"Świat zwierząt. Pupile w 3D" Lisa Regan

"Świat zwierząt. Pupile w 3D" Lisa Regan

Dzieci często zawracają głowę rodzicom o zwierzątko. Mojej córce, na przykład, zamarzył się ostatnio kameleon – nie zabierajcie dzieci na wystawy gadów. Część opiekunów przystaje na te prośby (nie, ja się na kameleona nie zgodzę, wystarczy mi pies) mając nadzieję, że nauczy to młodego członka rodziny odpowiedzialności. Inni stanowczo się sprzeciwiają, argumentując, że jest to zbyt duża odpowiedzialność. Obie strony mają rację. Kiedy decydujemy się na zwierzątko, musimy bardzo dokładnie poznać jego potrzeby i poważnie zastanowić się, czy damy radę je realizować.

Książka „Świat zwierząt. Pupile w 3D” to szybki przegląd możliwości. Na stronach publikacji spotkamy psy, koty, chomiki, ptaki, króliki żółwie i inne stworzonka, które potencjalnie mogą zostać naszymi pupilami. Ma ona charakter zbioru ciekawostek, a nie szczegółowego kompendium, dlatego polecam ją niezdecydowanym w wyborze nowego członka rodziny lub osobom lubiącym czytać o zwierzętach w ogóle. Została podzielona na krótkie rozdziały, w których pokazano zarówno różnorodność, jak i cechy wspólne różnych zwierząt np. dobry węch, tryb życia, ulubione jedzonko, długość życia itp.

Publikację wzbogacają liczne zdjęcia oraz okulary 3D. Trudno mi ocenić, czy jest to coś co kręci dzieciaki. Pokazałam je córce (lat 4), ale ma za małą głowę i najzwyczajniej w świecie jej się zsuwały, przez co nie mogła skupić się na oglądaniu. W czasach mojego dzieciństwa, kiedy filmy 3D były jeszcze nowością uwielbialiśmy takie dodatki do gazetek. Pamiętam, jak wyszedł komiks „Kaczor Donald” z okularami, rzuciliśmy się do pobliskiego kiosku. Ale nie o moje wspominki tu chodzi. Wracając do „Świat zwierząt. Pupile w 3D”, efekt po ubraniu okularów jest bardzo fajny. Z każdej strony zerkają na nas różne istotki – przypominam, że są to zdjęcia, więc wyglądają „jak żywe”. Uważajcie przekładając strony, żeby nie wystraszyć się tych bardziej egzotycznych.

Mając tę publikację w rękach, pomyślałam sobie, że jest to dobry pomysł na niezobowiązujący prezent. Kiedy nie wiecie, czym do końca odwiedzane dziecko się pasjonuje. Jest na tyle ogólna, że możemy liczyć, iż coś w niej zainteresuje obdarowanego. Do tego efekt 3D jest czymś ekstra, dodatkiem, który powoduje, ze nie jest to „tylko” książka. Mi się podoba. Chowam, aż córka będzie na tyle duża, a właściwie jej głowa, żeby mogła bez irytowania się pooglądać zwierzaki.

"Wąż z lasu cedrowego" Aleksander R. Michalak

"Wąż z lasu cedrowego" Aleksander R. Michalak

James Peabody to milioner, któremu zamarzyło się otworzyć zoo, jednak musicie wiedzieć, że ten projekt to coś więcej niż wybieg z żyrafami, klatka z tygrysami, małpiarnia, terrarium itp. Został on nazwany Biblical Zoo. „W ogrodzie docelowo miała znaleźć się kolekcja zwierząt z całego świata biblijnego i Peabody za cel postawił sobie posiadać każdy gatunek fauny, jaki z nazwy chociażby raz pojawił się w świętym tekście.”* Brzmi niewiarygodnie, ale i imponująco. Wpływowy pomysłodawca znalazł sponsorów oraz kompetentnych pracowników, mających urzeczywistnić jego plan. Została wybrana lokalizacja i przystąpiono do dzieła, czyli gromadzenia okazów. Marzenie milionera jednak przeradza się w koszmar. Pracownicy zaczynają dostawać pogróżki, a w krótkim czasie kilku z nich traci życie. Czy dojdzie do otwarcia Biblical Zoo?

Aleksander R. Michalak dał się już poznać czytelniczej publiczności powieścią „Denar dla Szczurołapa”, w której poznajemy Gabora Horthyego rozwiązującego zagadkę opartą na legendzie o Szczurołapie z Hameln. W powieści „Wąż z lasu cedrowego” znowu spotykamy węgierskiego uczonego – mam jednak wrażenie, że ustępuje on miejsca innym bohaterom – ale tym razem to nie gryzonie, a węże i smoki wiodą prym. Nie zabraknie również motywów biblijnych, ale przedstawionych w sensacyjnej otoczce.

Pomysły na jakich autor oparł zarówno tą i jak i swoja poprzednią powieść są oryginalne. Powszechnie znane legendy zostają obudowane w kryminalno-naukowy charakter oferując mieszankę akcji i ciekawostek. Pisarzowi udało się uniknąć akademickości jaką wielu czytelników zarzucało mu przy okazji „Denara dla Szczurołapa”. Jest co prawda trochę naukowej gadki i analizy tekstów źródłowych, bo bez tego nie byłoby tej książki, jednak akcji udaje się zachować dobre tempo.

Dlaczego przed realizacją tak pięknego, wręcz mistycznego projektu los rzuca tyle kłód? Dlaczego coś co miało być ku chwale Boga pochłania kolejne życia? Konflikt interesów, a może klątwa – ktoś lub coś ewidentnie nie chce, żeby Biblical Zoo powstało. Czy mądre, racjonalnie myślące głowy znajdą odpowiedź na te pytania? Wy macie łatwiej, bo wystarczy sięgnąć po powieść „Wąż z lasu cedrowego”. Moim zdaniem jest zdecydowanie lepsza od pierwszej części cyklu z Gaborem Horthym, a na pewno lżejsza w odbiorze. Aleksander R. Michalak postarał się, aby było w niej więcej akcji, co sprzyja podejmowaniu i opisywaniu nawet tak doniosłych tematów.

* Aleksander R. Michalak, „Wąż z lasu cedrowego”, wyd. Replika, Poznań 2019, s. 20.

"Kosmoliski" Marek Marcinowski

"Kosmoliski" Marek Marcinowski

W czasie marzeń sennych możemy powędrować gdziekolwiek. Sara i Krzyś, bohaterowie bajki „Kosmoliski”, wybrali się hen daleko, w przestrzeń kosmiczną. Zafascynowane kosmosem dzieci w towarzystwie sympatycznych lisków odwiedzą planety naszego układu słonecznego. Wskakujcie w piżamki i dołączcie się do tej wyprawy.

Kiedy miałam jakieś 7 czy 8 lat poszliśmy ze szkolną wycieczką na seans do planetarium. Był on stylizowany na podróż statkiem kosmicznym. Lądowaliśmy na różnych planetach, a lektor o nich opowiadał. Było to tak super zrobione, że pamiętam tę wizytę do dziś. Podobnie wygląda bajka autorstwa Marka Marcinowskiego „Kosmoliski”. Rude stworzonka porywają dzieci na daleką wyprawę, a że mają niezwykłe moce udaje im się zwiedzić cały układ słoneczny w ciągu jednaj nocy. No i podróże senne są bezpieczniejsze, bo nie jesteśmy narażeni na oparzenia, przeciążenia czy promieniowanie.

Ja asem z astronomii nie jestem, więc doceniam wszelkie uproszenia w tym remacie. Wychodzę z założenia, że skoro zrozumiałam o czym mowa to spokojnie poradzi sobie z tym dziecko w wieku... powiedzmy 9+ (albo młodszy kosmomaniak), a jeżeli nie zrozumie to rodzic jest w stanie, na podstawie tekstu co nieco dopowiedzieć. I w „Kosmoliskach” chyba tak jest. Marek Marcinowski jasno opisuje odwiedzane planety, przemyca również wiele ciekawostek, które mogą być fascynujące dla młodego czytelnika – a wiadomo, że je się najlepiej zapamiętuje.

To co mi podoba się najbardziej to, że liski, mimo iż stoją w roli mentorów, wchodzą w dialog z małymi podróżnikami. Zadają pytania i dają dzieciom błysnąć wiedzą. Rozwijają kwestie, które Sarę i Krzysia szczególnie zainteresowały. Zyskuje na tym akcja książki – jest dynamiczna, radosna, ciekawa. Myślę również, że zachęca to młodego czytelnika do myślenia. Chcąc nie chcą jest aktywnym, a nie biernym słuchaczem.

Astronomia to trudna dziedzina. Nie jeden dorosły ma problem, żeby wypowiadać się w tym temacie, a co dopiero dzieci. A może właśnie w tym tkwi sekret jej przekazywania. W zarażaniu pasją już najmłodszych. Spragniona wiedzy pociecha może stać się ekspertem niczym pracownik naukowy. W książce „Kosmoliski” informacji nie zabraknie, a do tego wraz z jej bohaterami można odbyć niezwykłą podróż. Przyznacie, że mało kto organizuje takie atrakcje jak Marek Marcinowski.

"Do gwiazd" Brandon Sanderson

"Do gwiazd" Brandon Sanderson

„Zawsze się zastanawiałem, czy mógłbym polecić do gwiazd.”* to słowa jednego z pilotów walczących z Krellami, a dokładniej ojciec głównej bohaterki powieści „Do gwiazd”. Ludzkość ukrywająca się w jaskiniach planety Detritus, jest spragniona nieba. Czy wyjście na powierzchnię będzie już zawsze zarezerwowane dla wybranych: pilotów-wojowników?

Spensa od zawsze marzy, aby zostać pilotem. Jest to najważniejsza zawód, jak można wykonywać w jej świecie. To właśnie oni walczą z ciągle atakującymi planetę Krellami i zapewniają ludziom bezpieczeństwo. Darzy się ich powszechnym szacunkiem i mają najwięcej przywilejów. Do tego dziewczyna latanie ma we krwi. Jej ojciec był członkiem eskadry myśliwców. Niestety to właśnie pochodzenie - łatka córki tchórza, dezertera jednej z ważniejszych bitew na planecie - jest największą przeszkodą w realizacji marzeń.

Fantastycznie ubawiłam się czytając „Do gwiazd”. Brandon Sanderson zachwycił mnie lekkością z jaką opowiada tę historię. Jest to książka science-fiction, pełna bitew powietrznych, więc, co się z tym wiąże, i rozwiązań technologicznych, a czyta się ją jak powieść przygodową. Autor opierając się głównie na trzech powtarzających się sceneriach – trening, bitwy i to co Spensa robi w wolnym czasie – przedstawia świat i bohaterów.

Co do postaci mamy tu grupę młodych kadetów przez co książka może sprawiać wrażenie młodzieżowej, chociaż ja nie chciałabym nikogo odstraszyć tym określeniem. Sama za tego typu literaturą nie przepada, a w przypadku „Do gwiazd” nie miałam żadnego problemu z wiekiem bohaterów. Przybliżę wam odrobinę Spensę, bo to ona jest najważniejsza w powieści, a przy tym jest narratorką. Doskonale wykreowana postać, która pewnie niejednemu czytelnikowi działa na nerwy. Harda, pyskata, pochopna w swoich sądach. Miałam radochę za każdym razem, kiedy ktoś utarł jej nosa. Z drugiej strony rozumiem skąd wzięły się u niej pewne cechy bądź sądy oraz podziwiam jej determinację i zaradność.

Tym co najbardziej podobało mi się w tej powieści jest nienachalność w stawianiu problemów. O co chodzi? Obawiając się, czy będą dobrze zrozumiani pisarze wręcz wciskają w usta bohaterów istotne pytania, na które czytelnik ma szukać odpowiedzi. Nie Brandon Sanderson (a przynajmniej nie w tej książce). Spensa jest narratorką, ale jej sposób patrzenia na świat to nie klapki na oczy dla czytelnika. Fabuła toczy się swoim torem – kadeci się szkolą, planeta jest atakowana, a nam samoczynnie rodzą się w głowie pewne pytania. No przynajmniej ja postawiłam słuszne... hehe.

Do gwiazd” to lekka, ale dopracowana powieść science-fiction. Gwarantuję, że nie trzeba być koneserem gatunku, aby ją zrozumieć. A polubić? Odbyć lot myśliwcem aż do gwiazd brzmi bajecznie, prawda? Jeśli nie podacie dłoni Brandonowi Sandersonowi zapraszającemu was do kokpitu, nie przekonacie się czy podróż była warta ryzyka. Ja już tam byłam i chętnie wrócę w kolejnych częściach cyklu „Skyward”.

* Brandon Sanderson, „Do gwiazd”, przeł. Zbigniew A. Królicki, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2019, s. 16.

"Maluj z... Gustavem Klimtem!"

"Maluj z... Gustavem Klimtem!"

Mieliśmy okazję nauczyć się malować jak Vincent van Gogh (KLIK), ale to nie koniec kreatywnych wyzwań w ofercie wydawnictwa Arkady. Znajdziemy w niej m.in. publikację „Maluj z Gustavem Klimtem”. Bardzo podoba mi się wywołanie akurat tego austriackiego twórcy, ponieważ na przykładzie jego prac możemy obserwować niebanalne podejście do sztuki, skupiające się nie na tym co widzimy, ale jak to widzimy i jak to czujemy. Tu faktycznie ma odzwierciedlenie powiedzonko córki moich znajomych: „Ciocia, maluj tak, jak fantazja ci podpowiada.”

Co jest tak wyjątkowego z obrazach Gustava Klimta. Duże powierzchnie wypełnione wzorami, nie oddające faktycznego kształtu przedmiotu, a mające go wyłącznie symbolizować. Malarz udowadnia, że przy pomocy prostych, nieodzwierciedlających realnego wyglądu figur można stworzyć coś zapierającego dech w piersiach. Inna cecha charakterystyczna to bogactwo: bogactwo zarówno wspomnianych wzorów, jak i bogactwo w kolorach – dużo złota, błysku itp.

Podczas kursu nauczymy się patrzeć i słuchać otaczającego nas świata. Tym razem, poza tradycyjnymi próbami kopiowania stylu malarza, będziemy zastanawiać się nad znaczeniem kształtów i kolorów, ale również wyobrazimy się jak wyglądają dźwięki. Tak, dobrze czytacie. Gustav Klimt inspirował się muzyką, więc my również spróbujemy narysować naszą ulubioną melodię.

Malarstwo Klimta jest wyjątkowe, a jednak pokazuje, że każdy może tworzyć. Kiedy na nie patrzę, widzę, że sztuka to nie jest misterne odtwarzanie szczegółów, a szaleństwo. Namalować dzieło używając tylko kół? Dlaczego nie? Jeśli serce podpowiada nam, że tak będzie pięknie zróbmy to. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że po tym kursie wyrośnie nam pokolenie nowych Gustavów Klimtów, ale na pewno uczy on innego oblicza sztuki. Być może ci, którzy uważali, że nie potrafią rysować zmienią zdanie i znajdą swój sposób wyrazu.

"W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku" Joanna Dobkowska, Joanna Wasilewska

"W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku" Joanna Dobkowska, Joanna Wasilewska

„W XIX wieku strój był powiązany z panującą mentalnością. Zdradzał kody towarzyskie. Odzwierciedlał wyobrażenia epoki na temat tego, co przystoi mężczyźnie, co zaś uchodzi kobiecie; był świadectwem i papierkiem lakmusowym norm obyczajowych i wzorców estetycznych. Stanowił nie tylko komunikat o stanie majątkowym właścicieli, ale również ich pozycji społecznej, a nawet światopoglądzie. Za pomocą stroju można było przekazać, do jakiego przedziału wiekowego dana osoba się zalicza, lub chce się zaliczać, jaki jest jej status w społeczeństwie, stan cywilny: czy jest panną, mężatką, czy może nieutuloną w żalu wdową, matroną bądź artystką.”*

Tytułem wstępu pozwoliłam przepisać sobie cały akapit z książki „W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku”. Może się wydawać, że moda to po prostu fatałaszki. Fanaberia bab, które chcąc się podobać wciskają się w gorsety czy niebotyczne szpilki. Tak na prawdę to manifestacja czasów w jakich się ona pojawia. Dwie Joanny – Dobkowska i Wasilewska – na przykładzie XIX wieku (a dokładnie okresu od rewolucji francuskiej po I wojnę światową) pokazują, jak pod wpływem różnych wydarzeń zmieniało się to co modne. Porzucenie pudru i przepychu w czasie rewolucji francuskiej, aby nie razić wyglądem i nie narażać się na niebezpieczeństwo, zapoczątkował uproszczenie stylu i inspirację lekkim, zwiewnym antykiem. W epoce napoleońska oraz późniejszych czasach restauracji zaczęto wracać do bardziej fantazyjnych kreacji – pojawiły się szerokie rękawy czy też monstrualne krynoliny – aby z czasem ustąpić na rzecz praktyczniejszych strojów, gdy zmierz wojny wymusił oszczędności i wygodę.

Moda to również obyczaje. W czasach współczesnych nie czujemy się skuci pętami etykiety, chociaż podświadomie czujemy co wypada ubrać a co nie np. do pracy nie wędrujemy w japonkach i bluzce na ramiączkach, chyba że jesteśmy ratownikiem na basenie. Dużo mniej mówi się o tym, co wypada, a czego nie, a jednak są zachowania i stroje, które społeczeństwo piętnuje, nie wspominając, że co kraj to obyczaj – proste skojarzenie Europa a kraje muzułmańskie. Wróćmy do XIX wieku: sztywna angielska etykieta, rola mężatki i relacje państwa ze służbą, osławiona damska kostka, której nie wypada pokazywać, bo gorszy gorzej niż najgłębszy dekolt – to tylko kilka przykładów dziewiętnastowiecznych konwenansów.

„W cieniu koronkowej parasoli” wyróżnia się również tym, jak pięknie została wydana. Mnóstwo rycin, obrazów, zdjęć dokumentuje modę i obyczaje epoki. Muszę to napisać: moja czteroletnia córka jest zakochana w tej publikacji. Uwielbia oglądać piękne panie w strojnych sukniach. A tak na serio. Cieszy mnie takie bogactwo materiałów graficznych. To zawsze umila czytanie, ale w tej książce są one doskonale opisane. Obszerne komentarze udowadniają, że ilustracje nie zostały wrzucone przypadkowo, żeby było ładnie, ale autorki wiedziały co robią umieszczając je w konkretnych miejscach.

Ech ta moda. Nie każdy się przyznaje, że się nią interesuje, ale każdy ma jakiś styl – nawet kiedy nosi głównie jeansy i koszulki. Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska w książce „W cieniu koronkowej parasoli” pokazuje, jak owa moda jest związana z wydarzeniami na świcie np. z polityką. Jak różne aspekty życia nakładają się na siebie tworząc trendy. Prezentowana publikacja jest nie tylko dla projektantów, czy osób interesujących się modą. Może się spodobać również miłośnikom historii, bo ze zwykłej kiecki lub fraka można wiele wyczytać.

* Joanna Dobkowska, Joanna Wasilewska, „W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku”, wyd. Arkady, s. 10.

"Sztejer. Kroniki Torunium" Robert Foryś

"Sztejer. Kroniki Torunium" Robert Foryś

Czy świat zmierza do lepszego czy do gorszego? W wizji, którą prezentuje nam Robert Foryś w powieści „Sztejer. Kroniki Torunium” zagładę przeżyły raczej kanalie. Świat po apokalipsie nie maluje się w pięknych barwach. Powiedziałabym, że paruje niczym hałda śmieci na wysypisku. Przetrwać w nim mogą prawdziwi twardziele. Czy ty dał(a)byś sobie radę?

W książce, która wpisuje się w nurt postapo, możemy wyróżnić dwa główne wątki – kryminalny i przygodowy. Pierwszy z nich nazwijmy zbrodnią w zamtuzie. Na miejsce zdarzenia przybywa posestor Quelen Żmijka. Nie może zamieść sprawy pod dywan, bo okazuje się, że ofiara jest wysoko postawiona. Kobieta obawia się, że zaangażowanie przyniesie jej więcej wrogów niż zysku, ale, korzystając z pomocy zaufanych ludzi, stara się dociec prawdy. W tym samym czasie do Torunium zbliża się ekipa Carli Morati, a w niej niepokorny Vincent Sztejer. Chyba szykuje się rozróba.

To wszystko dzieje się w szaroburym świecie. Pełnym występku, pychy i chciwości. Wędrujemy po miejscach, gdzie zaatakować nas może nie tylko pospolity rzezimieszek, ale nawet groźny mutant. Rewolucja nie przyniosła ulgi uciśnionym. Mam raczej wrażenie, że zepchnęła ludzi w średniowieczne mroki.

To co szczególnie podobało mi się w tej powieści to lekkość i humor. Autor zręcznie wplata w fabułę elementy otaczającego nas świata.”Sztejer. Kroniki Torunium” nie jest satyrą, chociaż ma w niektórych momentach prześmiewczy charakter. Czytelnik nie powinien mieć problemu z wyłapaniem tych smaczków i mam nadzieję, że będzie dobrze się bawił. Ja bardzo lubię takie spojrzenie, na codzienność z dystansu, do momentu, kiedy autor nie jest zbyt nachalny. Robert Foryś nie jest. Mogę się spokojnie śmiać bez poczucia, że ktoś narzuca mi swój sposób myślenia.

Muszę przytoczyć moje dwa ulubione fragmenty. Jeden to kiedy odkopano toruński pomnik Mikołaja Kopernika. Człowiek myśli sobie: „Posag, jak posąg. Stoi na Rynku –dobre, charakterystyczne miejsce do umawiania się ze znajomymi. Nic specjalnego.” Za to mieszkańcy postapokaliptycznego Torunium widzą go inaczej. Jako miejsce składania krwawych ofiar. Uśmiałam się co niemiara, mając w pamięci, że jeszcze niedawno jadłam z dzieckiem na owych ławach do odprawiania rzekomych rytuałowy frytki.

Drugi fragment, który rozbawił mnie do łez, to legenda o demonie zwanym Gender: „ Diabeł był to okrutny, z wyglądu ni chłop, ni baba, ni pies, ni wydra. O zgrozo, płcie i przynależne im obowiązki w kotle piekielnym mieszał, tworząc nowego człowieka i wmawiając ludziom, że nieważne jest, jakim się urodziłeś, lecz jakim się czujesz. Młodzików w kiecki przebierał, a dziewczętom w portkach zalecał chodzić. Białogłowom kadził w głowach i mącił, że równe są mężom (…).”* itd. itp. O zgrozo, czyż nie?

„Sztejer. Kroniki Torunium” może wydawać się męską książką. Panie, które się tam pojawiają to w większości kurtyzany, chociaż nie możemy zapomnieć o Carli i Żmijce, a te są całkiem fajnymi silnymi kobiecymi postaciami. Pomimo, że wspomniane bohaterki trudnią się innym fachem nie mogą opędzić się od pożądliwych spojrzeń i aluzji. W moich oczach owa rozpusta i przedmiotowe potraktowanie płci pięknej w książce podkreśla obłudę świata z powieści, bo obok niego pojawiają się religijne aluzje. A – w teorii – te dwie rzeczy nie powinny iść w parze.

Na koniec napiszę o tym, co mi się nie spodobało. Robert Foryś przedstawia przeszłość czy też elementy wykreowanego świata w formie wspomnieć postaci, legend itp. Coś na zasadzie – siada Franek oraz Janek i dyskutują: „A pamiętasz jak stary Kazimierz musiał zmierzyć się z zarazą na polu?” Doceniam to, że poza głównym nurtem akcji autor widzi jej tło całościowo, jednak takie przerywniki ową akcję spowalniają, a mnie wręcz z niej wytrącają.

Podsumowując, „Sztejer. Kroniki Torunium” to lekka fantastyka w klimacie postapo. Znajdziemy w niej przygodę, wątek kryminalny i dużo humorystycznych akcentów. Jest to jedna z tych niezobowiązujących powieści, które pozwalają czytelnikowi się odmóżdżyć i to w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

* Robert Foryś, „Sztejer”, wyd. War Book, Ustroń 2021, s. 206.

"Ekoliski. Misja ratowania Ziemi" Marek Marcinowski

"Ekoliski. Misja ratowania Ziemi" Marek Marcinowski

Eko tematy są obecnie na czasie, także nie dziwi mnie, że odkryłam kolejną książkę dla dzieci o ratowaniu środowiska – „Ekoliski. Misja ratowania Ziemi”. Patrzę właśnie na jej okładkę i nie mogę oprzeć się wrażenie, że te rude stworzona to jedne najsympatyczniejszych istot we wszechświecie. Kochani, mam przyjemność pokazać Wam jedną z piękniej zilustrowanych publikacji dla młodych czytelników.

Fabuła tej książki opiera się na kosmicznej podróży. Miłka i Miłek, czyli tytułowe Ekoliski, przyśnili się dwójcie dzieci. Być może umysły naszych śpiących bohaterów były zaprzątnięte ekozmartwieniami, bo dzień spędzili na sprzątaniu lasu. Dzieci i zwierzątka dyskutują o zagrożeniach związanych z zaśmiecaniem planety, aż pada ważne pytanie” (…) jeśli doprowadzimy Ziemię do takiego stany, to czy wystarczy się spakować i wyruszyć na inną planetę?”* Chcemy wierzyć, że w razie katastrofy znajdziemy dobre miejsce do kolonizacji. Tylko, gdzie to „dobre miejsce” się znajduje. Bohaterowie przemierzają nasz układ słoneczny, odwiedzają różne planety szukając tej, na której jest w stanie przetrwać życie.

Podobny motyw – szukania życia – znajdziemy w powieści dla dzieci autorstwa Lucy i Stephena Hawkingów „George i poszukiwanie kosmicznego skarbu”. Co prawda, dużo bardziej rozwinięty, bo i książka jest dłuższa i jej bohaterowie wędrują dalej, jednak obie pozycje są godne uwagi. Skupy się na „Ekoliskach”. Po wstępie o zagrożeniach (śmiechach, ściekach, pyłach itp.) ekipa rusza w kosmos. Rewelacyjna jest kompozycja książki – jedna strona to ilustracja, a obok tekst. Dzięki temu mamy opisane wszystkie sąsiadujące z Ziemią planety, a do tego ich cechy szczególne zostały narysowane. Już młodsze dzieci szybko zwrócą uwagę, dlaczego to miejsce nie nadaje się do zamieszkania. Moja czterolatka z entuzjazmem wykrzykiwała: „ale tu zimno”, „skąd tu tyle dziur” - cudowne zaangażowanie dziecka w czytanie.

W ramach podsumowania Liski dają dzieciom rady, jak chronić Ziemię w skali mikro, czyli we własnym domu. Redukcja odpadów, kable odznaczane od kontaktu itd. - media trąbią o tym nie od wczoraj. Ja zawsze chwalę edukację od najwcześniejszych lat, tylko w przypadku ekologii mam obawy, że przykład idzie z góry. Jeżeli rodzice nie będą współpracować, to dziecko samo nie przeorganizuje domowego gospodarstwa. Próbować warto. Motywować do działania mają ekozadania, zamieszczone na kocu publikacji. Może wspólna zabawa jest kluczem do zmian? Może zaproponowane „misje” tak się spodobają, że staną się rutyną?

Nie wspomniałam jeszcze o tym, jak prowadzona jest narracja – a to też jest świetne. Liski podejmują z dziećmi dialog. Pokazują najważniejsze rzeczy, ale przy tym zachęcają do samodzielnego wyciągania wniosków. Można to fajnie wykorzystać przy wspólnym czytaniu, dając małemu słuchaczowi chwilę na własne przemyślenia.

Takie książki dla dzieci chcę mieć w domowej biblioteczce. I pomijam temat, który jest ważny, ale to inne elementy zadecydowały, że jest wspaniale przedstawiony. Kompozycja, narracja, ilustracje – ta trójca sprawia, że „Ekoliski” są doskonałe.


* Marek Marcinowski, „Ekoliski. Misja ratowania ziemi”, wyd. Anatta, 2021, s. 7.

"Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie" William Styron

"Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie" William Styron

Kiedy ciało choruje zazwyczaj udajemy się do lekarza. Ten przepisuje stosowne medykamenty i daje zalecenia. Bliscy starają się nam pomóc chorobie – zrobić zakupy, odwiedzić w szpitalu itp. A co kiedy choruje mózg, kierownik całego organizmu. Mimo coraz szerszej świadomości społecznej na temat chorób psychicznych osoby na nie cierpiące nie zawsze mogą liczyć się ze zrozumieniem. Chociażby taka depresja. W dalszym ciągu utożsamiana jest ze smutkiem i bagatelizowana. William Styron, znany szerzej jako autor powieści „Wybór Zofii”, napisał esej „Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie”, w którym porusza swoje doświadczenia w walce z tą przypadłością.

Między innymi, pisze, że „umysł [ofiar depresji] ogarnia postępujące podstępnie paraliżujące odrętwienie”*, które powoduje cierpienie. Pisze o bólu i braku nadziei i na jego ukojenie**, oraz o potępieniu na jakie skazują się ci, który decydują się definitywnie od niego uwolnić - „Jednakże tragicznego legionu tych, których ból nie do wytrzymania zmusza do odebrania sobie życia, nie powinno się potępiać bardziej niż tych, którzy umierają na raka.”***

Bardzo długo zastanawiałam się, czy przeczytać tę książkę. Z jednej strony temat mnie interesuje, a wszelkie osobiste spowiedzi są nadzwyczaj wartościowym źródłem. Z drugiej strony, już od wielu, wielu lat niezdrowo odbijają mi się powieści Barbary Rosiek, przez które nie byłam w stanie przebrnąć i wyciągnąć jakiś sensownych wniosków. O tym, że się jednak przeczytałam „Ciemność widomą” zadecydowała – wstyd się przyznać – mała objętość. Stwierdziłam, że skoro to niecałe 150 stron [wyd. Replika, 2021] to przeżyję nawet bełkot. Okazało się, że nie było tak źle, a nawet bardzo ciekawie.

Przede wszystkim, otrzymujemy pracę napisaną z dystansu, dzięki czemu przemyślaną. Wiliam Styron wie jakie kwestie w związku z depresją chce poruszyć i udaje mu się je ubrać w ładny literacki język. Nie znajdziecie to informacji z biologii, chemii, medycyny, a jeżeli już to szczątkowe. Takie, które zaintrygowały autora podczas własnej wali z chorobą. Jest tu za to sporo osobistych przemyśleń odnośnie odczuć chorego, przyczyn, diagnozowania, odbioru społecznego. Wszystko opisane na podstawie osobistych doświadczeń, a jednak przetkane obrazami ze świata literatury np. przywołania Alberta Camusa czy powieści „Pani Bovary”. Przez to „Ciemność widomą” nie mogę nazwać jakąś szczególnie merytoryczną pracą, ale na pewno spełniającą zadanie eseju – daje autorowi wygadać się z tego co go nurtuje, a czytelnikowi każe zastanowić się nad poruszanymi problemami.

* William Styron, „Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie”, tłum. Jerzy Korpanty, wyd. Replika, Poznań 2021, s. 47.

** Tamże, s. 104.

*** Tamże, s. 57-58.

"Terapia" Klaudia Muniak

"Terapia" Klaudia Muniak

Jak długo trzeba walczyć z demonami przeszłości. Przypadek Luizy, opisany przez Klaudię Muniak w powieści „Terapia”, pokazuje, ze bardzo trudno przed nimi uciec. Ciągłe rozdrapywanie starych blizn prowadzi kobietę na skraj obłędu. A może dawni wrogowie ciągle jej zagrażają?

Powieść ma wszelkie znamiona thrillera psychologicznego. Głowna bohaterka i zarazem narratorka analizuje własne obawy i ich źródła, opisuje czytelnikowi swoją przeszłość i pokazuje, jak blokuje ją ona przed zrobieniem kroku na przód. Od razu widać, że jest to kobieta z problemem. Sama przyznaje: „Na długie lata zamknęła się w kokonie przykrych doświadczeń i wspomnień.”* Czy nowa miłość będzie początkiem przemiany w pięknego motyla? Luiza liczy, że odwiedziny w rodzinnej miejscowości i konfrontacja z przeszłością pomogą jej uwolnić się z jej pęt i będą początkiem metamorfozy.

Najmocniejszym punktem „Terapii” jest zakończenie. I to nie dlatego, że można z czystym sumieniem odłożyć książkę na półkę. Po prostu nagle dociera do nas ogromny potencjał tej historii. Napiszę tylko: szkoda, że nie wcześniej. Thrillery psychologiczne lubię za osaczenie, które swoimi mackami dusi zarówno bohaterów jak i czytelnika. Ma być duszno i niespokojnie. Luiza natomiast jest taką postacią, której „czerwona lampka” zapala się wyjątkowo często. Nie było by w tym nic złego, gdyby autorka zadbała, aby i odbiorca poczuł to niebezpieczeństwo. Tymczasem ja miałam wrażenie, że kobieta nadinterpretuje fakty, że nic nie znaczący SMS może uznać za objaw prześladowania. Zaczęłam się zastanawiać, czy to z nią jest coś nie tak, czy autorka chce tak uśpić uwagę odbiorcy, żeby zrzucić jakąś bombę.

Klaudia Muniak wystawia cierpliwość czytelników na próbę. „Terapię” czytałam z przekonaniem, że finał będzie mocny – i był. Wiedziałam – a może miałam nadzieję – że nie jest to po prostu książka o rozhisteryzowanej babie. Do wyboru miałam dwie opcje. Albo problemy główniej bohaterki mają źródło związane z okropnym przeżyciem, albo autorka specjalnie je bagatelizuje, żeby na koniec pokazać intrygę, w jaką Luiza jest wmieszana. Jak już pisałam zakończenie jest świetne. Co prawda było zbieżne z moimi przypuszczeniami (no dobra, aż takiej akcji rodem z filmów Tarantino się nie spodziewałam, ale ogólnie dobrze rozszyfrowałam problem Luizy), jednak czuję się usatysfakcjonowana. Pozostaje mi życzyć autorce, żeby jak najwięcej czytelników dało radę do niego dobrnąć.

* Klaudia Muniak, „Terapia”, wyd. Kobiece, Białystok 2021, s. 62.


Książkę "Terapia" znajdziecie na Taniaksiazka.pl. Więcej kryminałów w ofercie księgarni.

„Szept” Lynette Noni

„Szept” Lynette Noni

W powieści „Szept” Lynette Noni trafiamy do tajnego laboratorium. Czy prowadzone w nim prace są etyczne. Słuchając relacji obiektu Sześć-Osiem-Cztery, czyli główniej bohaterki i narratorki, możemy w to wątpić. „(…) usiłują mnie połamać, a później z powrotem złożyć”[1] mówi dziewczyna zwana również Jane Doe. Czy jest ona wiarygodnym świadkiem? Szybko orientujemy się, że przewieziona do laboratorium z ośrodka psychiatrycznego Jane nie chce współpracować, nie darzy „opiekunów” zaufaniem, a jej przeszłość skrywa wiele tajemnic, którymi nie zamierza się dzielić. Kim jest obiekt Sześć-Osiem-Cztery i dlaczego komuś zależy, żeby skruszyć jej lodową powłokę.

„Szept” to powieść w klimacie urban fantasy. Lynette Noni wykreowała gro wyjątkowych postaci. Czym ta wyjątkowość się przejawia, nie zdradzę, bo odkrycie tego to moment zwrotny książki. Jest to interesująca i niebezpieczna wizja, ale mi się bardzo podoba. Mam jednak wrażenie, że autorka nie do końca przemyślała ją i to jak powinna ona „działać”. Widzę tu kilka luk, kilka kwestii, które zostały potraktowane zbyt swobodnie i nie integrują mi się z zaproponowanym pomysłem.

Muszę wspomnieć również o pewnych cechach główniej bohaterki, bo sprawiają one, że „Szept” można odebrać jako książkę młodzieżową. Jane ma około 18 lat – tak, wiem, nie świadczy to jeszcze o niedojrzałości, jednak ma ona w sobie pewną naiwność w formułowaniu myśli. Z jednej strony mówi: „(…) mam dość rozsądku, by im nie wierzyć”[2], ale ja mam wątpliwości, czy nie za szybko obdarza zaufaniem bądź jego brakiem poszczególne osoby. Nie wiem jakimi przesłankami, poza własnym „widzimisię” się kieruje. Jest to o tyle ważne, że na prawdzie/nieprawdzie bazuje fabuła książki oraz budowanie napięcia i, niestety, pewna frywolność z jaką autorka potraktowała ten element, nie sprzyja pozytywnemu wrażeniu.

„Nie martw się Jane. Ani się obejrzysz, a poczujesz się znów istotą ludzką. Wtedy wszystko to wyda ci się czymś normalnym, tak jak powinno.”[3] pociesza ktoś główną bohaterkę. Czytając „Szept” krok po kroku odkrywamy tajemnice dziewczyny i zastanawiamy się, czy uda jej się odnaleźć w sobie ludzki pierwiastek i jest to całkiem przyjemna, choć nie idealna lektura. Lynette Noni zręcznie zdradza sekrety wykreowanego świata, dbając, aby czytelnik był regularnie zaskakiwany – to gwarantuje dobrą zabawę. Mogłaby jednak jego właściwości lepiej przemyśleć. „Szept” to pierwszy tom cyklu, więc pewnych założeń już nie wymażemy i będą uwierać do samego końca.

[1] Lynette Noni, „Szept”, przeł. Janusz Maćczak, wyd. Uroboros, Warszawa 2021,loc. 738.
[2] Loc. 3757.
[3] Loc. 1427-1428.

"Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl"
"Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora" Stanisław Szwast

"Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora" Stanisław Szwast

„Dziś prawdziwych Wikingów już nie ma...” podśpiewywałam sobie sięgając po powieść „Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora” – i od razu sprostuję śmieszkowe skojarzenia, nie jest to książka o brodaczach na technoparty. A może jednak są? Może potomkowie tych dzielnych wojowników dalej sieją postrach?

Stanisław Szwast zaprasza nas do świata, gdzie chrześcijaństwo upadło już w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Inni bogowie mieli okazję zawładnąć umysłami ludzi i odbierać od nich hołdy. Tu się chyba w tym temacie zatrzymam, bo nie jest książka ani w typie historia alternatywna, ani o potyczkach bóstw. Króluje tu akcja, a rozgrywa się ona w futurystycznym klimacie chociaż przebijają się w nim nordyckie i słowiańskie wierzenia.

Główny bohater ma na imię Świrad. Jest studentem i to wybijającym się pod względem wiedzy na tle kolegów. Szybko orientujemy się, że nie jest on taki zwykły. Poznajemy jego, niezgodne z obowiązującym prawem, fascynacje. Pojawiają się osoby, które interesują się jego osobą i dostaje on propozycję (tzw. nie do odrzucenia) podjęcia się intratnej misji.

Autor oferuje czytelnikom wartką akcję – nie wiem, czy nie aż za bardzo, bo chyba ucierpiało na niej odrobinę uniwersum książki (albo ja zmieniam się w malkontenta). Pole do popisu Stanisław Szwast miał duże, bo postawił na świat, gdzie bioinżynieria osiągnęła wysokie stadium rozwoju. Wyobraźcie sobie jakie daje to możliwości bohaterom, ale też zastanówcie się, jakie zagrożenia niesie taki postęp technologiczny.

W takim razie, na co narzekam? Moje wyobrażenie Wikinga, jako postaci, jest tak konkretne, że nie mogłam przekonać się do wizji autora. To musi być muskularny, zarośnięty facet z toporkiem. Ja mam problem nawet z hollywoodzkim obrazem Thora – Chris Hemsworth daje radę w tej roli, ale jakiś taki za ładny ma ten uśmieszek. W powieści „Technowiking” wychodzi mi jakiś silny i inteligentny, ale blady chudzielec. Do tego te wszystkie ulepszenia nie składają mi się na krew, pot i łzy, a potem biesiadowanie ze świniakiem i pucharami wina. Niestety, Stanisław Szwast nie przełamał mojego konserwatyzmu.

Mnie autor nie przekonał, ale wszystkich, którzy szukają biopunkowych powieści akcji zachęcam do zainteresowania się tą książką. „Jedna jaskółka wiosny nie czyni”, jedna średnio zadowolona czytelniczka nie oznacza, że powieść jest zła. Na pewno przydałoby się bardziej rozbudować, dopieścić jej świat. Jednak jeżeli zależy wam głównie na tempie i przygodach to tu je znajdziecie.

"Fryderyk Chopin i jego świat" Eliza Piotrowska

"Fryderyk Chopin i jego świat" Eliza Piotrowska

Swego czasu szukałam publikacji dla dzieci o Chopinie (cała historia TUTAJ). Coś wpadło mi w oko i, co prawda, nie okazała się to odpowiednia książka do czytania z przedszkolakiem, ale wartościowa, więc postanowiłam wam o niej opowiedzieć. Może rodzice starszych dzieci, nauczyciele lub bibliotekarze będą mieli chęci po nią sięgnąć.

„Fryderyk Chopin i jego świat” jest połączeniem biografii słynnego kompozytora oraz przewodnika. Wędrujemy po ważnych dla muzyka miejscach i podczas tego spaceru odkrywamy jego życie. Rozpoczynamy wycieczkę w Żelazowej Woli, gdzie Frycek przyszedł na świat. Przemierzamy zakątki stolicy, a nawet jedziemy do Francji. Autorka publikacji, Eliza Piotrowska, nie omieszkała również wspomnieć o muzeum Fryderyka Chopina oraz konkursach i festiwalach mu dedykowanych.

Muszę przyznać, że jest to konkretnie napisana książka, oparta na oryginalnej koncepcji. Notki do poszczególnych miejsc i etapów życia pianisty są krótkie, tak aby przekazać młodemu czytelnikowi najważniejsze fakty. Znajdziemy w nich angażujące luki w tekście np. było to w tym i tym roku, ile Fryderyk miał wtedy lat?. Znajdziemy również gro ciekawostek na temat opisywanych miejsc. Wszystko zostało ozdobione ciepłymi, prostymi ilustracjami, które nadają książce przyjazny wygląd.

„Fryderyk Chopin i jego świat” to publikacja, którą można śmiało podsunąć dzieciom w wieku szkolnym. Być może będzie potrzebne krótkie wprowadzenie na temat rozbiorów Polski, bo ówczesna sytuacja polityczna odgrywa w biografii tej postaci ogromną rolę, a sama książka przedstawia ja bardzo ogólnie. Mam też świadomość, że Chopin to nie jest temat, który szczególnie ciekawi dzieci (chociaż, kto wie), jednak ja jestem zdania, że zadaniem dorosłych jest pokazywanie, że równe dziedziny wiedzy są fajne. Mamy do dyspozycji tyle materiałów, że aż żal z nich nie korzystać. I tak w odniesieniu do tej publikacji – może część z was może pozwolić sobie na weekend w Warszawie i organizację wycieczki chopinowskim szlakiem? Tutaj jest gotowy plan.

Ja mam przedszkolaka na stanie, więc książka wędruje na półeczkę, ale czuję, że za jakiś czas do niej wrócimy. Na pewno przyda się w przedstawianiu córeczce słynnych Polaków.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger