Farma pereł - Liza Marklund

Farma pereł - Liza Marklund

Gdzieś na końcu świata, na jednym z atoli wchodzącym w skład Wysp Cooka mieszka Kiona. Jej rodzina prowadzi farmę pereł. Książka autorstwa Lizy Marklund zaczyna się egzotycznie i trochę bajkowo. Kiedy sprawdzamy jak powieść została sklasyfikowana widzimy gatunek kryminał, thriller. Czy będzie to słoneczny kryminał?


Fabuła

Manihiki to atol wchodzący w skład Wysp Cooka. Mieszkańcy mają swoje zwyczaje i rytm życia. Kiedy w pobliżu wyspy rozbija się jacht zostają one zaburzone. Zostaje odratowany mężczyzna, który zostawi swój ślad na Manihiki., a szczególnie w życiu Kiony, poławiaczki pereł.


Jeżeli ktoś wie o czym jest ta powieść to poproszę maila, sms'a, pocztówkę, cokolwiek, bo ja nie potrafię rozgryźć intencji autorki. Mam wrażenie, że chciała napisać kryminał, ale nie wiedziała jak zacząć i wyszła z tego Farma pereł.

Akcja poprowadzona jest bardzo dziwnie. Rozpoczynamy ją na wyspie Manihiki, a kończymy na gospodarczej aferze. I nie byłoby w tym nic złego, tylko droga, którą musimy przebyć usłana jest warstewką zbiegów okoliczności i szczęścia, nikomu niepotrzebnych przemyśleń (czy narratorka musi streszczać każdą książkę, którą czyta?) i gronem nic nie wnoszących postaci. Jesteśmy przyzwyczajeni, że na początku książki autor stawia pewne problemy i na ich bazie rozwija fabułę. W Farmie pereł początkowe założenia rozmyły się ustępując miejsca wątkom kryminalnym.


Najsłabszym punktem tej powieści jest narratorka.

Bardzo lubię pierwszoosobową narrację i lubię zacieśniać więzi z postacią, której historię czytam. Kiony słuchałam przez, ponad, 500 stron i w ogóle jej nie poznałam. Z fabuły wyłania się kobieta, a ze sposobu mówienia dziecko, które chce pochwalić się wiedzą (a, jesteś ze Szwecji. To jest państwo położone na północy Europy itd.). Pewne jest to, że kocha książki i katedry, oraz, że ma w sobie dużo siły. Poza tym, nie wiem, czy jej zachowaniem kieruje miłość, żądza przygody, a może buntu. Na początku powieści wspomina o swoich marzeniach, tylko bardzo szybko idą w zapomnienie kosztem... No właśnie, czego?




Język i sposób napisania książki to elementy, które mogą spodobać się części czytelników.

Powiedziałabym, że Farma pereł napisana jest komercyjnie. Prosty język, krótkie fragmenty- to sprawia, że powieść czyta się bardzo szybko, nie jest wymagająca i można przy niej odpocząć. Przy czym ja mam znowu małe ale. Niezbyt długie rozdziały bardzo fajnie sprawdzają się przy kryminałach. Nadają dynamizmu i pomagają pobudzać zainteresowanie. Liza Marklund długo zwlekała z zawiązaniem przestępczego wątku. Duża część Farmy pereł ma charakter obyczajowy i jest monologiem Kiony i dzielenie go na małe fragmenty powodowało, że narracja jest poszarpana.


Podsumowanie

Farma pereł wydała mi się interesująca już na etapie zapowiedzi. Thriller z wyspiarskim tłem brzmi wybornie. Co otrzymałam? Bardzo prostą powieść, którą czytało się szybko, ale niczym mnie nie zaintrygowała. Tak, jest napisana lekko i przyjemnie, ale tym kończą się jej zalety. Ja szukam w książkach emocji, a Farmę pereł czytałam z kamienną twarzą.

Boris Akunin - cykl "Bruderszaft ze śmiercią".  Odsłona trzecia: "Dziwny człowiek", "Grzmijcie, fanfary zwycięstwa!"

Boris Akunin - cykl "Bruderszaft ze śmiercią". Odsłona trzecia: "Dziwny człowiek", "Grzmijcie, fanfary zwycięstwa!"

Impreza trwa. Jeszcze jedna kolejka, jeszcze jeden toast. Kto będzie bawił się dalej, a kto dziś wypije bruderszaft ze śmiercią.



W kolejnej odsłonie cyklu Bruderszaft ze śmiercią prym wiodą dwie, znane czytelnikom, postacie – Josef von Teofels i Aleksiej Romanow.

W Dziwnym człowieku niemiecki szpieg przenika do kręgów petersburskiej socjety. Zadanie jest bardzo delikatne i wymagające subtelności. Aby je zrealizować Josef von Teofels nawiązuje kontakt z wyjątkową postacią w rosyjskiej historii. Owianą mgiełką mistyki. Macie podejrzenia o kogo może chodzić?

Grzmijcie, fanfary zwycięstwa! można streścić zdaniem: byleby się nie wydało. Rosjanie szykują ofensywę, a zadaniem młodego agenta kontrwywiadu jest zadbanie, aby plan pozostał jak najdłużej w tajemnicy i aby udało się zaskoczyć przeciwnika. Okazuje się, że zadnie nie jest łatwe. Informatorzy są czujni. Aleksiej będzie musiał wykazać się kreatywnością, żeby wrogie dowództwo nie domyśliło się co planują Rosjanie.



Kolejne dwie opowieści z cyklu Bruderszaft ze śmiercią i kolejne dwa zadania, które mogą zaważyć na wyniku wojny. Boris Akunin oczywiście nie jest w stanie zmienić historii, ale w jej ramach może tworzyć wciągające przygody.

Polubiłam te przepychanki wywiadów rosyjskiego i niemieckiego i polubiłam postacie Josefa i Aleksieja (chociaż to wrogowie). Oboje podchodzą do swoich zadań bardzo poważnie, ale i kreatywnie. Wytyczne wytycznymi, ale najważniejsze jest osiągniecie oczekiwanego celu. Właśnie ta umiejętność zachowania zimnej krwi i improwizacji wyjątkowo mi się u nich podoba. Szczególnie opowieść Grzmijcie, fanfary zwycięstwa! Skojarzyła mi się z popularnymi serialami kryminalnymi typu CSI. Kryminalne zagadki. Nie, nie, nikt nie badał w Bruderszafcie DNA. Mam na myśli raczej rozległość wiedzy, szybkość łączenia faktów i wyciągania wniosków. Odpowiednie przeszkolenie plus analityczny umysł i mamy dobrego wywiadowcę.




Podsumowanie

Cykl Bruderszaft ze śmiercią to dziesięć opowieści, więc minęliśmy właśnie półmetek. Zdradzę wam, że kiedy zaczynałam go czytać nie przypuszczałam, że aż tak się wkręcę w szpiegowskie przygodówki osadzone w czasie I wojny światowej. Moje zainteresowanie nie spada. Polubiłam bohaterów tych minipowieści i spodobał mi się sposób w jaki Boris Akunin je napisał.


Zobacz też:

Bruderszaft ze śmiercią odsłona 1

Bruderszaft ze śmiercią odsłona 2

Polowanie - Sławomir Galicki

Polowanie - Sławomir Galicki

Przy okazji książki Polowanie autorstwa Sławomira Galickiego wypłynął temat myślistwa. W tej dyskusji mamy dwie strony. Obrońców zwierząt, trąbiących o morderczych instynktach myśliwych kontra członkowie kół łowieckich, mówiących o równowadze ekosystemu. Po której stronie barykady wy jesteście?




Fabuła

Polowanie to rok funkcjonowania koła łowieckiego. Możemy wraz z nimi wybrać się na polowanie, obserwować zwierzęta w ich naturalnym środowisku, ale też popatrzeć na różne przekręty, interesy i wewnętrzne rozgrywki. Dominującym tematem jest działalność kłusowników ich polowanie na nich. W lesie zostają założone kamery, co nie podoba się wszystkim myśliwym. A w okolicy dzieje się coraz więcej niepokojących rzeczy.


Książka Polowanie okazała się dla mnie doświadczeniem z kategorii oczekiwania konta rzeczywistość.

Jak to mówią nie ocenia się książki po okładce, ale ja to zrobiłam i dostałam po głowie. Powieść dopiero co się ukazała, więc nie miałam okazji zapoznać się z opiniami, a piękny front przywołał u mnie wspomnienia wspaniałych Mgieł Avalonu, w których Marion Zimmer Bradley pięknie pisała o kulcie Bogini, a Celtowie byli zespoleni z porami roku. Patrząc na zieloną Panią na okładce wyobraziłam sobie opowieść o Matce Naturze tudzież leśnych boginkach, a dostałam powieść o myśliwych. Największym problemem okazało się, że nie jest to temat, który mnie interesuje. We wstępie zapytałam się was, po której stronie barykady wy stoicie, w konflikcie pomiędzy myśliwymi, a obrońcami praw zwierząt. Ja nie stoję po żadnej. Dziczyzny nie jadam, w żaden eko ruch nie jestem zaangażowana, nawet nigdy nie wczytywałam się w argumenty stron. Dlatego trudno było mi złapać klimat tej książki.


Oczywiście, nie jest winą autora, że czytelnik nie ogarnął o czym będzie czytał1, więc postaram się, opowiedzieć, zainteresowanym tematem, w jaki sposób napisana jest ta powieść.

Sławomir Galicki jest myśliwym, więc można się domyślić, że nie będzie oczerniał siebie i swoich kolegów. Po przeczytaniu wstępu do książki wydał mi się osobą butną, dlatego zostałam miło zaskoczona, kiedy okazało się, że powieść napisana została w delikatny sposób. Powieściowe polowanie kojarzy mi się z misterium, w którym myśliwy, pomimo że odbiera życie, oddaje hołd swojej ofierze. Jest w tym dużo szacunku dla darów Matki Natury. Autor nie boi się pokazać, również grzeszków łowieckiego światka. Przyznaje, że tak jak w każdym środowisku, i w tym są uczciwi i krętacze.


Bardzo ważnym bohaterem Polowania jest Las.

Na kartach tej powieści mamy przyjemność pokontemplować piękno natury. Usiąść na ambonie i obserwować jak locha prowadzi warchlaki, posłuchać o czym szumią brzozy czy burczenia borsuka. Świetnym zagraniem było rozpisanie historii na cały rok. Dzięki temu widzimy jak przyroda się zmienia, co każda pora roku może nam zaoferować i czego wymaga natura od nas. Las to organizm- oddycha, żyje, ewoluuje.




Język

W tym akapicie chciałabym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, dialogi przypominają mi mowę potoczną. Wygląda to tak, jakby rozmawiali kumple. Nie brak niedokończonych myśli, niecenzuralnych przecinków, środowiskowych powiedzonek, a nawet zamierzonych błędów językowych (rozbawił mnie na przykład tekst kto by się przejmował etykieto). Nie do końca potrafię ocenić, czy jest to na plus czy minus. Z jednej strony jest naturalnie, a z drugiej zapomniano, że w rozmowie face to face dochodzą takie elementy jak mowa ciała, znajomość rozmówcy itp. i te dodatki mogłyby być lepiej dostosowane do tekstu literackiego, bo czasami trudno było zrozumieć intencje rozmówców.

Po drugie, nie zawsze potrafiłam dostatecznie szybko odgadnąć bohatera danej scenki. Kiedy mamy do wyboru kilku myśliwych, mieszkańców okolicznych miejscowości i tajemniczego Obserwatora same zwroty typu, siedział, obserwował, niepokoił się bez określenia podmiotu mogą powodować u czytelnika dezorientację.


Podsumowanie

Przyznałam wam się, że mi powieść Polowanie nie przypadła do gustu, ale winę biorę na siebie. Gdybym zrobiła lepszy research nie zaczęłabym jej czytać i nie maltretowałabym jej teraz na blogu. To, że mi książka nie podeszła, nie znaczy, że nie polecam. Osoby, które chciałyby poobcować literacko z polską przyrodą, no i oczywiście wszyscy zainteresowani tematem, jeżeli znajdziecie czas, czytajcie śmiało.


1 Zrobiłam szybką ankietę w mediach społecznościowych, żeby dowiedzieć się z jakim gatunkiem literackim kojarzy się okładka Polowania. Moi obserwatorzy obstawili fantasy.

"Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl"

Zastąpić Carlę - Joanna Hines

Zastąpić Carlę - Joanna Hines

Urlop sprzyja nawiązywaniu nowych znajomości. Czy są one dla was ważne, czy może to nic nie znaczące epizody? Helen poznała Carlę podczas greckich wakacji. Dwie samotnie podróżujące kobiety, które miło spędzały razem czas. Teoretycznie, po zakończeniu turnusu, każda powinna odlecieć w kierunku swojej codzienności, jednak ta znajomość zmieni życie Helen o 360 stopni. Opęta ją siecią strachu i obsesji.



Fabuła

Helen poznaje Carlę podczas urlopu w Grecji. Kobiety postanawiają kontynuować urlop wspólnie. Morze, plaża, drinki, zwiedzanie- czas poświęcają na relaks. Carla wydaje się trochę niespokojna, ale koleżanka nie chce być wścibska. Być może warto było lepiej poznać towarzyszkę, bo pewnego poranka Helen znajduje ją martwą, a do tego nie pamięta co się wydarzyło. Sielanka przeradza się w dramat.


Zastąpić Carlę to thriller psychologiczny.

Joanna Hines wspaniale wykorzystała narrację pierwszoosobową do wprowadzenia tego dreszczyku, za który kochamy ten gatunek. Wchodzimy w umysł kobiety, która walczy z wyrzutami sumienia, którą owe wyrzuty doprowadziły do obsesji na punkcie zmarłej koleżanki i niemożności poukładania sobie życia.

Oddanie narracji Helen gwarantuje poczucie niepokoju. Znacie to uczucie, kiedy w nocy zaskrzypi w domu jakiś mebel, a my zaczynamy wyobrażać sobie, że grozi nam jakieś wielkie niebezpieczeństwo? Takie są myśli Helen. Kobieta nie pamięta momentu śmierci koleżanki. Stara się poukładać sobie wspomnienia. Nie jest pewna, czy wydarzenia, które miały miejsce poprzedzającej tragedię nocy, odbyły się naprawdę, czy może są wytworem jej wyobraźni. Niektóre wspomnienia wyolbrzymia, inne jej umykają i dopiero ktoś inny je budzi. Helen czuje się zagubiona, przerażona, osaczona. Chciałaby, ale nie potrafi, odciąć się od wydarzeń minionego lata.

Jeszcze jedna rzecz zafascynowała mnie w powieści Zastąpić Carlę, mianowicie to, w jaki sposób poznajemy tytułową Carlę. Kiedy kobieta żyje może kreować swoje ja i być tym kim chce. Dopiero po jej śmierci udaje nam się podejrzeć jej życie, poznać realia w jakich funkcjonuje. W tym miejscu muszę dodać, że wkraczamy w egoistyczny świat. Dostajemy wachlarz dominujących postaci, które lubią, kiedy ich jest na górze. Bardzo podoba mi się, jak Joanna Hines je wykreowała. Tutaj nie ma pustych imion. Każdą postać się zapamiętuje, każda wzbudza jakieś emocje.




Podsumowanie

Być może nad wyraz chwalę powieść Zastąpić Carlę. Trzeba uczciwie przyznać, ze jest w niej kilka momentów, które mogą być nużące np. kiedy Helen zachwyca się kąpielą w morzu, czy podziwia krajobraz, ale taka ona jest. To jest część jej charakteru, jej wrażliwości i żeby ją dobrze poznać musimy wysłuchać jej całego monologu.

Ja pokochałam tę powieść za niepokojący klimat i dobrze wykreowanych bohaterów. Dzięki temu czytanie jej było przyjemnością. Moim zdaniem to nie tylko thriller psychologiczny, to bardzo dobry thriller psychologiczny, a Joanna Hines udowodniła, że wie o co w tym gatunku chodzi.

Krzyżówki angielskie. Poziom B1 - B2 - Małgorzata Szewczak

Krzyżówki angielskie. Poziom B1 - B2 - Małgorzata Szewczak

Nauka języka obcego to proces. Nie da się go wkuć w jedno popołudnie. Musimy być cierpliwi, konsekwentni, systematyczni. Dzięki temu będziemy coraz lepsi i nawet nie zorientujemy się, kiedy zaczniemy płynnie mówić. Aby ułatwić ten proces proponuję wam, naukę przez zabawę. Będziemy rozwiązywać Krzyżówki angielskie. Autorką tej publikacji jest Małgorzata Szewczak, absolwentka filologii angielskiej, która czynnie pracuje jako lektor i nauczyciel języka angielskiego. Zobaczmy co nam zaproponowała.


Zadania zostały podzielone na 4 części.

Na początku dostajemy najprostszą formę krzyżówek czyli poziomo ułożone pytania, a w pionowej kolumnie powstaje hasło.

Część 2 i 3 to bardziej skomplikowane kształty, a rozwiązanie otrzymujemy spisując po kolei oznaczone litery. Czym różnią się te części między sobą, nie wiem, nie dopatrzyłam się.

Ostatnia grupa wyróżnia się tym, że definicje są po angielsku. Trochę szkoda, że takich łamigłówek nie ma ich więcej. W opisie na okładce bardzo mądrze napisano (…) jeżeli nie tylko znamy i rozumiemy samo słowo, ale także potrafimy podać jego definicję. Wówczas, nawet jeśli umknie nam wyraz lub nasi rozmówcy nie poją, co mamy na myśli, będziemy mogli go rozwinąć w kilku innych słowach – i na pewno się zrozumiemy.1 Ja często powtarzam, że aby dobrze mówić w obcym języku trzeba przełączyć mózg na ten język. Chcemy porozumiewać się po angielsku, musimy myśleć po angielsku. Myślę, że poziom B nie ogranicza się do nauki słówek. Osoba na tym levelu ma już pewną bazę i może zacząć uczyć się filozofii tej mowy. Można wymagać od niej więcej niż pytania typu: A jak po angielsku jest biedronka, kamień, kaszel itd.?

Jeżeli będziecie mieli jakieś problemy przy rozwiązywaniu krzyżówki zawsze można sprawdzić hasła w kluczy lub poszukać ich w słowniczku.




Poziom

Poziom B1 i B2 oznacza, że są to zadania dla osób średniozawansowanych. Ja swoją naukę angielskiego zakończyłam właśnie na tym levelu i rozwiązując zamówione krzyżówki, zostałam boleśnie uświadomiona, jak łatwo zapomnieć, tak mozolnie wkuwane słówka. O ile łamigłówki na poziomie A nie sprawiły mi trudności, tym razem musiałam się mocno wspierać dołączonym słowniczkiem.




Podsumowanie

Rozwiązując Krzyżówki angielskie zaproponowane przez Małgorzatę Szewczyk to fantastyczna forma rozrywki. Ćwiczymy angielskie słówka, dowiadujemy się ciekawostek o Wyspach Brytyjskich i podobno wpływają dobroczynnie na nasz mózg (więcej np. TUTAJ). Samo dobro.

1 Małgorzata Szewczak, Krzyżówki angielskie. Poziom B1- B2, wyd. Septem, Gliwice 2020, z okładki.

Zobacz również:

Krzyżówki angielskie. Poziom A1- A2

Umarli tańczą - Piotr Głuchowski

Umarli tańczą - Piotr Głuchowski

Media karmią się sensacją i nie ma co się dziwić, bo (podobno) ona najlepiej się sprzedaje. Dobry dziennikarz powinien, w morzu tematów, rozpoznać ten, który będzie najciekawszy, który przyciągnie czytelnika.

Fabuła

Robert Pruski, dziennikarz lokalnego tygodnika, otrzymuje list od zdesperowanej kobiety. Iwona, bo tak ma ona na imię, opowiada w nim jak przed laty zostali zamordowani jej rodzice. Kobieta twierdzi, ze władze nie zrobiły nic, aby schwytać sprawcę, posunęły się wręcz do zatuszowania zbrodni. Dziennikarz podejmuje trop i odkrywa więcej podobnych przypadków. Czy w latach 80. grasował w Toruniu seryjny morderca?


Umarli tańczą to powieść, którą zdominowało śledztwo dziennikarskie.

Piotr Głuchowski, dla którego napisanie kryminału było odskocznią od pisania reportaży, wspaniale wykorzystał dziennikarskie doświadczenie. Główny bohater to redaktor toruńskiej gazety. Podłapuje temat i wykorzystuje swoje kontakty, aby zebrać materiał, który ma być informacyjną bombą. Możemy podpatrzeć jak wygląda dziennikarskie śledztwo, jakimi metodami posłużył się Robert Pruski, aby znaleźć to co miało zostać zapomniane, jak przygotowuje się numer do druku i jak się go promuje, w jaki sposób informacje przepływają między różnymi redakcjami, czy dziennikarze współpracują czy rywalizują. Świetnie wykorzystane własne doświadczenia zawodowe i świetny dodatek, do głównego tematu, czyli zbrodni sprzed lat.


Robert Pruski

Kiedy o nim myślę, nie mogę pozbyć się skojarzenia z Harrym Hole z książek Jo Nesbø. Inna profesja, ale podobne problemy, podobnie niedbały styl życia- powinnam dodać prywatnego,bo pracy Robert Pruski jest bardzo oddany. Wprowadzenie pierwiastku osobistego detektywa do powieści kryminalnej jest różnie ocenianie. Ja nie mam nic przeciwko, dopóki jego problemy nie dominują nad sprawą. W przypadku Umarli tańczą udało się bardzo sprawnie wszystko spiąć. Zaangażowanie Roberta Pruskiego w śledztwo, było tak duże, że w pewnym momencie stali się jednością.


Toruń

Kiedy pada hasło Toruń pierwsze skojarzenia to Kopernik, pierniki, może komuś przyjdzie do głowy jakiś zabytek. Piotr Głuchowski nawiązuje do czasów, kiedy to w okolicach osiedla Wrzosy i ulic Ugory, Polna, Grudziądzka mieściła się Jednostka Armii Radzieckiej (w tej chwili skrót JAR kojarzy się raczej z prężnie powstającym osiedlem). Odwiedzimy również toruńskie lotnisko i jego okolice (ulice Szosa Okrężna i Gagarina) oraz forty, ale nie często zwiedzany przez turystów fort IV, a te mniejsze, trochę zapomniane. Autor zafundował nam też kilka spacerów po starówce, ale przyznam, że opisanie mniej popularnych części miasta bardziej mi się spodobało. Przede wszystkim, wybrane okolice były idealnym tłem dla opisanych zbrodni. Las,a w nim groźnie wyglądające, mroczne pozostałości fortyfikacji. Pamiętam, jak odwiedzałam ko;eżankę i musiałam mijać taki budynek. Nie lubiłam chodzić obok niego nawet w dzień. Do tego zamknięty dla mieszkańców miasta, owiany tajemnicą JAR.

Jak widzicie książka Umarli tańczą pozwala czytelnikom poznać skrawek Torunia, a tym, którzy odwiedzają te miejsca poczuć dreszcz na plecach. Opowiem wam anegdotkę związaną z moim czytaniem tej powieści. Jest tam taki fragment, że w okolicach lotniska były hodowane nutrie czy lisy. Podpytywałam męża, czy kojarzy gdzie dokładnie, bo on dużo lepiej ode mnie zna tą część miasta. Najpierw stwierdził, że niczym podobnym nie słyszał, ale chyba zaciekawiłam go tematem. Musicie wiedzieć, że jest to wdzięczna okolica na spacer i z okazji wolnego dnia właśnie tam się wybraliśmy. Mojemu małżonkowi przypomniało się moje pytanie o ową hodowlę i pokazał mi gdzie prawdopodobnie mogła ona się mieścić. Moja reakcja: - I ty pozwalasz mi tu z dzieckiem chodzić?Tu ludzi mordują. Po chwili oczywiście puknęłam się w głowę, ale dziwnie szło się przez las, który był tłem dla czytanego właśnie kryminału.


Podsumowanie

Uważam, że Umarli tańczą to powieść godna polecenia. Zbrodnie z lat 80. odkopane przez dziennikarskie śledztwo to bardzo dobra podwalina pod kryminał. Poza miłośnikami gatunku, powieść podrzuciłabym zainteresowany kulturą naszych wschodnich sąsiadów, szczególnie tematyką religijną.

Bardzo podoba mi się, że Piotr Głuchowski wyszedł poza toruńską starówkę. Pokazał inną stronę miasta i mało znany fragment jego historii. A mieszkańcom grodu Kopernika szepnę: - Czytanie o zbrodni, popełnionej pod oknami i wędrowanie szlakiem sprawcy to niezła dawka adrenaliny. W przypadku Umarli tańczą o tyle bezpieczne, że wszystko jest fikcją.

Królik w lunaparku - Michał Biarda

Królik w lunaparku - Michał Biarda

Kiedy moja córeczka widzi królika, woła ooo kic, kic, jaki słodki, a lunapark jest miejscem bardzo przez nią lubianym. Można by pomyśleć, że Królik w lunaparku będzie milusią książką. Nie, moi drodzy. Ten Królik to nie jest miły gość.


Fabuła

Królik w lunaparku to tak naprawdę, trzy historie, trzy osoby, które zostały związane przez pokrętne koleje losu- Paweł, informatyk, który może poszczycić się super pamięcią, Kaśka, licealistka, która uwielbia grać w koszykówkę i Zbyszek, pracujący jako taksówkarz. Gdyby jedna z tych postaci nieco uważniej przechodziła przez jezdnię, w ogóle by się nie poznali, a finał tej historii byłby zupełnie inny.


Gatunek

Jeżeli chodzi o gatunek, to Królikowi... najbliżej do powieści obyczajowych, chociaż wzbogacony został o elementy oniryczne i niebezpieczeństwo. Poznajemy Pawła, Kaśkę oraz Zbyszka i śledzimy ich poczynania. Każdy z nich wnosi coś do równania, które rozpisał Michał Biarda, a wynikiem jest poznanie Królika.


Przeczytałam Królika w lunaparku od pierwszego słowa do ostatniej kropki i nie mam pojęcia, co mam wam o nim napisać. Serio, zabrakło mi języka w gębie. To co jest najfajniejszego w tej powieści, że do końca nie wiemy, o co w niej chodzi. Trudno prześwietlić zamiary autora.


Książka ma lepsze i gorsze momenty, chociaż myślę, że ocena treści, będzie, w tym przypadku, kwestią indywidualną. Musimy poznać trójkę ludzi z różnych światów i naturalnym jest, że jedna osoba wyda nam się ciekawsza, a inna mniej. Mnie np. znudziła historia Pawła. Nie mogłam złapać porozumienia z młodym studentem informatyki, ani, nawet w minimalnym stopniu, ekscytować się tym co on, ale przypuszczam, że panowie nie będą mieli z tym problemu ;). Z Kaśką i Zbyszkiem poszło jakoś łatwiej, ale, tak naprawdę, przy lekturze trzymała mnie myśl: O co, kurde, chodzi?.



Finał

Możecie spokojnie czytać ten akapit, nie zdradzę jak książka się kończy. Powiem tak, jeżeli zdecydujecie się sięgnąć po tę powieść i coś wam się na początku nie spodoba, nie zrażajcie się. Warto doczytać ją do końca. Dopiero wtedy dostrzeżecie, pomysł, jaki Michał Biarda miał na opowiedzenie tej historii. Facet kręci i kręci jak ta karuzela w lunaparku, ale suma summarum, świetnie, że nie napisał Królika... w prosty sposób. Nieoczywistość to, w tym przypadku, słowo klucz.


Podsumowanie

Królik w lunaparku to pokręcona powieść. Do samego końca trudno domyślić się, o czym ona jest. Michał Biarda daje nam mało poszlak, ale nie wodzi nas za nos. Po prostu sprytnie manewruje punktem widzenia. Doceniam pomysł i doceniam wykonanie.


Książkę możecie kupić na stronie autora https://michalbiarda.pl/

Krzyżówki angielskie. Poziom A1 - A2 - Małgorzata Szewczak

Krzyżówki angielskie. Poziom A1 - A2 - Małgorzata Szewczak

Z okładki publikacji, którą chciałam was dziś pokazać, zerka na nas William Shakespeare. Nie będziemy jednak czytać jego utworów, ani analizować niuansów jego biografii. Słynny dramatopisarz zachęca nas do nauki jego rodzimego języka, czyli angielskiego. Przygotujcie długopisy i przewietrzcie głowy, bo będziemy rozwiązywać Krzyżówki angielskie.



Autorka

Małgorzata Szewczak ukończyła filologię angielską i, co jest dużo ważniejsze, pracuje jako nauczyciel tego języka. Dzięki temu może w praktyce przetestować, jakie metody są najbardziej efektywne. Proponuje nam niemęczący patent na naukę słówek- crosswords.


Poziom A1 – A2 oznacza, że są to łamigłówki dla początkujących.

W sprzedaży znajdziecie również krzyżówki na poziomie B1-B2. Zamówiłam obie wersje, poziom A na rozgrzewkę i B, który bardziej odpowiada moim umiejętnościom językowym.


Dziś skupimy się na tej prostszej publikacji. Czas zobaczyć co jest w środku.

A tam: krzyżówki, krzyżówki i jeszcze więcej krzyżówek – dokładnie 65. Podzielono je na 4 części. W pierwszych 3 mamy podane słowo po polsku, które trzeba przetłumaczyć na angielski. Oczywiście z oznaczonych literek tworzymy hasło. Szczególnie w pierwszej części rozwiązania są bardzo angażujące, bo słowo, które uzyskujemy po rozwiązaniu krzyżówki wstawiamy do pytania, na które musimy odpowiedzieć, mamy więc drobne elementy gramatyki. Inne rodzaje haseł to różne ciekawostki na temat Wysp Brytyjskich np. jak nazywa się metro w Londynie, również powiedzenia, związki frazeologiczne, a nawet dowcipy.



Łamigłówki z części czwartej są już trochę trudniejsze, bo pytania są po angielsku. Część osób może się ich obawiać, ale ja uważam, że kiedy uczymy się języka obcego, to powinniśmy przestawić myślenie na ten język. Nie tłumaczymy słów, a tworzymy sobie własne definicje. Wtedy dużo łatwiej zastosować dany wyraz w praktyce, albo opisać przedmiot, kiedy zapomnimy jak nazywa się on w obcym języku.

Jeżeli ktoś będzie miał problem z odgadnięciem, któregoś hasła może wspomóc się załączonym słowniczkiem. Podane są również odpowiedzi do wszystkich krzyżówek, więc zawsze można sprawdzić, czy dobrze je rozwiązaliśmy.




Okładka jest przewspaniała.

Od razu przykuła mój wzrok, kiedy przeglądałam ofertę wydawnictwa Septem, dlatego odrobinę mnie rozczarowało, że w książce brak jakichkolwiek ilustracji czy ozdobników. Ok, jest to publikacja dla dorosłych, więc nie ma takiego wymogu, ale może byłoby weselej, może byłby to ukłon w stronę wzrokowców. Szczególnie w sekcji, gdzie są żarty i powiedzonka, można by dodać klika fajnych grafik, które wspomogą proces uczenia się angielskiego.

Niemniej nie mogę narzekać. Sugerowana cena to 14,90 zł i myślę, że książka jest warta tych pieniędzy, a jak ktoś dorwie ją na promocji to już w ogóle baja.


Podsumowanie

Rozwiązywanie krzyżówek to popularny sposób zabijania czasu. Fachowcy wspominają, że rozwija ono umysł i poprawia pamięć. Dlaczego nie wykorzystać tego sposobu do nauki języków obcych? Publikacja Krzyżówki angielskie może być używana zarówno przez lektorów i nauczycieli, jako pomoc na zajęciach, jaki i uczniów. Po co siedzieć nad kartką i monotonie wkuwać słówka , jeżeli można znaleźć przyjemniejszy sposób. Nauka i zabawa idą w parze.

Tajemnica starego kurhanu - Jacek Mariusz Wicher

Tajemnica starego kurhanu - Jacek Mariusz Wicher

- Beztroskie łażenie po lesie, którego się w ogóle nie zna, to nie jest za mądry pomysł, nie uważasz chłopcze? 1

Gdzie mają kryć się złe moce jak nie w lesie? Cisza, spokój i przytłaczająca potęga przyrody. Idealne miejsce, żeby zwabić ofiarę i realizować swoje cele. Również idealne miejsce do odpoczynku i regeneracji. Potyczka między dobrem i złem wymaga dużo energii i poświęcenia.



Fabuła

Rodzina Strongwind przeprowadza się do nowego domu, a dokładniej leśniczówki. Podekscytowani synowie ignorują ostrzeżenia rodziców i sami zapuszczają się odkrywać pobliski las. Szybko tracą orientację w terenie. Pomaga im przypadkowo napotkana kobieta. Wydaje się trochę dziwna. Zbiera zioła i wie odrobinę za dużo, ale mali Strogwindowie nie widzą innego sposobu ratunku. Kiedy Sally, bo tak ma na imię owa pani, odprowadza chłopców do domu mijają niewielki pagórek. Młodszy z braci, Maks, doznaje w jego obecności ataku. Tak naprawdę jest to kurhan, a w nim pochowana okrutna władczyni Olla, która w zamierzchłych czasach była postrachem tych ziem. Czego chce od małego Maksa? Dlaczego przybycie do miasteczka nowej rodziny obudziło tkwiące pod ziemią moce?


Tajemnica starego kurhanu to połączenie fantasy i horroru.

Można powiedzieć, że są to dwie opowieści. Główna to ta, która ma miejsce współcześnie, czyli wydarzenia wokół Maksa Strongwinda, a dopełniają ją wydarzenia z przeszłości. Dość szybko, zostaje nam opowiedziana historia okrutnej władczyni Olli, a utrzymana jest ona, w dobrze znanej czytelnikom fantasy, konwencji przygód rycerskich. Ogólnie mówiąc, jedna przywódczyni plądruje okoliczne ziemie, a pozostałe księstwa próbują się bronić. Tworzą się sojusze, mobilizuje się ludzi, kupuje najemników, przygotowuje taktykę walki, gromadzi zapasy itd., itp.

Wróćmy jednak, do meritum, czyli przygód małego Maksa. Autor próbował stworzyć coś na kształt horroru. Las, moc obudzona w starym kurhanie i niebezpieczeństwo, które zaczyna osaczać państwa Strongwind. Uczestniczymy w wydarzeniach, które mają doprowadzić do konfrontacji dobra ze złem.


Moja opinia

Miała być lawina, a spadło zaledwie kilka kamyczków. Nie powiem, Jacek Mariusz Wicher zaczął z przytupem. Wprowadzenie do historii jest bardzo interesujące. Byłam zaintrygowana, co w sobie ma ten konkretny mały chłopczyk, że jego obecność oddziałuje na moce uśpione setki lat temu.

Potem przyszedł czas na opowieść w klimacie fantasy. Jest ona napisana dość sprawnie. Nawiązanie do dawnych czasów to popularny zabieg i ja bardzo go lubię, chociaż nie często się spotykam, że autor serwuję jeden długi (a nawet bardzo długi fragment), w którym opowiada całą historię (szczerze to nie mogę sobie przypomnieć, żadnej książki, w której tak została rozegrana fabuła), zazwyczaj przeszłość i teraźniejszość się przeplatają.

Wracamy do czasów obecnych. Atmosfera w miasteczku gęstnieje, zbliżamy się do finału, a mi zgrzyta podczas czytania. Autor poświęcił dużo energii na otwarcie niepotrzebnych wątków, czy wymyślenie, kolejnych wydarzeń, które nie dają odpowiedzi, nie posuwają akcji do przodu. Nie mogę powiedzieć, że nie jest dynamicznie. Dzieje się dużo, tylko co z tego skoro to ciągle kręci się wokół tego samego. A to ktoś sprzedał stary chleb mamie Strongwind, a to ktoś pobił jednego z chłopców, a to sąsiadka nie odpowiedziała na pozdrowienie. Tak, nie lubią ich w tym miasteczku, ale wymyślanie kolejnych sposób dręczenia bohaterów nie było ani straszne, ani ciekawe.



Mam wrażenie, że Jacek Mariusz Wicher pisał to co mu aktualnie przyszło do głowy. 

O, może wojak przeszedłby się ulicą i pogadał z jakąś kobitką. Będę z tym walczyć i będę to wytykać. Skoro ta kobieta nie ma wpływu na wydarzenia, nie interesuje mnie ona. Jeżeli już przyszła, to dajmy jej jakieś zadanie. Autor w ogóle ma, jak to określić (?), przemilczający stosunek do wielu spraw. Mam tu namyśli właśnie scenki, które poszły w zapomnienie,ale też przemilczenie, niektórych kwestii np. brak określenia regionu wydarzeń. Ktoś może powiedzieć, że konkretne miejsce nie jest potrzebne, bo i tak wydarzenia są fikcyjne. Prawda, ale czasami aż się prosi, żeby zakotwiczyć fabułę w jakimś regionie świata i tu mi tego zabrakło. Inny przykład, zarysowane we wstępie problemy, trzeba jakoś rozwiązać. Nie wchodząc już w szczegóły, napiszę tylko, że zwalenie odpowiedzialności na jakieś tam zło, to nie rozwiązanie. Ja, jako czytelnik, chcę wiedzieć co to za zło, skąd się wzięło i po co mąci. A scena finałowa (facepalm)! Serio, na to czekałam prawie 400 stron, to była ta dramatyczna konfrontacja? Ona mogła uratować cała książkę, ale była za krótka i nie zaspokoiła mojej ciekawości.


Podsumowanie

Moim zdaniem, powieść, która napisał Jacek Mariusz Wicher, nie powinna zostać wydany w takim kształcie. Pomysł jest dobry, książka interesująco się zaczyna i bije z niej wielka miłość do psów (miłośnicy tych zwierząt na pewno to zauważą). Jest dynamicznie, przygoda goni przygodę, ale zabrakło mi planu. Autor chciał coś przekazać, ale ukryło się między kolejnymi scenkami i tam już zostało. Język też mnie nie zachwycił. Jest poprawny, ale słowa napisane przez autora nie dały rady wykrzesać nawet iskierki grozy, a kiedy rodzina z dwójka dzieci jest nagabywana, a ja nie czuję ani grama niepokoju, to coś jest nie tak.


1 Jacek Mariusz Wicher, Tajemnica starego kurhanu, wyd. AlterNatywne, Poznań 2020, s. 9

Medalion z bursztynem - Anna Klejzerowicz

Medalion z bursztynem - Anna Klejzerowicz

Zwykle zasypiało przy bursztynie. Wystarczyło zawiesić go nad łóżeczkiem dziecka, by się uspokoiło i zapadło w błogi sen, wpatrując się w ten migoczący radośnie okruch słońca. [1]

Czy przywiązujcie wagę do rodzinnych pamiątek? Ewa, bohaterka książki Medalion z bursztynem, znajduje stary medalion, który może być wiele wart, a pieniążki nie śmierdzą. Nie jest, jednak w stanie go sprzedać. To pamiątka, a załączony list sugeruje, że może mieć burzliwą historię.

Fabuła

Ewa, sprzątając mieszkanie zmarłej babci, znajduje ukryty list, a wraz z nim piękny naszyjnik. Pamiątki te zachęcają kobietę do zbadania przeszłości swojej rodziny. Okazuje się, że to grząski temat, a ktoś ewidentnie nie chce, aby prawda została odkryta. Komu może zaszkodzić powrót do wydarzeń z okresu II wojny światowej? Jak daleko posunie się, aby bronić własnych interesów?

Medalion z bursztynem to powieść obyczajowa okraszona wątkiem kryminalnym i historycznym.

Annie Klejzerowicz wyszła bardzo smaczna rodzinna historia. Wszystkiego w tej powieści jest akurat. Autorka poświęciła miejsce na przedstawienie relacji łączących Ewę, Halinę (jej matkę) oraz Marię (babkę Ewy). Szczególnie środkowa pani wyróżnia się na ich tle. Piękna, dostojna i zamknięta w sobie. Jej pochodzenie i przeżycia bardzo pasują do sylwetki wykreowanej przez autorkę, ale o tym przeczytacie w powieści.

Oczywiście, kiedy zaczynamy bawić się w poszukiwanie korzeni musimy zagłębić się w historię miejsca i ludzi, którzy żyli na interesujących nas ziemiach. Tym właśnie zajmuje się Ewa, a pomaga jej zaintrygowany sprawą dziennikarz. Przeglądają Internet, archiwa, szukają żyjących osób, które znały Ewy dziadków. Nie jest to łatwe zadanie. Ktoś bardzo postarał się, aby zatrzeć swój udział w tej historii.

Wątek kryminalny to taka szczypta chilli, która nadaje pikanterii. W Medalionie z bursztynem najważniejsze jest odkrycie przeszłości. To, że tym, którzy w niej szperają grozi niebezpieczeństwo, pobudza zainteresowanie dawnymi wydarzeniami. Świetnym pomysłem było oddanie głosu temu, który ma wiele do stracenia przez śledztwo Ewy.


Podsumowanie

Zawsze najtrudniej pisze mi się teksty o książkach, które mi się podobały. Błędy łatwo się wytyka, a kiedy wszystko jest poprawne zostaję z niczym ;). O fabule mówić za dużo nie wypada, żeby nieopatrznie czegoś nie zdradzić. Nie będę niepotrzebnie rozwodzić się nad powieścią Anny Klejzerowicz. Podsumowałabym ją słowem ładna.
Jeżeli ktoś lubi historie rodzinne, gdzie odkrywa się tajemnice z przeszłości to voila. Ta napisana została konkretnie i ładnym językiem. Autorka zadbała o ciekawe bohaterki i niebezpieczną aurę.

Złote dziecko. Opowieść o małym Jacku Malczewskim - Marta Wiktoria Trojanowska

Złote dziecko. Opowieść o małym Jacku Malczewskim - Marta Wiktoria Trojanowska

Myślę, że większość dorosłych czytelników bloga wie, kim był Jacek Malczewski. Nawet jeżeli nie kojarzycie jego prac, to nazwisko jest znane w świecie sztuki. Marta Wiktoria Trojanowska postanowiła przybliżyć sylwetkę znanego malarza młodszym czytelnikom. Książka Złote dziecko. Opowieść o małym Jacku Malczewskim dedykowana jest dla dzieci w wieku 8 +.



Bohaterami książki są dwaj wrażliwi, utalentowani chłopcy - Michał i Jacek.

Michał mieszka w Radomiu. Jest bardzo spokojny, trochę buja w chmurach i lubi rysować, a jego prace zdobią każdy wolny kawałek zeszytów szkolnych. Podczas klasowej wycieczki do Muzeum im. Jacka Malczewskiego chłopiec nie może oderwać wzroku od obrazów znanego malarza. Każda kreska zachwyca początkującego artystę.

Jacek również pochodzi z Radomia, ale jest starszy od Michała o jakieś... 165 lat. Tak, tak to o Panu Malczewskim mowa. Cofniemy się do jego dzieciństwa. Poznamy miejsca, w których mieszkał, ludzi którzy go wychowywali i będziemy mogli przyjrzeć się bliżej wszystkiemu co go kształtowało i inspirowało.

Moja opinia

Byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do tej książeczki. Jako Polacy możemy pochwalić się wieloma wybitnymi twórcami, z różnych dziedzin, a takie publikacje mogą być wspaniałym wsparciem dla bibliotekarzy, nauczycieli i innych osób zajmujących się edukacją, przy okazji różnych rocznic itp.


 

Wielkie oczekiwania, czasami kończą się wielką klapą. W Złotym dziecku zabrakło mi życia i koloru. Mam sporo wątpliwości, czy spodoba się ona młodym czytelnikom.

Spotykamy dwóch wrażliwych chłopców, którzy tak sobie chodzą, obserwują świat i rysują. Wszystko jest bardzo spokojne i sielsko- jesienne. Oczywiście poznamy ważne miejsca i osoby związane z Jackiem Malczewskim i dowiemy się co nieco o jego dzieciństwie. Pytanie tylko, czy 8-, 9-, 10latek/a ma ochotę czytać o chłopcu, który zapatrzył się w cebule, albo siedział nad stawem i rysował żaby, czy chce czytać o niani zapatrzonej w swojego podopiecznego i przeglądającej z rozczuleniem jego prace. W tych scenkach jest bardzo dużo piękna, tylko czy nie znuży ono uczniów podstawówki.

Ilustracje

Książka jest ilustrowana, a rysunki te pogłębiają melancholijny nastrój. Są czarno białe i przedstawiają głownie budynki, krajobrazy czy zwierzęta. To, że jest szroburo to właściwie drobnostka. Bardziej nurtuje mnie pytanie, jak można pisać o malarzu i nie przedrukować, jego dzieł (jest jedynie autoportret). Kiedy czyta się o obrazach, aż się prosi, żeby je zobaczyć.

Pochwalę, natomiast wydawcę, za pewien detal. Na niektórych stronach znajdziemy po bokach tekstu palety malarskie, a na nich wyjaśnienie trudnych słów lub komentarze do tekstu, który jest w formie powieści, a nie biografii. Bardzo oryginalny pomysł. Takie palety prezentują się dużo lepiej niż klasyczny przypis, no i ciągłość tekstu jest zachowana.

Podsumowanie

Być może się mylę i znajdą się mali pasjonaci malarstwa, którzy będą chcieli poczytać o dzieciństwie Jacka Malczewskiego. Ja niestety takich dzieci nie znam, ale polecam tę książkę pamięci nauczycieli i bibliotekarzy. Bądźcie wyczuleni na to czym fascynują się wasi podopieczni. Być może podczas wycieczki do muzeum, czy lekcji plastyki znajdzie się w klasie jeden Michałek, którego zafascynuje postać wspomnianego malarza. Takie zainteresowania warto podtrzymywać.


"(...) jak mówił Hłasko, pisanie jest dla ludzi, którzy wyzbyli się wszelkiego wstydu" [wywiad z Danielem Wołyńcem autorem powieści "Man size"]

"(...) jak mówił Hłasko, pisanie jest dla ludzi, którzy wyzbyli się wszelkiego wstydu" [wywiad z Danielem Wołyńcem autorem powieści "Man size"]

Daniel Wołyniec z wykształcenia jest scenarzystą, ale czytelnicy mojego bloga mieli okazję poznać go jako pisarza. Powieść Man size podejmuje tematy filmowe, ale z tzw. różowej branży, a jej bohaterem jest... Daniel Wołyniec. Postaramy się rozwiać wątpliwości i dowiedzieć m. in. ile prawdziwy i książkowy Daniel mają ze sobą wspólnego, skąd w ogóle wziął się pomysł pisania o branży porno i jak doszło do wydania Man size.


  • Skąd zainteresowanie pornografią jako tematem?

Jedną z rzeczy, która najbardziej fascynuje mnie we współczesnym świecie jest to w jaki sposób postęp technologiczny i pojawiające się w ostatnich latach tzw. nowe technologie wpływają na nasze życie, zmieniają przyzwyczajenia, lifestyle, to jak postrzegamy siebie i innych, jak chcemy żyć, czego pragniemy, oczekujemy i o czym marzymy. Pornografia, wraz z grami komputerowymi i mediami społecznościowymi wydaje się jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów tych procesów. O ile jeszcze w czasach mojej nastoletniości porno było zaledwie pikantną ciekawostką, czymś, czym wymieniało się potajemnie z kumplami po szkole – oni ci dawali płytkę z filmem z tą, lub inną gwiazdką z lat 90., ty im podwędzoną zboczonemu wujkowi gazetkę, „Twój weekend” – a zatem czymś w gruncie rzeczy niegroźnym i mało szkodliwym, z czego szybko się wyrasta – o tyle dzisiaj jest to już właściwie nowa orientacja seksualna. W książce, jak Pani być może pamięta, nazwałem ją pornoseksualizmem. Na świecie żyje coraz więcej ludzi – nie tylko w Japonii, gdzie ten problem osiąga coraz bardziej niebotyczne rozmiary – dwudziesto-, trzydziestoletnich mężczyzn i kobiet, którzy nie tylko nigdy w życiu nie uprawiali seksu, ale nie mają nawet takiego zamiaru, ani takiej potrzeby. W ogóle ich to nie interesuje, są zupełnie aseksualni i odporni na powaby fizycznej interakcji z drugim ciałem. To nie są incele, którzy chcieliby, ale nie mogą, tylko ludzie, którzy mogą, ale nie chcą. Wszystkie ich potrzeby spełnia internetowa pornografia, lub gadżety z sex shopów, lub jedno i drugie – nie muszą chodzić na randki, nie muszą nawet „spotykać” ludzi w świecie wirtualnym – wszystko, czego potrzebują do cielesnego szczęścia znajduje się w serwisie Pornhub i serwisach mu pokrewnych. Biorąc pod uwagę zapowiadaną od paru lat nadchodzą erę sex robotów, wieszczę prokreacji ciężkie czasy i jeszcze cięższe demografii. Bardzo mnie ten temat frapuje, martwi i zastanawia. Między innym dlatego postanowiłem się mu przyjrzeć, próbując odpowiedzieć sobie na pytania: jak to jest – czy da się tak żyć – czy człowiek jest w stanie być szczęśliwy i spełniony, mając takie pożycie – pożycie z ekranem własnego komputera. A przede wszystkim – na czym to dokładnie polega i co ci to daje, w jaki konkretnie sposób realizuje twoje seksualne potrzeby. O tym jest moja książka.


  • Jak narodził się pomysł na napisanie książki o pornobiznesie?

Geneza Man size’u jest w sumie dość prozaiczna – kilka lat temu, wędrując po jednej z wrocławskich galerii handlowych, pomyślałem sobie, zupełnie nie wiem skąd i w wyniku jakiego ciągu myślowego, że zawód statysty w filmach porno musi być najbardziej niewdzięczną i syfiastą robotą świata. Z jednej strony jej prestiż sytuuje cię na podobnym, a nawet gorszym poziomie niż w przypadku regularnego aktora z takich produkcji, z drugiej nie towarzyszą jej pewne – że się tak wyrażę – profity, jakie towarzyszą pracy aktorów seksualnych... Czyli kompromitujesz się przed kamerą i nic z tego nie masz – a wręcz poprzez fakt, że nic nie masz, kompromitujesz się jeszcze bardziej. Pomyślałem, że to ciekawy temat i można coś z tym zrobić. Najpierw napisałem krótki monodram, ok. sześćdziesięciostronicowy, w którym usiłowałem przedstawić rzeczonego statystę jako emanację współczesnego człowieka, a porno jako metaforę współczesnej kultury – spuśćmy może zasłonę milczenia na tę próbę. Po jakimś czasie uznałem jednak, że trzeba podejść do tego tematu raz jeszcze i spróbować wycisnąć z niego coś ciekawszego. Wtedy zabrałem się za pisanie powieści.


  • Dlaczego tak kontrowersyjny i dla wielu trudny temat, jakim jest pornografia został w książce potraktowany lekko, humorystycznie, a nawet z pewną nonszalancją?

Zawsze uważałem, że tematy trudne i kontrowersyjne powinno się ujmować w sposób maksymalnie uczciwy i tak szczery, jak to tylko możliwe. Jednak aby to osiągnąć trzeba w pewien sposób zawiesić moralną ocenę opisywanych zjawisk. Pamiętam gdy po raz pierwszy obejrzałem film Trainspotting Danny’ego Boyle’a, a potem przeczytałem książkę Irvine'a Welsha, na podstawie której powstał – nie mogłem uwierzyć, że można opowiadać o narkomanii, przecież temacie jeszcze trudniejszym i bardziej poważnym niż pornografia, w sposób tak zlewowy, kpiarski i nonszalancki. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że jest to najlepszy sposób, aby o tym opowiadać. Podobnie jest z filmem Chłopcy z ferajny Scorsesego – dziewięć na dziesięć historii poświęconych mafii i życiu gangsterów opowiada o tym jak straszne jest życie przestępcy, jaką męką jest każdy dzień jego egzystencji i jak niechybna śmierć nadciąga nad jego biedną, zbolałą, nieszczęśliwą głowę. Problem polega na tym, że gdyby to wyglądało w ten sposób, nikt nie zostawałby gangsterem! Scorsese poszedł w zupełnie inną stronę – pokazał, co jest fajnego w tym życiu, co ma ono do zaoferowania i dlaczego tak bardzo przyciąga i kusi. Nie po to, aby kogokolwiek do niego zachęcać, ani tym bardziej usprawiedliwiać przestępców z ich przestępczych poczynań, ale by ich zrozumieć – by wytłumaczyć widzowi, dlaczego główny bohater tego filmu w jednej z pierwszych kwestii dialogowych mówi rozbrajające: „od kiedy tylko pamiętam, zawsze chciałem być gangsterem”. Dokładnie taki cel przyświecał mi, gdy brałem się za pisanie Man size’u – chciałem pokazać, dlaczego pornografia tak bardzo na nas działa, czemu jest tak sexy, kusząca i przyjemna, czemu aż tak wielu mężczyzn, a i niemało kobiet tak bardzo i głęboko w nią wpada i wsiąka. Nie po to, aby do tego zachęcać, ani tym bardziej, aby to propagować, ale aby wyjaśnić jej działanie. Myślę, że tylko uczciwie pokazując zalety i profity danego narkotyku można myśleć o tym, aby się nań uodpornić.


  • Istnieje stereotyp, że Polacy są pruderyjny. Jak powieść Man size została przyjęta?

Myślę, że Polacy wcale nie są tak pruderyjni, jak się czasem sądzi, natomiast z jakiegoś powodu pragną za takich uchodzić. Recepcja mojej książki tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wiele osób, zarówno spośród moich znajomych, jak i anonimowych czytelników, lub blogerów i recenzentów, z którymi miałem kontakt, rzeczywiście wyrażało pewien dystans, czy nawet mniejszą, lub większą dezaprobatę wobec takich treści, a jednocześnie – jak sama Pani wie po olbrzymiej liczbie wyświetleń pod recenzją książki na Pani blogu – ludzie klikają, komentują, udostępniają, lajkują. Lekka sprzeczność, prawda? Mam wrażenie, że ta tematyka intryguje wiele osób, ale też nieco ich przeraża, jakby obawiali się, że samo czytanie, lub myślenie o porno jest równoznaczne z korzystaniem z niego. Uspokajam – nie jest. Man size nie jest książką porno, ale o porno, więc nie ma się czego bać – nikt się od niej niczym nie zarazi. Muszę jednak przyznać, że dostałem również bardzo dużo niezwykle miłych i życzliwych głosów, z których wynika, że książka taka jak ta była i jest potrzebna. Zwłaszcza fragmenty z rozważaniami teoretycznymi, gdzie mamy próby zdefiniowania i wyjaśnienia niektórych zjawisk, czy pojęć, związanych z różową branżą – co do których prawie do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy w ogóle umieszczać je w książce – one budzą zdecydowanie największe zainteresowanie. Reasumując – Polaków bardzo interesuje temat pornografii, ale nie chcą, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. Sugeruję więc e-booki oraz tryb incognito.


  • Czy zdradzi Pan, ile w powieściowym Dannym jest Daniela?

Ujmijmy sprawę w ten sposób: powieściowy Danny nie przez przypadek nazywa się Danny… Istnieje w literaturoznawstwie pojęcie autofikcji – to taka autobiografia, tyle, że niekoniecznie prawdziwa – jej bohater jest tożsamy z autorem, ale wszystko inne może być czystym zmyśleniem. Uprawiali ją tacy pisarze jak choćby amerykański klasyk, Philip Roth, kanadyjska noblistka, Alice Munro, czy nasz polski grafoman, Jerzy Kosiński. Coś podobnego starałem się uzyskać w mojej książce – to co w niej opisuję oczywiście nie wydarzyło się naprawdę, ale mogłoby się wydarzyć. Moje założenie było proste: mam znowu 25 lat, właśnie skończyłem studia i jadę do Ameryki, aby ją podbić – co dzieje się dalej. Chodziło mi o uzyskanie maksymalnego autentyzmu opowiadanej historii, zatarcia granicy pomiędzy prawdą a fikcją, bo z dokładnie czymś takim mamy do czynienia w pornografii – oglądamy ją i sami łapiemy się na pytaniu, czy to, co widzimy jest prawdziwe, czy udawane, czy aktorzy naprawdę „to robią”, czy tylko to odgrywają. I to się chyba udało, bowiem od naprawdę wielu osób dostałem zapytania, czy ta historia aby nie wydarzyła się naprawdę. To najlepszy komplement, jaki autor może uzyskać – zwłaszcza, gdy historia jest tak absurdalna jak ta.


  • Czy nie bał się Pan obdarować bohatera własnym nazwiskiem? Cała historia jest fikcyjna, ale wrażenie, że na prawdę się wydarzyła jest bardzo silne (co potwierdzają między inny liczne zapytania od czytelników, o których Pan wspomina), a Danny, delikatnie mówiąc, nie został przystawiony jako człowiek sukcesu.

No cóż, jak mówił Hłasko, pisanie jest dla ludzi, którzy wyzbyli się wszelkiego wstydu. Ale przyznaję, że rzeczywiście początkowo nieco się tego obawiałem i rozważałem opcję wymiany personaliów na jakiegoś Jurka, Marka, lub Andrzeja. Dla świętego spokoju, dla uniknięcia niepotrzebnych stresów. Nawet napisałem dwa, czy trzy rozdziały z Andreyem zamiast Danny’m, żeby sprawdzić jak to brzmi w takiej wersji. No i nie brzmiało… Historia zbyt wiele na tym traciła, stawała się sztuczna, wydumana, jakoś tak absurdalnie groteskowa, by nie rzec, kreskówkowa. Jeśli ceną za to, aby uniknąć tego spadku jakości było podłożenie się i zrobienie z siebie ofiary losu, a nawet, jak to Pani ujęła, człowieka braku sukcesu – trudno, sztuka wymaga poświęceń. Może w jakiejś następnej książce opiszę jak podbijam wszechświat i staję się bożyszczem tłumów, również pozaziemskich, żeby się wyrównało. Co Pani na to?

  • Nie wiem, czy czytelnicy by się na to nabrali. (HAHA) Należałoby porządnie popracować nad stopniową ewolucją wizerunku Danny'ego. A propos, słyszałam, że w planach jest kontynuacja. Czy będzie się dalej kręcić wokół filmów porno, a może Danny rozwinie skrzydła?

Kontynuacja książki jest już nawet gotowa – i to od dawna. Natomiast nie mogę w tej chwili powiedzieć, ani spróbować przewidzieć, kiedy ukaże się drukiem. Sprawy skomplikował nieco koronawirus, lockdown i kryzys na rynku wydawniczym, który wywrócił wszystko do góry nogami. Bądźmy jednak pozytywnej myśli. Dalsza historia nadal pozostaje w klimacie porno, ale Danny rzeczywiście rozwija skrzydła. Jeszcze bardziej wsiąka w branżę, gra w coraz większej ilości coraz ostrzejszych scen, z czasem zaczyna je pisać i reżyserować, odnosząc na tym polu spore sukcesy i zyskując jeszcze większą popularność. Ale i cena, jaką będzie musiał za to zapłacić będzie współmierna do nich... No i będzie cała masa kolejnych rozważań teoretycznych, zarówno na temat kanonu filmów XXX (okazuje się, że istnieje takowy!), jak i tego jak nowe technologie zmieniły i zmieniają branżę, czego możemy się pod tym kątem spodziewać w przyszłości, dalekiej i niedalekiej, czemu współczesne produkcje są tak brutalne, czego tak naprawdę mężczyźni oczekują od aktorek porno, no i wreszcie jak dokładnie wygląda seks na planie filmowym – z perspektywy aktora, z perspektywy aktorki – i czy w ogóle jakkolwiek.


  • Poznaję coraz więcej raczkujących pisarzy i większość nurtuje pytanie, czy w Polsce trudno jest wydać książkę? Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak doszło do wydania Man size?

Wydanie w Polsce książki nie należy niestety do zadań łatwych, ani przyjemnych – w pewnych sytuacjach ociera się to o mission impossible. Jeśli jesteś debiutantem, nie masz wyrobionego nazwiska, żadnych tzw. znajomości, często twoją jedyną szansą jest przysłowiowy łut szczęścia. Oczywiście zdarzają się chlubne wyjątki i widzimy co pewien czas naprawdę spektakularne debiuty młodych autorów, jednak to rzadkość. Rzeczywistość znacznie częściej wygląda tak, że wysyłasz swoją książkę do 10 najlepszych wydawnictw w kraju, z których większość ci nie odpowiada, 2, lub 3 piszą, że bardzo dziękują za zainteresowanie, ale nie. Następnie wysyłasz do kolejnych 20, tym razem już mniej prestiżowych, średniego szczebla, gdzie sytuacja się powtarza – z tą może różnicą, że tu nie odpowiada ci już nikt. Potem do 30 takich, o których nawet nie słyszałeś, wygrzebałeś je gdzieś z piętnastej strony wyszukiwarki Google, względnie na lokalnym straganie z tanią książką i tam dopiero ewentualnie zdarza się cud. Przy czym cud ten na ogół nazywa się self publishing, lub vanity publishing. W przypadku takich książek jak Man size jest o tyle trudniej, że do faktu, że jest to debiut kompletnego literackiego no name'a dochodzi jeszcze kontrowersyjna tematyka, ryzykowna forma i, jak mi napisano w jednym z maili, „niejasne grono czytelników, do których powieść ma być adresowana” (osobiście uważam, że jest ona adresowana do wszystkich!). Także mogę powiedzieć, że miałem nawet jeszcze ciężej niż normalnie – gorzej mają chyba tylko poeci, piszący heksametrem daktylicznym – książka była gotowa już na przełomie roku 2016/17, zatem sama Pani widzi, ile wody musiało upłynąć, żeby mogła trafić w ręce pierwszych czytelników. Owszem, po drodze dostałem kilka wstępnych ofert od paru wydawnictw, jednak za każdym razem proszono mnie o spore zmiany, złagodzenie pewnych opisów, wyrzucenie co bardziej pikantnych szczegółów, inne poprowadzenie wątków etc. Nie mogłem i nie chciałem się na to zgodzić, bowiem wtedy ta książka przestałaby być moja. Więc trzeba było czekać.


  • Czy był Pan w USA? Co podoba się Panu w tym kraju?

Niestety jak dotąd nie byłem w Stanach, więc mogę śmiało powiedzieć, że podobało mi się wszystko! A uprzedzając ewentualny zarzut, który ktoś mógłby wnieść, że jak można w ogóle pisać o kraju, w którym się nie było, odpowiem: Franz Kafka i Lars von Trier także nigdy w Ameryce nie byli, a jeden napisał o niej całkiem niezłą powieść (minus zakończenie), zaś drugi nakręcił dwa filmy, z których co najmniej jeden także był niczego sobie. Zawsze uważałem, że należy czerpać wzorce od najlepszych.


  • Jakie jest Pana wymarzone miejsce do życia.

Hm, no teraz to mi Pani, mówiąc po krakowsku, zabiła niezłego ćwieka… Muszę jednak dać odpowiedź godną literata i stwierdzić, że moje wymarzone miejsce do życia znajduje się gdzieś w sferze fikcji, fantazji, jakichś światów przedstawionych, czy to książkowych, czy filmowych. Myślę, że Mordor byłby ciekawym miejscem do życia, naturalnie po wygnaniu zeń Saurona. Zastanowiłbym się też nad światem przedstawionym Nowego wspaniałego świata Huxleya – wprawdzie jest to anty-utopia, ale sądzę, że miałbym pewien pomysł, jak się w niej odnaleźć i zorganizować.


  • Co Pan lubi czytać? Co może Pan polecić czytelnikom bloga?

Nie mam jednego typu książek, które lubię i maniakalnie pochłaniam, raczej staram się skakać i lawirować pomiędzy gatunkami i rodzajami, żeby każda następna lektura miała jak najmniej wspólnego z poprzednią. Na ogół zresztą czytam po osiem książek na raz, trzy powieści, dwa dramaty, jakieś eseje, książki naukowe, aforyzmy, dziwaczną poezję, z której nic nie rozumiem... Trwa to dość długo, ale przynajmniej jest ciekawie. A co do poleceń – generalnie zawsze zachęcam wszystkich do sięgania po literaturę ambitną, niestandardową oraz oczywiście klasykę. Jeśli ktoś kocha kryminały, warto spróbować Chandlera, Hammetta, lub Borisa Viana, a raczej Vernona Sullivana, bowiem pod takim pseudonimem pisał on swoje kryminały – a z nowszych rzeczy, Wada ukryta Pynchona, kryminał na kwasie. Jeśli ktoś pochłania horrory, gorąco polecam Lovecrafta, Poe’go, naszego Stefana Grabińskiego oraz bliższy nam czasowo, Dom z liści Danielewskiego, prawdopodobnie najambitniejszy, a dla mnie w ogóle najlepszy horror w historii tego gatunku. Natomiast jeśli ktoś preferuje powieści obyczajowe, lub melodramaty, warto spróbować z Dostojewskim, tzn. z tymi fragmentami jego książek, w których nie mierzy się on akurat z Panem Bogiem, lub nadciągającą rewolucją. A tak serio mówiąc – zachęcam wszystkich do literackich poszukiwań, eksperymentów, wynajdywania różnych perełek, znanych, lub nieznanych, dziwadeł i curiosów, a potem dzielenia się nimi z innymi. Skrywają się tam bowiem często rzeczy, o których nie śniło się naszym polonistom. Ani polonistkom.


Chłopiec bez przeszłości - Karol Lipiński

Chłopiec bez przeszłości - Karol Lipiński

 Kolejne doświadczenia kształtują nas, naszą osobowość. Życie, niczym rzeźbiarz w kamieniu, tworzy Anię, Henia, Jarka, Magdę, tworzy unikalne dzieło. A gdy proces ten zostanie przerwany? Czy wieku 5, 15, 25 lat można być czystą kartką?



Fabuła

Jaś budzi się w zrujnowanym mieście. Nie pamięta kim jest. Nie pamięta jak się tu znalazł. Jest tylko przerażonym, zagubionym dzieckiem, które stara się znaleźć jakąkolwiek pomoc. Spotyka bezdomnego pijaka Wojciecha, który przygarnia go pod swój dach. Jaś szybko przekonuje się, że świat dzieli się na silnych i słabych. Jak mały, około pięcio-, siedmioletni chłopiec ma w nim przetrwać.

Gatunek

Na pierwszy rzut oka Chłopiec bez przeszłości wydaje się powieścią w klimacie postapo. Mamy rok 2068. Ziemia jest zniszczona po wojnie z istotami nazwanymi Alfami. Niebezpieczeństwo wisi w powietrzu, bo nie wiadomo czy i kiedy nastąpi kolejny atak.


Przyznać trzeba, że dla powieściowych wydarzeń postapokaliptyczne tło ma marginalne znaczenie. Jaś mógłby pojawić się w jakikolwiek, dotkniętym konfliktem, miejscu na Ziemi czy też miejskich slumsach. Autor wybrał Warszawę, ale w niedalekiej przyszłości. Przez prawie 50 lat może wydarzyć się wiele, więc taka fantastyczna konwencja dała mu dużą swobodę. Nie był ograniczany zwyczajami, krajobrazem czy przepisami prawa. Mógł tworzyć ten świat, tak aby pasował do przygód Jasia.


Mam wrażenie, że pisząc Chłopca bez przeszłości Karol Lipiński chciał wyrazić swoje poglądy.

Poglądy na temat siły i władzy, zależności (można podciągnąć tu temat niewolnictwa), oceniania innych, prawa do samoobrony i posiadania broni, znieczulenia na krzywdy innych i rozproszenia odpowiedzialności oraz inne tematy, których poszczególni czytelnicy dopatrzą się w powieści. Kluczową postacią jest mały Jaś, chłopiec w okolicach 5 – 7 lat. Nie pamięta kim jest, nie wie gdzie jest, nie wie jak przetrwać. Jest jak czysta kartka, która zostanie zapisana przez kolejne wspomnienia i doświadczenia. Chłopiec szybko się uczy, analizuje i wyciąga wnioski z tego co mu się przydarzyło. Bardzo lubię takich zagubionych bohaterów. Czy jest to ktoś z amnezją, czy jest imigrant w kraju o innej kulturze, czy człowiek wychodzący po wielu latach z więzienia. Fascynujące jest to w jaki sposób te osoby patrzą na rzeczy oczywiste dla tuziemców. Jak ich wszystko dziwi, jak komentują to czego doświadczają. Jasia spotyka wiele zła, ale wyciąga z tego wnioski, które są przesiąknięte zarówno dojrzałością, ale też dziecięcą naiwnością.



Chłopiec bez przeszłości to pierwszy tom przygód Jasia.

Nie można powiedzieć, że jest to powieść poprowadzona od A do Z. Przypomina ona półprostą, która zaczyna się w momencie, kiedy chłopiec budzi się w zrujnowanej Warszawie i pędzi przez kolejne miesiące jego życia. W zakończeniu zabrakło mi połączenia, a może podsumowania wszystkich wydarzeń, ale skoro planowana jest kolejna część poczekam i ocenię cykl jako całość.


Podsumowanie

Nie umiem powiedzieć jakiej grupie czytelników mogłabym polecić tę książkę, bo nie wiem w jaką stronę Karol Lipiński zamierza poprowadzić tę historię. Tu fantastyki nie było duże. Widzimy świat po apokalipsie, ale doświadczenia Jasia nie są z nią bezpośrednio związane. Mam nadzieję, że w drugiej części autor rozkręci wątki sci-fi. Bardzo chciałabym dowiedzieć się więcej o Alfach i liczę na to, że w sensowny sposób zostanie usprawiedliwiona wyjątkowa dojrzałość i niebywała szybkość nauki Jasia.

Jeżeli nie boicie się niejednoznacznych gatunkowo książek i lubicie zastanawiać się na ludzkim zachowaniem (ze wskazaniem na wymienione wcześniej tematy), albo po prostu chcecie pochylić się nad małym Jasiem, zerknijcie co kryje Chłopiec bez przeszłości.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger