"Przeprawa" Jack Ketchum

"Przeprawa" Jack Ketchum

Jestem wielką fanką filmów Quentina Tarantino. Zachwyca mnie to, jak ten reżyser operuje obrazem i kolorem. Właśnie miałam przyjemność przeczytać książkę „Przeprawa” Jacka Ketchuma i już od pierwszych stron – pomimo mrocznej atmosfery – widziałam tę historię w wyrazistych „tarantinowskich” barwach. Szczególnie dużo tu czerwieni, bo to iście krwista powieść.

Akcja ma miejsce w Arizonie w połowie XIX wieku. Koniec wojny meksykańskiej. Miasteczko Gable's Ferry przyciąga żołnierzy, poszukiwaczy złota i innych przedsiębiorczych rzezimieszków. W miejscowym saloonie spotykają się zwiadowca John Hart i reporter Marion T. Bell. Jeden proponuje drugiemu pracę i tym sposobem zostają towarzyszami. Na ich drodze pojawia się też młoda, naga i ranna Meksykanka, Elena. Kobieta wydostała się z obozu Sióstr Valenzura – obozu niewolników. Elena uciekła, ale pozostawiła za sobą pewne sprawy, które musi za wszelką cenę załatwić. Czy panowie będą na tyle szarmanccy, żeby pomóc kobiecie w opresji?

„Przeprawa” to książka na jeden wieczór i to nie tylko dlatego, że jest krótka. To taka historia, która wyciąga po czytelnika swoje macki. Jack Ketchum mistrzowsko epatuje okrucieństwem. Tworzy makabryczny obrazek, od którego nie możemy odwrócić oczu. Na nim trzej kowboje (potężny, nieustraszony Matka, smętny Hart i przerażony Bell) oraz „dama” w opałach, a w tle przemoc, gwałt i jatka.

Na początku autor spokojne wprowadza nas w fabułę. Daje poznać bohaterów i okoliczności w jakich rozgrywa się akcja książki. Widać tu świetną pisarską intuicję. Ketchum wie, które elementy wyostrzyć, aby zaintrygować i stworzyć odpowiedni klimat. Mimochodem wspomniałam ,że książka jest krótka (ok. 200 stron) przez co dość szybko docieramy do finału. Finału rozbudowanego i dynamicznego. A czeka w nim na czytelników istna sieczka.

Szczypta westernu sprawdza się w horrorach. Umożliwia ona wykreowanie bardzo efektownych scen, co Jack Ketchum świetnie wykorzystał. „Przeprawa” okazała się zgrabną powieścią grozy, z krwawym finałem. Trochę ubolewam, że motyw starych meksykańskich bogów i rytuałów nie zajmuje w niej więcej miejsca, ale ja akurat mam małego „fizia” na tym punkcie. Natomiast muszę uczciwie polecić tę książkę. Brutalna, ale nie obrzydliwa. Mocna, klimatyczna, fatalistyczna. Takie horrory to ja lubię.

[Egzemplarz recenzencki]

"Co zrobi Frania? Zaufanie" Barbara Supeł

"Co zrobi Frania? Zaufanie" Barbara Supeł

„Co zrobi Frania?” Barbary Supeł pomału staje się kultową serią książek dla dzieci. Założenie tych publikacji to rozwijanie kompetencji społecznych przy użyciu bajek z małą bohaterką oraz pytań kierowanych bezpośrednio do czytelników. Mamy w swojej biblioteczce tomy o asertywności i szczerości. Do tej kolekcji właśnie dołączyła książka o zaufaniu.

Przyjrzyjmy się bliżej, co spotkało Franię. Pierwsza historia rozgrywa się w przedszkolu. Frania bardzo zazdrości koleżance wyjątkowego długopisu. Chciałaby się nim pobawić, ale dziewczynka się ni nie dzieli. Jednak Frania bierze go za jej plecami. W tym opowiadaniu Barbara Supeł podkreśla wagę mówienia prawdy. Obie dziewczynki nagięły ją do swoich celów. Jak to odbiło się na wzajemnym zaufaniu?

Druga przygoda rozgrywa się w sali zabaw podczas przyjęcia urodzinowego. Jest o tym, komu możemy zaufać. Frania powierza wygrane cukierki nieodpowiedniej osobie i jest zszokowana, kiedy zostają zjedzone.

Trzecia historia jest o sekretach. Oczywiście sekret rzecz święta i nie rozgaduje się powierzonej w zaufaniu tajemnicy. Natomiast czasami pojęcie sekretu jest nadużywane. Frania stanęła przed dylematem, czy być lojalną, czy sprawić, że niezbyt miły psikus nie dojdzie do skutku.

Nowatorska jest konstrukcja opowiadań o Frani. Są one przerywane w kulminacyjnym punkcie i czytelnik ma wydedukować, jak bohaterka się zachowała i jakie były tego skutki. Na końcu książki autorka ustami dziewczynki komentuje opisane sytuacje. Nadaje im szerszy kontekst i zachęca do przemyślenia, przedyskutowania. Ów komentarz jest rewelacyjny. Z codziennych, czasami błahych sytuacji Barbara Supeł wyciąga ważną naukę. W przypadku tej publikacji nawiązuje ona do takich tematów jak: komu można ufać?, jak nie stracić zaufania?, a także dobre i złe tajemnice.

