"Atramentowe serce" Cornelia Funke

"Atramentowe serce" Cornelia Funke

Dziś opowiem wam o książce, którą wiele osób traktuje z sentymentem. Mowa o „Atramentowym sercu” Cornelii Funke. Autorka realizuje w niej bardzo ciekawy koncept, w którym – dzięki umiejętności jednego z bohaterów – czytanie wkracza na inny wymiar. Historie dosłownie zaczynają się przenikać i biec nowym torem. Czytelnicy i bohaterowie bezpośrednio na siebie wpływają. Fikcja nabiera realnych kształtów. Wciąga, przeciąga postaci między światami. U zdolnego introligatora Mo, który jest obdarzony tym niezwykłym darem, miłość do czytania staje się niemal przekleństwem. Musi być ostrożny, aby nie sprowadzić na swoją córkę jakiejś tragedii. Ale wywołane już zło o nim nie zapomina i dopomina się o więcej i więcej.

W krótkim bio Cornelii Funke na portalu Lubimy czytać nazwano ją „niemiecką Rowling”1. Czy „Atramentowe serce” robi takie samo wrażenie jak „Harry Potter”? Mamy mroczny świat. Mamy młodą bohaterkę, która musi zmierzyć się ze złem, a w tej potyczce odkrywa rodzinne sekrety i to jak niezwykli są jej bliscy. Jednak o ile „Harry Potter” zachwyca zarówno dziesięciolatka, jak i dwudziesto, a nawet trzydziestolatka to obawiam się, że „Atramentowe serce” jednak nie wychodzi poza ramy powieści młodzieżowej.

I to jest naprawdę kawał dobrej powieści młodzieżowej, jednak Funke zastosowała wszelkie możliwe uproszczenia, jakie często takim książką towarzyszą. Z naiwnością głównej bohaterki na czele. Scena kiedy Smolipaluch namawia towarzyszy na wyłączenie zabezpieczeń, bo będzie pokazywał magiczne sztuczki jest dla mnie swego rodzaju książkowym zakalcem. Rozwiązanie proste, naiwne, z oczywistym zakończeniem. Czy świadomi niebezpieczeństwa, jakie im grozi bohaterowie nie powinni być bardziej wyczuleni?

Jak już wspomniałam powieść ma raczej mroczny klimat i ten mrok dobrze koresponduje z baśniowością, o jaką zatroszczyła się autorka. Natomiast za tym wszystkim idzie też pewna teatralność z chyba oszczędną dekoracją. Z jednej strony mamy dość długie sceny, jakby Funke chciała wykorzystać już raz rozstawioną scenerię. Serio długie. Kilka razy złapałam się na podglądaniu, czy już mogę opuścić dany fragment, bo wiem do czego on zmierza, a dalsze jego rozwlekanie nie wniesie nic. Czytając „Atramentowe serce” miałam wrażenie, że akcja nie może się rozpędzić. Po lepszych momentach następowały bardzo statyczne. I przyznam, że utrudniało to wciągnięcie się w wir przygody.

Ale wróćmy do tej dekoracji (i do nieszczęsnego porównania Funke do Rowling). Świat opisany w „Atramentowym sercu” jest raczej prosty. Wiem, że brzmi to źle, więc już rozwijam tą myśl. To nie jest misterna konstrukcja. Mamy ograniczoną grupę bohaterów, którzy działają w pewnej przestrzeni. Talent Mo teoretycznie powinien poszerzyć te granice, jednak tylko teoretycznie. Funke nie czuje potrzeby rozbudowywać świata z powieści. Ona zaskakuje bohaterów pewnymi okolicznościami i karze im, a także czytelnikom, rozgryźć zasady jakie w nim panują. Obserwować, myśleć, kombinować. Czy i komu uda się wyciągnąć z nich jakieś korzyści? To tu się rozgrywa walka. Między miłością i chciwością.

A w środku niej stoi jedna z ciekawszych postaci, Smolipaluch. Na przekór baśniowej konwencji nie jest ani zły, ani dobry. Jest przerażony i zagubiony. Gotów zaprzedać duszę, żeby wrócić do swojego świata. Tak mu źle, że został z niego „wycięty” i „wklejony” gdzie indziej. Właściwie reszta postaci jest zbudowana na pewnych schematach. Zły i chciwy Koziorożec. Odważna - acz bardzo w tej odwadze naiwna – Meggie. Spokojny, opiekuńczy, skromny i wystraszony swoim talentem Mo. Ekscentryczna, nade wszystko kochająca książki ciocia Elinor, która kiedy trzeba staje na wysokości zadania. Te postacie są całkiem wyraziste na tle fabuły, ale jest ich niewiele.

Dużym plusem „Atramentowego serca” jest sam pomysł na fabułę – tajemnicza moc przenosząca postaci pomiędzy książkami – a minusem statyczność. Efektu „wow” u mnie nie było, ale sam koncept jest tak ciekawy, że muszę przyznać, że powieść ta jest godna uwagi. Może Funke poszła na pewne ułatwienia, ale i tak pięknie zrealizowała swój pomysł. Jestem ciekawa, jak odebrałabym tę książkę, gdybym była młodsza. Czuję, że porwałby mnie mroczno-baśniowy klimat. Zawsze takie lubiłam. Pewnie dołączyłabym do grona fanów tej historii.

1 https://lubimyczytac.pl/autor/3542/cornelia-funke [dostęp: 22.05.2026].

[Egzemplarz recenzencki]

"Czy pingwiny lubią zimy?" Huw Lewis Jones

"Czy pingwiny lubią zimy?" Huw Lewis Jones

„Czy pingwiny lubią zimy?” pyta w tytule swojej książki przyrodnik Huw Lewis Jones. „Co za głupie pytanie” - pomyślą co niektórzy. Pingwiny tak bardzo kojarzą się ze śniegami Antarktydy, że odpowiedź na nie wydaje nam się oczywistą oczywistością. Jednak nie dajcie się zwieść. Ja już zdążyłam się przekonać – bo przeczytałam z Juniorem wspomnianą publikację – że pingwiny potrafią zaskoczyć. Jak? Czym? Zapraszam was do dołączenia do ekscytującej ekspedycji, która pozwolili wam przyjrzeć się tym ptakom.

Autorzy książki odwalili kawał dobrej roboty. Piszę autorzy, bo nie możemy zapomnieć, że Sam Caldwell zadbał o wspaniałe ilustracje. I to właśnie one najpierw „kupują” czytelnika. Bo „Czy pingwiny lubią zimy? Wydana jest wspaniale. Duży format, twarda okładka, dobrej jakości papier no i te rysunki. Pełne detali, koloru,życia. A jak przekonamy się podczas czytania, to też integralna część treści. Genialne dopowiedzenie do tego, o czym Huw Lewis Jones chce nam opowiedzieć.

I mogłabym napisać, że przyrodnik chce nam opowiedzieć po tylko i aż o pingwinach. Zanim przejdzie do odpowiedzi na kolejne pytania zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Chce uzyskać efekt wspólnego odkrywania tych zwierząt. We wstępie zaprosiłam was do dołączenia do ekspedycji, bo dokładnie to samo robi autor. On jest przewodnikiem, a my odkrywcami. Ta nieco przygodowa formuła przypadła do gustu Juniorowi.

Z książki dowiemy się, gdzie i jak żyją pingwiny, co jedzą, czy tworzą rodziny, dlaczego tak świetnie pływają i dziwnie chodzą. Jednak opowiadając o tych ptakach nie można pominąć ekotreści. Jak radzą sobie z ocieplającym się klimatem? W jaki sposób zmiany na planecie ich dotknęły. Trudno pominąć te kwestie w książkach przyrodniczych. Czy pomoże to uwrażliwić młode pokolenie na losy zwierząt?

Książka „Czy pingwiny lubią zimy?” zachwyca oko i zaspokaja ciekawość. Może sam temat nie jest do końca oczywisty. Może dziecko nie wstanie rano i nie powie: „Poczytaj mi o pingwinach”. Do czasu, aż zobaczy tę publikację. Bo ją chce się wziąć do rąk, otworzyć i dowiedzieć się czegoś więcejo tych osobliwych ptakach.

[Egzemplarz recenzencki]

"Cafe Chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia" Catherine Wilkins

"Cafe Chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia" Catherine Wilkins

Mama Hope często powtarza, że rodzina jest najważniejsza. I właściwie są całkiem zgraną ekipą. Wszyscy są zaangażowani w rodzinny biznes czyli prowadzenie kawiarni. A nie jest to „łatwy kawałek chleba”. Szczególnie, że sytuacja ekonomiczna się pogorszyła. Ceny poszły w górę, klientów jest mniej. Rodzice Hope boją się o przyszłość miejsca, w które włożyli tyle pracy. W ferworze obowiązków na drugi plan schodzą dzieci. Jedenastoletnia Hope uchodzi za tą bezproblemową, ale początki w nowej szkole nie zawsze są łatwe. Pojawia się też ekscentryczna ciocia Rita, z którą dziewczyna ma dzielić pokój. Czy w całym tym chaosie znajdzie się przestrzeń dla rodziny? Czy uda się zadbać o potrzeby jej członków?

Od razu muszę powiedzieć, że rodzinka z powieści „Cafe chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia” jest przesympatyczna. Owszem, są strasznie zabiegani, a w „godzinach szczytu” nie wiedzą, w co ręce włożyć. Ale są w tym razem, kochają to co robią i kochają siebie. Mamy w tej książce taki moty, gdzie potrzeby tego bezproblemowego dziecka spadają na ostatni plan. Widzimy, jak Hope się wycofuje, bo przecież rodzice mają tyle zmartwień. Motyw pięknie przeprowadzony i zwieńczony wspaniałym zakończeniem, kiedy to motto rodziny, jej definicja zostają zmodyfikowane.

Przyjrzyjmy się chwilę Hope i temu, co ja spotkało. Dziewczynka idzie do nowej szkoły. Wcześniej nigdy nie była popularna i jakoś sobie z tym radziła. Tu układy są inne. Dawna królowa szkoły szybko się kompromituje, a Hope staje się tą lubianą. Fajnie, prawda. Tylko, że Skyla nie może przełknąć porażki. Swoją nienawiść skupia na Hope. Catherine Wilkins bardzo oryginalnie poprowadziła ten wątek. Wpycha główna bohaterką na piedestał, aby ją z niego zrzucić. Natomiat, co jest piękne, w boku Hope cały czas stoi przyjaciółka, która ją broni i wspiera. I właściwe to ona wymyśla, jak „utrzeć nosa” agresorom. Natomiast, kiedy to następuje pojawia się piękne podsumowanie o tym, że nie trzeba się lubić, ale wypada się szanować.

Faktycznie Hope może uchodzi za nieco dziwną. Dziewczyna lubi robić magiczne sztuczki i wie kim był Machiavelli. Przycinacie, że to nietypowe jak na jedenastolatkę. Jednak ja uwielbiam takie wyróżniające się postacie. Uważam, że są potrzebne dla dzieci wchodzących w wiek nastoletni, bo łatwo „zginać” im w grupie rówieśniczej. Jak dostosować się, a nie stracić siebie? Tacy bohaterowie, jak Hope to wspaniałe wzorce, które pozytywnie się wyróżniają i są za to docenianie. Mam nadzieję, że pomogą nabrać komuś wiary w siebie. Że pokażą potencjalnym hejterom, jak kłamliwa i bolesna jest plotka. Czy warto ją rozsiewać dla budowania własnej pozycji? Zdecydowanie NIE.

Już chyba domyślacie się, że bardzo polecam „Cafe Chaos”. To wartościowa i delikatnie zwariowana powieść dla młodszej młodzieży. Dla popularnych i dla „szkolnych dziwadeł”. Catherine Wilkins świetnie pokazuje dynamikę młodzieżowych relacji i zachęca do wzajemnego szacunku. Fantastycznie akcentuje to, iż każdy z członków rodziny ma prawo do własnych zmartwień. I ani interes prywatny, ani ten rodziny nie musi na tym ucierpieć.

[Egzemplarz recenzencki]

"Brudne tajemnice" Disha Bose

"Brudne tajemnice" Disha Bose

Ciara jest piękna i popularna. Ma pieniądze, idealną rodzinę i grono zapatrzonych w nią przyjaciółek. Ma wszystko czego potrzeba do szczęścia. Ale tylko pozornie. Powieść „Brudne tajemnice” Disha Bose zaczyna od trupa. Od pięknego trupa tej skupiającej na sobie uwagę kobiety. Następnie próbuje odtworzyć wydarzenia ostatnich dni, aby sprawdzić, kto miał motyw pozbawić ją życia. Znajduje wiele skaz na jej idealnym wizerunku.

„Brudne tajemnice” to specyficzny thriller psychologiczny. Bohaterkami są matki małych dzieci. Kobiety, które same nieosią trud macierzyństwa. Mają partnerów, ale to jednak na ich barki spada większa odpowiedzialność. To one bardziej się martwią, żyją pod ciągłą presją, a także bacznym okiem gotowych oceniać ich każdy krok sąsiadek. Czy każdy czytelnik będzie potrafił wczuć się w ich role i emocje?

Ciara to matka influencerka. Motyw, który bardzo lubię. Autorzy thrillerów chętnie po niego sięgają i pewnie za jakiś czas mi się znudzi, ale to jeszcze nie ten czas. Ciara stała się autorytetem dzięki swojej urodzie. Zdobyła popularność reklamując kosmetyki, a ta rozlała się na inne obszary m.in. macierzyństwo. Szybko przekonujemy się, że jej życie, jej dzieci wcale nie są idealne i ułożone, a jej metody – delikatnie mówiąc – dyskusyjne. Z codziennego chaosu Ciara potrafi wyłuskiwać piękne kadry i na nich tworzyć swoją historię od nowa.

Kolejne dwie bohaterki też są wyraziste. Lauren, która jest „czarną owcą” wśród matek z wioski. Wybuchowa, ekscentryczna, niezrozumiana. W powłóczystej spódnicy i z dzieckiem w chuście walczy ze sprawami dnia codziennego. U boku już podstarzały partner. Bezrobotny, amant i kobieciarz, ale cały czas zajmuje ważne miejsce w sercu Lauren. Mishti natomiast pochodzi z Kalkuty. W Irlandii znalazła się za sprawą zaaranżowanego małżeństwa. Mąż nie poświęca jej za dużo uwagi. Mishti jest skromna, cicha i samotna. Tak jak małżonek wybrał ja ze względu na te cechy, tak i Ciara wybrała ją na przyjaciółkę. Mishti jest wdzięczna sąsiadce, iż pomogła jej się zaaklimatyzować w nowym otoczenie, jednak z każdym dniem coraz wyraźniej dostrzega jej wady, a także to, że sama pada jej manipulacjom.

Na scenie tego dramatu pojawiają się jeszcze postacie męskie, czyli mężowie i partnerzy wspomnianych kobiet. Odgrywają bardzo ważne role w tej historii, jednak autorka raczej skupia się na paniach i na rozgrywce między nimi. Bose rozdziela męski i żeński świat, pokazując mężczyzn jako tych, którzy z doskoku zajmują się domem. To kobiety są tu uwięzione, a oni – pomimo nowej roli – wolni.

„Brudne tajemnice” okazała się powieścią tendencyjną, przewidywalną, ale jakże dobrze mi się ją czytało. Właściwie bohaterowie i fabuła niczym mnie nie zaskoczyły. Każda z postaci doskonale reprezentuje problem, czy też typ człowieka jaki Bose chce przy jej pomocy pokazać. Każda bezbłędnie wykonuje swoje rolę w tej opowieści, przez co jej ruchy staję się dla czytelnika przewidywalne. Fabuła też szybko wskoczyła na swoje tory i przybrała obrót, jakiego się spodziewałam. Kiedy to Ciara coraz bardziej zapętla się w swoich manipulacjach, a sposoby dzięki którym trzymała bliskich w ryzach przestają działać. I właściwie czekamy, aż kobieta zleci z piedestału z hukiem. Finał Bose rozgrywa nieco dziwnie, kiedy to wszyscy zainteresowani po kolei odwiedzają główna bohaterkę, a my śledzimy, w którym momencie dojdzie do wypadku, komuś puszczą nerwy. I przyznać muszę, ze w całym tym absurdzie udało się autorce mnie zaskoczyć.

Jakimś cudem cała ta przewidywalność nie odbiera książce uroku. Myślę, że odpowiada za to ziarenko toksyczności, jakie autorka wkłada w każdy z pomniejszych wątków. Szczególnie skupia się na postaciach kobiecych, próbując pokazać, co je ukształtowało. Jednak nie traktuję tego, jako próbę usprawiedliwienia, zrozumienia, a raczej podsycanie skaz. Skaz na ich charakterach, sytuacji, stylu życia. I te skazy są dla nas, czytelników, pożywką. Mamy bohaterów, których możemy nie lubić, którym możemy bezczelnie wypominać ich błędy.

Oceniając „Brudne tajemnice” moje serce i rozum toczą walkę. Rozum podpowiada, że w tej książce nie było niczego wyjątkowego, a serce pyta się go, czy musi być skoro tak dobrze się ją czytało. Pewnie, że uwielbiam skomplikowane postaci i thrillery z rozwiniętą warstwą psychologiczną, a jednak powieść Dishy Bose skutecznie wypełniła moje wieczory. Chyba mogę spokojnie włożyć ją do szufladki „rozrywka”, bo to książka prosta, ale zajmująca i wciągająca.

[Egzemplarz recenzencki]

"Szałwia. Uzdrawiająca moc" Agata Lewandowska

"Szałwia. Uzdrawiająca moc" Agata Lewandowska

Może i nie mam własnego ogródka, ale co roku stawiam w swojej kuchni doniczki z ziołami. Dom pięknie pachnie bazylią i majerankiem, a moje potrawy są doprawiane świeżymi przyprawami. W tym roku rzuciła mi się też w oczy szałwia. Zioło, które kojarzy mi się gł wonie z tabletkami na gardło, ale, jak mogłam się przekonać z książki Agaty Lewandowskiej (dietetyczki) pt. „Szałwia. Uzdrawiająca moc” ma dużo szersze zastosowanie.

Autorka oddała w nasze ręce mała acz treściwą książkę. Nie popisuje się formą, ale konkretnie opowiada nam o szałwii. O tym, ile dobrego morze zrobić to zioło. Uwierzcie mi, że tabletki na gardło to tylko jedno z niewielu jej zastosowań. Lewandowska szeroko rozpisuje się o – jak sugeruje tytuł – uzdrawiającej mocy szałwii. Jednak dietetyczka też akcentuje, iż zioła należy stosować rozważnie. Zaznaczana pewne limity, ograniczenia, czy też skutki uboczne jakie może powodować stosowanie szałwii. Chociażby takie jak zatrzymanie laktacji, więc kobiety karmiące raczej powinny unikać jej stosowania.

No dobrze. Masz kępkę szałwii w doniczce albo w ogródku i co dalej. Jak to w ogóle spożyć? Co z tym robić? Poza teorią, poza rozprawą na temat właściwości szałwii. Agata Lewandowska zamieściła w swojej książce kilka porad praktycznych i przepisów, które pomogą nam wykorzystać to zioło w kuchni. Na śniadanie i na obiad. Vege i z mięsem. Autorka opowiada, jak łączyć szałwię, aby uzyskać pyszne dania.

Czy masz ochotę odkryć uzdrawiającą moc jedzenia? Szałwia to jeden z produktów, o których opowiada dietetyczka. Na stronie wydawnictwa wypatrzyłam chociażby publikację o pokrzywie, czosnku czy tymianku. Polecam spojrzeć. Polecam jeść świadomie. Tu akurat mamy dodatki, które wprowadzone do diety wpłyną i na smak potraw i na nasze zdrowie.


[Egzemplarz recenzencki]

"Myszka i morze" Alice Melvin

"Myszka i morze" Alice Melvin

W okresie letnim morze to popularny kierunek. Również wybrała go myszka z książek Alice Melvin. Zasłuchajmy się razem z nią w szum morskich fal i zobaczy jakie skarby można znaleźć na plaży. A to wszystko dzięki książce „Myszka i morze”.

Chyba zacznę od tego, co najbardziej spodobało się Juniorowi w tej książce. Mianowice skrytki. Oglądając ilustracje, odginając papier czy też otwierając tzw. „okienka” możemy zajrzeć do różnych budynków, a nawet wśród morskie fale. Kto steruje kukiełkami w teatrzyku, jak wygląda biuro kapitana portu, albo wnętrze latarni morskiej, jak głuptaki nurkują w czasie polowania – te i inne sekrety będziemy odkrywać w trakcie czytania. Moje dzieciaki uwielbiają tego typu książki. Potrafią poświęcić nawet kilka godzin na przeglądanie ich. Dodać muszę, że ilustracje Alice Melivn są dopracowane, szczególnie wnętrza budynków, do których możemy zajrzeć. To sprawa, że książka staje się niemal publikacją obserwacyjną, a za każdym czytaniem i oglądaniem odkrywamy w niej coś nowego.

Myślę, że taki był zamiar, bo... Co prawda tekst jednoznacznie na to nie wskazuje, ale... Na końcu książki jest strona z morskimi skarbami. Autorka zachęca nas do ponownego przeczytania bajki i zwrócenia uwagi właśnie na te wszystkie muszelki, piórka, szkiełka, czy małe morskie istotki. I my faktycznie z każdym „przejściem” odkrywamy plażę na nowo. Co jest fantastyczną ale też bardzo relaksującą, przygodą.

Piękna książka, która odchodzi od jarmarcznego wydźwięku wakacji nad morzem, kierując uwagę czytelnika na naturę, na piękno, na skarby nadmorskiego krajobrazu. Ja kocham morze i kocham właśnie takie morze. Spacer po plaży, zbieranie kamyczków, kanapki na kocyku. Wtedy jestem najszczęśliwsza. Alice Melvin i myszka pokazują dzieciom, że te proste przyjemności są fascynujące. Morze ma nam tyle do zaoferowania. Dostrzeżmy to.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tajne wiadomości i przebrania szpiegów" Simon Tudhope

"Tajne wiadomości i przebrania szpiegów" Simon Tudhope

Mam dla was propozycję zabawy. Wcielmy się w tajnych agentów. Simon Tudhope przygotował dla nas szereg zadań, które pomogą nam jeszcze lepiej odgrywać tę rolę. Zebrane zostały w publikacji „Tajne wiadomości i przebrania szpiegów”. Aby przejść przez misje z książki będziemy musieli wykazać się spostrzegawczością, przenikliwością i logicznym myśleniem. Czy podejmiesz wyzwanie i sprawdzisz, czy nadajesz się na tajnego agenta?

„Tajne wiadomości i przebrania szpiegów” to książka z łamigłówkami dla dzieci (według informacji od wydawcy 6+) utrzymana w szpiegowskiej konwencji. Została podzielona na dwie części: „Tajne wiadomości” i „Przebrania szpiegów”. W pierwszej znajdziemy głównie zadania na odkodowywanie , a w drugiej na spostrzegawczość. Zaskakujące jest, jak różnie można zaprezentować dane wyzwanie. Chociażby ukryta wiadomość, to może być szyfr, ale też hasło w krzyżówce, zakodowana kolorowanka, a nawet labirynt. Często cel jest ten sam, ale droga do niego inna.

Dużo zadań wymaga znajomości liter i cyfr, dlatego też publikacja będzie dobra raczej dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, jak to ocenił wydawca. Ta szpiegowska otoczka jest dobrym pomysłem, bo nadaje książce powagi. Wiecie o co chodzi, to nie jest infantylna książeczka z bajkami, a tajni agenci na niebezpiecznych misjach. Temat atrakcyjny i reprezentacyjny.

Co jeszcze cenię, to że jest to bardzo poręczna publikacja. Dzięki wyszytemu formatowi zmieści się w plecaku. A do rozwiązania większości zadań wystarczy nam ołówek. Jest to naprawdę fajna rzecz do umilenia czasu w domu i w podróży. Wymagająca nieco skupienia, ale myślę że właśnie to skupienie chcemy wywołać. Bo on jest dobre, zajmujące, rozwojowe.

[Egzemplarz recenzencki]

"Listy" Kurt Vonnegut

"Listy" Kurt Vonnegut

W przypadku Kurta Vonneguta nic nie może być „normalnie”, chciałoby się zaśmiać, kiedy patrzymy, jak promowany jest wydany przez wydawnictwo Zysk i s-ka zbiór jego korespondencji. Podkreśla się, że pisarz nie popełnił autobiografii, a te listy mogą pełnić taką rolę. W sumie racja, bo między wierszami codziennych spraw można wyczytać, jakim człowiekiem był ich autor. Co i jak myślał. Pamiętajmy, że w przypadku Vonneguta to jest jest równie ważne. W listach widzimy jak naturalny jest jego styl pisania. To co znamy z powieści to nie poza, to nie stylistka, a jego przenikliwość i specyficzne poczucie humoru, które chyba czasami zaskakiwało też jego bliskich.

Jak wydać taki materiał, aby był ciekawy i czytelny? Jak sprawić, żeby z codziennych spraw, z komentarzy do lokalnych zdarzeń wyłoniło się to, co czytelnik interesuje? Trzeba to jakoś opisać. Korespondencję Vonneguta opatrzył objaśnieniami Dan Wakefield, przyjaciel autora. Fantastyczna, przemyślana sprawa, bo kontekst jest bardzo ważny w czytaniu tego typu publikacji. Dzięki temu jeszcze lepiej rozumiemy, co frapowało pisarza, a ten – jak się przekonamy odkrywając „Listy” - chętnie się swoimi poglądami dzielił.

„Listy” to niewątpliwie lektura ciekawa i dopełniająca obraz pisarza, którego nota bene uwielbiam. Obraz wyjątkowo szczery, naturalny. Obraz przybliżający nas do człowieka, którego cenimy za błyskotliwość i cięty humor. Być może obraz mało uporządkowany, coś jak kolaż zlepiony ze wspomnień i sytuacji. Obraz do odkrywania fragment po fragmencie. Dla tych, którzy mają chęci to zrobić.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mój rok relaksu i odpoczynku" Ottessa Moshfegh

"Mój rok relaksu i odpoczynku" Ottessa Moshfegh

Wyobraźcie sobie, że możecie na rok wypisać się z życia. Co byście robili? Bohaterka powieści Ottessy Moshfegh pt. „Mój rok relaksu i odpoczynku” chce spać. „Hibernowanie z całych sił zaczęłam w połowie czerwca dwutysięcznego roku. Miałam dwadzieścia sześć lat.”1 Piękna i samotna – tak można opisać główną bohaterkę. Po śmierci rodziców pozostał jej toksyczny facet i zazdroszcząca jej urody przyjaciółka. Zostały też fundusze, dzięki którym dziewczyna może rozpocząć swój projekt. „W głębi serca wiedziałam – i być może tylko to wiedziało wtedy moje serce – że jeśli prześpię wystarczająco dużo czasu, to będzie ze mną dobrze. Odnowię się, odrodzę.”2 Zdobywa recepty na preparaty, którymi się otumania, aby spać, spać, spać. Aby odciąć się od życia.

Co prawda przeczytałam tylko tę jedną książkę autorki, ale stwierdzam, że Ottessa Moshfeg to reprezentantka sztuki współczesnej z całą jej chęcią do szokowania, do budzenia wstrętu z dziwnym akcentowaniem w kierunku seksu, jako narzędzia wyrazu artystycznego. Natomiast zastanówmy się, czy w przypadku bohaterki tej książki nie ma to trochę sensu. Piękna dziewczyna z majętnej rodziny, która ciepła rodzicielskiego nie zaznała. Matkę wspomina jako pogrążona w apatii i używkach, ale zawsze nieskazitelnie pomalowaną. W jej wspomnieniach z mamą najlepiej się spało. Z takiego domu wychodzi dziewczyna, której wszyscy zazdroszczą, bo nie musiała się starać o figurę i markowe ciuchy, ale ona łaknie uwagi, której nigdy nie dostała. Korzysta z życia, ale poważnych relacji nie potrafi nawiązać. Jej uroda jest jej zgubą, pryzmatem przez który patrzą na nią ludzie. Jej frustracja wyraża się w wulgarnej cielesności. Dodajmy do tego artystyczny światek, w który Moshfeg wrzuca bohaterkę...

Przyznam, że „Mój rok relaksu i odpoczynku” przeczytałam jednym tchem, ale nie jestem pewna czy podoba mi się to, jak autorka przedstawiła temat. Prezentacja głównej bohaterki jest niemal karykaturalna. Szokujące jest to, ile energii wkłada w zdobycie leków i w ogóle w realizację swojego projektu. Szokujący ma być wulgarny język, chociaż w mojej ocenie ten sposób wyrazu jest tak wyeksploatowany, że wręcz nudny. Szokujące ma być zakończenie. Ciekawe, acz niebezpieczne. Wreszcie szokująca – i przytłaczająca – jest samotność głównej bohaterki. To jest samotność człowieka w wielkim mieście, samotność w tłumie. Mamy dziewczynę, która chce być dostrzeżona, ale mamy też poczucie, że jakkolwiek jej historia się potoczy nikt się nią nie przejmie.

Moshfegh sili się na oryginalność, ale kiedy rozłożymy „Mój rok relaksu i odpoczynku” na malutkie części okaże się, że wszystko to już było, co czyni tę powieść nieco pretensjonalną. Natomiast ma ona w sobie coś hipnotyzującego. Wydaje mi się, że zaspokaja potrzebę „podglądactwa”, bo bohaterka zaprasza nas w najciemniejsze zakamarki swojego umysłu. Bezwstydnie wywnętrza się przed nami. Możemy jej współczuć,. Możemy się nią brzydzić. Jednak z chorą ciekawością obserwujemy, do czego doprowadzi ją ten ryzykowny projekt.


1 Ottessa Moshfegh, „Mój rok relaksu i odpoczynku”, przeł. Łukasz Buchalski, wyd. Pauza, warszawa 2019, loc. 67 [ebook].

2 Tamże, loc. 736-737.

"To twoje ciało" Lucia Serrano

"To twoje ciało" Lucia Serrano

Jeżeli miałabym wybrać jedną książkę, która powinna być w każdej dziecięcej biblioteczce, byłaby to „To twoje ciało”, albo „książka o golasach”- jak nazywają ją moje dzieci. Wbrew pozorom jest to coś więcej niż publikacja o cielesności. Lucia Serrano napisała fantastyczną książkę o stawianiu granic, o wielkiej mocy słowa „nie”.

Autorka zaczyna od tego, że każde ciało jest wyjątkowe. Są tu zaznaczone różne części ciała, również te intymne, bo w kolejnym kroku chce zaakcentować, że jest to taki obszar, którego nikt, absolutnie nikt nie może dotykać (może z wyjątkiem takiej sytuacji, jak badanie lekarskie). Jak już wspominałam, moje dzieci nazywają tę publikację „książka o golasach” i ta golizna jest pewnym plusem. Oni chętnie zasiedli do czytania trochę śmiejąc się z ilustracji, aby zasłuchać się o wspaniałości ciała, a potem stawianiu granic.

No właśnie to kolejny temat poruszony przez Serrano. Autorka wspaniale pisze o tym, że zawsze możesz powiedzieć „nie”. Nie musisz całować cioci, nie musisz przytulać się do wujka. A my, dorośli, nie powinniśmy tego od dzieci wymuszać. Przytacza też inne sytuacje, które mogą być potencjalnie niebezpieczne np. że dorosły nie powinien zamykać się z dzieckiem w pokoju, czy też mówi o złych i dobrych sekretach, a także o osobach do których mamy zaufanie i możemy z nimi porozmawiać, kiedy czujemy, że nasze granice zostały przekroczone. A robi to przy doborze idealnych słów. Konkretnie, dosadnie, ale bez straszenia.

Cudowna książka, dzięki której zadbamy o bezpieczeństwo i komfort naszego dziecka. Ja wiem, że cioteczki nie lubią tych dzieci, które nie dają się obcałowywać, ale taka odmowa jest jedną z nauk w stawianiu granic. A ta umiejętność jest ważna na każdym etapie życia. Do tego Serrano akcentuje, że ciało jest wspaniałe i twoje, a wszelkie próby naruszenia tego obszaru są złe.

Z jaką książką kojarzy Ci się... #1

Z jaką książką kojarzy Ci się... #1

Dobrze robiło mi się tego smoka, aczkolwiek był nieco nietypowy, bo symbole zostały nadrukowane wzdłuż dolnej krawędzi. Jednakże, co dla mnie najważniejsze, w czasie naklejania fajnie nabierał kształtów i przekształcał się w diamentowego stwora.

I tak mi chodzi po głowie - książkoholicy kochani - z jaką historią się on wam kojarzy? Gdzie byście go umieścili. Delikatny, subtelny, w pastelowych barwach. Czy może być wojownikiem, czy to bezbronne smocze dziecko?

"Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu" Agnieszka Stelmaszyk

Czego jeszcze nie było w cyklu „Kroniki Archeo”? Mitologii nordyckiej. Proszę bardzo. Kolejny tom przygód Ostrowskich i Gardnerów zatytułowany jest „Zaginiony klucz do Asgardu”. Razem z bohaterami wyruszymy na wyspy Wolin i Bornholm i odkryjemy sekrety Wikingów, a to wszystko będzie okraszone sporą dawką wiedzy i dynamicznej akcji.

Czyżby bohaterowie mieli tendencję pojawiać się tam, gdzie coś się dzieje? Ostrowscy przebywają na wyspie Wolin, gdzie rodzice prowadzą pracę archeologiczne. Poznają Helenkę, która zaczyna wypytać się ich o skarb Wikingów. Dziewczynka śledzi pewną kobietą, która – w jej mniemaniu – podejrzanie się zachowuje. Równolegle poznamy pewnego doktoranta. Jego już świętej pamięci opiekun naukowy podarował mu notes. Nad czym pracował profesor?

Mamy tu kolejną brawurową odsłonę cyklu „Kroniki Archeo”. A mówi się, że archeolodzy tylko jeżdżą na „wykopki”. Oczywiście żartuje. Agnieszka Stelmaszyk poraz kolejny wciąga swoich bohaterów w wir intryg pisząc sensacyjną, pełną historycznych ciekawostek, powieść dla dzieci. I jak to opowieści sensacyjne i ta jest momentami nieco naciągana, jednak dynamika akcji sprawia, że to wybaczamy. Tu nie ma czasu myśleć trzeba działać, bo typku spod ciemnej gwiazdy nie mają litości nawet dla dzieci.

Jak już wiecie jestem wielką fanką cyklu „Kroniki Archeo”. Ja w ogóle uważam, że historia jest bardzo ciekawa, ale w szkole nie zawsze taką się ją przedstawia. Natomiast Agnieszka Stelmaszyk robi to rewelacyjnie. Szacunek, że w każdym tomie sięga po inne kultury pokazując ich dziedzictwo. A przy tym wymyśla kolejne sytuacje, które sprawiają, że te książki czyta się w napięciu. Bardzo dobre połączenie.

Książki z cyklu "Kroniki Archeo" można kupić w popularnej księgarni. KLIK

[Egzemplarz recenzencki]

"Trzeci Kraj" Karina Sainz Borgo

"Trzeci Kraj" Karina Sainz Borgo

W dziwnych żyjemy czasach. II wojna światowa ciągle jest obecna we wspomnieniach, a młodzi są uczeni o dokonaniach na gruncie prawa międzynarodowego, które mają uchronić świat przed wybuchem podobnego konfliktu i stać na straży poszanowania praw człowieka. Z drugiej strony słyszymy o kolejnych punkach zapalnych na mapie świata, a także oglądamy dokumenty o ludziach, którzy żyją na granicy ubóstwa. Świat ciągle nie jest poukładany. Często jest tak, że człowiek musi dostosować się do warunków w jakich przyszło mu żyć. No i walczyć, aby je jakoś polepszyć. O pewnej wojowniczce opowiada powieść Kariny Sainz Borgo „Trzeci Kraj”. Nie jest ona bohaterką na wielką skalę, a bohaterką dnia codziennego.

Angustias ucieka wraz z mężem i niedawno narodzonymi synami przed zarazą. Zarazą, która otępia umysły i powoduje u ludzi apatię. Kobieta pragnie lepszego życia dla swoje rodziny, ale wcześniaki nie dają rady trudom podróży. Dzieci umierają. Szukając dla nich godnego miejsca na pochówek Angustias chowa ich ciałka do pudełka po butach i wędruje z nimi dalej. W końcu trafia do miejsca zwanym Trzecim Krajem. Jest to nielegalnie prowadzony cmentarz, gdzie pewna kobieta, Visitacion Salazar, próbuje dać żywym i zmarłym strzępki pocieszenia i spokoju. Angustias, która nie ma gdzie się podziać, zostaje u jej boku, zostaje przy zmarłych dzieciach.

„Trzeci Kraj” to mocna powieść. Pamiętacie film „2012”, gdzie ludzie uciekali przed końcem świata. Wtedy mnie to bawiło. Zastanawiałam się, gdzie oni chcą uciec. Przecież to KONIEC ŚWIATA. W przypadku książki Kariny Sainz Borgo bawić mnie to przestało. Bohaterowie tej powieści prowadzą podobną ucieczkę, chociaż ich „koniec świata” ma wymiar symboliczny. Jednak gdzie się nie ruszą, jest trudno. Kolejni migranci zawzięcie maszerują w poszukiwaniu swojej oazy, tylko że w niej rozsiedli się już lokalni watażkowie, a bieda rozciągnęła swoje skrzydła. W takich trudnych okolicznościach postacie jak Visitacion przyciągają smutnych wędrowców. Przypominają im, że jeszcze coś mają. Godność i wolę życia.

To jest pozornie prosta powieść. Krótkie rozdziały oszczędny język, działające na wyobraźnię sceny, w których autorka stawia na brudny naturalizm. Właściwie czyta się ją dość szybko przezywając kolejne przejawy nieludzkości, małe tragedia. Natomiast w tej prostocie autorka skryła pewną symbolikę. Nie musimy daleko szukać. Już sam tytułowy Trzeci Kraj daje możliwość interpretacji. Przystanek czy cel ostateczny? Ziemia obiecana czy piekło? Takich smaczków uważny czytelnik wyłuska więcej. Dodają one opisywanej nędzy jakiejś subtelności, może męczeństwa. A na pewno wzbogacają odbiór tej książki.

Strach, samotność – czy to chleb powszedni migrantów? A może mówiąc o „Trzecim Kraju” nie ograniczajmy się tylko do nich. Rozszerzmy miejsca akcji na cały świat i pomyślmy o wszystkich, którzy gdzieś, kiedyś stracili grunt pod nogami. Czy mieli siłę walczyć o swoją godność? Czy oddali się apatii, a może uczepili się tego co dała im codzienność, aby po prostu żyć i przeżyć? Zestawiłam bym Angustias z bohaterkami powieści koreańskich. W tamtych postaciach często jest bierność (mówię tu o ogólnym wrażeniu, a nie o jakiejś konkretnej książce), natomiast u Angustias widzimy desperackie przejawy działania, dzięki czemu postrzegamy ją jako odważną.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger