"Wirus" Adam Ostaszewski

"Wirus" Adam Ostaszewski

W październiku 2021 roku pisałam tekst o zbierze opowiadań Adama Ostaszewskiego pt. „Odbicie”. Publikacja został przeze mnie wysoko oceniona. Znajduje się w niej opowiadanie o wiele mówiącym tytule „ Wirus”. Przywołałam je bo na jego kanwie autor napisał powieść, o której mam przyjemność wam opowiedzieć.

Adam Ostaszewski kreśli alternatywną wizję rozwoju pandemii. Jak według niego może wyglądać świat nią opętany? Jakie będzie miała skutki? Jak władze i ludzie się zorganizują? Napisałam alternatywną, jednak nie pozwiązywałabym tej historii za mocno z „naszą” pandemią. Są tu pewne analogie, jednak ja wolę tę powieść traktować jako postapokaliptyczną, a opisaną historię, jako wizję świata po globalnej tragedii. Niemniej podkreślić w tym miejscu wypada, że jest to w głównej mierze połączenie książki sensacyjnej i political fiction.

Główny bohater to Andrzej Ranecki oficer Europejskiej Służby Bezpieczeństwa. Organizacja ta zajmuje się zachowaniem okołopandemicznego porządku m.in. walczy z terrorystami tzw. grupą Szesnastu. Andrzej Ranecki ma schwytać ostatniego z jej liderów. Spotkanie to będzie miało brzemienne skutki, a najważniejszy z nich to odkrycie prawdy o pandemii.

Jak już wspominałam „Wirus” to sensacyjne political fiction. Fabuła sięga najwyższych szczebli władzy, sieci spisków i wzajemnych „haczyków”, która je mota. Akcja jest dynamiczna, a autor bardzo sprawnie zawiązuje intrygę. Część osób zarzuca mu „papierowe postacie”. Przyznam, że nie są to jakieś niezapomniane kreacje, ale ja takich nie potrzebuję. W tego typu powieściach najważniejsza jest dla mnie intryga. Bohaterowie są tylko narzędziem do jej rozwikłania. Popatrzmy na kino akcji. Znajdziemy w nim kilka wyjątkowych bohaterów, ale większość z nich jest przedstawiana „na jedna modłę”. To nie są role, gdzie aktorzy popisują się swoim kunsztem. Widza cieszą raczej fabuła i towarzyszące jej efekty.

Mnie natomiast przeszkadzało „rozwleczenie” tej historii w czasie i przestrzeni. Raz mamy Amerykę, za chwilę bohater jest w Pradze, a akcja przeskoczyła o 3 miesiące. Generalnie jest to do ogarnięcia dla czytelnika, jednak, jeżeli chodzi o literaturę sensacyjną, zdecydowanie wolę bardziej skondensowane pisanie.

Największą słabością „Wirusa” jest moment wydania (przełom 2022 i 2023 roku). Pandemia nam spowszedniała i cały przekaz tej książki stracił na mocy. Całkiem inaczej odebrałam jeszcze rok temu opowiadanie o tym samym tytule niż teraz powieść. Co do samej książki właściwie nie mogę się przyczepić. Ma to, czego oczekuję po literaturze sensacyjnej (czyli ciekawą, nieprzekombinowaną intrygę i dynamiczną akcję). Myślę, że ucieszy jej fanów, a także tych czytających powieści postapo i miłośników politycznych spisków.


[Egzemplarz recenzencki]

Licytujemy "Zrzutka dla Mariana"

Licytujemy "Zrzutka dla Mariana"

 Kochani,

Jakiś czas temu opowiadałam wam historie taty mojej przyjaciółki, który w wyniku powikłań po operacji musiał mieć amputowaną nogę. Cały przypadek został opisany na stronie zrzutka.pl, gdzie prowadzona jest zbiórka na jego rzecz.
Ruszyła nowa inicjatywa mająca pomóc rodzinie zebrać środki na rehabilitację i protezę - grupa, na której odbywają się licytacje. Zapraszam was do zerknięcia. Pojawiły się oferty z książkami, rękodziełem oraz szeroko pojętymi usługami.
Chcesz znaleźć coś dla siebie.
Chcesz się pokazać.
Chcesz pomóc.
"Uwierz w bestie" Nastassja Martin

"Uwierz w bestie" Nastassja Martin

„(…) to są narodziny,bo najwyraźniej to nie śmierć”1 pisze o swoim starciu z niedźwiedziem antropolog Nastassja Martin w książce „Uwierz w bestię”. Jak możecie się domyślić kobieta to starcie (jakimś cudem) przeżyła, a po takim doświadczeniu nie sposób być tym samym człowiekiem. W kulturze Ewenów (lud zamieszkujący obszar Kamczatki), których zwyczaje między innymi autorka badała, funkcjonuje słowo „miedka”, a oznacza ono osobę naznaczoną przez niedźwiedzia. Jeden z przyjaciół mówi do Nastassji Martin: „Teraz jesteś »miedka«, ta, która żyje między dwoma światami.”2 Czy takie życie jest możliwe? Co bardziej przyciąga antropolog: rodzina, stabilizacja, miasto, a może niebezpieczeństwo i zew natury?

Uwierz w bestie” to specyficzna publikacja. Mam wrażenie, że Nastassja Martin luźno spisała wydarzenia prowadzące do spotkania z niedźwiedziem i będące jego następstwem, akcentując emocje, które nim towarzyszyły. Dostajemy luźny osobisty wywód, bez zbędnych wstępów, który mi kojarzy się z pamiętnikiem. Przykładowo, kiedy pojawia się jakaś postać autorka nie precyzuje, kim ona jest. Od razu przechodzi do tego, co ta osoba dla niej znaczy i umiejscawia ja w kontekście starcia z niedźwiedziem. Jakby chciała uwypuklić myśli, wnioski, odczucia. Czyta się to dziwnie. Czasami jest ciekawie, a czasami trudno domyślić się do czego Nastassja Martin zmierza.

Sięgając po tę książkę liczyłam na odrobinę ciekawostek o ludach zamieszkujących Kamczatkę i co nieco wyłuskałam z tekstu. Jednak, żeby odpowiednio się w niego wczuć musiałam porzucić mój „miejski” sposób patrzenia na świat i naturę, trochę jak na rezerwat. Musiałam spróbować zrozumieć inny sposób myślenia, ściśle powiązany z przyrodą, która tych ludzi otacza. Nastassja Martin tego dokonała. Ta kobieta odbiera otoczenie kompletnie inaczej. Funkcjonuje z nim w pewnego rodzaju symbiozie, która jest jej niezbędna do życia. Widać to chociażby we fragmentach, kiedy jest w szpitalach. Sterylność, obce ciała i substancje wprowadzane do organizmu, to ją męczy: „ Myślę o niedźwiedziu. Jeśli żyje, to przynajmniej wiedzie swój niedźwiedzi żywot bez całej tej symbolicznej i konkretnej przemocy, która mnie przypadła w udziale.”3

Trudno mi powiedzieć, czy „Uwierz w bestię” przypadnie do gustu polskim czytelnikom. Literatura faktu jest poczytna, ale to jest coś kompletnie innego (chociaż na faktach bazuje), to książka o „(…) dzikusce, która buntowniczo zmierzała ku swojej zgubie, lub raczej ku inicjacji, i tylko cudem mogła ją przeżyć.”4 Napisana bardzo osobiście. Nasycona bólem, tęsknotą, instynktem.

1 Nastassja Martin, „Uwierz w bestie”, przeł. Anna Michalska, wyd. Noir sur blanc, Warszawa 2023, s. 13.

2 Tamże, s. 28.

3 Tamże, s. 54.

4 Tamże, s. 27.


[Egzemplarz recenzencki]

"Szczęście Mikołajka" Anne Goscinny

"Szczęście Mikołajka" Anne Goscinny

Myślę, że większości z nas Mikołajka nie trzeba przedstawiać. I książki, i filmy o nim są bardzo popularne. Ten bohater to sympatyczny łobuziak, który skradł serce czytelników i widzów. Ma on jednak jeszcze inną, godną pochwały cechę: nie jest samolubem. Sam o sobie mówi: „(...) kiedy będę bardzo sławny, to w kinie będą wyświetlać film o mnie i o moich rodzicach, a wtedy ja, (…), podzielę się sławą (...) z moimi autorami.”1. Bo – pewnie wiecie, a jak nie wiecie to Mikołajek wam to wyjaśni – że, każdy bohater literacki może dumie stwierdzić, iż „poza rodzicami mam jeszcze autorów”2. W książce „Szczęście Mikołajka” Anne Goscinny doprowadza właśnie do spotkania fikcyjnej postaci z jego twórcą.

Z publikacji dowiemy się, kim byli autorzy cyklu o „Mikołajku” i jak to się w ogóle stało, że opowiadania z jego udziałem powstały – od pomysłu do gotowej książki. Czym (a może kim) Goscinny i Sempe inspirowali się kreując kolejne postacie i wymyślając ich przygody. Istna skarbnica ciekawostek dla fanów cyklu, a także nieco sentymentalna podróż, dla tych którym wydaje się, że już z niego wyrośli.

Fantastyczny jest sposób napisania książki, czyli oddanie głosu Mikołajkowi. To on rządzi, zadaje pytania, komentuje. Rozmawia z autorami, wyrusza z nimi na wycieczki, proponuje tematy, jakie można poruszyć. Przyznacie, że niebanalna forma, a przy tym wspaniały pokłon ku młodym czytelnikom. Dostają książkę z przygodami bohatera literackiego, którego lubią, a przy tym poznają genezę jego powstania. Genialne pomieszanie fikcji z rzeczywistością. Genialny pomysł na „biografię” okołomikołajkową. Lepiej nie dało się tego zrobić.

Powiem krótko: „Rewelacja!”. Pomysł, treść, wykonanie – rewelacja. „Szczęście Mikołajka” to książka o tym, jak powstawała ta popularna postać z książek i filmów dla dzieci, napisana w dobrze znany czytelnikom sposób, czyli w formie przygód małego bohatera. Na stronach tej książki spotykają się autorzy oraz ich dzieło, aby przybliżyć nam proces twórczy.

1 Anne Goscinny, „Szczęście Mikołajka”, przeł. Paweł Łapiński, wyd. Znak Emotikon, Kraków 2023, s. 9-10.

2 Tamże, s. 9.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ciemność" Jozef Karika

"Ciemność" Jozef Karika

„Brak dźwięków, cisza, wręcz podejrzana cisza”1, a tej ciszy on, samotny i przerażony. Chciał odpocząć, a musi zmierzyć się z demonami. Musi odróżnić realne zagrożenie od fantasmagorii, które podsyła mu podświadomość. Jozef Karika w powieści „Ciemność” wysyła swojego bohatera do górskiej chaty. Zima, odludzie, cisza, kojące właściwości lasu – żyć nie umierać. Tylko kiedy „nie umierać” trzeba zinterpretować dosłownie, otoczenie traci piękne atrybut, a staje się wrogiem.

Jozef Karika tworzy historie, które zarażają paranoją toczącą ich postacie. I tak też jest w przypadku „Ciemności”. Czytałam i mózg kazał mi śledzić i oceniać prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń, jednak nie byłam w stanie. Stan psychiczny bohatera tak na mnie oddziaływał, że nie miałam czasu na analizę. Musiałam zmierzyć się z tym co on. Nie byłam w stanie ocenić, co jest prawdą, a co majakami wystawionego na ekstremalne doświadczenia umysłu. Odczuwałam bezpieczny komfort fotela, ale ciemność wkradał się też w moją głowę zatruwając ją doznaniami i emocjami jej bohatera.

Fabuła „Ciemności” jest o tyle interesująca, że zaciekawiają nas dwie rzeczy. Po pierwsze, co się wydarzyło, że główna postać znalazła się w takiej sytuacji (wybaczcie, że piszę tak ogólnie, ale skoro wydawca w opisie nie zdecydował się zdradzić szczegółów i ja tego nie zrobię). Po drugie, jak to wszystko się skończy i kim stanie się bohater, po incydencie w górach. Kiedy zbliżamy się, ku finałowi te dwie kwestie zaczynają się zazębiać, a nas przenika coraz bardziej dotkliwe zimno, bo „(…) złych rzeczy nie da się tak po prostu wytrząsnąć; zła, które zagnieździ ci się w głowie, nie wytrząśniesz ot tak. Ciemności też nie.”2 Jozef Karika wędruje nie tylko po słowackich górach, ale wchodzi w głąb ludzkiego umysłu wyszukując w nim „tarcz”, które służą do obrony. Jeden z takich mechanizmów opisuje w tej powieści. Gratka dla czytelników mających zacięcie psychologiczne.

„Każdy gwizd wiatru pozostawiał we mnie głęboką bruzdę”3 mówi bohater książki, a „Ciemność jest tego rodzaju opowieścią, która zostawia głęboką bruzdę w czytelniku. Karika tworzy postacie, od których trudno nam się zdystansować. Jest reprezentantem sensualnego odłamu literatury grozy. Daleko mu do makabry, ale potrafi przeszyć mocniej niż najostrzejszy nóż.

1 Jozef Karika, „Ciemność”, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2020, s. 86.

2 Tamże, s. 30.

3 Tamże, s. 55.

"Ludzie dla ludzi" Benjamin Zephaniah

"Ludzie dla ludzi" Benjamin Zephaniah

Człowiek jest istotą społeczną. Potrzebujemy innych ludzi, żeby się wygadać, przytulić, pośmiać, wspierać i do wielu innych rzeczy. Do czego jeszcze wymienia Benjamin Zephaniah w poemacie dla dzieci „Ludzie dla ludzi”.

Mam mieszane uczucia na temat tego utworu. Można nazwać to ironią losu, kiedy introwertykowi mówi się, że potrzebuje ludzi. Od razu załącza mi się mowa o jakości tych relacji, jednak pukam się w głowę i mówię sobie: „Kobito, nie komplikuj sprawy”. Mamy do czynienia z książką dla dzieci, która ma mieć prosty przekaz – dla zdrowego rozwoju potrzebujemy rodziny, przyjaciół, ludzi. Szczegóły można doprecyzować dyskusji lub sięgnąć po inne książki – na pewno znajdziecie coś co was zadowoli.

Porzuciłam więc swoje introwertyczne podejście do ludzi i postawiłam sobie inne pytanie: „Czy publikacja ta może spodobać się dzieciom?” Zacznijmy od wersji wizualnej [wyd. Świetlik 2023]. Jest obłędna. Ilustracje są przebogate. Mnóstwo na nich postaci, które robią wspólnie czasami wyjątkowe, a czasami prozaiczne rzeczy. Emanuje z nich radość, zadowolenie. Mój roczny synek nie mógł się oderwać od książki. Po swojemu wypytywał się, co robią kolejne osoby.

Teraz czas na sam wiersz. Niczym mnie nie zachwycił, a właściwie wydał mi się nudny. Poemat nie opowiada, żadnej historii, a na to zwraca uwagę moja pięcioletnia córka. Rymy też „szału nie robią”. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy też taki jest sposób wyrazu Bejamina Zephaniaha, ale odniosłam wrażenie, że dostałam zbiór wytycznych, myśli zakończonych tę samą frazą. Szczerze to czułam się, jakby ktoś chciał mi wbić ją do głowy, a moje introwertyczne usposobienie mocno się buntowało.

Z przesłaniem zawartym w publikacji „Ludzie dla ludzi” Benjamina Zephaniaha trudno polemizować, chociaż moja filozofia życiowa „krzyczy”, żeby je doprecyzować. Moim dzieciom chcę pokazać, ze potrzebują ludzi, ale nie za wszelka cenę. Mają pamiętać o jakości tych relacji, żeby ich nie zniszczyły. Sam poemat też nas nie zachwycił. Lubimy i szukamy raczej fabularyzowanych publikacji, a ta jest raczej zbiorem myśli. Przypadły nam natomiast do gustu ilustracje, a szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny. Kolorowe, bogate, wesołe. Trochę żałuje, że książka nie jest „kartonówką”, bo małe rączki rocznego chłopca szybko pogniotą kartki.


Książka "Ludzie dla ludzi" dostępna jest w księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl  Sprawdźcie inne nowości z oferty księgarni.


[Egzeplarz recenzencki]

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

Spensa – bohaterka cyklu „Skyward” Brandona Sandersona – ciągle poszukuje odpowiedzi. Kim jest? Kim są i co planują jej wrogowie? Dlaczego wszechświat jest akurat tak zorganizowany? Dlaczego neguje się agresję, ale walka ciągle trwa? Czy trzeci tom pt. „Cytoniczka” przyniesie wytłumaczenia, a może pojawi się w nim jeszcze więcej problemów?

Brandon Sanderson rzuca Spensę w zupełnie nowe środowisko. Tło, które zaproponował jest dla mnie nieco trudne w odbiorze. Rządzą się w nim całkiem inne zasady fizyki, działa ono w szczególny osób na istoty, które w nim przebywają. Do tego mam wrażenie, że wygląda to trochę inaczej w zależności od postaci. Czytelnicy muszą zaaklimatyzować się w tym miejscu. Ciekawe jest to, jak w kolejnych częściach cyklu Brandon Sanderson poszerza pole akcji. Najpierw jedna planeta, potem wypuszcza bohaterkę na inną, na której pokazuje różnorodność zaprojektowanego świata, wrzeszczcie „otwiera” inne wymiary. Robi to stopniowi, jednak każda kolejna książka jest pewnego rodzaju szokiem dla czytelnika. Musi odrzucić to co już wie i otworzyć głowę na nowe.

Spensa, niczym Dorotka krainę Oz, przemierza tzw. niebyt. Szuka w nim historii, które maja nauczyć ją przeszłości i dzięki temu zrozumieć teraźniejszość Autor „pochował” te wspomnienia w interesujący sposób, a my razem z bohaterami musimy je poskładać i zinterpretować. Przyznam, że liczyłam na bardziej konkretne odpowiedzi, ale Brandon Sanderson nie tłumaczy nam wszystkiego „łopatologicznie”. Jednak nie jest źle. Dowiadujemy się dużo o miejscu akcji i istocie jego problemów.

W „Cytoniczce” pisarz zadbał o balans między akcją, a genezą tej historii i przedstawieniem postaci (bo trzeba zaznaczyć, że te, które już znamy z poprzednich części zeszły na dalszy plan, mamy natomiast wachlarz całkiem nowych bohaterów). Łatwo wyśledzić fragmenty, gdzie odbywa się walka, ktoś się przedstawia, albo Spensa znajduje kolejny kawałek układanki. Mnie odpowiada taka przejrzysta struktura. W pewien sposób ułatwia to poruszanie się po powieściowym uniwersum.

Zaskoczyło mnie dokąd doprowadziła nas ta historia. Zaczynając przygodę z cyklem „Skyward” w życiu nie przypuszczałam, że będzie miał tak szeroki kontekst. Odpowiada mi tempo, jakie Brandon Sanderson nadał tej opowieści. Nie czuję się wrzucona „na głęboką wodę”, a stopniowo wprowadzana w jej odmęty. Jestem w takim momencie, że już nie oceniam, a ufam autorowi. Wiem, że gdziekolwiek mnie zaprowadzi, odnajdę się w tym miejscu.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ostatnia podróż" Aleksandra Tyl

"Ostatnia podróż" Aleksandra Tyl

Media społecznościowe pokazują wyidealizowane życie. Pięknie wykreowane kadry wzbudzają zazdrość „szaraczków”. Natomiast w literaturze obyczajowej widzę przeciwną tendencję. Tam musi być dramat. Tragedia głównych bohaterów wzrusza czytelników wywołując zachwyty. W ten sposób próbuje oczarować nas Aleksandra Tyl w powieści „Ostatnia podróż”. Jej bohaterka to eksmodelka spełniająca się, jako matka. Zdrowe dzieci, zagraniczne wakacje, markowe ciuchy – może się wydawać, że niczego jej nie brakuje. Jednak niepokoi ja zachowanie męża, który oddala się od rodziny. Wyjaśnienie jego postępowania przychodzi podczas bajkowego rejsu we dwoje. Dla kobiety będzie to cios.

Aleksandra Tyl opisuje nieidealne życie. Patrycja, główna bohaterka, jest sfrustrowana codziennością. Symbolizuje te wszystkie złe chwile, kiedy mamy ochotę po prostu wyjść z domu i nie wracać. Jest to taka postać, o której czytamy i myślimy sobie, że inni radzą sobie gorzej gorzej. W tym „jak mi źle” kobietę spotyka tragedia wykraczająca poza sferę codziennych niedogodności. Jaka? Tego dowiecie się z książki. W tym miejscu wyłącznie podkreślę kontrast pomiędzy pięknem i dostatkiem poznanej w powieści rodzinny (w tym okolicznościach cudownego rejsu), a tragedią, jaka ją dotknęła.

Powieść jest niewątpliwie wzruszająca. Po prostu są pewne tematy, które zawsze chwytają za serce. Natomiast mi nie do końca pasował styl autorki. Kiedyś napisałam o Vladimirze Wolffie, że czuję pewne porozumienie z jego prozą. W przypadku Aleksandry Tyl – a raczej powieści „Ostatnia podróż”, bo innych książek autorki nie znam - było kompletnie inaczej. Czytając miałam wrażenie, jakby w tle coś nieprzyjemnie brzęczało. Trudno mi nazwać swoje odczucia, bo są to takie drobne zgrzyty, które w moim zdaniem wymagały wygładzenia. Preferuję również powieści bardziej skoncentrowane na temacie, a Aleksandra Tyl chciała pokazać bohaterów w szerokiej perspektywie i opisała wiele, nawet nie wątków pobocznych, ale po prostu scenek, które nie miały, aż tak mocnego związku z główną linią fabularną. Widzę pewne plusy takiego rozwiązania np. dobre poznanie bohaterów, nawiązanie z nimi więzi, jednak ja preferuję konkretniejsze pisanie.

„Ostania podroż” Aleksandry Tyl to ładna książka, która może przypaść do gustu czytelnikom literatury obyczajowej. Szczególnie tym, którzy lubią, jak pisarze poruszają trudne tematy. Macie przed sobą powieść bez fikuśnych zabiegów literackich, ale przemyślaną i wzruszającą. W mojej ocenie mogłaby być bardziej konkretna, aczkolwiek – to muszę zaznaczyć – autorka nie pisze rozwlekle, raczej wolałabym, aby bardziej skupiła się na temacie. Jeżeli jednak lubicie zobaczyć bohaterów w szerokiej perspektywie, w różnych sytuacjach, być może nie będzie wam to przeszkadzać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Miasto labiryntów" Jarosław Adam Kalinowski

"Miasto labiryntów" Jarosław Adam Kalinowski

Znajdziemy miejscowości, które są istną plątaniną uliczek. Jednak ja zaproszę was do, pod tym względem wyjątkowego, miejsca, w którym bardzo łatwo się zgubić. Kochani, kto ma odwagę odwiedzić „Miasto labiryntów”?

Publikacja, którą przygotował Jarosław Adam Kalinowski to miód na moje serce. Uwielbiam książki z zadaniami, które łączy jakiś motyw. W tym przepadku mamy skarbnicę labiryntów, ale to nie wszystko. Książka jest fabularyzowana. Na pierwszej stronie wita nas burmistrz miasta, z którym przekraczamy jego bramy. Potem poznajemy kolejnych mieszkańców i miejsca, a w każdym z nich trzeba rozwiązać jakiś problem pokonując poplątane korytarze labiryntów. Zadania są ze sobą powiązane i płynnie przechodzą z jednego w drugie. Taka forma wciąga w wir przygody.

Różnorodność labiryntów jest zachwycająca. Będziemy poruszać się po ekranie radaru, po ciele robota, po kopertach, balonach, liliach wodnych, we wnętrzu jabłka. Mogłabym długo wymieniać. Autor naprawdę puścił wodze wyobraźni projektując tę publikację. Fakt, że momentami odbiorca musi się zastanowić, jak poruszać się po danym terenie, ale coś za coś. Po to sięgamy po takie książki, żeby ruszyć głową.

Dla kogo jest przeznaczona ta publikacja? Na moje oko, jest to świetna zabawa, dla małych i dużych. Zabawne, kolorowe ilustracje zachęcą tych pierwszych do zabawy, a skomplikowane zawijasy niektórych labiryntów zachęcą tych drugich do dołączenia. Powiem wam, że niektóre zadania są naprawdę trudne i można dostać oczopląsu, kiedy patrzy się na zamotany zbiór, w którym mamy znaleźć drogę. Nie szalałabym z zakupem książki, dla młodszych dzieci, bo mogą się zniechęcić. Co prawda moja pięcioletnia córka rozwiązała kilka zadań, ale z naszą pomocą i szybko się zmęczyła. W tej zabawie potrzeba jednak nieco cierpliwości. Wracając jeszcze to poziomu trudności. Właściwie trochę brakuje jego oznaczenia. Przyznam, że nie za bardzo mam pomysł, jak go ocenić, ale w wydawnictwie powinni znaleźć się ludzie biorący forsę za takie rzeczy. Zadanie dla nich.

