Lody z plasteliny

Lody z plasteliny

Lody są jednym z atrybutów lata, dlatego nie mogłam się oprzeć, aby zaproponować dzieciakom jakąś wariację plastyczną na temat tych słodkości. Junior ostatnio pokochał plastelinę, a zabawy z nią to świetne ćwiczenie na paluszki (m.in. poprawiają poprawny chwyt przy rysowaniu i pisaniu), więc poszłam za ciosem. Z kartonu i nakrętek od słoików przygotowałam formy, a M. zgodziła się poświęcić kilka koralików na „posypkę”.

Chyba się podobało, bo dostałam pochwałę od córki : „Mama, dobrze to wymyśliłaś.”


"Olbrzym" Andrzej Maleszka

"Olbrzym" Andrzej Maleszka

„Olbrzym” to trzeci tom cyklu „Magiczne drzewo”. Trzeci to nie to samo, co pierwszy, ale w pewnym sensie to tu wszytko się zaczyna. To w tej części Kuki, Gabi, Blubek i pies Budyń nawiązują przyjaźń. Jest to interesująca opowieść, bo przez większą cześć fabuły magicznego przedmiotu nie ma. Tak naprawdę na początku, w wyniku czarów, pojawia się potwór, a Kuki zostaje obdarzony nadludzką siłą, a potem dzieci desperacko próbują to wszystko odkręcić, bez użycia magii. W trakcie pełnej szalonych przygód podroży przez kontynenty rodzi się więź, powstaje drużyna, której perypetie możemy śledzić w kolejnych częściach cyklu.

Córka bardzo lubi „Magiczne drzewo”, ale poszczególne części czytamy raczej wybiórczo, a nie po kolei. Zazwyczaj Andrzej Maleszka sprawia, że magiczny przedmiot dostarczaj wielu problemów - i tak też jest w „Olbrzymie” - „bawiąc się” czarami wpędza swoich bohaterów w tarapaty, ale też przy pomocy magii ich z nich wyciąga. To, że tym razem tej magii dzieci nie dostały było wyzwaniem. Jak walczyć z czarami bez czarów? Co prawda Kuki jest wyjątkowo silny, ale w toku fabuły przekonuje się, że siła nie zawsze jest rozwiązaniem.

Trochę cieszę się, że nie odkrywamy tego cyklu po kolei, bo w trzecim tomie – a dokładniej pierwszej połowie książki – bardzo raziło mnie słownictwo. Dokładnie nadużywanie słów: kretynie i żarcie. Czy tak dzieci do siebie mówią? Pewnie nawet i gorzej. Jednak ja stoję na stanowisku, że literatura ma rozwijać i uczyć ładnie się wysławiać. Skoro Andrzej Maleszka nie kreuje łobuza, a chce opisać rodzącą się między dwoma chłopcami przyjaźń, nie widzę potrzeby używania tak mocnych słów podczas kłótni. Ktoś powie, że to śmieszy dzieci. Okej, nie zaprzeczę. Ale... Filmiki jak ktoś upada też są zabawne, co nie znaczy, żeby komuś podstawiać nogę. Takie wspólne z rodzicem „heheszkowanie” przy nieładnych słowach jest jakby przyzwoleniem na ich używanie, a ja go nie chcę dawać. Powiem więcej, tu nie antybohater, a ten dobry ma takie odzywki. Ten, którego mamy podziwiać.

Nie mogę powiedzieć, że kolejne tomy są wolne od niegrzecznych wypowiedzi, ale jest ich znacznie mniej, a ich użycie łatwo usprawiedliwić np. charakterem bohatera. Dlatego pozwólcie, że polecą wam nie pojedyncze książki, a cykl „Magiczne drzewo” jako całość. Moja córka lubi go za zwariowane przygody i dynamiczną akcję. No i magię. Bez magii nie ma dobrej książki, w mniemaniu mojej małej czytelniczki.

Książka "Olbrzym" dostępna jest w popularnej księgarni.

[Egzemplarz recenzencki]

"Droga do marzeń" Krystyna Mirek

"Droga do marzeń" Krystyna Mirek

Bohaterką powieści Krystyny Mirek "Droga do marzeń" jest obrzydliwie bogata Konstancja. Właściwie fortunę zebrał jej ojciec, jednak dziewczyna czerpie z niej pełnymi garściami. Nawiązując do tytułu książki można zastanawiać się, jakie marzenia ma ktoś, kto ma wszystko. Sama Konstancja przekona się o tym dopiero, kiedy zostanie z niczym. Ojciec trafi do więzienia, matka ucieknie z resztą pieniędzy, a córka zostanę z plecakiem ze strojem kąpielowym w środku. Znajomi odwracają się od bankrutów. Niespodziewanie pomocną dłoń wyciąga do Konstancji bezdomny Rafał. Czego nauczą siebie nawzajem rozpieszczona jedynaczką i chłopak na dnie?

Po raz kolejny Krystyna Mirek kreuje wyrazistych bohaterów. Czytelnik czyta w nich, jak na dłoni. Są przejrzyści, konsekwentni w swoich wyborach i przewidywalni. Ta ostatnia cecha, wbrew pozorom, nie jest wadą, bo są to tak fascynujące postacie, że z przyjemnością śledzimy ich losy. Bezbłędnie wyczuwamy, po co autorka wprowadziła danego bohatera/bohaterkę i jak może rozwinąć się dany wątek. Pewnie w przypadku kogoś innego wytknęłabym to, jednak Krystyna Mirek sprawiła, że przewidywalność czyni "Drogę do marzeń" optymistyczną i komfortową książką.

Postacie z powieści reprezentują różną postawę wobec marzeń. Są takie, które tkwią w stagnacji, takie, które tylko udają, że owe pragnienia spełniają, ale też szaleni wojownicy taranujący wszystkie przeszkody i niezważający na guzy. W której z nich zobaczycie siebie?


[Egzemplarz recenzencki]
"Memory ze zwierzętami"

"Memory ze zwierzętami"

Memory to kultowa gra. Gracze lubią jej prostą formułę, która gwarantuje wciągającą zabawę, a przy ty pomaga ćwiczyć pamięć. Można w nią grać praktycznie w każdym wieku, modyfikując poziom trudności poprzez ilość kart. Dziś chciałabym wam pokazać bardzo fajną odsłonę tej gry, którą przygotowało wydawnictwo Jedność - „Memory ze zwierzętami”.

Dla porządku szybkie przypomnienie zasad. Karty rozkładamy obrazkami do dołu. Pierwszy gracz odsłania dwie karty. Jeżeli znalazł parę ma punkt i może kontynuować grę, jeżeli odkrył dwa różne zwierzątka odwrócone karty wracają na stół, a kolejny gracz przystępuje do akcji.

Czym wyróżnia się „Memory ze zwierzętami” na tle innych gier tego typu. Dla mnie ma trzy zasadnicze zalety:

  1. Przy każdym zwierzaku znajdziemy jakąś ciekawostkę na jego temat np. „To ja krab czerwony. Jestem skorupiakiem. Długie wędrówki to moja specjalność.” Zachęcam was do głośnego odczytywania tych kwestii np. kiedy wygracie dane karty. Dzięki temu po kilku rundkach zapamiętacie co nieco na temat bohaterów gry.

  2. Opakowanie. Świetne poręczne pudełeczko z gumką. Chroni karty, aby się nie zniszczyły. Ponadto jest nieduże i dzięki niemu możemy zabrać tę grę praktycznie wszędzie, nie ryzykując zgubienia jej elementów.

  3. Nie bez powodu używam określenia karty, a nie kafelki. Pamiętam, że w dzieciństwie miałam memory z kwadratowymi, tekturowymi tabliczkami, natomiast „Memory ze zwierzętami” to zestaw kart. Bardzo łatwo przekształcić tę grę w jakąś grę karcianą. Moja córka stwierdziła, że tym zestawem można zagrać w Piotrusia i to zrobiłyśmy. Usunęłyśmy jedną postać, aby nie miała pary i już.

„Memory ze zwierzętami” od wydawnictwa Jedność to świetna, rozwijająca, praktyczna i wielofunkcyjna gra. Możecie bawić się nią w domu, jak i zabrać na wakacje lub w odwiedziny do przyjaciół, gdyż zajmuje mało miejsca. Grając w nią poćwiczycie pamięć, ale też poznacie kilka faktów o zwierzętach. A gdy znudzi się wam memory możecie ją przekształcić w grę karcianą np. w Piotrusia.

Moja córka bardzo lubi gry pamięciowe, a po to memory sięga szczególnie chętnie.

[Współpraca]

"Żywe trupy" George A. Romero, Daniel Kraus

"Żywe trupy" George A. Romero, Daniel Kraus

Czy motyw zombie można uznać za klasykę powieści horror-postapo? To zdecydowanie pytanie retoryczne. Zombie mają rzesze fanów, to fakt. Za co kochamy tych rozpadających się brzydali? Ja powiedziałabym, że za popłoch jaki sieją. Fala zombie rozprzestrzenia się jak epidemia, a ich istnienie jest sprzeczne z logiką życia i śmierci. George A. Romero – reżyser, znany z takich filmów jak „Noc żywych trupów” czy „Świt żywych trupów” - zabrał się za pisanie książki, która o mały włos by się nie ukazała. Dokończył ją Daniel Kraus. Czy temu duetowi udało się stworzyć epicką opowieść o zombie?

Patrząc na kompozycję „Żywych trupów” nie mogłam odpędzić skojarzenia z „Bastionem” Stephena Kinga. Pierwsza część, która zajmuje dobre 2/3 powieści, to kadry z różnych ognisk epidemii. Najpierw zaglądamy do kostnicy i poznajemy tzw. „pacjenta zero”, potem obserwujemy inne, mrożące krew w żyłach starcia z zombie. Co istotne autorzy bardzo szczegółowo przedstawiają bohaterów. Oni nie są tylko tu i teraz. To ludzie z przeszłością i ta przeszłość zostaje nam opowiedziana, niezależnie jak bardzo ma on wpływ na fabułę. Cześć moich znajomych twierdzi, że „Bastionu” nie da się czytać, bo King najpierw serwuje portrety psychologiczne wszystkich bohaterów, z czym ja się nie zgadzam. Ale to dyskusja na inny czas. Teraz ważna jest dla nas kwestia, czy da się czytać „Żywe trupy”? Powiem tak, jest makabrycznie, a przy tym nieco poetycko i kwieciście. Pewne analogie były dla mnie dziwne, nienaturalne, za daleko idące. Jakby autorzy chcieli uzyskać efekt plastyczności na wszystkich płaszczyznach. Sceny są długie, bardzo rozbudowane i czasami chciałby się powiedzieć: „do brzegu autorze”, ale sam fakt „kręcenia się” zombie nadaje im mroczny, survivalovy klimat przez co akcja napędza się już praktycznie od pierwszych stron.

W toku fabuły Romero i Kraus splatają losy swoich bohaterów zapędzając ich do bezpiecznej (?) zagrody. W międzyczasie poruszają wiele kwestii społecznych. Nie chcę się rozwodzić na ich temat, bo w tej formule traktuję je raczej jako dodatek. Ale w tym miejscu chciałabym napisać za co ja lubię tego typu powieści. Po ich lekturze często zostaję z pytaniem, kto tak naprawdę był w tej historii potworem.

Motyw zombie może wydawać się już wyeksploatowany. Duet Romero/Kraus powiela wiele rozwiań, ale też znalazły się (chyba) nowe rozwiązania. Chyba bo 100% procent filmów i książek o zombie nie znam. Natomiast, pomimo obowiązkowej w tego typu książkach makabry, powieść wpisuje się w popkulturę. Potężna objętość nie czyni jej epicką, ale jest w niej wszystko to, co w książce o zombie powinno być.

[Egzemplarz recenzencki]

Wspieranie rozwoju mowy #10: czasowniki

Wspieranie rozwoju mowy #10: czasowniki

Dziś przykład kategoryzacji z czasownikami. Wycięłam różne stworzenia, a zadaniem Juniora było zadecydować, które latają, a które chodzą. Może pingwin nie jest najtrafniejszy w tym zestawieniu, nie wiem dlaczego go wycięłam, ale stwierdziłam, że gdzie go młody położy tam będzie dobrze ;).

Po tej zabawie zauważyłam, że słowa „lata” i „chodzi” na dobre zagościły w repertuarze Juniora. Oglądając książeczki zaczął komentować: „On lata/On nie lata. On chodzi”. Mieliśmy nawet zabawne zdarzenie na placu zabaw, kiedy znajomy powiedział do niego: „Gdzie ty latasz?”. Syn z powagą odrzekł: „Ja nie lata. Ja chodzi”.






"Planer zdrowia dziecka" Marcin Korczyk (Pan Tabletka)

"Planer zdrowia dziecka" Marcin Korczyk (Pan Tabletka)

Marcin Korczyk – farmaceuta, znany z bloga Pan Tabletka – w swoich materiałach często podkreśla, że to my najlepiej znamy swoje dziecko i wiemy, co jest – w jego przypadku – odstępstwem od normy. Zachęca do notowania, wyznaczania trendów charakterystycznych dla swojej pociechy, a nawet do notowania szczegółów jej infekcji. W jego ofercie pojawiało się narzędzie, które ma to ułatwić. Nazywa się „Planer zdrowia dziecka”. W tym wpisie postaram się możliwie wyczerpująco opowiedzieć wam, jak ono wygląda.

Planer zaprojektowany jest w ten sposób, że ma być miejscem na zapiski dla jednego dziecka. Dlatego na początku należy wpisać jego dane i przydatne informacje na temat jego zdrowia np. grupa krwi, przyjmowane leki, alergie. Jest też miejsce na zapisanie kontaktów do lekarza pierwszego kontaktu oraz miejsc, gdzie należy udać się kiedy ten jest niedostępny (SOR, nocna i świąteczna opieka zdrowotna), a także do specjalistów, jeżeli z opieki takowych korzystacie. Jest to zachęta do uporządkowania kontaktów, aby wszystkie były w jednym miejscu. Jest to także bezcenny zbiór informacji dla opiekuna, którego wiedza o stanie dziecka jest mniejsza, co zresztą można powiedzieć o tym produkcie w ogóle. Ostatnia tabelka w tej sekcji to terminarz wizyt. Ja akurat mam taki system, że nanoszę wszelkie plany naszej rodziny na kalendarz ścienny. Wtedy widzę, czy wizyta u fizjoterapeuty nie koliduje np. z z zaproszeniem na urodziny. Widzę też, co czeka nas w danym tygodniu. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że taki spis, jaki prezentuje Marcin Korczyk w tym planerze jest dla mnie bezużyteczny, ale... Skoro jest to notatnik, z którym jadę do poradni, na pewno bezpieczniej zapisać termin kolejnej wizyty w nim niż na małej karteczce, która może się zgubić.

Cześć druga to „Kalendarz zdrowia dziecka”. Ma nam ona pomóc odpowiedzieć na pytanie: „Czy moje dziecko faktycznie dużo choruje?”. Na kolejnych planszach znajdziemy miesiące, a na nich mamy zaznaczyć okresy, kiedy pociecha była chora i jak te infekcje przebiegały.

„Pierwsza pomoc” to właściwie zbiór praktycznych informacji, jak pomóc w razie nagłego zdarzenia. Cieszę, że Marcin Korczyk zdecydował się zamieścić taki fragment. Teorie znam, ale czy w sytuacji stresu nie zapomnę? Obym nie musiała się przekonywać. Dobrze, że mam miejsce, do którego mogę zerknąć i sobie ją przypomnieć, zamiast gorączkowo szukać telefonu i stresować się, że przeglądarka za wolno się ładuje.

Krótka cześć o zębach mlecznych dla mnie jest zbędna. Co prawda lekarz na bilansie pyta się, ile dziecko ma zębów, ale i tak sam zagląda do „paszczy”, a terminy wizyt u stomatologa mogę wpisać w terminarzu ogólnym.

W książce „Gorączka” Marcin Korczyk zachęca nas do wyznaczenia trendu temperaturowego, czyli określenia, co jest normą u twojego dziecka. Narzędzia do tego celu znajdziemy w tym planerze.

„Antybiotyki” i „Nebulizacje” to zbiór najważniejszych informacji o podawaniu leków w takiej formie.

Przyszedł czas na „checklisty”. Szczerze wam powiem, że je uwielbiam. Fantastycznie sprawdzą się przy pakowanie, ale też kiedy do załatwienia jest kilka spraw. Warto zrobić podobne notatki przed wizytą u lekarza – wypisać objawy dziecka i to, o co chcemy zapytać – ale też w aptece. Wśród tych drugich znajdziemy tabelkę zatytułowaną „Apteczka domowa”, do notowania jej zawartości. Wcześniej o tym nie myślałam, ale faktycznie warto wyrobić sobie jakiś system przeglądu, co w niej mamy, żeby np. dwa razy nie kupić tego samego leku. Natomiast zastanawiam się, czy to co on proponuje jest przejrzyste i wystarczające. Czy zrobienie listy, wypisanie wszystkich leków wystarczy? Przy małych apteczkach pewnie tak, ale przy większej ilości preparatów przydałby się jakiś system sortowania (po nazwie, dacie ważności?). Kiedy mówimy o planerze w formie zeszytu trudno to zrobić. Pomysł jest bardzo dobry, ale warto przemyśleć, jak wypełnić ową tabelę, żeby byłą dla nas jak najbardziej przejrzysta.

Docieramy do mojej ulubionej części „Planera...”. Nazywa się ona „Dzienniczek zdrowia dziecka”. To miejsce, gdzie zapisujemy – dzień po dniu – przebieg infekcji dziecka. Czy to jest nam potrzebne? Na pewno pomoże nam uczciwie spojrzeć na chorowanie pociechy. Dla lekarza może być istotne, czy katar utrzymywał się przez 2 czy 3 dni, czy dziecko zakaszlało mniej czy więcej niż 10 razy dziennie. Poświęcenie chwili na codzienne notatki pomoże nam odpowiedzieć na te pytania.

„Dzienniczek wizyt u lekarza i innych specjalistów” ma nam pomóc przygotować się do takiej wizyty. Cześć ta pokrywa się trochę z poprzednimi, bo mamy tu miejsce na datę, powód wizyty, pytania do zadania oraz miejsce na notatki w trakcie wizyty. Myślę, że szczególnie ta ostania przestrzeń jest bezcenna.

Na końcu znajdziemy dzienniczek szczepień. Wszystko na temat sczepień znajdziemy w „Książeczce zdrowia dziecka” i to wynotowane przez pielęgniarkę. No może poza informacją, jak dziecko zareagowało na szczepienie. Wspominając szczepienia moich dzieci, za dużo notowania bym nie miała, ale przed tego nie mogłam wiedzieć. Nie ma co się bać tej tabelki, bo pytania o to jak dziecko się czuło po, jest standardem na każdej wizycie kontrolnej.

Jakie są moje wrażenia ze stosowania tego planera? Pozytywne. Dzięki niemu wszystkie informacje – począwszy od grupy krwi, telefonów do lekarza po przebieg choroby – mam w jednym miejscu. Systemy notowania zaproponowane przez Pana Tabletkę pomagają je uporządkować. Autor zawarł w tym notatniku najważniejsze informacje np. o stosowaniu leków, udzielaniu pierwszej pomocy, jak i miejsca do zapisywania swoich obserwacji i pytań do specjalistów. Jeżeli jest go dla nas za mało, kody QR pokierują nas na stronę autora, gdzie można pobrać dodatkowe materiały. Taki plener jest nieocenioną pomocą podczas wizyty u lekarza oraz kiedy z dzieckiem musi zostać ktoś, kto na co dzień zdrowia dziecka nie monitoruje.

[Wpis powstał we współpracy z portalem nakanapie.pl]

"Co jedzą zwierzaki. Część trzecia" Dawid Wysocki

"Co jedzą zwierzaki. Część trzecia" Dawid Wysocki

O książeczce „Co jedzą zwierzaki” Dawida Wysockiego już miałam okazję pisać, a dziś chcę wam pokazać trzecią odsłonę tych wierszyków dla dzieci, które mój synek szczególnie polubił. Czy przy trzecim tomie może jeszcze wymyślić coś nowego? Zaskoczę was. Można. Dopiero podczas czytania tej książki wyszła pewna kwestia, na którą wcześniej nie zwróciłam uwagi.

Najpierw przypomnijmy sobie jednak formułę publikacji „Co jedzą zwierzaki”. Są to zbiory rymowanek o zwyczajach żywieniowych różnych zwierząt. Przy każdym wierszyku wyszczególniono nazwę bohatera, a także dodanego jego ilustrację. Z tomu trzeciego dowiemy się, co jedzą: bóbr europejski, ropucha szara, dżdżownica ziemna, dzięcioł trójpalczasty, kornik drukarz, królik europejski, padalec zwyczajny, komar brzęczący, sęp płowy, ślimak winniczek, niedźwiedź brunaty, pirania, błazenek plamisty, kapibara wielka.

Dawid Wysocki całkiem zgrabnie składa rymy, a takie wierszyki szczególnie mogą przypaść do gustu młodszym czytelnikom. Trochę ubolewam, że nie ma wydania kartonowego, bo mój synek miał ledwo dwa latka, kiedy je pokochał. Nie będę was dłużej trzymała w niepewności, bo to właśnie do warstwy wizualnej mamy z Juniorem małe „si”. Taka sytuacja. Czytam wierszyk o piranii. Jak wiemy jest to mięsożerna ryba, ale narysowana została na tle jakiejś wodnej rośliny. Junior myśli aż w końcu pada pytanie: „Ryba to am?”. Ja próbuję mu tłumaczyć, że ona woli mięcho, ale z dwulatkiem nie wygrasz. Po tym incydencie stwierdzam, że faktycznie można by podziałać jeszcze na zmysł wzroku, co ułatwiłoby zapamiętanie informacji z książki. Znajdziemy tu trafne rysunki np. dzięcioła wygrzebującego korniki, ale też „wtopy” jak ten z piranią.

„Co jedzą zwierzaki” to fajny cykl książek, dla każdego, kto szuka wierszyków o zwierzętach – spokojnie można dodać „edukacyjnych wierszyków”. Oceniając po reakcjach moich dzieci, raczej przypadła do gustu młodszej pociesze (lat 2) i właśnie razem z synkiem polecamy te publikacje.

[Egzemplarz recenzencki]

Gimatriks. Tutaj liczą się słowa

Gimatriks. Tutaj liczą się słowa

Gimatriks to gra, w której należy wykazać się pomysłowością w układaniu słów oraz umiejętnością dodawania. Hasło, które reklamuje jej zasady jest wyjątkowo trafne: „Tutaj liczą się słowa”, ale liczą się w dosłownym znaczeniu. Zadaniem graczy jest tworzenie równań, gdzie wartość liter i cyfr się zgadza.

Co znajdziemy w zestawie? Kostki z literami (żółte), cyframi (czerwone) i znakami równa się (niebieskie), woreczki na litery i cyfry, notes i klepsydrę. Losujemy odpowiednią ilość kostek każdego koloru. Każdej z liter przypisano jakąś wartość (od 1 do 500). Teraz należy przystąpić do ułożenia słowa. Haczyk polega na tym, że po zsumowaniu wartości liter należy z czerwonych kostek ułożyć też wynik tego dodawania. Ten wynik to nasze punkty, których musimy zdobyć jak najwięcej.

Nie będę się rozpisywać o różnych wariantach tworzenia równań w grze Gimatriks – te zostały szczegółowo przedstawione w instrukcji. Moją intencją jest podzielenie się wrażeniami po kilku rozgrywkach. Jestem zachwycona tą grą, chociaż ułożenie pierwszego słowa nie było łatwe. Do dyspozycji mamy każdorazowo 16 kostek, więc jest to pole do popisu. Po wylosowaniu literek widziałam mnóstwo potencjalnych wyrazów. Co z tego, kiedy nie zgadzały mi się cyferki. Zirytowałam się, ale też mnie to zmotywowało do kombinowania. Im dalej postępowała rozgrywka, im więcej słów pojawiało się na stole tym było łatwiej. A może my byliśmy coraz bardziej pomysłowi, wprawieni? Kto wie? Fakty są takie, że kiedy „złapaliśmy wiatr w żagle” mieliśmy czystą przyjemność grania.

W różnych poradnikach – zarówno o rozwoju, ale też o walce z problemami – możemy przeczytać, jak ważne jest trenowanie mózgu. Gimatriks wymaga zaangażowania, skupienia. Aktywujemy obszary mózgu odpowiedzialne i za funkcje językowe i matematyczne. Taka rozgrywka to istna siłownia dla głowy. To przyjemny trening, który pewnie ją zmęczy, ale to będzie bardzo dobre zmęczenie.

Liczba graczy: 1-6

Wiek: 12+

[Współpraca]

"Myśl jaśniej" Darius Foroux

"Myśl jaśniej" Darius Foroux

Kupowanie poradnika to można sprowadzić do powiedzenia „kupić kota w worku”. Kiedy sięgamy po tego typu książkę nie mamy pewności, czy to co zaoferuje jej autor będzie dla nas pomocne. Nie mamy pewności, czy sprzeda nam wartościowe treści, czy stek bzdur. Szczególnie, że samozwańczy eksperci rosną, jak grzyby po deszczu, czy Darius Foroux, który sam przyznaje, że „nie jestem neurobiologie, psychologiem, filozofem ani ekspertem w dziedzinie »myślenia«.”1 W takim razie, kim on jest? Człowiekiem, który twierdzi, że przez zmianę sposobu myślenia zmienił swoje życie i tymi doświadczeniami chce się z ludźmi podzielić w książce „Myśl jaśniej”.

Nie będę jednak udawać, że znam wszystkie sposoby na poprawę jakości myślenia (…)”2 pisze Darius Foroux, a ja właściwie nie wyłuskałam z tej publikacji ani jednego. Autor balansuje między dramatyzm, luźnymi anegdotami, korpomową i pseudonaukowym rozważaniem. Dość lekko wysnuwa absurdalne tezy np. „Sposobem na podejmowanie lepszych decyzji nie jest lepsza widza.”3 W takim razie mamy tu swego rodzaju paradoks, bo co autor tej książki sprzedaje, jak nie wiedzę. Czy przyznaje, że sprzedaje coś niepotrzebnego? Ale nie filozofujmy. Ja jestem człowiekiem praktyczny, więc podam przykład z życia. Wiecie, co było najgorsze, jak moja córka wpadła na stolik i rozcięła łuk brwiowy? Niewiedza, gdzie udać się po pomoc. Covid szalał w najlepsze, służba zdrowie była sparaliżowana, a mnie przerażała wizja jeżdżenia z zapłakanym dzieckiem od placówki do placówki i szukania kogoś, kto nas przyjmie. Dopiero, kiedy uzyskałam wiedzę, gdzie mam się udać, co przygotować i na co zwrócić uwagę przy dziecku uspokoiłam się. Oczywiście, w przypadku odkryć naukowych stan wiedzy ciągle się zmienia, a czynnik ludzki jest obarczony błędem, ale odbierając tym ludziom kredyt zaufania, podważając ich dokonania doprowadzamy do paranoicznej sytuacji. Jak mamy jasno myśleć, skoro nic nie jest pewne? To jest niemożliwe. Właśnie widza daje spokój. Wiem co robię, robię to dobrze – a przynajmniej w to wierzę – i jestem opanowana.

Czytając „Myśl jaśniej” zaznaczyłam sobie mnóstwo stwierdzeń, z którymi się nie zgadzam. Nie będę się odnosić do ich wszystkich, bo tekst ten stałby się zbyt długi. Największy problem z tą książką, to iż jej autor nie przemyślał kompozycji i dość swobodnie formułuje myśli. W jednym miejscu pisze, że metoda prób i błędów jej do niczego, a w innym opowiada, jak wiele nauczył się dzięki porażce. Mówi o tym, że nie warto analizować przeszłości po czym poleca prowadzić dziennik i zapisywać swoje myśli. Wprowadza pojęcie myśli pożytecznych i bezwartościowych. Oczywiście te pożyteczne mają zwiększyć naszą produktywność. Ale jaka jest pewność, że refleksje, które znajdą się w tym dzienniku będą przydatne, albo kiedy będą przydatne Czy zapisując je i opracowując jasną metodę ich selekcji i opracowania w efekcie nie zmarnujemy więcej czasu? Bo Darius Foroux takowej nie prezentuje. Mówi o wyeliminowaniu bezwartościowych myśli, ale jak to zrobić? Jak uciszyć wieczorną gonitwę w głowie? Fantazje na temat przyszłości uznaje też za bezwartościowe. Dlaczego nie inspirujące?

Z poradnika „Myśl jaśniej” nie wyciągnęłam nic. To co prezentuje Darius Foroux nie powinno wyjść poza ramy wpisów na bloga. Zdecydowanie bardziej wolałabym przeczytać poradnik kogoś kompetentnego, kto opisuje jak oczyścić umysł, zapanować nad strasem itp. Poradnik oderwany od nurtu samodoskonalenia się i drogi karierowicza. Poradnik nawiązujący do normalnego życia, a nie wyłącznie do jego zawodowego aspektu. Autor tej książki pisze o myśleniu, a swoje myśli formułuje fatalnie. Jako czytelnik byłam w tym wywodzie zagubiona. Nie widziałam, co ten człowiek chce mi przekazać. Przykłady, anegdoty, które chyba na siłę zostały dopasowane do konkretnych tez nie pomogły, a dodały tej książce karykaturalności.

1 Darius Foroux, „Myśl jaśniej”, przeł. Diana Wierzbicka, wyd. Kompania Mediowa, Warszawa 2024, s. 18.

2 Tamże, s. 19.

3 Tamże, s. 50-51.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wielkie maszyny" książka z puzzlami i kolorowankami

"Wielkie maszyny" książka z puzzlami i kolorowankami

Czy wybierając układanki dla swoich dzieci stawiacie na motywy z bajek, kolorowe rysunki, a może realistyczne zdjęcia? Mam wrażenie, że te ostatnie cieszą się najmniejszym powodzeniem. Dlaczego? Może wydają się nam mniej atrakcyjne, albo trudniejsze. Dziś spróbuję was przekonać, że to nie prawda. A jako przykład posłuży mi książka z puzzlami pt. „Wielkie maszyny”.

Małe dzieci są wspaniałymi obserwatorami. Jak ich coś zainteresuje to potrafią zastygnąć na długie minuty i przyglądać się temu obiektowi. Z moich obserwacji wynika, że wielkie samochody fascynują maluchy niezależnie od płci. Ciągle widzę opiekunów z wózkami zerkającymi zza płotu na plac budowy, a przejazd karetki na sygnale czy ciężarówki budzi wiele emocji. Skoro to takie fajne włączmy te pojazdy do codziennych zabaw. Jedną z takich aktywności są puzzle.

Książka „Wielkie maszyny” podzielona na na działy: „Na budowie”, „Maszyny rolnicze” i „Wielki transport”. Na jednej stronie zaprezentowane zostało kilka pojazdów. Na drugiej znajdziemy układankę: kolejno koparkę, ciągnik, ciężarówkę. Być może słowa typu opryskiwacz, spychacz czy cysterna nie są bardzo potrzebne, ale jeżeli to dla dziecka ciekawe warto drążyć temat. Przykładowo ja przyłapałam Juniora z tatą przy przeglądaniu tej książeczki i okazało się, że ten mały człowieczek, który uparcie mówi „mua, mua” zamiast „kot” potrafi całkiem ładnie powtórzyć takie słowa, jak „traktor” czy „koparka”.

A jak wygląda układanie. Dla mojego dwuletniego synka obrazki z tej publikacji nie stanowią problemów. Wiadomo, że koła muszą być na dole, a wyrazisty kor kabiny wyraźnie się od nich odcina. Biorąc poprawkę na to, że Junior jest jednym z tych dzieci, które lubią układać puzzle i są w tym dobre, stwierdzam, że taki trzylatek czy czterolatek powinien sobie z nimi poradzić – jak zresztą sugeruje wydawca.

Książeczki z puzzlami mają swoje plusy i minusy. Największymi zaletami jest gotowa podkładka (ramka do układania) i łatwe przechowywanie. Zaznaczyć natomiast należy, że są one cieńsze niż puzzle pudełkowe (przynajmniej te, które prezentuje), więc łatwo je zniszczyć i nie polecam ich przy dzieciach, które mają zwyczaj brać zabawki do buzi. Układanie w ramce wymaga też nieco wprawy i precyzji. Czasami trzeba coś przesunąć, albo upchać.

W książce „Wielkie maszyny” czeka na nas jeszcze jedna niespodzianka. Pod puzzlami ukryły się kolorowanki. Czy dziecko pomaluje maszynę tak jak na obrazku, czy puści wodze fantazji? To zależy tylko od niego.

Na stronie wydawcy znajdziecie szeroki wybór podobnych książeczek, natomiast dla nas ta jest idealna. Syn często po nią sięga. Początkowo potrzebował małej pomocy przy wyjęciu puzzli, ale teraz potrafi je obsłużyć samodzielnie. Praktyka czyni mistrza.

"Mity nordyckie. Bogowie" Mateusz K. Sawczyn

"Mity nordyckie. Bogowie" Mateusz K. Sawczyn

Postacie z mitologii nordyckiej z impetem wdarły się do popkultury, ale pewnie większość z nas o źródłach ich pochodzenia nie ma pojęcia. Właściwe nie jest to wiedza niezbędna, a zaledwie ciekawostka, ale – jak to z ciekawostkami bywa – całkiem zajmująca. Podczas swoich książkowych wojaży natknęła się na publikację Mateusza K. Sawczyna pt. „Mity nordyckie. Bogowie” i pomyślałam sobie, że to dobra okazja, aby zweryfikować sobie wyobrażenia pewnych pojęć i bohaterów.

Na temat źródeł wypowiada się sam autor, więc nie będę rozwijać tematu. Zaznaczę tu jedynie, że mity zebrane w tym zbiorze powstały na bazie tłumaczeń tekstów islandzkich i opracowań naukowych. Znaczy to dla nas tyle, że nie są to tłumaczenia jakiś dawnych poematów, a Mateusz K. Sawczyn uporządkował materiał i opracował go zachowując formę, jaką mogły przybrać takie historie opowiadane chociażby przy ognisku.

Na wyróżnienie zasługuje układ książki – od powstania świata do ragnaroku, czyli chronologiczny. To bardzo ułatwia odbiór, a ten nie jest łatwy zarówno przez nieścisłości w samych tekstach, ale też przez ich zawiłość i ogrom bohaterów. Po przeczytaniu tej publikacji nie dziwi mnie, że mity nordyckie nie zyskały takiej popularności, jak np. greckie. Te drugie są proste i przyjemne w czytaniu, nieco pikantne przygodówki, natomiast w mitach nordyckich ogarnięcie kto z czego, po co i dlaczego wymaga nie lada skupienia. Dzięki ci panie autorze za słownik, mapkę i drzewo genealogiczne z oznaczeniem „rodzaju” postaci i ich wzajemnymi powiązaniami. Bez tego byłoby ciężko.

Pewnie niektórych zraziła informacja, że są to trudne teksty. Nie znaczy to, że nie są fascynujące. Ogrom postaci, bogactwo wykreowanego świata można uznać za walor, a wyobraźnia ludzi, którzy to wymyślili jest godna podziwu. Nie zapominajmy, że nordyccy bogowie to kochający uczty awanturnicy. Dołóżmy do tego porządną garść intryg. Kto jest gotowy na rozróbę i iście boskim stylu?

„Mity nordyckie” opracowane przez Mateusz K. Sawczyna to wymagająca, ale też fascynująca lektura, a ja uważam, że warto po nią sięgnąć. Popkultura zrobiła tej gromadce bogów i fantastycznych stworów rewelacyjny PR, jednak to nie to samo, co poczuć ten skandynawski klimat.

[Egzemplarz recenzencki]

Dwulatek liczy

Dwulatek liczy

Przyznam, że nie miałam w planie uczyć Juniora liczyć. Kwestia ta wynikła spontanicznie. Podczas spaceru M. zaczęła sobie liczyć do 10, brat zaczął po nie powtarzać. Stwierdziłam, że jakoś pokaże mu, co to właściwie znaczy 1, 2, 3 itd.

W domu szybko narysowałam tablicę z cyframi (na razie do 5), wyciągnęła naklejki (wszystkie przedstawiające to samo, aby nie skupił się na rysunku, a na ilości), a X zaznaczyłam, ile i gdzie ma je nakleić. W czasie naklejanie wspólnie głośno odliczaliśmy ilość potrzebnych serduszek.

Plan jest taki, aby do tej tablicy wracać i bawić się z nią w liczenie.






Copyright © Asia Czytasia , Blogger