"Dziecięcy kram" Daniel Radziejewski

"Dziecięcy kram" Daniel Radziejewski

„Zapamiętaj, że kobiet nigdy się nie krzywdzi, nie bije, nie okrada. (…) A jeśli któraś potrzebuje pomocy, należy ją jak najszybciej wesprzeć.”* Alonso Bastos, jeden z bohaterów powieści „Dziecięcy kram”, sprawia wrażenie dżentelmena. Czy kiedy na jego drodze stanie dama w potrzebie popędzi, niczym rycerz na białym koniu, na ratunek? Czy okaże się tak wyczekiwanym wybawieniem dla Klary i jej synka? A może ta znajomość przysporzy dziewczynie więcej zmartwień?

Daniel Radziejewski osadził akcję książki „Dziecięcy kram” w Brazylii. Klara Silva zostaje w tajemniczych okolicznościach osierocona. Dziewczyna wychowuje się w domu dziecka, a kiedy dorasta musi sama radzić sobie na ulicach São Paulo. Odpowiada nie tylko za siebie, ale również za Victora, swojego syna. Szukając kolejnych miejsc pracy i bezpiecznego noclegu nie przestaje zastanawiać się, co się wydarzyło przed laty i dlaczego jej ojciec zniknął bez słowa.

Co mogę Wam powiedzieć o tej powieści? Jest to thriller, a właściwie koncertowo popsuty thriller. Książka zaczyna się naprawdę nieźle. Bohaterką jest młoda kobieta zamierzająca odkryć przeszłości swojej rodziny, a grozy tej historii mają dodać duchy, które jej się ukazują. Asia myśli sobie „To będzie coś!”. Więc co się stało?

Czytelnicy, którzy nie polubili się z „Dziecięcym kramem” wskazują na prosty język i słabo odmalowaną Brazylię. Przyznaję, że nie ma w tych kwestiach szału, ale ja wiem, że zignorowałabym je, gdyby powieść mnie wciągnęła.

Pierwszą rzeczą, która zaczęła mnie drażnić, to jak autor pozbawił książkę wszelkiego napięcia. Kiedy Klara trafia do sklepu zwanego Dziecięcym kramem, zaczyna mieć pewne podejrzenia wobec swojego pracodawcy. Szuka wytłumaczeń dla sytuacji, które ja niepokoją. Cały problem w tym, że czytelnik to rozwiązanie zna. Dlaczego mam odkrywać coś, co w pierwszych rozdziałach zostało mi podane na tacy? Czym mam się ekscytować?

Problem numer dwa – i przy okazji ogromny wnerw na osobę, która pisała blurb na okładkę. „Zbieg okoliczności sprawia, że kobieta trafia do sklepu z odzieżą i zabawkami (…) i odkrywa kolejne ślady, które mogą mieć związek z zagadkowymi wydarzeniami sprzed lat.”** Serio? Bo ja mam wrażenie, że ktoś mi tu trochę kłamie. Tak naprawdę Danek Radziejewski opowiada dwie historie – jedna o tym co spotkało Klarę ze strony Alonsa Bastosa, druga nawiązuje do przeszłości. Powiecie, że wielowątkowa powieść to nic złego. Tylko te wątki trzeba sensownie powiązać i w miarę równo je prowadzić. Ja miałam wrażenie, że autor skupił się tylko na jednym z nich, a na końcu przypomniał sobie, że wypada jeszcze kilka rzeczy wyjaśnić, więc dopisał potrzeby rozdział. Proszę wybaczyć Panie Danielu, ale, dla mnie, świadczy to o słabym warsztacie. Super, że ma Pan tyle pomysłów, jednak czasem łatwiej zapanować nad prostszą historią.

Kiedy skończyłam lekturę „Dziecięcego kramu” powiedziałam do męża: „Dobrze, że ty nie lubisz czytać, bo jakbyś trafił na tę książkę, to byś się wkurzył”. Wiadomo, że trafia się na lepsze i gorsze publikacje, jednak ja czuję się zarówno rozczarowana jak i oszukana. Wiele pozytywnych opinii na Instagramie oraz obiecujący początek sprawiły, że byłam pozytywnie nastawiona wobec tej powieści. Niestety sposób przedstawiania fabuły przez Daniela Radziejewskiego był niczym kubeł zimnej wody. Wisienką na torcie okazał się opis wydawcy, który próbuje mi wmówić, że odkrywam jakąś niezwykle dramatyczną zagadkę z przeszłości główniej bohaterki, a ja, z każdą stroną, przekonuję się, że chyba nie o tym czytam.

Wiecie, co powiedział mój mąż, jak już wysłuchał mojej tyrady żalów: „Jak nie masz siły pisać o tej książce narysuj rebus: „JA π”. Nie dzielcie się rozwiązaniem w komentarzach, bo nieładnie przeklinać.

* Daniel Radziejewski, „Dziecięcy kram” wyd. Novae Res, Gdynia 2021, s. 31.

** Tamże, okładka.

"Akademia malucha. Elementarz z ćwiczeniami" Książka z zadaniami dla 2latka

"Akademia malucha. Elementarz z ćwiczeniami" Książka z zadaniami dla 2latka

Nauka i zabawa to idealne połączenie. Wielu rodziców wspomaga się różnymi książeczkami, bo otrzymują w nich już gotowe zadania i zabawy, a często ich rozwiązywanie nie wymaga od nich samych wiele energii. Chciałabym pokazać Wam jedną z takich książeczek, dedykowaną najmłodszym, bo już dwulatkom - „Akademia malucha. Elementarz z ćwiczeniami”.

Na pierwszej stronie poznajemy Zosię i Julka, którzy właśnie skończyli 2 lata. Razem z nimi omawiamy plan dnia, a następnie poznajemy kolejne pory roku – grabimy liście, jeździmy na rowerze, spotykamy Mikołaja itp. Zdania bardzo fajnie nawiązują do tego co się dzieje i co się robi przy różnej pogodzie np. musimy znaleźć truskawkowe lody, zastanowić się jakie buty ubierzemy na rajd po kałużach, znaleźć parę dla płatka śniegu, przykleić naklejki z jabłuszkami na drzewko. Zadania koncentrują się na spostrzegawczości i zachęcają do szczegółowej obserwacji świata, podsycają naturalna ciekawość malucha. Jest też okazja poćwiczyć paluszki kolorując lub dorysowując proste elementy np. wąsy kotkowi.

Trochę zaskoczyło mnie, że wydawca po spędzeniu roku z Zosią i Julkiem dołożył jeszcze kilka stron zadań już nie związanych z tematem przewodnim. Wygląda to trochę, jakby chciał dołożyć kilka stron, żeby publikacja była grubsza. Niby okej, bo gwarantuje to dłuższą zabawę, ale moja córka zauważyła, że zostały dodane na siłę i wykazała wobec nich mniejszy entuzjazm. Historyka o dzieciach, w której pośrednio brała udział była znacznie bardziej angażująca.


Być może kogoś poniosło dodając słowo „elementarz” w podtytule – z definicji to książka do nauki czytania i pisania, a chyba nikt nie oczekuje po ledwo trzymającym ołówek dwulatku, że zacznie skrobać literki – jednak sam zbiór zadań jest bardzo fajny. Został ładnie i kolorowo opracowany, a charter łamigłówek został idealnie dobrany do sugerowanego wieku 2 lat. Dziecko zadowolone, więc matka tym bardziej.

"Mag" John Fowles

"Mag" John Fowles

Szkoła mieszcząca się na małej grackiej wyspie – tam rozpoczyna pracę bohater powieści „Mag” Nicholas Urfe. Pewnie przychodzą Wam na myśl sielskie i anielskie skojarzenia – szum morza, spokój, żyć nie umierać. Jednak młody anglik tak tego nie odbiera. Odosobnienie daje mu się we znaki. Szukając rozrywki zaprzyjaźnia się z bogatym Maurice Conchisem. Tajemniczy mężczyzna wciąga Nicholasa w osobliwą grę, w której granice snu i jawy zacierają się.

W przedmowie do powieści John Fowles wymienia książki, którymi się inspirował. Pojawia się m.in. nazwisko Dickensa, chociaż jak autor sam wspomina, jest to niezamierzone, a podobieństwo zauważył dopiero kiedy wytknęli mu je czytelnicy. Dzieło, do którego pisarz nieświadomie nawiązał to „Wielkie nadzieje”– i faktycznie mamy tu tajemniczą posiadłość, bogatego mentora. Jednak ja widzę tego Dickensa głowinie w stylu powieści. Akcja ma co prawda miejsce w czasach powojennych (lata 50. XX wieku, jeżeli dobrze pamiętam), jednak w sposobie narracji i prowadzenia dialogów jest coś XIX-wiecznego. Szczególnie rozmowy pełne są zawoalowanych aluzji, „angielskiego” dystansu, etykiety itp. - mam nadzieję, że rozumiecie, co mam na myśli.

Co do fabuły to nie napiszę więcej ponad to co już przedstawiłam. W „Magu” najciekawszy jest styl i język. John Fowles to niewątpliwie niezwykle elokwentny twórca i to bogactwo słownictwa jest w powieści widoczne. Jest ona napisana w piękny, momentami poetycki sposób. Przede wszystkim są to cudowne opisy Grecji . Nie ma ich dużo, bo w książce przeważają dialogi i monologi, a jednak grzeje nas słonko i owiewa nadmorski wiatr (mi szczególnie zapachniało lokalne jedzonko). Do tego należy dołożyć bogate odniesienia do kultury i sztuki oraz gro metafor, dwuznaczności i szczyptę mistycyzmu. O dziwo ta mieszanka, jest niezwykle zjadliwa. Możemy nie polubić bohaterów, możemy narzekać, że tempo jest za wolne, a powieść za długa, jednak jej styl ma w sobie coś hipnotyzującego, coś co sprawia, że po prostu dobrze się ją czyta.

Z książkami okrzykniętymi arcydziełami mam taki problem, że często ich – potocznie mówiąc – nie ogarniam. W przypadku „Maga” - o dziwo – byłam całkiem zadowolona z lektury. Książkę czytało się sprawnie, historia mnie wciągnęła (okej, może było kilka dłużyzn, ale je przetrwałam), a zawarte w niej metafory byłam w stanie zinterpretować. Co prawda nie trafi ona na moją prywatną listę arcydzieł, ale będę ją polecać, szczególnie miłośnikom pięknie napisanych powieści i... Grecji.


"Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl".

"Wszystkie barwy marzeń" Natascha Lusenti

"Wszystkie barwy marzeń" Natascha Lusenti

Jaki jest wasz ulubiony kolor? Dlaczego właśnie ten? Może macie związane z nim miłe wspomnienia, albo pozytywnie was nastraja? Czy jest go dużo w waszym otoczeniu? Dla Emilii, bohaterki powieści „Wszystkie barwy marzeń”, kolory są niezwykle ważne. Nie, nie jest malarką, ale wyjątkowo wrażliwą osobą, która postrzega emocje w przeróżnych barwach.

Emila jest w dość trudnym momencie życia – traci pracę. Rękę wyciąga do niej koleżanka, która wyjeżdża z kraju i udostępni jej mieszkanie. Bohaterka wprowadza się do kamienicy pełnej zamkniętych drzwi. Samotność powoduje, że w pośredni sposób – za pomocą historii wywieszanych na tablicy ogłoszeń – nieśmiało szuka kontaktu z ludźmi. Opisuje swoje uczucia, doświadczenia, przemyślenia. Nie wszyscy mieszkańcy są temu przychylni, ale znajdują się tacy, którzy z niecierpliwością oczekują kolejnej próbki twórczości tajemniczej pisarki. Kamienica się budzi i przenika ją cała gama barwnych emocji.

Dawno nie spotkałam tak niezwykłej bohaterki. Sama nie określiłaby siebie jako barwną. Jest wyjątkowo nieśmiała, a swoje oblicze chowa za przydługą grzywką. Chce stać się niewidzialna. Obawia się nawet marzyć, aby nie dodało to jej koloru. W najśmielszych snach nie przypuszcza, że uszczęśliwi grupę ludzi. Jak tego dokona? Swoją wyjątkową wrażliwością.

Zastanawiam się, ile siebie Natascha Lusenti włożyła w postać Emilii. Dlaczego? Ktoś szary, przyziemny nie mógłby napisać tak niezwykłej powieści jaką są „Wszystkie barwy marzeń”. A jak jeszcze dowiedziałam się, że to debiut to... fiu, fiu. Ogólnie możemy zakwalifikować tę książkę do literatury obyczajowej, ale wyższych lotów. Mam wrażenie, że nie chodzi tu o konkretne historie, raczej mają one posłużyć do odmalowania tytułowych barw marzeń. Pragnień, które zatraciliśmy w prozie życia lub zgubiliśmy w fali porażek. Ta książka ma pomóc nam je wyzwolić. Proponuje przyjrzeć się otoczeniu, bo czasami w nim drzemie siła, która jest nam potrzebna.

No dobrze, czas na ostatnie pytanie. Jaki kolor mają wasze marzenia? Mnie ostatnio otacza róż i „(…) różowa spódnica z tiulu, zawieszona wyżej niż inne ubrania, bo została stworzona do marzeń.”* Może to wszystko wydaje się wam dziwne, ale w połączeniu z powieścią „Wszystkie barwy marzeń” ma sens. Mówi wam to osoba, która twardo stąpa po ziemi, a jednak zauroczyła się tęczą, którą Natascha Lusenti wydobyła z codziennej szarości.

* Natascha Lusenti, "Wszystkie barwy marzeń", przeł. Monika Woźniak, wyd. Literackie, Kraków 2021, s. 82.

"Bylejaczek" Jerzy Ficowski

"Bylejaczek" Jerzy Ficowski

Moja mama mawia: „Jak coś robisz, to rób to porządnie”. Pewnie wiele osób pokiwa z uznaniem głową. Uderzmy się jednak w pierś i niech każdy odpowie zgodnie ze swoim sumieniem, czy nie zachowuje się czasami jak ten Bylejaczek z wiersza Jerzego Ficowskiego i nie odstawia prowizorki, aby jak najszybciej mieć zadanie z głowy.

Bylejaczek to ekstremalny przykład niedbalstwa. W jego zeszycie są kleksy zamiast liter, a włosy dawno nie widziały szczotki i mydła. Chłopcu zamarzy się zostać królem zwierząt. Przecież las to igły patyki, piach, kurz – idealne środowisko dla brudasa. Jakie jest jego zdziwienie, kiedy okazuje się, że zwierzęta uwielbiają porządek. Czyste norki, misternie uplecione gniazda – w lesie nie ma miejsca na bałagan. Czy Bylejaczek wyciągnie wnioski z tej lekcji? 

Moje pierwsze wrażenia na temat wiersza Jerzego Ficowskiego to, że ma doskonały rytm. Przerobiłam z córką trochę tzw. polskiej klasyki dla dzieci (Brzechwa, Tuwim itp.). Część utworów już znałam i miałam pewnie wyobrażenia, jak należy je intonować. „Bylejaczek” to dla mnie nowość – chociaż był publikowany na łamach „Świerszczyka” w 1958 roku – dlatego ogromnie się zdziwiłam, że już pierwsze czytanie odbyło się bez zająknięć. Ten wiersz ma tak wspaniale napisany, że płynie się przez niego, jak po rzece o delikatnym nurcie. Po prostu sam nas niesie.

Muszę wspomnieć, że jest to dość długi utwór składa się z 39 czterowersowych zwrotek, jeżeli się nie pomyliłam w liczeniu. Moja trzylatka wytrzymała do połowy, potem wyraźnie się niecierpliwiła. Jeżeli chcecie czytać go z mniejszymi dzieci, to warto podzielić go na części – tak zresztą był pierwotnie, w „Świerszczyku”, publikowany.

Nasz egzemplarz jest bogato ilustrowany przez Gabrielę Gorączko. I do strony wizualnej nie mam zastrzeżeń. W tekście ważny jest leśny klimat, ale nie ma on zdominować tematu porządku oraz nieporządku, i udało się to podkreślić. Córce również rysunki się podobają. Są zwierzątka i umorusany chłopiec, a ona chętnie komentuje np. pyta się, gdzie zgubił buty.

Przyznam szczerze, że nazwisko Ficowski nie było mi wcześniej znane, ale czytając biogram autora dowiedziałam się, że napisał wiele wierszy dla dzieci. Jestem zachwycona, że znalazły się osoby, które po nie sięgają i chcą je wydawać, bo wnioskując po tym – skądinąd dość długim – utworze to kawał świetnej literatury dla najmłodszych.

 „Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników” Leonardo Vittorio Arena

„Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników” Leonardo Vittorio Arena

Samuraje to jeden z symboli Japonii. Za sprawą popkultury ich wizerunek został rozprzestrzeniony na całym świecie. Myślę, że każdy z nas ma jakieś wyobrażenie tego dalekowschodniego wojownika. A jak to z nimi było naprawdę? Skąd w ogóle się wzięli? Jak wpłynęli na historię Kraju Kwitnącej Wiśni? Jakimi wartościami się kierowali? Leonardo Vittorio Arena w publikacji „Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników” obszernie prezentuje genezę i dzieje tej grupy. Zastanawia się również, czy i jak wpłynęli na współczesne społeczeństwo japońskie.

Mydlę, że o zawartości nie będę się rozpisywać – tytuł mówi wystarczająco wiele – opowiem natomiast o stylu książki, bo jest on bardzo ciekawy. Kolejne rozdziały przeprowadzają nas przez historię Japonii skupiając się na stanie samurajów. Leonardo Vittorio Arena relacjonuje ją językiem pomiędzy wykładem a baśnią. Książka naładowana jest faktami, postaciami, pojęcia, a jednocześnie pasmem intryg i knowań. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie, że hollywoodzcy twórcy chętnie sięgnęli po motyw samuraja. Egzotyczne tło Kraju Kwitnącej Wiśni, odważni wojownicy i fabuła przesiąknięta skomplikowanymi gierkami – to musiał być sukces.

Moje ogólne wrażenia są pozytywne. Początkowo miałam drobne problemy z wciągnięciem się czytanie, bo dostałam „na twarz” masę faktów (a jednak Japonia to całkiem inna bajka niż historia Europy), ale jest słowniczek, a styl autora jest na tyle przyjemny, że szybko udało mi się odnaleźć w tej publikacji.

Podsumowując, „Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników” to godna uwaga publikacja zarówno dla pasjonatów azjatyckiej kultury, jak i dla tych, którzy chcieliby zweryfikować swoje wyobrażenia o tej grupie. Leonardo Vittorio Arena napisał bardzo przystępną książkę, którą czyta się niczym wciągającą powieść.


Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa RM

„Sztuka mówienia NIE. Broń swoich racji, odzyskaj kontrolę i czas, odmawiaj bez poczucia winy” Damon Zahariades

„Sztuka mówienia NIE. Broń swoich racji, odzyskaj kontrolę i czas, odmawiaj bez poczucia winy” Damon Zahariades

„Większość ludzi dorasta w przekonaniu, że odmawianie jest aktem egoizmu. Uważa się je za niegrzeczne.”* To jedna z przyczyn, dlaczego tak trudno się odmawia. Od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, żeby być mili i pomocni. W efekcie słowo „nie” może powodować wyrzuty sumienia, nawet wtedy kiedy nie jesteśmy w stanie pomóc. Damon Zahariades w publikacji „Sztuka mówienia NIE. Broń swoich racji, odzyskaj kontrolę i czas, odmawiaj bez poczucia winy” uczy asertywności, która wcale nie jest aktem egoizmu.

Zacznę od kompozycji tego poradnika, bo jest ona bardzo fajna i intuicyjna. Na początku autor omawia przyczyny, dlaczego tak trudno się odmawia. Potem prezentuje konkretne strategie, jak skutecznie mówić „nie”. Ostatnia część to odmowa w relacji z konkretnymi osobami – dzieckiem, przyjaciółmi, klientami, szefem itp. Następnie następuje podsumowanie i bonus. Do wydania, które posiadam [Sensus, 2021] dodano poradnik pt. „Podkręć swoją produktywność” o skutecznym działaniu i zarządzaniu czasem.

Obserwując siebie zauważyłam, że z wiekiem u mnie z asertywnością coraz lepiej. Jestem takim typem człowieka, który z każdego doświadczenia stara się wyciągnąć jakieś wnioski i wdrażać drobne zmiany. „Sztuka mówienia NIE” jest niezłym przewodnikiem, w jaki sposób swoje postępowanie zreformować. Prezentowane strategie są dość ogólne, więc można je łatwo wdrożyć niezależnie od tego, czym się na co dzień zajmujemy. Przy tym opisane na tyle jasno, że nie miałam problemów z wyobrażeniem sobie i odegraniem konkretnych scenek z ich wykorzystaniem. Dodatek o produktywności też mnie zainteresował. Zarządzanie czasem nie jest łatwe. Szybko ulegam pokusom odłożenia obowiązków na później, więc małe potrząśnięcie i garść wskazówek mi nie zaszkodzi.

Damon Zahariades jest uciekinierem ze świata korporacji”**, ale „korpo” dalej słychać w jego sposobie formułowania myśli. Wydajność, produktywność, zasoby, priorytety – jest to taki rodzaj słownictwa, który mocno drażni moje ucho. Jednak muszę oddać sprawiedliwość, że taka coachingowa narracja – tak to nazwijmy – jest jasna i na tyle ogólna, że czytelnik nie ma problemu z jej zrozumieniem i dopasowaniem do swoich potrzeb.

Bardzo podoba mi się poradnik „Sztuka mówienia NIE”. Damon Zahariades konkretnie, bez lania wody przedstawia proste strategie nauki asertywności. Dla mnie najciekawsze są rozdziały o odmawianiu bliskim, bo to powoduje największy dyskomfort, ale warto go przeczytać od deski do deski.

* Damon Zahariades, „Sztuka mówienia NIE. Broń swoich racji, odzyskaj kontrolę i czas, odmawiaj bez poczucia winy”, przeł. Arkadiusz Romanek, Joanna Sugiero, wyd. Sensus, Gliwice 2021, s. 34.

** Tamże, s. 155.

"Matka po sleeve. Walka z otyłością" Anna Rumocka-Woźniakowska

"Matka po sleeve. Walka z otyłością" Anna Rumocka-Woźniakowska

Otyłość uznawana jest za jedna z chorób cywilizacyjnych. Siedzący tryb życia, tanie, łatwo dostępne, przetworzone jedzenie nie sprzyjają utrzymaniu zgrabnej sylwetki. Kiedyś w jakimś reportażu usłyszałam stwierdzenie, że zdrowe odżywianie to przywilej bogatych. Czy na pewno? Coraz bardziej zwiększa się świadomość przyczyn otyłości i sposobów walki z nią. Poza takimi oczywistymi sposobami, jak ruch czy zadbanie o zdrowe nawyki, na pomoc przychodzi medycyna. Jej gałąź, zwana bariatrią, podsuwa rozwiązania dla tych, którzy mimo starań nie mogą uporać się ze swoją wagą i w związku z nią cierpią na różne zdrowotne przypadłości.

Anna Rumocka-Woźniakowska w książce „Matka po sleeve. Walka z otyłością” opisała swoje doświadczenia. Od najmłodszych lat była „przy kości”. Z wiekiem waga wymknęła się spod kontroli i osiągnęła ponad 140 kilo. Odbiło się to oczywiście na zdrowiu. Nadciśnienie, zaburzenia owulacji i trudność z zajściem w ciążę to tylko czubek góry problemów, z jakimi zmagała się autorka książki. Zdecydowała się na rękawkowe zmniejszenie żołądka tzw. sleeve, które rozpoczęło jej metamorfozę.

Ja ogólnie jestem na tak, żeby ludzie opisywali swoje doświadczenia, niezależnie czy to choroba, rozwód, bankructwo itd. Jeżeli ktoś ma coś mądrego do powiedzenia nich się tym podzieli, może komuś pomoże. I bardzo dobrze, że zrobiła to Anna Rumocka-Woźniakowska, tylko mam wrażenie, że podeszła do zadania nazbyt spontanicznie.

Teoretycznie swoją historię opisuje chronologicznie – dzieciństwo, dorosłość, starania się o dziecko, ciąża, zabieg i jego efekty – jednak, szczególnie na początku książki jej opowieść jest nieco chaotyczna, np. kiedy opowiada o przygotowaniach do operacji wspomina o spotkaniu z rehabilitantką. Nagle z czasu przed zabiegiem wskakujemy w czas po nim i następuje wywód o tym jak ważna jest habilitacja i jak ona wygląda. Inny przykład – we wstępie autorka stwierdza: „Wcześniej uważano, że problem jest związany z objadaniem się, brakiem ruchu, częstymi zwolnieniami lalkarskimi, sklepikiem szkolnym, gdzie można było kupić słodycze, albo genami. Dopiero teraz (…) zauważono w końcu ludzi. I wreszcie zakwalifikowano OTYŁOŚĆ do chorób!”*. W takim razie chciałabym się dowiedzieć co tę chorobę powoduje, skoro wykluczyliśmy już gro przyczyn. W dalszej czyści książki Anna Rumocka-Woźniakowska przyznaje, że w jej rodzinie problem otyłości przechodzi z pokolenia na pokolenie, że – jako dorosła – miała niewiele ruchu, że próbowała diet, zmiany nawyków, ale nie udało jej się w tym wytrwać, że ważne jest dbanie o zdrowe odżywianie już najmłodszych.

Autorka powinna uporządkować myśli, zastanowić się o czym chce w kolejnych rozdziałach opowiedzieć i tego się trzymać. Taka spontaniczna paplanina powoduje bałagan, a nawet to, że sama sobie przeczy, co – mam nadzieję – pokazałam za pomocą przytoczonych przykładów.

Przy okazji tej publikacji chciałabym poruszyć jeszcze temat tolerancji. W żadnej mierze nie kwestionuję, że niektórym jej brak i że należy zaszczepiać ją już od najmłodszych lat. Mam jednak wrażenie, że to słowo jest często wypaczane, że są grupy osób, które podchodzą do niej roszczeniowo, a wręcz z braku tolerancji tworzą pretekst do agresji. Być może nie miałabym tylu przemyśleń na ten temat, ale niedawno skończyłam czytać esej „Międzyświatem a mną”, gdzie autor pisze o dyskryminacji czarnych w Ameryce. Białych przedstawia jako bogaczy zamkniętych w swoich twierdzach. Jakby nie byli narażeni na akty gwałtu i przemocy. Bardzo mi się to nie spodobało.

Anna Rumocka-Woźniakowska w „Matka po sleeve” nie raz narzeka, że brak nam tolerancji wobec otyłych, że oceniamy po pozorach i nie współczujemy. A skąd bierze się brak tolerancji? Ja odpowiedziałbym z niewiedzy i stereotypów. Co więc zrobić, aby z nim walczyć? Edukować. Co zrobiła autorka w tym kierunku? Napisała książkę, powiecie. Oczywiście, tylko ja dodam książkę pełną roszczeń o tolerancję. Sąsiadka, która zapytała, czy pani Ania ma raka, bo tak nagle schudła – po co się wtrąca. Dziecko, które zapytało córki, dlaczego jej mama tak sapie – dobrze, że moja córka jej odpyskowała. Czy to jest postawa osoby, która apeluje o zrozumienie otoczenia. Zatrzymam się na moment przy tej sytuacji z dzieckiem. Może dobrze byłoby zaproponować, jak rozmawiać z dziećmi konkretnie o otyłości. Coś wam opowiem. Pewnego dnia, na spacerze córka komentowała co widzi: „O, tu rośnie bez. O, idzie kot. O, jaka duża Pani.” Czy ona powiedziała to złośliwie. Nie, stwierdziła fakt. Pani co prawda nie usłyszała tego komentarza, a dziecko nie drążyło tematu, ale jeśli by tak się zdarzyło.” Jak wybrnąć z takiej sytuacji? Jakich słów użyć żeby wytłumaczyć córce, dlaczego ta kobieta jest otyła? Takie wskazówki byłby ogromnie pomocne. Fantastycznie do zadania podszedł chociażby Arkadiusz Kasprzak, który w książce „Psoriasis Vulgarna” opisuje walkę z łuszczycą. On stara się zrozumieć skąd wynika niechęć do jego osoby, czego potencjalny rozmówca może się bać, a jego misją jest poszerzyć świadomość społeczną i obalić bariery strachu. U Anny Rumockiej-Woźniakowskiej nie czuję tej woli dialogu – oczywiście oceniam to przez pryzmat książki, którą napisała – a wielki żal do otoczenia, które nie akceptuje inności.

Pochwalam fakt chęci opisania przez autorkę swoich przeżyć. Zaburzenia odżywiania – zarówno otyłość jak i wychudzenie – to wielki problem i każda szczera relacja może nawet uratować czyjeś życie. Uważam jednak, że książka wymaga dopracowania zarówno przez autorkę, jak i zespół zajmujący się redakcją. Bałagan, błędy i, momentami, dość dziwny szyk zdania z orzeczeniem na końcu, który, podobno jest dopuszczalny, dla uzyskania ciekawego efektu literackiego – jak w staropolskiej księdze: „kanapkę z twarożkiem zjadła” – ale tutaj nie nie wiem, co miał na celu. Wymienione elementy nieco mnie irytowały, ale jak widzicie, rozpisałam się, jakbym opowiadała o opasłej antologii. Czasami tak jest, że pewne publikacje wywołują u czytelnika ogrom przemyśleń.

* Anna Rumocka-Woźniakowska,"Matka po sleeve. Walka z otyłością", Studio wydawnicze Milion, b.m., b.r., s. 10.

"Wszystkie kształty uczuć" Edyta Świętek

"Wszystkie kształty uczuć" Edyta Świętek

Miłość może wydawać się prostym uczuciem. Łatwo nam wymienić osoby, które darzymy sympatią i są dla nas ważne. Jednak czasami jest tak, że miłość namota w życiu. Towarzyszą jej wątpliwości, burzliwe przejścia, intrygi. Los, zamiast pięknie uplecionej nici, funduje nam zaplątany kłębek.

Klaudia – młoda, skromna dziewczyna po przejściach – rozpoczyna pracę w szkole pod Krakowem. Dobrze czuje się wśród mieszkańców wsi. Zaprzyjaźnia się z Dawidem – zdolnym, acz zakompleksionym z powodu swojego wyglądu, stolarzem. Patrząc na tę dwójkę możemy sobie zanuć słowa piosenki Marka Grechuty: „Czy to jest przyjaźń?, Czy to jest kochanie?”. Ich relacje niestety nie układają się w prosty sposób. Zazdrość, niepewność, nieśmiałość powodują, że zostaną wplątani w sieć intryg i nie do końca wsłuchają się w głos serca.

Edyta Świętek ma przysłowiowego nosa, do pisania książek obyczajowych. „Wszystkie kształty uczuć” ma wiele elementów, którymi taka powieść powinna się charakteryzować. Na pierwszym miejscu są tu emocje bohaterów. Każdy z nich jest dobrze i konsekwentnie wykreowany. Może nas wkurzać, że Klaudia jest mało pewna siebie, a Dawid zbyt wycofany, ale oni tacy są i autorka twardo trzyma się nakreślonych sylwetek. Dzięki temu zyskują na autentyczności, a może znajdą się czytelnicy, którzy zobaczą w nich cząstkę siebie.

No dobrze, powiecie, uczucia uczuciami, ale czy to nie jest nużące, gdzie jest akcja. Nie zabraknie i jej. Autorka co jakiś czas odsłania nam element przeszłości Klaudii lub któregoś z mieszkańców wsi czy funduje jakąś intrygą, aby fabuła nabrała rumieńców. Cała historia jest rozpisana na kilka lat, więc ma pole do popisu i – napiszę to po raz kolejny – jest wiarygodna. Mamy świadomość, że z upływem czasu ludzie się zmieniają, a skutki pewnych decyzji stają się widoczne. Nie mamy wrażenia, że coś jest opisane na siłę, tylko po to, żeby zatrzymać czytelnika przy książce.

Bardzo lubię takie obyczajówki, jak „Wszystkie kształty uczuć' – naturalne niewymuszone, ciekawe. Podoba mi się opowiedziana przez Edytę Świętek historia. Moja relacja z bohaterami układała się różnie. Szczególnie na początku książki ich emocje wydały mi się wyolbrzymione, ale autorka przekonała mnie, że oni tak właśnie czują, a ja zaakceptowałam ich takimi jakimi są. Powieść odkładam na półkę z poczuciem dobrze spędzonego, w jej towarzystwie, czasu.

Puzzle "Psi Patrol" 3+ [Ravensburger]

Puzzle "Psi Patrol" 3+ [Ravensburger]

Jesteśmy ogromnymi miłośnikami puzzli. Odliczałam dni, kiedy córka będzie wystarczająco duża, żeby je razem poukładać. Zebrała się nam już niewielka kolekcja i postanowiłam, że zaprezentuję Wam, co mamy ciekawego. Jako, że uwielbiamy Psi Patrol, nie mogło zabraknąć puzzli z tym motywem.

Jest to układanka 4 w 1 marki Revensburger. Na początek krótka uwaga dla producentów decydujących się wypuścić kilka wzorów w jednym opakowaniu. Ogólnie jestem na tak, bo zazwyczaj cena jest znaczenie korzystniejsza, a zabawa tak samo dobra, jak przy pojedynczym motywie. Warto jednak pomyśleć o sensownym oznaczeniu poszczególnych obrazków. Fajnie robi to np. firma Trefl nadrukowując z tyłu różne kształty (koła, gwiazdki itp.). W przypadku naszych puzzli takiego oznaczenia zabrakło. W teorii możemy kierować się różnicą w wielkości oraz różnymi kolorami ramek. W praktyce sortowanie było dość uciążliwe. Wyobraźcie sobie trzylatka, który dostał nowe puzzle i chce już, teraz je ułożyć. Siedzi i krzyczy: „Chcę tę!”. Pozornie proste zadanie zmienia się w paniczne poszukiwanie fragmentów układanki.

Co do obrazków, moim zdaniem są nieco monotonne – jednak muszę zaznaczyć, że to tylko moje spostrzeżenie, bo córce to nie przeszkadza. Producent mógłby wybrać bardziej zróżnicowane motywy. Każda układanka to grupa piesków tyle, że na innym tle, a jak się dobrze przyjrzycie, to zauważycie, że to są dokładnie te same postacie. Myślę, że wybór kadrów z bajki jest tak duży, że wydawca ma pole do popisu.

Puzzle oznaczono jako 3+ i moja trzylatka spokojnie sobie z nimi poradziła – po wcześniejszym posortowaniu przez mamę. Elementów nie ma wiele (12, 16, 20, 24), a obrazki są nie za duże, nie za małe (19x14 cm) – są większe niż kieszonkowe edycje i wyraźnie widać co się układa, ale na tyle niewielkie, ze łatwo zapakować je np. jako zabawki na wyjazd.

Na koniec szybkie podsumowanie. Najważniejszą cecha tych puzzli to, że przedstawiają bohaterów Psiego Patrolu. Do atutów dodam też rozmiar, dzięki któremu przechowywanie jest łatwiejsze i można układankę wszędzie zabrać. Drobne mankamenty to monotonny motyw oraz uciążliwe sortowanie.

Obrazki z ulubionej bajki to bezdyskusyjny plus. Jeżeli tutaj wstrzelicie się w gust dziecka, to zapewne nie zauważy innych wad. U nas tak było.

"Pobiegane z wiewiórkami" Aneta Staszewska

"Pobiegane z wiewiórkami" Aneta Staszewska

W baśniach spotykamy różne zwierzęta – znany jest kot w butach, wilk, który chce zjeść świnki, albo brzydka kaczuszka, która wyrosła na pięknego łabędzia. Rzadko się zdarza, że w bajkach ważne miejsce zajmują wiewiórki. Kiedyś nawet miałam znaleźć dla dzieciaków, które przychodziły na zajęcia do biblioteki coś o tych rudych maleństwach i to były żmudne poszukiwania. Teraz nie miałabym problemu. Wyjęłabym książkę Anety Staszewskiej pt. „Pobiegane z wiewiórkami”.

Jak na porządną baśń przystało znajdziemy w niej księżniczkę, złego doradcę i zamek, na który została rzucona klątwa. Gdzie w tym miejsce dla wiewiórek? Można powiedzieć, że one stały się ofiarami niecnych poczynań, a wraz z nimi ucierpiała natura.

„Pobiegane z wiewiórkami” to dość złożona historia. Zaczyna się, kiedy dziewięcioletnia Kinga wraz z rodzicami jedzie na półmaraton. Ma startować jej mama, a dziewczynka wraz z tatą czekają w parku, aż wyścig się skończy. Dziewczynka obserwuje wiewiórki. Nagle jedna z nich przemawia do niej ludzkim głosem. Zwierzątko zaczyna opowiadać niezwykłą historię. Poznajemy studenta, który musi odnaleźć ogrodnika, który to odczyni klątwę. Ów ogrodnik musi znaleźć wskazówki od żyjącej jakieś 140 lat temu księżniczki i, przy okazji, dowiaduje się co wydarzyło się w przeszłości. Zastanawia mnie dlaczego autorka nie przeszła od razu do sedna sprawy. W sumie wystarczyło sprowadzić ogrodnika do zamku i pozwolić mówić księżniczce, a opowieść byłaby kompletna – biegaczy i studenta można by wymazać.

Nieważne. Aneta Staszewska napisała tę książkę tak, nie inaczej, a najważniejsze jest to, że płynnie przechodzi między wątkami i czytelnik się nie pogubi. Do opowieści wprowadza nas dziewięciolatka, jednak myślę, że można ją poczytać już z młodszymi dzieciakami. Jest w niej przygoda, a bohaterowie wykazują się odwagą, ale opisane jest to z ogromnym ciepłem. Bardzo ważne są ekotreści, czyli pokazanie, że każdy elementy ekosystemu jest ważny dla jego rozwoju. Muszę powiedzieć, że zostały genialnie przedstawione. Rola wiewiórek w przyzamkowym ogrodzie świetnie obrazuje ten problem.

Co najbardziej podobało się mojej córce? Oczywiście księżniczka. U mnie w domu mieszka 100% damy i takie baśniowe postacie robią na niej wrażenie. I to jest chyba w tej książce najważniejsze, że w formie bajki przemyca treści związane z ochroną środowiska, bo kiedy mały czytelnik fascynuje się przygodami mieszkańców zamku to mimochodem dowiaduje się czegoś ważnego.

"Nerwy w las. Jak odnaleźć spokój i radość życia" Katarzyna Simonienko

"Nerwy w las. Jak odnaleźć spokój i radość życia" Katarzyna Simonienko

Kiedy zobaczyłam poradnik „Nerwy w las. Jak odnaleźć spokój i radość życia”, spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że Katarzyna Simonienko zaprosi mnie dosłownie do lasu. Kiedy zerknęłam w jej biogram, zrozumiałam. Jest ona psychiatrą, ale również przewodniczką Białowieskiego Parku Narodowego. Połączyła swoje dwie pasie, aby promować relaks, a nawet leczenie przez naturę.

Najważniejszą rzeczą, jaką musicie wiedzieć o tej publikacji jest to, że nie jest ona zbiorem technik relaksacyjnych. Znajdziemy tu kilka tzw. zaproszeń do leśnych aktywności, ale są one wtrącone jakby „przy okazji”, bo tego wymaga struktura tekstu.

O czym, w takim razie, jest ta książka? Katarzyna Simonienko próbuje otworzyć nam oczy i pokazać jakie „zoo” zbudowaliśmy sami dla siebie siebie. Jakimi klatkami są blokowiska, biurowe boksy czy centra handlowe. Pisze o niezdrowych i nienaturalnych warunkach, w jakich żyje „cywilizowany” człowiek. Nie umniejsza rozwoju nauki, ale przypomina o „naturalnym środowisku” człowieka.

„Nerwy w las” to nie długa (niecałe 250 stron), ale kompleksowa publikacja. Autorka rozpoczyna swój wywód od przyczyn i skutków odsunięcia się ludzi od natury, wykazuje jak wiele przez to tracimy. Dzieli się wiedzą z zakresu biologii i chemii, przestawiając jakie procesy zachodzą w naszych organizmach przebywających w miejskiej, jak i leśnej dżungli.

Następnie Katarzyna Simonienko zachęca nas do stopniowego zanurzania się w las, chłonięcia go wszystkimi zmysłami – nawet do pochodzenia na boso w miarę możliwości. Mówi o tym, co on nam oferuje. Przedstawia jego oblicza w różnych porach dnia i roku. Momentami możemy poczuć się błogo, jednak cały czas otrzymujemy materiał odparty wiedzą, przykładami, badaniami.

Nie ukrywam, że jestem typem „mieszczucha”. Co prawda nie mieszkam w ogromnej miejscowości – typu Warszawa, Gdańsk – ale zawsze wydawało mi się, że lubię miasto i dobrze się w nim czuję. Autorka publikacji „Nerwy w las” sprowokowała mnie, żebym się zastanowiła, w jakich okolicznościach jestem najbardziej wypoczęta. Czy w wolnej chwili nie uciekam na działkę zbierać poziomek, albo na jesienne grzybobranie? Sama książka jest, z jednej strony, dość oczywista i logiczna, ale z drugiej... Chyba jesteśmy zbyt wygodni – oczywiście nie wszyscy – i zabiegani, aby zdawać sobie sprawę z dobrodziejstw najprostszych przyjemności – jak na przykład spacer po lesie.

"Manik" Amo Jones

"Manik" Amo Jones

Kiedy słynny raper Manik wszedł w klubu, w którym pracowała Beat, kobieta nie przypuszczała nawet, że ta noc będzie początkiem słodkiego koszmaru. On, syn niebezpiecznego gangstera, jest brutalny i nieobliczalny. Od najmłodszych lat był szkolony na maszynę do zabijania. Czy zachował w sobie resztki uczuć. Czy poradzi sobie, kiedy miłość zapuka do jego serca? A może bezwzględnie zniszczy ją, jak postępuje ze swoimi wrogami.

Ona, wepchnięta w jego ramiona przez złośliwy los, utonęła w zimnych i pięknych oczach. Nie walczyła o atencję. Chciała tylko przetrwać.

„Manik” to książka typu dark romance. Stwierdzam, że jest to bardzo ciekawa odmiana powieści, oparta na kontraście, bo obok miłości pojawia się w niej mnóstwo brutalności. Zawsze wydawało mi się, że romantyczki gustują raczej w delikatnych historiach, a ta wręcz ocieka wulgarnością.

Jest to propozycja dla czytelniczek, które cenią ogień. Już od pierwszego spotkania czuć wyraźne capienie między bohaterami. Ba, między stronami aż przeskakują iskry. Człowiek czuje się jak przed letnią burzą – duszno, powietrze jest naelektryzowane i za chwilę huknie.

Zastanawiacie się pewnie czy „Manik” jest hot or not. Pikanteria, którą udało się wykrzesać autorce z tej historii, jest jej największym atutem. Sceny erotyczne są fantastycznie napisane. Nie wiem, w czym tkwi sekret, bo język, opisy itp. nie są szczególnie wyszukane, ale klimat jest tak gorący, że pewnie co niektórzy zapalą sobie przysłowiowego „papierosa po”, po ich przeczytaniu. Będę narzekać tylko dlaczego ich tak mało.

Co do fabuły raz jest lepiej raz gorzej. Autorka napisała kilka nieprzemyślanych fragmentów. Na przykład scena, kiedy Manikowi podrzucane są kolejne dziewczyny, żeby wyzwolić w nim przemoc przez seks. Mi się zawsze wydawało, że jest odwrotnie i po stosunku człowiek jest spokojniejszy. Parający się sztukami walki często mówią o tym, że trzeba nagromadzić testosteron, aby uwolnić maksimum agresji na macie. Widać bohater tej powieści Amo Jones ma odwrotnie.

Autorka mogłaby też nieco bardziej popracować nad bohaterami. On jeszcze ujdzie, jest kreowany na świra i jak świr zachowuje się wobec swojej lubej. Jednak ona jest tak przeraźliwie bierna, że aż dziw, że inny facet wcześniej nie wmówił jej, że się w nim zakochała. Wszyscy naokoło twierdzą, że Beat jest niezwykle seksowna, piękna itp., niestety ja tego nie czuję. To Manik napędza akcję i wnosi do niej cudowny erotyzm. Jego partnerka wyszła bezosobowo niczym dmuchana lala.

Na koniec jeszcze opowiem wam, dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę powieść. Jako Manikowska po mężu, na którego wołają Manik, nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Mieliśmy niezłą frajdę już czytając sam opis wydawcy. Czy jestem zadowolona z poświęconego czasu. Tak. Nie jest to książka z górnej półki, ale spełnia wymogi dark romance. Fabuła jest gorąca, niegrzeczna, mroczna, niebezpieczna. Autorka zaliczyła klika wpadek, ale nie zirytowały mnie, raczej były zabawne. Bilans na plus.

Książkę "Manik" znajdziecie w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl. Sprawdźcie też inne bestsellery. Jest w czym wybierać.


Copyright © Asia Czytasia , Blogger