Publikacja „Miasto labiryntów” okazała się zajmującą zabawą. W dzieciństwie przebyłam mnóstwo labiryntów w różnych kreatywnych książkach, ale podobnej do tej nie kojarzę. Zawiera tylko jeden typ zdań, a przy tym tak różnorodnie opracowanych graficznie, że każde kolejne jest dla nas wyzwaniem. Do tego fabuła, która je spaja jest genialnym dodatkiem. Jarosław Adam Kalinowski nie tylko narysował gors labiryntów, ale wcielił się w „mistrza gry” przygotowując zabawną oprawę.

„Do ostatniej kości” Camille DeAngelis

„Do ostatniej kości” Camille DeAngelis

Słysząc, że bohaterami książki są kanibale myślimy, że będziemy czytać horror o ludach plemiennych ewentualnie krwawych rytuałach. Camille DeAngelis mówi: „Niespodzianka!”. Jej bohaterowie to ludzie młodzi, zagubieniu. Co prawda, nie mogą opanować żądzy ludzkiego mięsa, a ich instynkty są niemal zwierzęce, jednak budzą w czytelnikach coś na kształt współczucia. Szczególnie Maren, główna bohaterka. Nastolatka zostaje porzucona przez rodzinę. Pakuje do plecaka ulubione książki oraz kilka najpotrzebniejszych rzeczy i rusza przez Amerykę, w poszukiwaniu, nie ofiar, a przyczyny swojego głodu.

„Do ostatniej kości” trudno nazwać horrorem – czego początkowo się spodziewałam – jest to klasyczna powieść drogi. Maren odwiedzi różne miejsca i spotka różnych ludzi. Spotka się z życzliwością, ale też agresją. Przeprowadzi szereg rozmów – głębokich i banalnych – i obserwacji. Ta droga ma na celi pomóc dziewczynie, zrozumieć kim jest, a – jak już wspominałam – trudno nazwać ją zwykłą. Maren pożera tych, którzy obdarzą ją zainteresowaniem, uczuciem, uśmiechem. Nie potrafi opanować swojego głodu. Wie, że to co robi jest złe, że trzeba to ukrywać, a jednak jest to silniejsze od pragnienia bycia normalną. Dziewczyna rozpaczliwie szuka akceptacji. Ciągle zastanawia się, czy są na świecie inni ludzie podobni do niej. Chce być zrozumiana. Chce należeć do jakiejś wspólnoty, a nie tylko uciekać.

Pomimo „krwawych” bohaterów Camille DeAngelis napisała subtelną powieść. Próżno szukać tu krwawych scen. Autorka ukryła je za delikatnymi opisami i czytelnik doznaje szoku, kiedy uświadamia sobie, że właśnie ktoś został zjedzony, albo że czerwona barwa na ustach głównej bohaterki to nie pomadka. Podczas czytania nie dawało mi spokoju pytanie, dlaczego autorka obdarzyła bohaterów tak nietypową przypadłością. Książek o ludziach samotnych, niepasujących znajdziemy mnóstwo, jednak zagubiona kanibalka – tak chyba jeszcze nikt nie kombinował. Czy Maren jest aż tak zaborcza wobec osób, które obdarzyły ją przyjaźnią?

Będę do znudzenia podkreślać, że „Do ostatniej kości” ma charakter powieści drogi. Tego typu książki są sentymentalne, a momentami nawet oniryczne. Mało w nich zwrotów akcji, więc dla wielu czytelników wydają się nudne. Ich bohaterowie wędrują na nogach, ale też mentalnie. Ja nie jestem wielką fanką tego typu literatury, dlatego moja ocena będzie nieco zaniżona. Niemniej miłośnikom takich książek mogę tę powieść polecić. Jest wierna konwencji, ale nieszablonowi bohaterowie postawiają pole do interpretacji.

[Egzemplarz recenzencki]

„Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” Philipp Dettmer

„Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” Philipp Dettmer

Odporność to gorący temat, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Znajdziemy wiele „dobrych rad”, jak ją „podrasować”. Jednak żeby coś naprawiać, najpierw trzeba to zrozumieć. W tym przypadku zadanie nie jest proste, bo – jak podkreśla Philipp Dettmer, popularyzator nauki i autor publikacji „Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” - mamy do czynienia z wyjątkowo złożonym i skomplikowanym układem, którego nawet immunolodzy do końca nie rozumieją. Dlatego też powstała wspomniana książka, aby możliwie najprościej opisać działanie układu odpornościowego. Z ciekawością i entuzjazm przystąpiłam do czytania. Efekt pracy, jaką wykonał autor, jest oszałamiający.

„Odporność” to literatura popularnonaukowa najwyższych lotów. Philipp Dettmer zaprasza czytelnika do podróży w głąb ciała. Wkraczamy w wir przygody, która odbywa się w mikrokosmosie. Poszczególne narządy, komórki, białka, bakterie inne „stworki” staja się literackimi bohaterami. Autor jest mistrzem trafnych metafor. W jednym z początkowych rozdziałów opisuje infekcję bakteryjną. Jej powodem jest nadepnięcie na gwóźdź. Co się wtedy dzieje w organizmie: „Zginęły już setki tysięcy komórek, zostały rozerwane na strzępy przez obcy, wrogi przedmiot, który nagle w nie uderzył. Wiele jest rannych. I podobnie jak w czasie katastrofy w ludzkim świecie zaatakowani krzyczą z przerażenia i w panice wysyłają sygnały alarmowe do wszystkich, którzy są gotowi je odebrać. Okrzyki paniki, rozrzucone wnętrzności martwych komórek i odór tysięcy wrogich bakterii przenikają do otaczających tkanek, wszczynając alarm.”1 Przyznacie, że ten opis cudownie działa na wyobraźnię. Czytelnik jest przerażony i ciekawy co dalej wyniknie z tej potyczki, ile jeszcze ofiar pochłonie pole bitwy. Pozostając w wojennej stylistyce, to opowiadając o infekcji wirusowej, autor pisze: „Wirusy nie chcą wzbudzić zainteresowania. Początki infekcji wirusem grypy typu A mniej przypomina frontalny atak, a bardziej inwazję komandosów, którzy starają się dyskretnie i po cichu rozbić naszą obronę.”2

Philipp Dettmer przyznaje, że gdzie się da stara się upraszczać temat. Tu jako przykład mogę zacytować jedną z definicji: „(…) antygen to fragment wroga, który nasz układ odpornościowy jest w stanie rozpoznać.”3 - krótko, jasno i na temat. Pojawią się pewnie zaniepokojone głosy, czy wywód nie traci na tych uproszczeniach. Moim zdaniem wręcz zyskuje, bo czytelnik dostaje coś, co czyta się przyjemnie. Nie męczy się z naukową nomenklaturą, nie szuka panicznie słownika do pomocy. Wszystko otrzymuje „podane na tacy”, idealnie ugotowane i doprawione.

Można dyskutować, czy biologia jest tak skomplikowana, jak chemia czy fizyka. Natomiast nie można zaprzeczyć, że jest naszpikowana specyficznymi terminami i trzeba mieć pewne podstawy nauk ścisłych, żeby zrozumieć jej procesy, a na hasło „nauki ścisłe” wielu z nas dostaje dreszczy. Dlatego takie osoby jak Philipp Dettmer są potrzebne, o czym świadczy chociażby popularność jego kanału na YouTube (na dzień pisania tego tekstu czyli 22.01.2023 miał prawie 20 milionów subskrybentów). Ludzie chcą wiedzieć, chcą rozumieć. Pragniemy wiedzy podanej w przystępny sposób i jak ktoś potrafi to zrobić jest na dobrej drodze do osiągnięcia sukcesu.

1 Philipp Dettmer, „Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu”, przeł. Alicja Unterschuetz, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 71.

2 Tamże, s. 218.

3 Tamże, s. 134.


[Egzemplarz recenzencki]

"Gaudensia. Zwycięstwo pożądania" Vallerina P.

"Gaudensia. Zwycięstwo pożądania" Vallerina P.

Przez świat przetoczyła się rewolucja seksualne, ale seks dalej pozostał w sferze tabu. Czasami nawet małżonkowie – ludzie połączeni szczególną więzią – nie potrafią rozmawiać o swoich potrzebach. Pożądanie jest kwestią problematyczną. Mówi się nam, że powinniśmy realizować swoje namiętności, być otwarci w tym temacie. Czy potrafimy?

Vallerina P. napisała powieść „Gaudensia. Zwycięstwo pożądania”. Namiętność gra w niej pierwsze skrzypce. W przedmowie autorka mówi o tym, że skupia się na pożądaniu, cielesności, a inne wątki rozwija na tyle, ile wymaga bieg fabuły. Przyznam się, że w tym momencie miałam obawy, czy nie będą one jedynie pretekstem do różnych „fiku-miku”, ale okazało się, że czytelnicy dostają w ręce pełnowartościową, spójną historię, w której seks dominuje, ale nie atakuje.

Bohaterów w powieści mamy kilku – i męskich, i żeńskich. Autorka kreuje ich przez perspektywę ich pragnień. Efekt takiego zabiegu może wydać się czytelnikowi nieco wyolbrzymiony, bo w codziennym biegu nie oceniamy każdego pod kątem atrakcyjności, rozmawiamy z przyjaciółmi i partnerami też na inne tematy. Natomiast w powieści „Gaudensia” to właśnie te kwestie zostają „podświetlone”. Nie jest tak istotne, czym bohater zajmuje się w życiu, ale jak lubi „to” robić, czego oczekuje od partnerki, co z nim się dzieje, kiedy potrzeby są zaspokojone, a kiedy nie. Vallerina P. dosadnie pokazuje, dlaczego sfera cielesna jest ważna przy budowaniu zdrowego związku. I zachęca czytelników do podjęcia próby zdefiniowania własnych potrzeb.

Pewnie was nie zaskoczę, jednak dla porządku to podkreślę. Książka pełna jest scen erotycznych. Różnorodnych, acz napisanych z klasą. Vallerinie P. udaje się „ominąć” wulgarność języka związanego ze sferą cielesną. Udaje jej się również wykrzesać tą fajną iskierkę, która jest obowiązkowa w tego typu publikacjach.

Jeżeli już wspominałam o języku, to dodam, że jest bardzo bogaty, co mnie miło zaskoczyło. Właściwie po powieściach o charakterze erotyczny nie spodziewam się jakiś wyrafinowanych zwrotów, dlatego ładnie sformułowane zdania robią dobre wrażenie. Dla przykładu zacytuję jedną z bohaterek: „Ile trzeba posiadać impertynencji, by stać nad kobietą z wiszącym fiutem, bez mocy i pomysłu jak mimo to dać jej miłość i chwilę przyjemności, i bić ją za swoje własne ograniczenia!” [1] Złość i żal, jakie płyną z tej wypowiedzi zapewne jest wyraźniejsza w szerszym kontekście, mimo wszystko mam nadzieję, że ją wyczuwacie. W tym zdaniu ciekawe jest zestawienie, uznawanego a wulgarne, słowa „fiut” z grzecznym „impertynencki”. Dosadnie i bezczelnie, a przy tym – jak to mówią - „bułkę przez bibułkę”.

W powieści możemy wyróżnić też wątek kryminalny, który wprowadza inny rodzaj napięcia. Dobrze go oceniam. Może niektóre rozwiązania są naiwne, ale przy lekko surrealistycznym efekcie, jaki osiąga Vallerina P., całość nie wygląda źle. Zresztą uwagę czytelnika ma pochłaniać co innego, a nie skrupulatna analiza prezentowanej sprawy i akcenty postawione są tak, że nie staje się ona priorytetem.

„Gaudensia. Zwycięstwo pożądania” to nie jest powieść erotyczna do jakich rynek książki nas przyzwyczaił. Autorka odrzuca wątek romantyczny skupiając się na seksualności bohaterów. I to właśnie ona jest istotą fabuły. W mojej ocenie jest to bardzo dobry kierunek dla erotyki w literaturze. Książka akcentuje różnorodność potrzeb i obdziera pożądanie ze wstydu. Mocny, a przede wszystkim rozsądny i realistyczny głos w tzw. rewolucji seksualnej, w której nie chodzi o rozpasanie – jak się niektórym wydaje – a o szczerość i zdefiniowanie siebie.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Style charakteru" Stephen M. Johnson

"Style charakteru" Stephen M. Johnson

Książka, o której chcę wam opowiedzieć, okazała się pretekstem do zdradzenia pewnej rzeczy na mój temat. Pasjonuję się psychologią. Nigdy się jej nie uczyłam – z wyjątkiem fakultatywnych zajęć podczas jednego semestru na uniwersytecie. Można powiedzieć, że moje studia są samozwańcze i amatorskie, dlatego chętnie sięgam po różnego rodzaju popularnonaukowe publikacje z tej dziedziny. Akurat nakładem wydawnictwa Zysk i s-ka ukazała się książka „Style charakteru”, której autor – Stephen M. Johnson – tłumaczy, jak kształtuje się osobowość. Zdecydowałam, że zapoznam się z jej treścią.

Odwieczne pytanie: geny czy wychowanie? Teza, jaką stawia autor książki to, że nasz charakter kształtuj się we wczesnym dzieciństwie. Myślę, że nie ma tu nić odkrywczego, chociaż patrząc na własne dzieci, aż tak nie umniejszałabym znaczenia genów. Człowiek, który przychodzi na świat, od pierwszych dni rozpoczyna wielką lekcję życia, a doznane doświadczenia mogą go wzmocnić lub osłabić. Stephen M. Johnson piesze dużo o traumach i dysfunkcjach. Są tu również propozycje terapii itp. Z perspektywy rodzica może wydawać się to dość mroczne, jednak – jasno to ustalmy – to nie jest poradnik parentingowy.

W takim razie czym jest książka „Style charakteru”? Teoretycznie jest to propozycja, dla każdego, kto chce zgłębić temat, ALE... Musicie być przygotowani na okrutnie naukowy język. Autor nie daje taryfy ulgowej. Serwuje monotonny, najeżony fachowymi terminami wykład. Czy merytoryczny? Mi trudno to ocenić, jednak czytałam wiele opinii, że książka jest wykorzystywana w życiu zawodowym, więc mniemam, że tak. Niemniej psychologia jest taką dziedziną, że zawsze warto przyjrzeć się na kogo autor się powołuje (a tego ten nie ukrywa) i jak były przeprowadzone dane badania. Wiecie, w matematyce wynik wystarczy wyliczyć, a tu można nieco pomanipulować zmiennymi, żeby uzyskać pożądany efekt.

Podsumowując. Dla mnie laika, który lubi sobie poczytać, żeby zaspokoić ciekawość język „Stylów charakteru” był za trudny. Książkę polecałabym studentom bądź absolwentom psychologii. Ja rozglądam się za „lżejszymi” publikacjami. Natomiast naukowość wywodu w żadnym miejscu nie umniejsza jego wartości, Dlatego jeżeli nie boicie trudnego, zimnego, naukowego wykładu, zapraszam was do czytania.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger