dobrze poznać i przygotować się do wyprawy. Robb Maciąg, podróżnik, napisał książkę o bardzo wymownym tytule „Książka o górach”. A w niej opowiada o „magii gór”.

Na początku zerknijmy, jakie tematy zostały poruszone w tej publikacji. Gwoli wstępu autor serwuje nam rys mitologiczno-geologiczny, czyli słówko o tym, jak powstały góry. Potem przygotowujemy się do wyprawy. Dowiadujemy się, jakie są rodzaje wspinaczki, jaki sprzęt przydaje się w górach, a także, kto niesie pomoc w razie wypadku. Mimochodem pojawiają się w tekście nawiązania do niepisanej etykiety, która obowiązuje na szlaku. Dalsza cześć publikacji poświęcona jest górom wysokim. Króluje tu Mount Everest. Robb Maciąg opowiada o jego fenomenie, a nawet modzie na zdobywanie tak wysokich szczytów. Jak w ogóle to wygląda w praktyce? Jak zadbać o siebie w tak ekstremalnych warunkach? Oczywiście wypada tu wspomnieć o tzw. „Koronie Ziemi”, czyli najwyższy szczytach na każdym z kontynentów i autor to robi. Dalsza część książki to właściwie zbiór ciekawostek i o polskich himalaistach i o nietypowych „zjawiskach” związanych ze wspinaczką, np. o niepełnosprawnych wspinaczach. Ostatnia cześć to „Historie ludzi gór”, czyli tych, którzy mogą się pochwalić wyjątkowymi osiągnięciami.

Czy treść jest ciekawa, każdy oceni zgodnie ze swoimi zainteresowaniami. Ja bardzo lubię książki podróżnicze i wręcz chłonę wszelkie opowieści o „zdobywcach”. Natomiast w przypadku „Książki o górach” zauroczył mnie styl, w jakim została napisana. Robb Maciąg jest takim typem mentora, który traktuje czytelnika po partnersku. Ma pełną świadomość tego, że to on przekazuje wiedzę, ale nie odczuwamy jego wyższości. To nie jest profesor, który przemawia z ambony. On siada z nami na dywanie i nawiązuje cudowny kontakt. I tym „kupuje” czytelnika.

[Egzemplarz recenzencki]

"Do grobowej deski" Monika Wawarzyńska

"Do grobowej deski" Monika Wawarzyńska

Mówi się o miłości do grobowej deski, ale w przypadku „Trylogii funeralnej” Moniki Wawrzyńskiej chyba powinnyśmy zamienić miłość na przyjaźń. Jagnę, Martę i Magdę połączył nie tylko biznes. Raczej to, że się świetnie dogadują sprawiło, że takowy powstał. Tym, którzy tych bohaterek nie znają, przypomnę, że Jagna prowadzi dom pogrzebowy, Marta kwiaciarnię, a Magda restaurację. Dziewczyny proponują swoim klientom kompleksową obsługę „ostatniego pożegnania”. W poprzednich częściach poznałyśmy dwie pierwsze panie, aby dopełnić obrazu tego trio, należałoby coś napisać o przedsiębiorczej kucharce, Magdzie.

Mam wrażenie, że na tę postać Monika Wawrzyńska miała najmniej pomysłów. Na początku powieści „Do grobowej deski” dowiadujemy się, jak przebiegała jej kariera – od kelnerki do własnego biznesu. Autorka wzniosła się na wyżyny pisząc dialogi między bohaterką, a roszczeniowymi klientami. Postać ta czaruje błyskotliwymi ripostami, a czytelnik nie może opanować śmiechu.

W pewnym momencie Magda ląduje na drugim planie (można powiedzieć, że, w porównaniu do przyjaciółek, prowadzi ustabilizowane życie) ustępując sceny innym postaciom, których losy Monika Warzyńska chce „dopisać”. Chciałoby się tej postaci więcej, ale mając na uwadze, że autorka postanowiła skończyć ten cykl, słusznym jest, iż zadbała o wątki pozostałych bohaterów. A tych się trochę zabrało. Przyznam, że niektóre mi się myliły, albo zapomniałam skąd się wzięły. Trudno mi teraz powiedzieć, czy to wina warsztatu pisarki, czy mojej pamięci.

Pomimo pozornych wad, jest to moja ulubiona część całego cyklu. Z każdą kolejną książką staje się on coraz bardziej dojrzały, a dokładniej mam na myśli humor, jaki jest jego znakiem rozpoznawczym. Trochę czarny, ale cudownie inteligentny. Bohaterki nawet kiedy mówią o babskich sprawach, albo doznają zaćmienia umysłu nie sprawiają wrażenia głupiutkich. To są fajne, normalne babki, które miały odwagę wziąć życie za rogi. Uwielbiam je.

Szkoda mi żegnać „Trylogie funeralną” bo z każdą kolejna książką czytało mi się ten cykl coraz lepiej. Mam nadzieję, że Monika Wawrzyńska jeszcze nie raz pokaże swoje poczucie humoru i będzie bawić czytelników. A wam kochani, serdecznie polecam „Do grobowej deski” i poprzednie części, czyli „Gwóźdź do trumny” i „Kopnij w kalendarz”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Alraune" Hanns Heinz Ewers

"Alraune" Hanns Heinz Ewers

„Odpowiadała za szczęście podczas procesów i wojny, była amuletem strzegącym przed czarami i przyciągała mnóstwo pieniędzy do domu. Powodowała też, że ten kto ją posiadał, znajdował wielką miłość, była dobra do przepowiadania i przydawała kobietom miłosnego czaru, do tego płodności i odpowiadała za lekkie rozwiązania. Jednak przy wszystkim tym przysparzała też cierpienia i mąk tam, gdzie tylko się znajdowała. Pozostałych mieszkańców domu prześladowało nieszczęście, a tego, kto ją posiadał, popychała do chciwości, nierządu i wszelkich zbrodni.”1 Mowa o mandragorze mitycznej roślinie zrodzonej z nasienia skazańca, które Matka Ziemia przyjęła do swojego łona. Zainspirowany tą opowieścią Frank Braun namawia swojego wuja Jakoba ten Brinkena do stworzenia „żywej mandragory”. Tak powstaje projekt nazwany Alraune i rodzi się dziewczynka. Córka skazańca i nierządnicy. Jej „twórcy” z dumą obserwują, jak rośnie i staje się prawdziwą femme fatale. Jak korzystając ze swoich wdzięków – tudzież mocy – bawi się ludźmi.

„Alraune” to niesamowita książka. Jedna z ciekawszych powieści, jakie miałam okazję czytać. Wulgarna i na swój sposób wyuzdana. Natomiast w nieco innym sensie niż współczesna literatura, a przy tym wyjątkowo odważna, jak na początek XX wieku, kiedy została wydana. Jednak i współczesny czytelnik wyczuje perwersję, jaką Hanns Heinz Ewers wpisał w jej treść.

Z jednej strony mamy tu tzw. „dobre towarzystwo” - prawnicy, lekarze, księżna. Z drugiej jest ono brudne, niekrzesane, wulgarne. Kiedy przystępują do realizacji swojego pomysłu, nic nie robią sobie z ludzi, którzy posłużą do ich celów. Traktują ich, jak laboratoryjne myszy. Nawet Alraune jest dla nich zabawką. Jednak dziewczyna szybko ujawnia nieokiełznany charakter i ogromną charyzmę. Czy jest wiedźmą, która posiada wyjątkową moc? Czy to tylko taki władczy typ osobowości, któremu nie można odmówić? To jest niewątpliwie ciekawy aspekty psychologiczny, jaki porusza Hanns Heinz Ewers. Wpływ osób trzecich na nasze decyzje. Ta aura, jaką niektórzy roztaczają, iż porywają tłumy namawiając nawet do niecnych czynów.

Jeżeli już o aurze mowa, to powieść „Alraune” ma niesamowity klimat. Faktycznie przymiotnik „dekadencka” idealnie do niej pasuje, ale Hanns Heinz Ewers delikatnie zbliża się do literatury grozy. Bezwzględność bohaterów przeraża nas i odrzuca. Ale zahipnotyzowani patrzmy, na efekty ich poczynań. Czy twórcy utrzymają swój eksperyment w ryzach, a może Alrune wymknie się im i stanie się potworem na miarę Frankensteina? Dochodzą do tego ciekawe metafory, niedomówienia powodujące, że jesteśmy w stanie uwierzyć w działanie nadprzyrodzonych mocy.

Bardzo ciekawa powieść poruszająca kwestie psychologiczne i etyczne. Hanns Heinz Ewers uwypukla w niej ciemne strony ludzkiej natury, a tak – podobnie jak książka jego autorstwa – jest ciągle żywa.

1 Hanns Heinz Ewers, „Alraune”, tłum. Barbara Grunwald-Hajdasz, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2024, s. 41.

[Egzemplarz recenzencki]

Wspierane rozwoju mowy #3: Kategoryzacja (ptak i kwiat)

Wspierane rozwoju mowy #3: Kategoryzacja (ptak i kwiat)

Dziś chciałabym pokazać wam nasze kolejne zmagania z zabawą w kategoryzację, którą poleciła nam pani logopedka. Dla przypomnienia napiszę, że zabawa ta ma stymulować lewą półkule mózgu odpowiedzialna m.in. za logiczne myślenie i rozwój mowy. Zgodnie ze wskazówkami w pierwszych próbach kategorie powinny się od siebie różnić. Przygotowałam naklejki z ptakami i kwiatami, a zadaniem Juniora było przyklejenie ich po odpowiednich stronach kartki.



Nie było to takie proste zadanie. Co prawda ptaki oglądamy codziennie, jednak syn od razu nie powiązał obrazka ze słowem. Potrzebował mojej podpowiedzi Jak się później śmieliśmy z mężem „ko, ko” to „ko, ko”, a nie ptak. Z kwiatami poszło dużo łatwiej.

W poprzedniej odsłonie tej zabawy (jajo – dinozaur) Junior najpierw posegregował sobie elementy na kupki, a potem je przykleił. Tym razem ja pokazywałam mu obrazki i pytałam: „Co to?”. Domyślam się, że to też nieco utrudniło zadanie.






"Dziwnobór. Zemsta wrednej kocicy" Nadia Shireen

"Dziwnobór. Zemsta wrednej kocicy" Nadia Shireen

 „- Och! Czy to dlatego jesteście tacy dziwni? - zapytał Ted.

   - Słucham?

   - Mam na myśli... Czy z tego powodu jesteście tacy... wyjątkowi? - poprawił się Ted.”1

Ted i Nancy, miejskie lisy, uciekając przed kocim gangiem trafili do wyjątkowego miejsca. Nazywa się ono Dziwnobór i zamieszkują ją osobliwe zwierzęta, które zaskoczą nowo przybyłych swoim sposobem bycia. Borsuki kochające szaloną jazdę, wiewiórki grające w „wdrzewoplask”, ekscentryczna kaczka milionerka – czy mając takich sąsiadów można znaleźć spokój? Do tego koci gang nie zapomniał zniewagi, jakiej doznał ze strony lisiego rodzeństwa. Poszukują Teda i Nancy, aby się zna nich zemścić.

„Dziwnobór. Zemsta wrednej kocicy” to szalona książka. Już od pierwszych strona Nadia Shireen czaruje specyficznym, nieco czarnym humorem. Bohaterowie książki są... wyjątkowi i dumnie ze swoja wyjątkowością się obnoszą. Do tego mieszkańcy Dziwnoboru szanują się. Mimo, że każdy z nich jest indywidualistą potrafią zewrzeć szyki i chronić swoją społeczność.

Bo nie myślcie sobie, że „Zemsta wrednej kocicy” to jakaś głupawa opowiastka. Nie. W szalonej akcji Nadia Shireen przemyca treści o przyjaźni, bezinteresownej pomocy, ale też samotności i przynależności, a także dużym poczuciu odpowiedzialności.

Nam się ta książka wyjątkowo spodobała. Ma bardzo dobre tempo, a żarty, które serwuje autorka rozbawiły mają córkę. Impreza na śmietniku? Jeee. Borsuki dzicy kierowcy? Brum, brum jeee. Nawet scena kiedy ptak odgryza myszy głowę wywołała wytrzesz oczu i wesołe: „coooo?”. W sumie nie wiem, czy ta scena była potrzebna, ale – jak źle to by nie brzmiało – Nadia Shireen napisała ją całkiem sympatycznie.

Polecamy „Dziwnobór.” wszystkim dzieciom, które lubią zabawne książki, wszystkim małym wariatom i wariatkom. Ta powieść wciąga w wir przygody i cieszy niewybrednym żartem. Fabuła jest mądra, niesie ważne treści, a przy tym bawi.

1 Nadia Shireen, „Dziwnobór. Zemsta wrednej kocicy”, przeł. Monika Machowska, wyd. Świetlik, Białystok 2024, s. 125.

[Egzemplarz recenzencki]

"Strychnica" Marek Zychla

"Strychnica" Marek Zychla

 Jak definiujecie horror w literaturze? Pytam się o to, bo w wielu recenzjach książki, o której chcę wam opowiedzieć pada sformułowanie, że nie jest literaturą grozy, a fantastyką, podczas gdy dla mnie horror zalicza się do fantastyki. Wszak mile widziane są w nim wszelkie elementy paranormalne. I takie znajdziemy w powieści Marka Zychli pt. „Strychnica”.

Akcja książki dzieje się w Irlandzkim miasteczku Coolcull, w placówce dla osób niepełnosprawnych. Jej rezydenci powtarzają makabryczna legendę, o królu zrodzonym z kazirodczego związku, który został zdradzony przez swoich braci. Podopieczni boją się koloru czerwonego i twierdzą, że są nawiedzani przez hordy krwawych jeźdźców. Czy ktoś nastraszył opóźnionych w rozwoju rezydentów? Czym była i czym tak naprawdę jest placówka?

Przychodzi pora na ocenę „Strychnicy”, a ja staję przed trudnym zadaniem, bo nie tylko mnie ta książka nie wciągnęła, ale też nie potrafię odczytać intencji autora. Mam wrażenie, że kompletnie nie zrozumiałam jej treści. Początek był całkiem niezły. Przedstawiając kolejnych rezydentów Marek Zychla tworzy świetny klimat. Kreuje ludzi wyjątkowych i nieprzewidywalnych, ale skazanych na wieczny dozór. Wszystko zaczęło się psuć w momencie, kiedy autor zaczął opisywać ich opiekunów, a właściwie wolontariuszy przyjętych do pomocy. To też są postacie niebanalne i każda ma swój „bagaż”, swoją skazę, ale zmiana miejsca akcji, perspektywy kompletnie wybiła mnie z rytmu. W tym momencie Marek Zychla zaczyna wprowadzać też sny, różnego rodzaju wizje, których w kolejnych częściach książki będzie coraz więcej, a wręcz zmieszają się one z tym co realne. I to właśnie te wizje są nośnikiem makabry. Makabry bardzo subtelnej, jak na literaturę grozy, ale jednak. Bohaterowie niemal doświadczają, co znaczy umrzeć ze strachu. Inna sprawa, że ja ich przerażania nie poczułam. Trudno powiedzieć czy to mi zabrakło wrażliwości, wyobraźni, czy autorowi umiejętności i pomysłu.

Dość mocno kuleje też dynamika przez długie dialogi. „Rozumiał, że dla kogoś, kto analizuje fakty, dłuższa rozmowa z nim czy wiedźmą trąci koszmarem.”1 Koszmar jest rodzajem snu i muszę przyznać, że mnie te dialogi skutecznie usypiały. Trafiłam w jakiś kłębek stworzony przez kłamców i intrygantów, ale nie miałam chęci go rozsupływać. Kompletnie nie rozumiałam, co jest siłą sprawczą pomniejszych wydarzeń np. dlaczego w kluczowym momencie bohaterowie idą pogadać przy piwku i się bzykać. W teorii wiem kto, po co i dlaczego kłamał, ale w szczegółach się pomotałam.

Jeszcze raz ponowię prośbę do osób, które czytały „Strychnicę”, aby wyjaśniły mi dlaczego nie uważają jej za horror. Moim zdaniem ta powieść to literatura grozy. Co prawda nietypowa, awangardowa, brak w niej charakterystycznego dla takich książek dreszczyku emocji. Ja się w niej nie odnalazłam, ale muszę przyznać, że jest oryginalna. Potrzeba dużo cierpliwości i wrażliwości, żeby ją odczytać. Autor trąca w niej takie struny, jak niepełnosprawność, empatia, śmierć, miłość. Natomiast ja nie umiem wam powiedzieć, co jest przesłaniem tej powieści. Najwyraźniej zabrakło mi wyżej wymienionych cech, tak pożądanych u potencjalnego odbiorcy. Jak to się potocznie mówi, „nadajemy na innych falach”.

1 Marek Zychla, „Strychnica”, wyd. Mięta, Warszawa 2024, loc. 5084 [e-book].

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
Uczymy się korzystać ze wzoru: puzzle księżniczki Disneya

Uczymy się korzystać ze wzoru: puzzle księżniczki Disneya

Jak majówka to grill, a przy grillu rozmowy na przeróżne tematy. Ponieważ moje dzieciaki bardzo lubią układać puzzle, a takowe znalazły w domu naszych przyjaciół, rozłożyli się w ich salonie i przystąpili do dzieła. Zaczęliśmy się śmiać, że dzieci zazwyczaj nie korzystają z wzoru. Wybierają fragmenty kolejnych postaci bądź obiektów i intuicyjnie je układają. Przypomniałam sobie pierwsze puzzle, które były wyzwaniem dla M. Dostała je około 5 roku życia (jeżeli dobrze pamiętam) i już na „dzień dobry” była zszokowana, że składają się z aż 100 kawałków. Przez długi czas 100 było dla niej synonimem największej liczby z możliwych. Jak sobie poradziła z ułożeniem ich?

Jak widzicie na rysunku mamy przekrój księżniczek Disneya. Na początku M. odszukała kawałki swojej ulubionej postaci. Po czym nastąpiła chwila konsternacji: Co dalej? Zapytałam się córki, która księżniczka jeszcze jej się podoba i zaproponowałam, żeby ją ułożyła. Kiedy powstało kilka postaci M. sama zauważyła kto jest obok kogo i zgodnie ze wzorem zaczęła łączyć fragmenty układanki. To była pierwszy raz, kiedy przeanalizowała podpowiedź. Można powiedzieć, że nauka układania trudniejszych puzzli.

"Fisharmonia. Snówpowiązałka" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

"Fisharmonia. Snówpowiązałka" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Stypa to okazja do spotkania rodziny rozrzuconej czasami nawet po świecie. A jak rodzinne spotkanie to wspomnienia. I właśnie stypę wybrał Hubert Klimko-Dobrzaniecki na punkt wyjścia powieści „Fisharmonia. Snówpowiązałka”. Rodzinę z jego powieści można nazwać dziwakami, ale czyż każda rodzina nie jest na swój sposób specyficzna?

Powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego przypadnie do gustu czytelnikom, które lubią małomiasteczkowy klimat. Z czasami absurdalnych rozmów wyłania się historia przepełniona smutkiem i melancholią. Historia pełna marzeń i oczekiwań, za którymi idą radości i rozczarowania. A to wszystko doprawione jest subtelną ironią.

Wspominając lekturę „Fisharmonii” nie mogę odpędzić się od myśli, że to książka dla koneserów. Trudno było mi się w nią wgryźć. Teoretycznie głównym bohaterem jest chrześniak zmarłego, jednak w poszczególnych fragmentach autor subtelnie zmienia narrację i perspektywę powieści. Przez to trudno było mi „poznać” postacie. Łapałam się poszczególnych wspomnień, a nawet się w nich zatracałam, ale nie potrafiłam powiązać ich z konkretnym bohaterem. Do tego Hubert Klimko-Dobrzaniecki nie pisze wprost. Teoretycznie mowa o codzienności, ale osnute jest to senną mgiełką. Taką leniwą atmosferą weekendowego poranka, kiedy spokojnie otwieramy oczy i analizujemy, co musimy danego dnia zrobić.

Bez wątpienia powieść „Fisharmonia. Snówpowiązałka” to reprezentantka literatury pięknej. To nie tylko historia rodzinna. To historia rodzinna wzbogacona o elementy socjologiczne i psychologiczne napisana przez człowieka, który ma świetne wyczucie słowa.

[Egzemplarz recenzencki]


Copyright © Asia Czytasia , Blogger