[Egzemplarz recenzencki]

"So close" Sylvia Day

"So close" Sylvia Day

Kane Black „(...) obojętny na świat i opętany przez dawno zmarłą kobietę”. 1 Ową kobietą jest jego żona Lily. Minęło sześć lat, a Kane dalej nie uporał się z żałobą. „On nie żyje, on cierpi z powodu życia.”2 Duch Lily jest obecny w każdym kacie jego penthouse'a, a wdowiec otacza się kobietami przypominającymi żonę, jednak żadna nie została przy nim na dłużej. Pewnego dnia Kane zauważa na ulicy sobowtóra Lily. Ona czy nie ona? Milioner nie może wypuścić jej z rąk.

A no milioner, kochani. Sylvia Day w powieści „So close” zabiera nas do świata pięknych, bogatych i wyrachowanych. Pewnie niektórzy uśmiechną się z politowaniem i pomyślą, że mamy do czynienia z romansem, w którym przystojny pan Black „posuwa” jakaś zagubioną ślicznotkę. Nic bardziej mylnego. „So close” to właściwie zmysłowy thriller. Pierwsze skrzypce grają tu pragnienia, ale nie tylko te cielesne. Miłość, pieniądze, władza, pożądanie – to te sznurki pociąga Sylvia Day w swoje powieści.

Właściwie trafiamy tu w świat biznesu, gdzie pieniądz i ambicje spychają inne wartości. Powrót rzekomej Lily z zaświatów krzyżuje plany Amy, która pragnie Kane'a i ma powody żeby zemścić się na jego rodzinie, a także Aliah (matki Kane'a), która kieruje rodzinną firmą. W „So close” nikt nikomu nie ufa, wszyscy patrzą sobie na ręce uśmiechając się przy tym sztucznie. A gdy rozejdą się do swoich gabinetów, apartamentów, sypialni to knują, knują i knują.

Przyznam, że nie czytałam serii o Gideonie Crossie, więc nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Po zapoznaniu się z „So close” jestem bardzo miło zaskoczona i rozumiem fenomen tej pisaki. Fantastycznie skonstruowana fabuła, która może przypominać popularne telenowele, ale w momentach swojej świetności. Czytamy o abstrakcyjnym dla nas świcie, o problemach bohaterów, z którymi nie mamy jak się utożsamić, ale to wciąga. Temu kibicujemy, a tamtego nienawidzimy i rewelacyjnie się bawimy.

Sylvia Day potrafi pisać. Zauważyłam tu wiele elementów charakterystycznych dla romansów, które często mnie drażnią, ale ta autorka skomponowała z nich całkiem ładny obrazek. Wygląd bohatera czy pokoju staje się elementem fabuły, a nie rozpychającym ją dodatkiem. Co prawda na początku czytania zalała mnie fala informacji, jednak jakoś złapała rytm. Daję jedynie minus za wulgarność, jaką autorka przypisała Amy. Jestem na stanowisku, że jeżeli nie jest to konieczne „mięchem nie rzucamy”. Żeby tak „na dzień dobry” wszystkich wyzywać od „suk” - trochę tu kogoś poniosło.

Tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi. I dzięki temu „So close” wciąga. Czytelnik chce rozgryźć postacie, wyczuć kto z kim trzyma i do czego się posunie. Sylvia Day niewątpliwie umie budować napięcie. Łączy w tej powieści seks oraz pieniądze i robi to w jakże intrygujący sposób.

1 Sylvia Day, „So slose”, przeł. Anna Szafran, wyd. Świat książki, Warszawa 2024, s. 16.

2 Tamże, s. 14.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mbappé" Matt i Tom Oldfield

"Mbappé" Matt i Tom Oldfield

Reprezentacja Francji już od wielu lat jest w czołówce światowego footballu. Drużyna ta może poszczyć się świetnymi zawodnikami, takimi jak Zinedine Zidane, Thierrey Henry czy Kylian Mbappé. Dziś chciałabym pokazać wam książkę, która jest poświęcona ostatniemu z nich. Dokładniej jest to powieść biograficzna kierowana do młodych czytelników autorstwa Matta i Toma Oldfieldów zatytułowana po prostu „Mbappé”.

Ta kontrola ruchu, dokładność! Jakby już był zawodowym piłkarzem!”1 Kylian Mbappé już od najmłodszych lat wykazywał naturalny talent do gry w piłkę nożną, a umiejętnościami znacząco przewyższał swoich rówieśników. „W młodości nie marzył o grze w finale mistrzostw świata – on po prostu na to czekał. Było to częścią jego wielkiego planu podboju piłkarskiego świata.”2 W kontekście młodego chłopaka może brzmieć to jak bujanie w chmurach, ale Mbappé cierpliwie dążył do postawionego celu. Zawsze chciał się wyróżniać i być najlepszy. Może się wydawać, że tak utalentowanemu człowiekowi sukcesy przyjdą łatwo, ale autorzy podkreślają, że nawet ten najlepszy zawsze może być lepszy, że zawsze można się czegoś nauczyć. Ponad to nie zapominają o tym, że w dyscyplinach drużynowych umiejętności jednostki nie wystraszą.

Kylian Mbappé jest dobrym przykładem zawodnika, który nie spoczął na laurach mimo wielu pochwał i świadomości swojej wartości. Chciałoby się napisać, że jego biografia to dobra motywacja do ciężkiej pracy i stawiania sobie ambitnych celów. Natomiast publikację napisaną przez braci Oldfield polecam raczej fanom piłki nożnej. Opis ważnych dla Mbappé meczów i kolejnych akcji właśnie ich najbardziej zainteresuje. Myślę, że będzie idealna już dla dzieci ok. 9 roku życia. Tekst jest prosty i napisany w formie powieści, ale brak tu jakichkolwiek ilustracji.

Chcemy zachęcić pociechę do czytania, dajmy jej książkę o tym, co ją interesuje. Jeśli masz w domu dziecko, które uwielbia piłkę nożna, analizuje mecze, a składy drużyn recytuje z pamięci to podsuń jej/jemu książki z serii „Najlepsi piłkarze świata”. Niech pozna lepiej swoich idoli.

1 Matt Oldfield, Tom Oldfield, „Mbappé” przeł. Marcin Kowalczyk, wyd. Czytalisek, Gliwice 2024, s. 23.

2 Tamże, s. 10.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jak sprzedać nawiedzony dom" Grady Hendrix

"Jak sprzedać nawiedzony dom" Grady Hendrix

„Dziwne odgłosy, ciężka atmosfera, wasi rodzice niedawno zmarli... Dom jest nawiedzony i nie wystawię go na sprzedaż, dopóki się z tym nie uporacie.”1 usłyszeli Mark i Louise od agentki nieruchomości. Wygląda na to, że spadek po rodzicach jest wyjątkowo problematyczny. Zresztą dzieci same niechętnie wróciły do przepełnionego lalkami matki domu. Skłócone rodzeństwo musi obrać wspólny front, żeby zmierzyć się... No właśnie z czym? Z duchem, klątwą, demonami? A lalki śledzą każdy ich krok.

„Jak sprzedać nawiedzony dom” Grady'ego Hendrixa to połączenie powieści obyczajowej i horroru, aczkolwiek te elementy się nie przenikają, co jest słabą strona książki. Jest ona promowana jako literatura grozy i niewątpliwie zalicza się do tej kategorii. Ale... Na początku czytelnik zagłębia się w relacje pomiędzy rodzeństwem, dwójką ludzi którzy za sobą nie przepadają. Mark ma łatkę nieudacznika, a Louise samodzielnej kobiety sukcesu. Jemu ciąży zaradność siostry, a na niej cieniem padło umniejszanie jej osiągnięć przez rodziców, aby nie urazić brata. Ten aspekt psychologiczny jest nawet ciekawy – szczególnie, że poznajemy wersje obu stron – jednak konwencja tej powieści nie pozwoliła autorowi dostatecznie go rozwinąć. W tym wszystkim zapomina też o grozie. Dom i zamieszkujące go lalki nie wydają się wcale, a wcale straszne, co może nużyć czytelnika.

Im dalej tym charakter powieści się zmienia i coraz bliżej jej do horroru. Zakończenie bardzo mi się podobało szczególnie to w jaki sposób lalki „uderzyły” w bohaterów. Widać też, że Grady Hendrix nie bez powodu opisywał niektóre epizody z życia tej rodziny. Pytanie tylko, czy musiał robić, to tak rozwlekle. Czy grozy nie można było wprowadzić szybciej?

„Lalka to posiadanie, które posiada posiadającego”2. Sam lalkowy motyw jest świetny, jednak patrząc przez pryzmat książki „Jak sprzedać nawiedzony dom” można by powiedzieć, że raczej dla filmu niż literatury. Powieść autorstwa Grady'ego Hendrixa okazała się mało straszna, a na to co straszne było autor kazał bardzo długo czekać. Za dużo elementów obyczajowych i humorystycznych sprawiło, że istota literatury grozy została zatracona. Tak, jest to horror, ale chyba został napisany zbyt lekko i przyjemnie, żeby wyróżnić się wśród powieści tego typu.

1 Grady Hendrix, „Jak sprzedać nawiedzony dom”, przeł. Tomasz Bieroń, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2024, s. 153.

2 Tamże, s. 225.

[Egzemplarz recenzencki]

"Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne" Álex Rovira i Francesc Miralles

"Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne" Álex Rovira i Francesc Miralles

Odwaga – nie mylić z brawurą – jest nam potrzebna częściej niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Kiedy mówimy o kimś odważnym widzimy bohatera z peleryną, który dokonuje rzeczy wyjątkowych. Jednak odwaga jest nam potrzebna na co dzień, abyśmy mogli stawiać czoła wyzwaniom, realizować swoje cele i się rozwijać. Odwaga jest jest pomostem do bycia szczęśliwym. Być może pamiętacie, że jakiś czas temu pisałam o książce „Opowieści dla dzieci, które chcą być szczęśliwe” Álexa Roviry i Francesca Mirallesa. Spieszę was poinformować, że ukazała się kolejna publikacja z tej serii, „Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne”. Ja potraktowałam ją jako kontynuację. Jako rozwinięcie, uzupełnienie drogi do szczęścia właśnie.

Álex Rovira i Francesc Miralles zrywają z wyobrażeniem odwagi jako czegoś wyjątkowego. Ukazują ją jako niezbędną na co dzień. Bardzo podoba mi się takie podejście. Każdy człowiek musi zmagać się z jakimiś trudnościami i czasami trudno znaleźć zasoby żeby z nimi walczyć. Autorzy zachęcają czytelników do wyjścia ze skorupy, a zebrane opowieści mają pomóc stać się silniejszym, myśleć kreatywnie, ale też nauczyć się prosić o pomoc i myśleć pozytywnie.

Opowiadania mają taki sam charakter jak te w poprzednich częściach serii, czyli krótkich historyjek z morałem. Niektóre są baśniowe, inne przypominają biblijne przypowieści. Generalnie są nieco patetyczne – za czym ja nie przepadam – ale przekazują dobre wartości i pozytywną, wspierającą energię. Polecam je sobie dawkować, żeby znaleźć chwilę na przemyślenie, bo wtedy najwięcej z nich wynieście. Interpretację ułatwiają też komentarze autorów, które zostały zamieszczone po każdym z tekstów.

Książka „Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne” dedykowana jest dla czytelników od 9 roku życia. Na portalach książkowych widziałam komentarze, że niektórzy czytali tę publikację młodszym dzieciom (nawet sześciolatkom). Mi samej trudno określić słuszną granicę. Nie są to bardzo trudne teksty, aczkolwiek w niektórych przypadkach musicie być gotowi na komentarz, uzupełnienie opowiadania i otwarci na dyskusję. Natomiast czuję, że książka ta może przypaść do gustu też nie jednemu dorosłemu. Daje ona świetnego motywacyjnego kopa, który czasami – a może nawet bardziej – jest potrzebny tym dużym.

"Proces norymberski" Joe J. Heydecker, Johannes Lebb

"Proces norymberski" Joe J. Heydecker, Johannes Lebb

Jestem daleka od licytowania, które wydarzenie w historii świata przyniosło najwięcej cierpienia. Natomiast trudno jest zaprzeczyć, że dwie wojny światowe, które miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku przybrały taki rozmiar, iż nie mogły pozostać obojętne także dla sfery prawa. Jawnie pokazały, jak potrzebne są międzynarodowe instrumenty, które będą stały na straży pokoju i skutecznie karały tych, którzy go burzą. Nie chcę tu dyskutować, jak i czy te instrumenty działają. Chciałabym przedstawiać wam książkę, która opisuje przełomowe wydarzenie. „»Norymberga« stałą się kamieniem milowym na ciernistej drodze prawa międzynarodowego ()”1

To już trzecie wydanie obszernej publikacji zatytułowanej „Proces Norymberski”. Dziennikarze, Joe J. Heydecker oraz Johannes Leeb, przekopali ogromny materiał źródłowy, a pierwszy z nich był obecny podczas procesu jako korespondent radia i prasy. Z książki dowiemy się, jakie kontrowersje i emocje towarzyszyły temu procesowi, jak formułowano zasady jakimi się podczas niego kierowano. Głównymi bohaterami są oczywiście oskarżeni i to co pewnie szczególnie czytelników interesuje, jak byli traktowani i jak się bronili. Z książki dowiemy się, jakie zapadły wyroki i jak je uzasadniono. To wszystko wzbogacono o wyraźny opis tego, jak Hitler doszedł do władzy i zbrodni wojennych. Trzecie wydanie jest o tyle ważne, ponieważ znalazły się w nim „usuwane przed laty przez komunistyczną cenzurę fragmenty dotyczące paktu Hitlera i Stalina oraz zbrodni katyńskiej.”2

Publikację tą, jak większość książek pisanych przez dziennikarzy, czyta się bardzo dobrze. Co prawda im dalej tym nudniej, ale wynika to kompozycji, którą wymusza poniekąd chronologia wydarzeń. Naturalne jest, iż ciekawsze jest łapanie podejrzanych, czy dyskusja nad sposobem sądzenia niż sentencje wyroków. Natomiast autorom nie można odmówić zajmującego stylu pisania. Momentami zbliżają się niebezpiecznie do formy powieści historycznej, ale chyba nie przekraczają tej granicy. Trochę brakuje mi w tej książce szczegółowych przypisów. Heydecker i Leeb zarzekają się, że każde napisane słowo ma umocowanie w źródłach i znajdziecie obszerna bibliografię, jednak zrobienie przypisu nie pozostawia wątpliwości, skąd dana teza została zaczerpnięta.

„() proces norymberski (…) był ważnym krokiem na historycznej drodze poskramiania przemocy przez prawo.”3 Myślę, że osoby zainteresowane historią i prawem międzynarodowym odnajdą się w książce „Proces Norymberski”. Twórcy obecnie funkcjonujących rozwiązań mocno z doświadczeń ”Norymbergi” czerpali. Publikacja jest na tyle przystępnie napisana, że odnajdzie się w niej też osoba, która w tym temacie ma elementarną wiedzę. Także nie wahajcie się, czytajcie.

1 Joe J. Heydecker, Johannes Lebb, „Proces norymberski”, tłum. Marek Zeller, wyd. RM, Warszawa 2023, s. XII.
2 Tamże, okładka.
3Tamże, s. X.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Kocham rysować zwierzęta", "Kocham rysować dinozaury"

"Kocham rysować zwierzęta", "Kocham rysować dinozaury"

Czy dzieci lubią rysować? Można się śmiać, że to przymiot małych serialowych bohaterów, ktrózy grzecznie siedzą przy stolikach, kiedy rodzice prowadzą poważne rozmowy. A mi trafił się taki egzemplarz. Może moja M. nie rysuje w ciszy, ale to kocha. Otwiera oczy i jeszcze przed śniadaniem siada przy stoliku i tworzy. Otacza się też kreatywnymi przyjaciółmi. Ostatnio „przyłapałam” ją, jak koleżankami pokazywały sobie różne style malowania. Dlatego postanowiłam podrzucić jej jakieś poradniki dla małych artystów. Akurat wydawnictwo Świetlik wypuściło dwie książki, które uznałam za dobre na początek: „Kocham rysować zwierzęta” i „Kocham rysować dinozaury”.

Konstrukcja obu publikacji jest taka sama. Najpierw rozgrzewka, czyli tematyczne szlaczki, ale nie ograniczone linijkami. To raczej swobodne bazgranie. Potem „lekcja”. Krok po kroku jesteśmy instruowani jak narysować dane zwierzę. Następnie czas na wykorzystanie nowych umiejętności w praktyce. Znajdziemy przygotowane tła i mamy je ożywić. Tworząc nasze prace możemy skorzystać też z dwóch rodzajów naklejek: jedne kolorowe, a drugie do samodzielnego ozdobienia.


Kogo nauczymy rysować się z prezentowanych książek? Jeżeli chodzi o zwierzęta są to: borsuk, chomik, goryl, jeleń, kameleon, kot, lew, żółw, ryś, kura, koza, lis, niedźwiedź, owca, pies, pszczoła, krowa, wiewiórka, koń, sowa, zając, sroka, świnia, żubr, a także tropy zwierząt. Tu mała uwaga od mojej córki. Stwierdziła, że zwierzęta mogłyby być jakoś posegregowane np. zwierzęta leśne, farma, dżungla. Dzięki temu łatwiej było by odnaleźć te pasujące do realizowanego pomysłu.


Jeżeli chodzi o dinozaury to nauczymy się rysować tyranozaura, archeopteryksa, pterodaktyla, deinonycha, diabloceratopsa, kecalkoatla, einiozaura, elasmozaura, gallimima, gigantozaura, ichtiowenatora, ichtiozaura, diplodoka, lambeozaura, mozazaura, parazaurolofa, welociraptora, austroraptora, stegozaura, triceratopsa, tapeżara, ankylozaura, tupandaktyla, stygimolocha, a także szkielet dinozaura i gniazdo z jajami.



Jakie mamy wrażenie po pierwszych próbach rysowania z tymi książkami? Bardzo pozytywne. Instrukcje są tak skonstruowane, że nawet nie umiejące czytać dziecko zrozumie je bez pomocy rodzica. Kolejne etapy zaznaczone są czerwonym kolorem. Spodobało mi się, że w niektórych miejscach zastosowano fachowe słownictwo np. w przypadku rysia mamy dorysować wibrysy, a nie wąsy. Przy każdym zwierzęciu znajdziemy też krótką ciekawostkę na jego temat.

M. była zadowolona z efektów, jakie przyniosło rysowanie z publikacjami „Kocham rysować...”. Zauważyłam, że poradziła sobie z niektórymi trudnymi dla niej elementami jak np. naturalne ułożenie nóg. Dlatego te książki otrzymują od nas dwa znaki jakości, mamy i córki.

[Egzemplarz recenzencki]

"Humbug" Wojciech Kulawski

"Humbug" Wojciech Kulawski

Dziś obieramy kierunek na hiszpańskie Baleary. Marzena i Jadwiga pojechały tam na urlop – drinki, zabawa, zero stresu. Niestety nie udało im się zrealizować tego planu. Płynąc wraz z przyjaciółmi jachtem na imprezę wyławiają dwójkę rozbitków. Ocalała para wydaje się, delikatnie mówiąc podejrzana, ale Polki starają się dobrze bawić i zanadto nie analizować tego spotkania. Do czasu, aż Marzenia budzi się z ogromnym kacem. W ręku trzyma pistolet, a na pokładzie jachtu znajduje ślady krwi. Do tego nie może znaleźć koleżanki, interesuje się nią grupa bandziorów, a w Internecie pojawia się film, jak kobieta zabija wcześniej uratowanego mężczyznę.

Kto regularnie do mnie zagląda wie, że zazwyczaj dobrze oceniam prozę Wojciecha Kulawskiego. I podobnie będzie z powieścią „Humbug”, natomiast nie było to oczywiste od samego początku. Pierwsze 70 stron czytałam dwa dni. Miałam ochotę zadzwonić do autora i zapytać się, czy „all inclusive” mu za mocno nie weszło. Dostałam jakąś toporną pisaninę kompletnie nie w jego stylu. I jeszcze ta dziwna maniera używania imion i nazwisk. Dzięki temu zapewne łatwiej uniknąć powtórzeń, ale brzmi to jakaś dziwnie i ciężko oswoić się z bohaterami. Raz Jadwiga, raz Zając. Potrzeba czasu, żeby zapamiętać, że to ta sama osoba.

Kiedy akcja ruszyła z kopyta wrócił ten sam Wojciech Kulawski, którego poznałam przy okazji genialnej powieści „Meksykańska hekatomba”. Fabuła nabiera dobrego tempa, a my co chwilę odkrywany coś, co zmienia naszą ocenę sytuacji w jakiej znalazły się bohaterki książki. Mamy tu wachlarz postaci, które są bezwzględne, szybko podejmują decyzję i nie cofną się przed niczym. Nie wiemy, kto z kim trzyma, kto gra, a kto jest szczery, dzięki czemu jesteśmy ciągle zaskakiwani. I tak, jak na początek książki męczyłam jak ciepłe piwo tak kolejne 200 stron (z hakiem) weszło jak dobrze zmrożona czysta.

Autor w opisie książki wspomina, że „Humbug” jest nie tylko kryminałem, ale pastiszem romansu mafijnego i faktycznie takich elementów możemy się tu dopatrzeć. Nie trzeba się ich bać, bo są świetnie wplecione w wątek kryminalny. W tym kontekście muszę wspomnieć o Jadwidze Zając, która jest moją ulubioną postacią z tej powieści. Jadwiga jest bardzo niekonsekwentna, ale przez to cudowna i nieprzewidywalna. Atmosfera wakacji udziela jej się do tego stopnia, że przekracza wszelkie bariery. Jest typem głupiutkiej cwaniary i za to się ją kocha. Potrafi zachowywać się jak tepiutkie niewiniątko, żeby za chwile przeistoczyć się w bezwzględną wojowniczkę.

Panie Wojtku, przyznam, że przez moment w Pana nie wierzyłam, ale wie Pan jak pisać kryminały, a a wartka akcja nie jest Panu obca. Co to za historia, co to za szaleni, spuszczeni ze smyczy, bezpruderyjni bohaterowie. Suma summarum przeczytałam z wielka przyjemnością.


[Egzemplarz recenzencki]

"Dzieje się je. Mała historia kuchni" Łukasz Modelski

"Dzieje się je. Mała historia kuchni" Łukasz Modelski

Żeby przeżyć trzeba jeść, ale kuchnia jest raczej pomijana w opracowaniach na temat historii świata. A szkoda, bo jedzonko się z przyjemnością spożywa, ale też miło się o nim czyta. Na szczęście są na świecie ambitni, którzy podjęli się opracowania tego tematu. Należy do nich Łukasz Modelski, który napisał publikację dla dzieci „Dzieje się je. Mała historia kuchni”. Sprawdźmy co pichcono wieki temu.

Autor prowadzi nas przez kolejne epoki i omawia je w kontekście gastronomicznym. Mówi co jadano, a także jak jadano. Wszak uczty, spotkania, narady wiążą się z poczęstunkiem. Przedstawia słynnych smakoszy i autorów książek kucharskich. Opowiada skąd wzięły się niektóre przysmaki np. drożdżowe bułeczki (wynalezione przez przypadek przy okazji ważenia piwa) albo guma do żucia (zwyczaj podpatrzony u Indian z Ameryki Środkowej). Zbiera też anegdoty związane z jedzeniem – czy wiecie, kto układał portrety z warzyw?.

Książka kierowana jest do dzieci, ale zapewne nie jeden dorosły będzie się świetnie bawił w trakcie jej czytania. Informacje przekazane zostały w zwięzły i zabawny sposób, a publikację ubarwiają świetne ilustracje Adama Pękalskiego. Co prawda nie wiem, na czym bazował autor opisując kuchnię XXI wieku: czy faktycznie spożycie mięsa widocznie spada, a restauracje produkują coraz mniej resztek; pierwsze słyszę, że najpopularniejsza jest obecnie kuchnia peruwiańska i jak to ma się do rosnącej popularności kuchni lokalnych oraz skracania drogi z pola na talerz; zgadzam się, że ludzie coraz chętniej robią przetwory, ale własnego miodu nie jest tak łatwo wytworzyć – spisałam kilka swoich myśli na temat tego rozdziału. Poza tą kwestią, która zajmuje ostatnie strony książki, nie mam zastrzeżeń co do treści. Natomiast publikacja wcale nie jest taka mała, jak sugeruje podtytuł. To jest największa książka jaką posiadamy. Jej wymiary to 31x28 cm, co oznacza, że jej grzbiet jest takiej samej długości, jak kartka A4, ale jest od niej szersza. Nie jest fanką tak dużych formatów. Myślę, że w tym przypadku można by było przemyśleć kompozycję, aby publikacja byłą bardziej poręczna. Zmniejszenie ilustracji, czy dołożenie paru stron sprawiłoby, że treść pozostanie, a jej czytanie będzie jeszcze bardziej przyjemne.

Bardzo się cieszę, że mieliśmy okazję zapoznać się z książka „Dzieje się je. Mała historia kuchni”. Łukasz Modelski opracował jakże smakowity temat, jakim jest jedzenie. Publikacja jego autorstwa to aromatyczna podróż przez epoki. Czyta się ją wybornie. Można raczyć się każdym słowem. Zmniejszyłabym nieco format książki. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałaby „Duża historia kuchni” skoro „Mała...” jest tak okazała.

"Medea z Wyspy Wisielców" Magda Knedler

"Medea z Wyspy Wisielców" Magda Knedler

Medea to postać tragiczna. Zrobiła wiele dla ukochanego Jazona, a ten porzucił ją dla Kreuzy, córki króla Kreona. Magda Knedler ożywia mit o Medei na ziemiach Dolnego Śląska na początku XX wieku. Jej Medea nie jest tak bezwzględna. To skromna dziewczyna z nizin społecznych. Jedyna, która przeżyła, kiedy jej ojciec desperacko zabił swoje dzieci, a potem popełnił samobójstwo. Mada, bo takiej formy swojego imienia używa bohaterka książki wie co to nędza. Za marne grosze pracowała w zakładzie krawieckim, gdzie wypatrzył ją bogaty Andreas. Zaproponował posadę służącej. Czy przyjmując ją dziewczyna poprawi swój los? Niekoniecznie. Mieszkając na odludnej wyspie z dwoma mężczyznami staje się obiektem plotek, a jej pracodawca okazuje nią niezdrową fascynację i – mówiąc wprost – dręczy i molestuje służącą. Pewnego dnia na wyspę przybywa nowy pracownik, ogrodnik. Mada niewątpliwie wpada mu w oko, ale czy będzie miał odwagę stanąć w obronie dziewczyny.

Poprzedni akapit to jedynie wstęp to opisanej przez Magdę Knedler historii, gdzie biedna dziewczyna staje się ofiarą manipulacji bogaczy. „Panom szacunek się należał, wiadomo, jacykolwiek by nie byli.”1 A jej? Ona jest nikim. Dziewczyną z rynsztoka, o wątpliwej reputacji. Nikt nie zwraca uwagi na to, że przewyższa ich pod względem wiedzy i doświadczenia. Że jest warta więcej niż oni wszyscy razem wzięci. Słabymi stronami Mady jest też skromność, wrażliwość i potwornie niska samoocena. Albo jest boleśnie świadoma, że jest sama przeciwko wpływowym ludziom, że takie jak one głosu nie mają.

„Medea z Wyspy Wisielców” to jedna z takich książek, która wywołuje oburzenie. Będziecie krzyczeć: „Jak tak można” obserwując tę biedną dziewczynę otoczoną przez hieny. Magda Knedler sprawnie balansuje między wrażeniem, iż jakoś się wszystko ułoży, a złym przeczuciem główniej bohaterki, dyskretnymi znaki i fatalizmem greckiego dramatu, którym się inspiruje, żeby w pewnym momencie wyprowadzić fabułę na proste tory do finału. Czy będzie on radosny czy tragiczny dla Mady? Tego wam nie zdradzę.

Lubię i nie lubię takie książki i jest to komplement. Czyta się je bardzo... ekspresyjnie. Co mam na myśli? Wytrzeszczam oczy, łapię się za głowę, a czasami i włosy rwę, zasłaniam twarz, przeklinam itd. To robi ze mną fabuła. Trzęsę się jak w febrze o główną bohaterkę. Jestem oburzana ludzkim egoizmem i niegodziwością, ale nie mogę się oderwać od lektury. Emocje buzują jeszcze długo po odłożeniu książki i często jest tak, że nie pozwalają mi zasnąć.

Do samego dramatu o Medei nie przywiązywałabym się tak bardzo. Powieść nie jest retellingiem, a jedynie luźno nim zainspirowana. Samo dzieło też pojawia się na stronach książki, bo bohaterka bardzo je lubi i przypuszcza, że ma greckie korzenie. Dodaje to też historii fatalizmu. Jasno widać obszary, w jakich Mada jest „związana” ze starożytną Medeą. Widać też, że jest to kompletnie inna osobowość. Znacznie delikatniejsza. Nie tak demoniczna. W moim odczuciu Mada i jej historia obroniłaby się bez Medei. Grecka tragedia jest dla mnie jedynie fajnym, ale jednak smaczkiem.

„Mężczyzna bez szwanku na reputacji wychodzi, a kobieta...”2 Ta nieszczęsna reputacja. Chyba jeszcze ciągle jest przekleństwem. Co ją kształtuje? Dlaczego tak łatwo ją zniszczyć, a trudno naprawić? Mada z powieści Magdy Knedler jest niewątpliwie ofiarą reputacji. Gdyby mogła się od niej odciąć była by damą, poliglotką, a tak jest tylko nic nie wartą dziewczyną nizin społecznych.

1 Magda Knedler, „Medea z wyspy wisielców”, wyd. Zwierciadło, Warszawa 2024, s. 11.

2 Tamże, s. 268.

[Egzemplarz recenzencki]

"Feluś i Gucio poznają zawody" Katarzyna Kozłowska

"Feluś i Gucio poznają zawody" Katarzyna Kozłowska

Nam książek zawsze mało i, pomimo że mamy w domu dużą kolekcję, chętnie korzystamy z osiedlowej biblioteki. Podczas ostatniej wizyty Junior – zapewne zachęcony strażakiem na okładce – wybrał pokaźną kartonówkę pt. „Feluś i Gucio poznają zawody”. O ile u takiego dwulatka ciężko mówić o jakichkolwiek predyspozycjach, a snucie planów byłoby wręcz niezdrowe, to sama książka sprowokowała nas do fantastycznej dyskusji o różnych profesjach oraz zainspirowała do nowych zabaw.

Przy każdym z zaprezentowanych zawodów znajdziemy krótką historyjkę nawiązującą do życia przedszkolaka np. nasz bohater poszedł na wycieczkę do remizy lub z rodzicami na koncert, zachorował i musiał udać się do lekarza, albo Feluś opowiada, że w jego lub kolegi/koleżanki rodzinie ktoś zajmuje się daną profesją. W tym miejscu poszczególne zawody są zwięźle opisywane. Możemy zastanowić się, jak wygląda praca tych osób, a także porozmawiać o pracy, jaką wykonują nasi bliscy. To wszystko jest pięknie zilustrowane. Junior znalazł na jednym z rysunków swojego tatę. Serio. Zdecydowanie wskazał jednego z panów paluszkiem mówiąc: „To tata!”. Stwierdziliśmy z mężem, że faktycznie jest pewne podobieństwo. Bystry chłopczyk.

W książce znajdziemy jeszcze jeden typ ilustracji. Bohaterowie bawią się na nich naśladując poznany zawód. Jeżeli macie dziecko, które lubi odgrywać scenki (a większość dzieci lubi) to macie tu skarbnicę pomysłów na codzienne aktywności. Otwórzcie restaurację, albo salon piękności. Postawcie doniczki z ziołami na parapecie. Zorganizujcie pokaz talentów. Poszukajcie skarbów ukrytych wśród piasku. Eksperymentujcie, aby pomóc dzieciom znaleźć ich pasje.

Szkoda będzie oddawać książkę „Feluś i Gucio poznają zawody” do biblioteki, ale niestety takie są zasady. Myślę, że jeszcze wiele dzieci będzie się dzięki niej świetnie bawiło, a my poszperamy i postaramy się znaleźć coś równie fajnego.

„Kochanka pana Brontë” Finola Austin

„Kochanka pana Brontë” Finola Austin

Jakiś czas temu natrafiłam w sieci na historię pewnej artystki. Dziewczyny pięknej i zdolnej, a przy tym „łamaczki serc”. Zaprzyjaźniła się ona z pewną parą. Tak bardzo zazdrościła im tego, co mają (czytaj: rodziny, miłości, bliskości wsparcia itd.), że ten związek zniszczyła, a przy okazji rozstała się ze swoim partnerem. Poniżej tej opowieści pojawiło się pełno komentarzy typu: „Jaka nieszczęśliwa dziewczyna”. Potrzeba nieustannej atencji, pogoń za tym czego nie miała i ciągłe niezadowolenie sprawiły, że nie była w stanie cieszyć się tym, co już ma. Podobną postać wykreowała Finola Austin w powieści „Kochanka pana Brontë” opisując jeden ze słynniejszych romansów z „angielskiego podwórka”.

Lydia Robinson – piękna, bogata, smutna. Wspaniały przykład tego, jak puste potrafi być życie. Thorp Green Hall, w której mieszkają Robinsonowie, to imponująca posiadłość, ale jej pani snuje się między murami odtrącona, znudzona, zazdrosna. Lydia to nie jest postać do lubienia. Od razu widać, że mamy do czynienia z próżną egoistką bez pasji, a raczej jej pasją jest słuchanie komplementów na swój temat. Natomiast zastanówmy się, czy ówczesnej kobiecie taką pasję mieć wypada (akcja ma miejsce w połowie XIX wieku). Ba, jedna z jej córek kocha konie, co nie jest dla matki powodem do dumy. Zajęciem damy jest prowadzenie domu, a precyzyjniej mówiąc zarządzenie nim. Ma o niego dbać oraz być jego wizytówką, co oznacza, że sama musi się pięknie i godnie prezentować. W tym wszystkim nie ma miejsca na rozwijanie siebie, co z czasem jest bardzo dołujące. Uroda przemija, a przynajmniej traci młodzieńczą świeżość, fascynacja, zalotność z początków małżeństwa gaśnie, w wręcz jest niestosowna, dzieci stają się coraz bardziej samodzielne i ich relacje z rodzicami rozluźniają się. Pani Robinson pozostaje sama ze sobą rozglądając się za jakaś iskrą, która rozpali jej dogasający temperament. I wtedy pojawia się on, Branwell Brontë, niestabilny poeta, żyjący w cieniu swoich wybitnych sióstr. Można się zastanawiać czy jest po prostu nieszczęśliwy czy lekkomyślny. A może wrażliwość i niedocenienie gna go ku destrukcji?

Finola Austin pisząc powieść „Kochanka pana Brontë” zainspirowała się prawdziwą historia i, w ramach fikcji literackiej, podjęła się zrekonstruowania postaci Pani Robinson. Oddała jej głos, dzięki czemu pokazała „kulisy” bycia angielską damą. Zdjęła fasady sztucznych dialogów i uśmiechów, a zostawiła, nieskutecznie tłumione, buduarowe rozgoryczenie. Pustka jaka przepełnia Lydię Robinson jest przerażająca. To jak gloryfikuje to co straciła, to jak zazdrości (uderzyło mnie, że do końca książki wypomina sobie, że nie była tak mądra jak Charlotte Brontë, a jest to przepełnione specyficzna pogardą do słynnej pisarki). Otocznie musi mocno się trzymać, aby pani domu nie wciągnęła go do „czarnej dziury” w jakiej żyje, a Branwell Brontë nie oparł się temu przyciąganiu, a może sam szukał jakiegokolwiek docenienia.

Te dwie postacie krążą wokół siebie w bardzo zgrabnie napisanej powieści. Finola Austin jasno i bez przesadnej dramy kreśli ich stany ducha wplecione w tło, czyli epokę, role społeczne, oczekiwania. Udało jej się wyjść poza ramy powieści obyczajowo-miłosnej, a to dzięki śmiałym wyrazistym bohaterom, których oddarła z masek, jakie przywdziewają na co dzień.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger