"Bikini Killer. Seryjny morderca Charles Sobhraj - jego życie i zbrodnie" Jarosław Molenda

"Bikini Killer. Seryjny morderca Charles Sobhraj - jego życie i zbrodnie" Jarosław Molenda

Czy można powołać na świat potwora? Jakie czynniki sprawiają, że z człowieka wyłania się bestia? Myślę, że trudno o jednoznaczną odpowiedź, co taką przemianę w danym przypadku wywołuje. Jarosław Molenda postanawia przyjrzeć się bliżej sylwetce jednego z seryjnych morderców – Charlesa Sobhraja. Czy – analizując jego przeszłość – dowiemy się dlaczego zabijał?



Podejrzany o dwadzieścia zabójstw Charles Sobhraj znany jest pod przydomkami „Wąż” i „Bikini Killer”. Być może w Polsce nie jest bardzo dobrze znany, bo działał głównie w Azji"" – Tajlandii, Nepalu, Malezji i Indiach. Natomiast do najistotniejszych miejsc w jego biografii należą – Wietnam, Indie i Francja. Pozbawiony rodzicielskiej uwagi – „był jednym z szesnastu dzieci i jedynym, którym miotano tam i z powrotem jak niechcianą piłką*” – wędrujący między krajami, szkołami, miejscami pracy rodziców, a później także swoimi, ciągnie ku przestępczej drodze, aby zapewnić sobie standard życia, jakiego pragnął, aby za wszelką cenę zrealizować swoje marzenia. Szarmancki, inteligentny i zdeterminowany – potrafił wiele zaryzykować, żeby zrealizować to, co sobie zaplanował.

Przyznam szczerze, że wcześniej nie słyszałam o bohaterze tej książki. Sięgnęłam po nią jako po ciekawostkę i trafiłam na bardzo zajmującą i dobrze napisaną biografię. Myślę, że samego Charlesa Sobhraja nie ma sensu obszerniej przedstawiać – to wyczerpująco zrobił Jarosław Molenda – napiszę za to kilka słów o tym, jak to uczynił.

Fakty z życia przestępcy zostały uporządkowane chronologicznie od momentu jego narodzin w trawionym wojną Wietnamie 1944 roku (a właściwie chwilę szybciej bo punktem wyjścia jest poznanie się jego rodziców). Opowiadając o dzieciństwie Charlesa Sobhraja, jego młodości, dorosłości i kolejnych przestępstwach, autor przedstawia coś więcej niż suche fakty. Próbuje spojrzeć na niego jak na człowieka – pojąć, co czuł, czego pragnął, co pchnęło go do takiego, a nie innego zachowania. Zawsze można dyskutować, czy autor nie popełnia w takim przypadku nadinterpretacji i nie przypisuje bohaterowi nieprawdziwych myśli. Uważam, że Jarosław Molenda dobrze spisał się jako biograf. Jest nienachalny i odnosi się do źródeł. A przy tym jego styl pisania posiada lekkość sprawiającą, że tekst, który wyszedł spod jego pióra, dobrze się czyta.

Podsumowanie

„Bikini Killer. Seryjny morderca Charles Sobhraj – jego życie i zbrodnie” nie jest biografią zbeletryzowaną, ale czyta się ją jak dobrą powieść kryminalną. Na każdej stronie widać ogrom pracy, jaką wykonał Jarosław Molenda, zbierając informacje na temat bohatera publikacji. Trudno tego nie docenić.

* Jarosław Molenda, „Bikini Killer. Seryjny morderca Charles Sobhraj – jego życie i zbrodnie”, wyd. Replika, Poznań 2020, s. 65.

"Czy z tym domem mi do twarzy?" Agnieszka Załubska

"Czy z tym domem mi do twarzy?" Agnieszka Załubska

 „Nie bez powodu mówi się o dress codzie – czyli stroju dopasowanym do osoby oraz okoliczności. Podobnie we wnętrzach należy zidentyfikować swój home code. Język przekazu i komunikacji, w który ubiera się przestrzeń wokół siebie.”* - takie słowa wypowiada Ściana jedna z bohaterek książki-poradnika „ Czy z tym domem mi do twarzy?” Agnieszki Załubskiej. W pierwszej chwili może się wydawać, że autorka opowiada o rzeczach oczywistych. Waszek kiedy meblujemy, dekorujemy, aranżujemy naszą przestrzeń życiową wybieramy rzeczy, które są nam potrzebne i się nam podobają. Nic łatwiejszego, prawda? Jednak kiedy słucham rożnych historii moich znajomych o nietrafionych wyborach np. wymarzonym łóżku, w którym spało się jak w trumnie, czy o gałkach od mebli tak brzydkich, że nie mogli wchodzić do pokoju, zastanawiam się na ile naszymi wyborami kieruje moda, impuls, pośpiech, a na ile słuchanie siebie i słuchanie domu. A żeby dobrze nam się mieszkało musimy polubić własne cztery ściany, a one muszą polubić nas.



„Czy z tym domem mi do twarzy?” to poradnik, ale w wyjątkowo oryginalnej formie. Składa się on z monologów. Kogo? Członków domu. I nie chodzi o tu gospodynię i gospodarza. W tej książce wypowiedzą się: Ściana, Lustro, Fotel, Klamka, Okno, Poduszka, Obraz, Biurko, Lampa. Co one mają do powiedzenia? Okazuje się, że bardzo dużo. To obserwatorzy naszego życia. Znają nasze nastroje, mają swoje opinie o naszych przyjaciołach, rodzinnie – nie dziwi fakt, że fotel nie przepada za maleństwem, które ślini jego boki – bardzo poważnie podchodzą do swoich zadań, chcą być piękne, doceniane, podziwiane. W tej jakże uroczej paplaninie zostaję przemyconych wiele ciekawostek z dziedziny architektury np. o znaczeniu kolorów, lub o stylach w sztuce.


Drugim ważnym elementem tej książki są ćwiczenia. Łatwo powiedzieć, żeby wsłuchać się w swoje otoczenia, poznać jego potrzeby, wejść z nim w dialog, ale jak to zrobić. Agnieszka Załubska spieszy nam z pomocą. Podpowiada jakie pytania sobie zadać i jak patrzeć na dom. Przyznam się, że na początku byłam nastawiona sceptycznie do tego projektu, ale kiedy zagłębiłam się i w książkę i w ćwiczenia, stwierdziłam, że jest to coś co może ułatwić przekopanie się przez może projektów, zdjęć z aranżacjami, czy ofert sklepów. Może wskazać kierunek do uwicia przytulnego gniazdka.


Chciałabym napisać kilka słów o autorce. Agnieszka Załubłska prowadzi własne studio projektowe (Załubska Studio) oraz blog „Czy z tymdomem mi do twarzy?”. Tyle formalności, ja raczej chciałam wspomnieć, jak postrzegam ją jako człowieka przez pryzmat jej książki. Po tym jak formułuje swoje myśli stwierdzam, że to osoba wrażliwa, kochająca piękno i sztukę. Być może to wpłynęło na zainteresowanie właśnie psychologia designu. Znalazła w sobie tę cząstkę, która jest odpowiedzialna za odbieranie bodźców czy energii z przedmiotów, która sprawiła, że potrafi wejść z nimi w interakcję. Jest szalenie przekonująca w tym, o czym opowiada, a ja gdzieś pod skórą czuję, że to nie jest wyłącznie marketing, że ta kobieta w to wierzy i w taki sposób podchodzi do swoich kentów – że tworzy im nie tylko wnętrza modne, ale przede wszystkim dla nich.


„Czy z tym domem mi do twarzy?” trafiło do nas z myślą o moim mężu, który trochę interesuje się projektowaniem wnętrz. Myślałam, że znajdzie w niej inspiracje, a tymczasem ja zaanektowałam ją do czytania. Było to niezwykłe doświadczenie literackie, jak i lekcja designu. Dlaczego? Jesteśmy przyzwyczajeni do dialogu z drugim człowiekiem, a Agnieszka Załubska ożywia sprzęty, które zabiegają o naszą uwagę. Do tego zaproponowała ćwiczenia praktyczne, aby ułatwić nam znaleźne nici porozumienia z własnym domem. Być może dla niektórych brzmi to abstrakcyjnie, ale jest w tym ogrom rozsądku.

* Agnieszka Załubska, „Czy z tym domem mi do twarzy?. Jak Urządzać wnętrza w zgodzie z psychologią designu”, Załubska Studio, Poznań 2020, s. 17.

"Tajemnice ptasiej alkowy" Andrzej Kruszewicz

"Tajemnice ptasiej alkowy" Andrzej Kruszewicz

Do sypialni komuś zaglądać nie wypada. Dlatego Andrzej Kruszewicz, autor książki „Tajemnice ptasiej alkowy”, wydaje się wyjątkowo wścibskim badaczem. Można powiedzieć, że to plotkarz i podglądacz, ale piszę te słowa z ogromną sympatią, bo o swoich spostrzeżeniach potrafi bardzo ciekawie opowiadać.



„Tajemnice ptasie alkowy” to książka dla ornitologów amatorów, a nawet dla tych kompletnie zielonych w temacie. Co prawda porusza temat mało popularny, którym zajmują się raczej wyspecjalizowani naukowcy, ale został opisany językiem zrozumiałym dla laika. Zamiast trudnych pojęć autor stosuje ciekawe porównania m.in. do świata ludzi np. podrywu na dyskotece, czy filmu i literatury np. jedną z teorii wyjaśnia przy pomocy „Alicji w Krainie Czarów”.


Jednak to co mnie najbardziej urzekło w tej publikacji to humor i pasja, z jakimi Andrzej Kruszewicz opowiada o ptakach. On po prostu zaraża zamiłowaniem do ornitologii. Szczerze wam powiem, nie wiem dlaczego sięgnęłam po tę książkę. Z ptaków, które można spotkać w Polsce, rozróżniam może bociania, wróbla i łabędzia. Nigdy nie próbowałam ich specjalnie obserwować, a maksimum mojego zaangażowania to robienie z dzieckiem karmników na zimę. A jednak przeczytałam tę pracę i utonęłam w niej niczym w dobrym kryminale. Świat ptaków i ich gody okazały się bardzo burzliwym tematem. Zaloty, zdrady, gwałty, wychowywanie nie swoich dzieci – gdyby twórcy „Mody na sukces” inspirowali się skrzydlatymi przyjaciółmi jeszcze długo nie zabrakłoby im tematów. Można złapać się za głowę i wykrzyknąć co tu się wyrabia.




Gwoli formalności napiszę jeszcze kilka słów o tym, jak wygląda ta książka. Trzy pierwsze rozdziały to ogólny opis ptasich godów i trochę obalania mitów z nimi związanych. Zostały tu opisane różne techniki zalotów, selekcji partnera, budowa gniazda itp. Autor porusza też takie tajemnicze kwestie jak: dlaczego ptaki śpiewają czy po co im ozdoby. Potem przechodzimy do części szczegółowej, czyli zajrzymy do alkowy kilku gatunków (dokładnie 22). Do tego publikacja jest bogato ozdobiona zdjęciami.


Tajemnice ptasiej alkowy” odkładam z myślą, że to jest sztuka pisać o tak niszowym temacie w tak cudowny sposób. To jest wspaniałe, potrafić tak opowiadać o swojej pasji, że zaraza się nią tych najmniej zainteresowanych. Kluczem do sukcesu jest luz, humor, prostota – tym urzekł mnie Andrzej Kruszewicz w tej książce. Nie popisuje się, nie wymądrza, za to w przemyślany, zrozumiały, pomysłowy sposób po prostu opowiada.


"Enceladus" Maks Dieter

"Enceladus" Maks Dieter

Powieść „Enceladus” nawiązuje do teorii tzw. „starożytnych kosmitów”. O co w niej chodzi? Ponieważ trudno sobie wyobrazić w jaki sposób dawne cywilizacje wzniosły swoje monumentalne budowle np. egipskie piramidy, wysnuto tezę, że być może mieli oni kontakt z inną cywilizacją, która przekazała im potrzebną technologię. Możemy się śmiać z umniejszania osiągnięć starożytnych, ale ja mam do tej teorii pewną słabość. Pamiętam, jak nauczycielka języka polskiego tłumaczyła nam, że mity powstały, bo ludzie nie rozumieli zjawisk przyrody itp. Jest to dla mnie coś podobnego. Czegoś nie rozumiemy i tłumaczymy to czymś jeszcze bardziej niesamowitym. Z drugiej moje zamiłowanie do science-fiction szepcze mi, że nic nie jest niemożliwe.



Jednak, aby zrozumieć o czym jest ta książka zacznijmy od znaczenia tytułu. Enceladus to jeden z księżyców Saturna. NASA odkrywa na nim anomalię istnieją podejrzenia, że uda się, w końcu, znaleźć inną formę życia w kosmosie. Zespół najlepszych naukowców i astronautów zostaje wysłany w celu zbadania tego ciała niebieskiego. Bohaterowie książki odbędą wyprawę od misji naukowej do ratowania świata.

Może na początku zaznaczę, że nie oceniam rozwiązań technologicznych jakie wykorzystał Maks Dieter. Autor nie męczy czytelników trudną terminologią. Jest to lekka powieść o lotach w kosmos, którą możemy zaliczyć przystępnego naukowego science-fiction. Mnie to akurat cieszy, bo z fizyką nie jestem za pan brat. Podoba mi się kosmiczne tło i pomysł oparty na szukaniu obcych cywilizacji. Jak chodzi konstrukcje statku kosmicznego zawierzam autorowi, a sama skupiam się na walorach literackich.

Fabuła jest dość prosto skonstruowana. Można ją podzielić na kilka fragmentów, w których bohaterowie mają do wykonania określone zadanie czy też muszą uporać się z jakimś problemem. Gwarantuję wam, że się nie pogubicie. Bardzo lubię porządek, ale w przypadku „Enceladusa” bym namieszała. Autor trochę obdarł tę historię z tajemniczości. Co prawda podejmuje próby zasugerowania, że któryś z bohaterów nie ma czystych intencji, ale nie jest w tym wiarygodny. Powieści przydałby się też trochę tempa. O ile ostatecznemu starciu go nie brakuje, to jest kilka scen zdecydowanie za długich np. spacer do wnętrza Enceladusa – piękne rzeczy możemy podczas niego oglądać, ale jednak chciałoby się dostać jakąś konfrontację. Myślę, że dobry redaktor mógłby takie opisy sprytnie uratować, aby zapierały dech w piersiach czytelnika i nie hamowały akcji.




Enceladus” bardzo przypomina mi popularne filmy o podróżach w kosmos z elementami akcji i sensacji. Wspominałam już, że fabuła jest dość prosta, ale nie brakuje w niej zagrożenia. Bohaterowie stają przed problemami, które specjalistom z NASA się nie śniły i muszą wykazać się heroizmem. Jest tu, moim zdaniem, kilka naciągnięć czy dziwnego rozumowania bohaterów – co powinien zniwelować redaktor – ale dzięki niektórym z nich akcja idzie do przodu. Podobnie jak w hollywoodzkich produkcjach, Maks Dieter nie boi się spektakularnych rozwiązań, stawiania bohaterów pod ścianą, ofiar w ludziach i sprzęcie oraz rozgrywki o być albo nie być. W toku wydarzeń wyprawa badawcza zmienia się w misje ratunkową, od której zależą losy Ziemi.

Na koniec jeszcze wrócę do wątku „starożytnych kosmitów”, który, nie ukrywam, zachęcił mnie do sięgnięcia po tę powieść. Z wyłączeniem kilku tendencyjnych stwierdzeń o tym, że ludzie jako rasa są zepsuci – moim zdaniem nudy – podoba mi się jak autor połączył kosmitów z mitologią. Udało mu się uzyskać efekt niemożliwe, a jednak.

Enceladus” to książka dla miłośników lekkiego, nieskomplikowanego science-fiction. Znajdziemy w niej elementy mitologii, lotów w kosmos i apokalipsy. Autor nie wymaga od czytelnika znajomości specjalistycznej terminologii, bierze na siebie konieczność wyjaśnienia trudniejszych pojęć, dzięki temu powieść jest niezwykle przystępna. Ja dodałabym jest więcej akcji i tajemniczości. Finał jest napisany z rozmachem, ale po drodze do niego spotykamy długie odcinki z jednolitym krajobrazem, a to nieco usypia.

"Fabryka os" Iain Banks

"Fabryka os" Iain Banks

Ten tekst zacznę od tego, jak wydawca skusił mnie do przeczytania „Fabryki Os”. Na okładce możemy przeczytać, że jest to: „Kontrowersyjna powieść zaliczona przez dziennik » The Independent « do 100 arcydzieł literatury XX wieku”*. Dalej dowiadujemy się, że jest zestawiana z takimi klasykami jak „Mechaniczna pomarańcza” czy „Władca much”. Jako że znam wspomniane książki – może nie są to moi ulubieńcy, ale w bardzo ciekawy sposób wykorzystują przemoc jako środek wyrazu – i pociąga mnie literatura kontrowersyjna decyzja zapadła szybko: czytam!



Bohaterem „Fabryki os” jest szesnastoletni Frank mieszkający z ojcem na odludziu. Matka ich porzuciła, a starszy brat Eric został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Frank jest wolny, robi to co chce, ale nie możemy powiedzieć, że mamy do czynienia ze zdrowym umysłem. Chłopak uwielbia przemoc. Jego frustracje kierują się głównie w stronę zwierząt. W wolnym czasie obmyśla sposoby na zadawanie śmierci. Co spowodowało u niego taką fascynację?

Powieść jest studium chorych umysłów. Narrator i centralna postać to Frank, on jest tu najważniejszy, jednak wyczuwamy, że zarówno z ojcem jak i bratem chłopca coś jest nie tak. O ile kwestia Erica jest prosta, od początku wiemy, że został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, to przy pozostałych bohaterach dostrzegamy miej lub bardziej wyraźne objawy problemów psychicznych. Może to być subtelny strach jaki rozsiewa ojciec, pewna manie: „Tak jak w wypadku wszystkich moich ablucji, golenie przebiega wedle określonego, niezmiennego porządku: każdego ranka wykonuję jednakową liczbę pociągnięć o jednakowym zasięgu i w jednakowej kolejności.”**, czy niezwykłe zamiłowanie Franka do przemocy, zadawania tortur i spokój z jakim to robi.

Czy jest to głęboka analiza? Moim zdaniem, nie. Iain Banks poświęcił dużo uwagi opisom i to tym, które mają szokować – palnie os, wysadzanie króliczych nor itp. W międzyczasie opowiada o przeszłości rodziny Franka, jego zwyczajach i sposobie bycia itd. W teorii wszystko jest ok. Dostajemy pewne przesłanki i możemy spróbować postawić diagnozę. W praktyce jest ich za mało i nie pozwalają wkroczyć głęboko do umysłu bohatera. Zakończenie jest dość zaskakujące i daje część odpowiedzi, ale w dalszym ciągu nie wyczerpują tematu. Do tego pojawiają się nowe pytania: co Frank zrobi z wiedzą którą posiadł?; czy będzie w stanie pozostać sobą?.

Chciałabym wrócić jeszcze do przemocy w powieści. Czy sam fakt nafaszerowania książki brutalnością czyni ją kontrowersyjną? Ja powiedziałabym, że jest to bardzo ryzykowny zabieg. „Fabryka os” po raz pierwszy została wydana w 1984 roku. Trzeba mieć wyjątkowy talent, żeby stworzyć coś co przez prawie 40 lat pozostanie świeże. Mam takie wrażenie, że z upływem czasu ta książka utraciła swój kontrowersyjny charakter. Oczywiście bardzo dużo zależy od wrażliwości czytelnika, bo szczególnie dla tych, których porusza cierpienie zwierząt będzie to trudna lektura, ale , pozwolę sobie tu nieco uogólnić, coraz bardziej uodparniamy się na przemoc fikcyjną – w filmie czy książce. Można by przytoczyć wiele poczytnych kryminałów, gdzie znajdziemy brutalne opisy (chociażby hit 2020 „Piętno” Przemysława Piotrowskiego i opisy traktowania dzieci w sierocińcu), o autorach horrorów już nie wspomnę (na samą myśl o powieściach Grahama Mastertona bulgocze mi w żołądku) i nie robi się z nich wielkiego halo. Mnie raczej w literaturze rusza inne, przekorne spojrzenie na pewne popularne tematy (jak np. w powieściach Kurta Vonneguta). Tym sposobem pisarz może mnie zaskoczyć, wpłynąć na moje patrzenie na świat. Aby coś określić mianem arcydzieła musi mnie to zachwycić stylem, oryginalną myśląc lub sposobem wyrazu. „Fabrykę os” po prostu przeczytałam. Czasami pomyślałam sobie: „co za świr”, „po co on to robi”, „to chore”, i na tym koniec.

Podsumowując, powieść Iana Banksa to historia napisana z brutalną realnością. Wyróżniają ją naturalistyczne opisy i, jak okazuje się w zakończeniu, wyjątkowo trudny i dziwny temat. Nie można powiedzieć, że jest to lekka i przyjemna lektura, ale myślę, że przesadą jest określanie jej kontrowersyjną. Może dodam, że wiele zależy od tego, co kto rozumie przez to słowo, jednak powtórzę raz jeszcze – to pewnie była kiedyś szokująca powieść, ale nie udało jej się zachować tego charakteru.

* Iain Banks, „Fabryka os”, przeł. Robert Sudół, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, okładka.

** Tamże, s. 64.

"Smoki" Tamara MacFarlane

"Smoki" Tamara MacFarlane

Smoki to wspaniałe stworzenia. Swoim wyglądem, siłą i nadprzyrodzonymi mocami mogą budzić strach. Musimy jednak pamiętać, że poza groźnymi bestiami znane są też stworzenia dzielne i pomocne ludziom. Świat smoków jest niejednolity – mają one różne umiejętności, wybrały różne miejsca do życia itd. Tamara MacFarlane przygotowała kompendium wiedzy o tych fantastycznych istotach.




Zawartość

W tej publikacji poznamy smoki z różnych stron świata. Autorka opisuje poszczególne stwory zwracając szczególną uwagę na to, w jakim kraju, regionie wierzyło, bądź wierzy się w nie (przoduje tu Azja), jak wyglądają, w jakim środowisku żyją (woda, powietrze itd.), jakie są ich cechy charakterystyczne i moce. W książce nie zabrakło też opowieści inspirowanych legendami o tych stworzeniach np. afrykańskim micie o stworzeniu świata. Opisano też tzw. smocze skarby, czyli jaja i kamienie. Nie zapomniano o prawdziwych smokach, czyli istniejących zwierzętach i roślinach mających smocze cechy. Na końcu znajdziemy część rozrywkową, czyli nauczymy się rysować smoka i, wybierając odpowiednie cechy, stworzymy własnego gada.


Konstrukcja

„Smoki” to naprawdę dobrze przygotowane kompendium dla dzieci. Publikacja jest przejrzysta. Składa się z 4 głównych części - „Smoki azjatyckie”, „Smoki europejskie”, „Smoki świata” (czyli pozostałe kontynenty”, „Smocze odkrycia” (czyli ciekawostki). Opisy poszczególnych stworzeń przygotowane są według jednego schematu – krótkie akapity odnoszące się do najważniejszych cech smoków – i on się w tym przypadku sprawdza. Zwięźle przedstawia to co najważniejsze na ich temat. Jeżeli z którymś smokiem związana jest jakaś legenda, autorka stara się ją przybliżać.

Wydawca ma ode mnie duży plus za dodanie nie tylko słowniczka, ale również indeksu na końcu książki. Nie jest to obszerna publikacja i zajmuje on zaledwie dwie strony, ale dzięki niemu młody czytelnik uczy się jak poruszać się po książkach naukowych i popularnonaukowych.




Ilustracje

Wiedza wiedzą, ale gdyby nie Alessandra Fusi i jej rysunki to ta publikacja nie byłaby tak wyjątkowa. Jest to jedna z ładniej zilustrowanych książek dla dzieci jakie widziałam. Wielkie, doniosłe stworzenia wijące się między akapitami robią na czytelniku niesamowite wrażenie. Z każdej strony czuć moc, którą one emanują. Szczerze powiem, że kilka razy ją obejrzałam z zachwytem, zanim sobie przypomniałam, że książki są do czytania.


Podsumowanie

„Smoki” to piękna i ciekawa publikacja. Zwięźle, ale merytorycznie opisuje świat wielkich, mitologicznych bestii. Miałam napisać, że dla pasjonatów, ale stwierdzam, że może zarówno uzupełnić wiedzę o smokach i jak i rozbudzić chęć poznania tych stworów.

"Baletnice" [Kolorowanka]

"Baletnice" [Kolorowanka]

Moja córka jest zafascynowana baletem. Na pewno największy wpływ mają na to piękne stroje i gracja tancerek, ale nie zmienia to faktu, że lubi oglądać i naśladować baletowe figury. Dlatego fajnym, drobnym prezentem okazała się kolorowanka "Baletnice" od wydawnictwa Ferment. Dziękujemy dziadkom :)



Zawartość

Nasze zadanie to pokolorowanie 24 baletnic - u nas to starczy na przyzwoity czas (mamy książeczkę już 3 miesiące i jeszcze jest kilka obrazków do dokończenie), M. jest dość dokładna i potrafi długo pracować nad jednym rysunkiem. Każda z tancerek przybrała jakąś pozę, którą dziecko może spróbować naśladować.

W pakiecie otrzymujemy naklejki - można je dopasować do obrazków, oraz karty Memo do wycięcia - i to jest nawet fajny pomysł, tylko ich tył to okładka publikacji. Co sprytniejsze dziecko szybko zorientuje się, jak łatwo odgadnąć pary.



Nasza opinia

Bardzo lubimy tę kolorowankę - nazywamy ją Malujemy dziewczynki. Obrazki nie są ani za proste, ani za szczegółowe - takie w sam raz. W tym przypadku do rysowania używamy raczej kredek, ale myślę, że farby też by się sprawdziły. Jednak największą frajdę sprawiło M. dopasowywanie naklejek do obrazków. Były one ułożone po kolei, ale ona, dla pewności, i tak przeanalizowała szczegóły.

Co co Memory to jeszcze nie graliśmy. Czekam, aż wszystkie rysunki będę pokolorowane, wtedy zabierzemy się za wycinanie.



"Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu" Gregory Maguire

"Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu" Gregory Maguire

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale Zła Czarownica z Zachodu jest jednym z zapomnianych, niedocenianych antagonistów. Czytając lub oglądając „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” skupiamy się raczej na czwórce wędrowców i na morałach, jakie każdy z nich symbolizuje. Musiałam się odrobinę skupić, żeby przypomnieć sobie, że ktoś przeszkadzał im w podróży po żółtej drodze – zielona maszkara i zgraja latających małp.



Fabuła

Dawno, dawno temu w Manczkinlandii przychodzi na świat maleńka zielona Elfaba. Inteligentna, odważna, ale jednak odmieniec. Ta dziewczynka wyrośnie na przerażającą Czarownicę z Zachodu. Jak do tego dojdzie? Gregory Maguire puścił wodze fantazji i stworzył genezę tej postaci.


Biografia Złej Czarownicy z Zachodu

Gdyby Elfaba była postacią historyczną mogłabym napisać, że „Wicked” to jej obszerna biografia. Autor pokusił się nie tylko o przedstawienie faktów z życia bohaterki, ale też o opisanie miejsca, postaci, wydarzeń, które ją ukształtowały. Przejęcie władzy w Oz przez Czarnoksiężnika to burzliwy moment dla tej krainy. Widzimy silne podziały na tle wiary, ale też rasową dyskryminację. Szczególnie Zwierzęta muszą walczyć o zachowanie swoich przywilejów. Tak bystrej i mającej swoje zdanie, jak Elfaba, osobie trudno nie odnieść się do tego co się dzieje.


Magia kontra polityka

Kiedy sięgałam po „Wicked” spodziewałam się powieści w baśniowym klimacie – dużo magii, niezwykłych stworzeń itp. Oz to oczywiście fantastyczna kraina, gdzie mieszają się różne dziwne ludy, jednak Gregory Maguire nie poświęca im aż tak dużo uwagi, abyśmy poznali ich na wylot, a magia ustępuje miejsca polityce.

Czuć, że dla autora kontekst w jakim dorastała Elfaba jest bardzo ważny, jednak nie jestem pewna, czy wystarczająco jasno opisał swoją wizję Oz. Akcja jest wartka i sprawnie napisana, jednak co jakiś czas trafiamy na fragmenty o charakterze politycznym bądź filozoficznym, nasączone trudnymi słowami i symbolami, które nie do końca rozumiałam, albo nie wiedziałam do czego się odnoszą. Być może pasjonaci krainy Oz dostrzegą w tym więcej. Ja czytałam „Wicked” z perspektywy osoby, która zna historię Dorotki z kina familijnego i mogę powiedzieć, że to co napisał Gregory Magiure podobało mi się, jednak znalazły się tam szczegóły, które nie były dla mnie wystarczająco czytelne.


Podsumowanie

Sięgając po „Wicked” musicie być przygotowani na to, że to książka o całkiem innym charakterze niż „Czarnoksiężnik z Kariny Oz”. Jest to powieść o przemianach pewnej krainy i o zielonej dziewczynce, która nie pozostaje wobec nich obojętna, którą kolejne kopniaki od życia zmieniają w czarownicę.

"Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi" Agata Romaniuk

"Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi" Agata Romaniuk

Czy są wśród nas kociarze? Na pewno tak. Oto intryga dla was. Zagadkę zaginionych śledzi będzie próbowała rozwiązać Kocia Szajka. Czy mruczki to dobrzy detektywi?




Fabuła

Cieszynianie uwielbiają kanapki ze śledziem, które serwuje pani Macurowa, właścicielka sklepu Społem. Szykuje się bankiet w ratuszu, a na nim ma zostać podany właśnie ten przysmak. Ale następuje tragedia – ktoś włamuje się do sklepu i kradnie cały zapas śledzi. Komu podpadły smakowite rybki?


Kryminał dla dzieci

„Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi” to zwariowany kryminał. Sam pomysł na to, że policjantom w rozwiązaniu zagadki będzie pomagała grupa kotów, brzmi oryginalnie. Do tego dodam, że nie bez powodu została nazwana ona szajką, ponieważ miała kiedyś bandyckie aspiracje, okazało się jednak, że jej członkowie są za łagodni i za leniwi do przestępczego żywota. Zwierzaki zabierają się do pracy w nieco chaotyczny sposób, ale nie jest ważna metoda, skoro skutek został osiągnięty. Zostały postawione odpowiednie pytania, a dedukcja została przeprowadzona wzorowo, w efekcie czego sprawca został wykryty.


Książka ma mało miasteczkowy klimat

Niewielki, dwuosobowy komisariat, którego załoga nie ma wielkiego doświadczenia w prowadzeniu śledztwa. Mieszkańcy, którzy – mamy takie wrażenie – znają się na wylot, a ploteczki wymieniają w sklepie spożywczym czy małej kawiarni. No i cieszyńska gwara, która w tej opowieści zajmuje wyjątkowe miejsce. Jedna z kotek jest rasową cieszynianką i w jej wypowiedziach bezwiednie wkradają się takie słówka jak błozyn, bajsztift czy babrok. Bardzo lubię, kiedy w książki wkrada się lokalny koloryt, a Agata Romaniuk poradziła sobie z wyzwaniem śpiewająco. Regionalizmów nie ma za dużo, a jednak są widoczne i fajne oddają charakter miejsca akcji.




Ilustracje

W ręce czytelników zostaje przekazana publikacja w niebiesko brązowych barwach. Może wydawać się to nieciekawa, ale rysunki są równie zwariowane jak przygoda, którą ozdabiają. Mojej córce bardzo się podobają, szczególnie duże, tajemnicze kocie oczy.

Muszę wspomnieć jeszcze o takich elementach, jak spis postaci wraz z portretami oraz narysowana mapa miasta z zaznaczonymi na niej ważnymi dla akcji miejscami. Jak widzicie, czytelnicy otrzymują dopracowaną pod każdym względem publikację.


Nasza opinia

Książka jest dedykowana dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, ale mój również mój przedszkolak oszalał na jej punkcie. Jak tylko została wyciągnięta z paczki padła komenda „czytać” i codziennie przynajmniej krótki fragment musi zostać zgłębiony. Córka słucha bajki bardzo chętnie ,a na jej cześć ułożyła piosenkę i wymyśliła zabawę w zgubione śledzie. „Kocia Szajka” zawładnęła naszym domem i nawet „Psi Patrol” spadł z piedestału na kilka dni.


Podsumowanie

„Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi” to zabawny kryminał, w którym u boku grupy kotków rozwiązujemy śmierdzącą sprawę. Krótko mówiąc, polecam. Polecam do czytania dzieciom i do czytania dla dzieci.


"Slapstick, albo nigdy więcej samotności!" Kurt Vonnegut

"Slapstick, albo nigdy więcej samotności!" Kurt Vonnegut

 „Mówiąc za moją siostrę i za siebie: urodziliśmy się zdolni i zdecydowani pławić się w bezkresnym szczęściu przez całe życie. Niewykluczone, że nawet pod tym względem byliśmy wybrykami natury.”* Postanowiłam rozpocząć recenzję powieści „Slapstick, albo nigdy więcej samotności!” od tej myśli, ponieważ jest idealną krytyką ludzkiego narzekania. Wokół ciągle ktoś jest niezadowolony, ma za mało, za dzieżko itp. Zadowoleni z życia mogą wydawać się nienormalni.



Fabuła

Można powiedzieć, że świat zbliża się ku końcowi. Epidemia zdziesiątkowała ludzkość. U schyłku życia jest też Wilbur Żonkil 11 Swain – ostatni prezydent Stanów Zjednoczonych. Powieść jest autobiografią tej, fikcyjnej, postaci. Jest to relacja dziwna i groteskowa – tak jak jej bohater.

Można powiedzieć, że wyłaniają się z niej dwie ludzkie obawy. Brak zrozumienia wobec tego co odbiega od przeciętności i strach przed samotnością.


Moja opinia

Kiedy skończyłam czytać „Slapstick, albo nigdy więcej samotności!” pomyślałam sobie: „Tylko Kurt Vonnegut może napisać powieść równocześnie smutną i śmieszną przy pomocy kompletnie wyzbytych z emocji bohaterów.” Opisuje relację kazirodczą, zakazaną, a jednak dużo zdrowszą niż niektóre związki, a na pewno niezwykle inspirującą. Przy pomocy anomalii bezwzględnie krytykuje normalność.


Podsumowanie

Kurt Vonnegut i powieść o slapstickowym charakterze – czy to coś nowego w jego twórczości? Trudno powiedzieć, w końcu ona cała jest mocno przerysowana. Czy to znaczy, że ta książka jest dziwniejsza, bardziej groteskowa niż jego pozostałe dzieła? Być może nie jest to najbardziej szokująca, czy obrazoburcza powieść autora, jednak pisarz, już kolejny raz, nie pozostawia suchej nitki na gatunku ludzkim.

* Kurt Vonnegut, "Slapstick, albo nigdy więcej samotności!", przeł. Marek Fedyszak, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, s. 59.


Zobacz też:

Recenzje innych książek autora

"Architekci. Czyściciele materii" Kamil Hajduk

"Architekci. Czyściciele materii" Kamil Hajduk

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jaką supermoc chcielibyście posiadać. Możliwości jest multum – siła, niewidzialność, czytanie w myślach itp. Kamil Hajduk obdarzył swoich bohaterów wyjątkową umiejętnością – potrafią panować nad materią i ją zmieniać. Mam nadzieję, że wasza wyobraźnia już pracuje i podsuwa scenariusze, jakie rzeczy mogą oni wyprawiać.



Fabuła

Warszawa w przyszłości i... chaos, chaos, chaos. Pożar pochłania kolejne budynki, a szpitale są przepełnione. W tym burdelu Konrad poszukuje innego Architekta, Kamila, który odbył walkę z Dopplerem – swoim pasożytniczym „Ja”.

A tymczasem w Rosji dwóch agentów zostaje wysłanych do Polski. Jaki jest cel ich misji? Przejęcie kontroli nad materią.


Powieść akcji o naukowym charakterze

Kamil Hajduk nie bawi się w podchody. Od pierwszych stron rzuca czytelnika w wir wydarzeń – walą się budynki, ludzie spadają z nieba itp. Nie ma czasu na zastanawianie się o co chodzi, trzeba razem z bohaterami działać. W tym szaleństwie oglądamy świat z powieści. Razem z Konradem przemierzamy zrujnowane miasto, z Wasilijem i Maksymem wyruszamy na zleconą misję, to wszystko przeplatane jest wizjami bohaterów, ich wspomnieniami i życiorysami.

Jak już wspomniałam Architekci, ogólnie mówiąc, panują nad materią, także w książce latają atomy, fotony i inne kwarki – myślę, że czytelnicy bardziej obeznani z fizyką kwantową mogą mieć podczas lektury sporo radości i na pewno dopatrzą się więcej niż ja, bo dla mnie to czarna magia.




Moja opinia

Architekci. Czyściciele materii” to była dla mnie bardzo trudna, ale i ciekawa powieść. Podobał mi się postapokaliptyczny klimat oraz koncepcja świata i zdolności jakimi autor obdarował swoich bohaterów. Będąc przy postaciach, uważam, że są bardzo dobrze wykreowane. Zaglądanie do ich wspomnień pomogło nie tylko w ich poznaniu, ale też zrozumieniu akcji oraz uniwersum.

Nie jestem pewna, czy do końca rozszyfrowałam, o czym jest ta powieść. Jedna kwestia to pojęcia, których nie rozumiem. Nie jestem fanką naukowej gałęzi science-fiction, bo fizyka, do której zazwyczaj nawiązuje, to moja słaba strona. W dobie Internetu można posiłkować się słownikiem, ale nie zawsze pomaga on w rozjaśnieniu treści, a poza tym to trochę wybija z rytmu.

Druga kwestia to fatalna jakość pliku - podobno został poprawiony, ale ja oceniam to co miałam w łapkach. Egzemplarz do recenzji dostałam w formie e-booka, w którym akapity się rozrzedzały, przypisy pojawiały się w środku tekstu, a niektóre wyrazy były rozdzielone myślnikami. Konwersja ewidentnie się nie udała. Gdyby akcja szła sobie spokojnie po linii prostej, jakoś dałabym radę, ale tu mamy skoki w czasie, bohaterowie mają różne wizje i ja czasami nie wiedziałam o co chodzi w danym fragmencie.


Podsumowanie

Kamil Hajduk postawił na wyjątkowe nadnaturalne zdolności. Moc, którą obdarował Architektów daje ogromne możliwości, dzięki temu autor mógł rozpuścić witki swojej wyobraźni. Ja chyba wolałabym obejrzeć tę historię w formie filmu, bo – z powodów, o których wspomniałam wcześniej – akcja była dla mnie trudna do śledzenia, ale też widzę tu potencjał do efektownych efektów specjalnych.


Zapraszam na stronę autora, gdzie można przeczytać fragment powieści LINK

Książka dostępna na Legimi

"Mucha i Pajączek" Jeremi Bartosiak [audiobook]

"Mucha i Pajączek" Jeremi Bartosiak [audiobook]

Nie przepadamy za robalami. Wzbudzają w nas odrazę. Musimy jednak pamiętać, że większość z nich – przynajmniej tych żyjących w naszym klimacie – nie wyrządzi nam krzywdy. Moja mama często powtarzała „ten pająk bardziej się ciebie boi”. Coś w tym jest. Z jego perspektywy człowiek to niebezpieczny gigant polujący z gazetą w ręku.



Fabuła

Mały Bruno zostawia w pokoju nadgryzione jabłko, na którym siada mucha. Owad wywołuje u chłopca niepokój. Woła tatę, aby go przegnał. Szybka mucha jednak ucieka i chroni się za szafą.

To nie koniec przygód z robalami. W nocy Bruno dostrzega podejrzany cień. Czy to któraś z zabawek ożyła? Nie, pod łóżkiem skrył się wielonożny potwór – straszny pająk. Cały dom zostaje postawiony na nogi z powodu nieproszonego gościa.


Książka podzielona jest na 5 części.

Dwie poświęcone są Brunowi i niepokojowi, który go nawiedza podczas spotkań z muchą i pająkiem. Maleńkie stworzenia, a jednak coś powoduje, że chłopiec się ich boi.

Po reakcjach Bruna jest czas na poznanie odczuć owadów. Te fragmenty są rewelacyjne. Patrzymy na świat oczkami muchy oraz pająka i możemy posłuchać owadzich myśli. Okazuje się, że nie chcą zrobić ludziom krzywdy. Tak jak Bruno boi się ich, tak one obawiają się jego. Nie rozumieją dlaczego chłopiec robi tak wielki hałas i rzuca w nie rzeczami.

Ostatnia część – znikają nocne cienie, nadchodzi ranek. Bruno i tata przeczesują pokój w poszukiwaniu nieproszonych gości. Po tym fragmencie oczekiwałam podsumowania i pięknego morału. Słówka o tym, że czasami wyolbrzymiamy nasz strach, albo o tym, że potwory też się boją. Niestety autor koncertowo zepsuł dobre wrażenie, jakie wywołał początek książki. Jako morał można uznać myśl, że należy sprzątać, bo zalęgną się robale. Ciężko się z tym nie zgodzić, ale jednak nie wyczerpuje on potencjału tej bajki w stu procentach. Najgorsze jednak jest to, że nikt nie próbuje pocieszyć Bruna. Mam wrażenie, jakby rodzice chcieli go wystraszyć, a nie wesprzeć.


Audiobook

Mieliśmy przyjemność wysłuchać tej opowieści czytanej przez Krystynę Czubównę. Udało się jej oddać niepokój i strach, które targały bohaterami. Nadała jej fajnego charakteru dreszczowca dla dzieci. Dzięki jej interpretacji można wczuć się w emocje bohaterów – brawo.

Audiobook ma ok 50 minut i każda z części to oddzielny plik, więc łatwo dawkować dziecku słuchanie.


Podsumowanie

Jestem bardzo wyczulona na treści, które trafiają do mojego dziecka, bo wiem, że jest wrażliwe i nawet drobiazg może wywołać lawinę emocji. Dlatego pierwszym 4 częścią mówię „tak”. Będziemy je chętnie słuchać i postaramy się przy ich pomocy oswoić nieprzyjemne emocje, jakie wywołują np. pająki. Z ostatnim fragmentem nie będę ryzykować. Mogę wybaczyć, że morał został ograniczony do sprzątania, bo jest ono ważne, ale obawiam się, czy pojawianie się kolejnego stwora nie wystraszy mojej córki. Świetnie, że tekst został podzielony na mniejsze fragmenty, więc łatwo pominąć zakończenie i dopowiedzieć własne.


Copyright © Asia Czytasia , Blogger