"Dzieci starych bogów. Śmiech diabła" Agnieszka Miela

"Dzieci starych bogów. Śmiech diabła" Agnieszka Miela

 Są takie książki, które... no właśnie!?. Kompletnie ich nie rozumiemy, ale serducho mocno nam bije na ich wspomnienie. Właśnie skończyłam czytać powieść Agnieszki Mieli „Śmiech diabła” - pierwszą część cyklu „Dzieci Starych Bogów” - i kompletnie nie wiem co o niej myśleć. Jeżeli chodzi o fabułę, to w ogóle mnie nie wciągnęła. Jeżeli chodzi o klimat, pochłonął mnie niczym ruchome piaski.

Zazwyczaj w tym momencie krótko przedstawiam wam fabułę. Ekhem... Tylko co, kiedy litery pozostały literami i nie złożyły się w historię. Ok, jestem niesprawiedliwa coś tam wiem. Na początku powieści spotykamy zagubionego Bertrama. Dostał od ojca zadanie-misję, ale coś mu nie idzie. Zostaje odratowany z tarapatów i trafia do domu Wartów, gdzie się zadomawia. Ten dom jest naszym punktem wypadowym na wykreowany przez pisarkę świat, a zaczyna goreć w nim (świecie, nie domu) wojna domowa. Potyczka między wyznawcami starej i nowej wiary.

Pozwolę sobie tak bardzo ogólnie napisać o fabule, bo była ona strasznie trudna do śledzenia. Autorka skupia się na postaciach i te, przyznaję, są bardzo dobrze wykreowane, jednak patrzenie na wydarzenia z ich perspektywy jest tak wąskie, że trudno mi było ogarnąć rozumem relacje panujące w ich otoczeniu. Nie pomaga w tym również epizodyczne prowadzenie akcji. Co mam na myśli? Agnieszka Miela raczy nas konkretnymi scenkami i często skacze w czasie. Było mi trudno odnaleźć się, brakowało mi wypełnia przerw między epizodami przez co po prostu traciłam wątek.

Za to klimat książki to jest cream de la creme. Uwielbiam fantasy z nutką dark, a Agnieszka Miela dodała do „Śmiechu diabła” jeszcze pewną baśniowość – wspaniała mieszanka. Opisy są mroczne i tak plastyczne, ze niemal czułam wiejący wiatr i słyszałam szum lasu. Do tego dochodzi pewna pierwotność opisywanego świata. To wszystko jest takie barbarzyńskie i baśniowe, że podczas lektury tej książki można dostać cudownej gęsiej skórki.

Wiecie z czym skojarzyła mi się ta powieść? Z talerzem przedszkolaka. Makaronik dobry, mięsko lubię, ale po wymieszaniu nie tknę tego dania. Wiem, że książka zbiera pochlebne opnie – inaczej bym po nią nie sięgnęła – ale dla mnie jest ona za słabo pomieszana. Co z tego, że klimat jest obłędny, skoro momentami nie wiedziałam o czym czytam? Co z tego, że kupiłam ulubiony makaron, skoro sosu dla mnie zabrakło? Nie smakuje mi. Niemniej polecam „Śmiech diabła” miłośnikom mrocznego fantasy. Może wasza koncentracja jest na wyższym poziome i wgryziecie się głębiej w historię opisaną przez Agnieszkę Mielę.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Słoń Birara" Antoni Ferdynand Ossendowski

"Słoń Birara" Antoni Ferdynand Ossendowski

Na hasło słoń pewnie wielu osobom przychodzi na myśl Afryka, ale są też inne miejsca na świecie, w których żyją te zwierzęta. Tytułowy słoń Birara z powieści Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego pochodzi z Indii. Niestety nie poobserwujemy go na wolności. Służy on ludziom pomagając w ciężkich pracach. Czy jest mu okazywany szacunek?

Poza słoniem mamy jeszcze jednego głównego bohatera. Jest to młody Amara, który po śmierci dziadka zostaje opiekunem słonia. Chłopiec szybko łapie kontakt ze zwierzęciem. Potrafi przekazywać mu polecenia i odczytywać jego nastroje. Rodzi się między nimi szczególna więź, która spokojnie można nazwać przyjaźnią.

Amara to fantastycznie wykreowany bohater, przy pomocy którego Antoni Ferdynand Ossendowski przekazuje czytelnikom ważne wartości. Chłopiec pochodzi z ubogiej rodziny, a w swoim postępowaniu kieruje się taktem i inteligencją. Dużo młodszy od innych poganiaczy słoni musi walczyć o szacunek i każdą rupię. Szybko znajduje sposoby jak ułatwić sobie i swojemu kompanowi pracę (spece z korporacji nazwali by to optymalizacja procesu), dzięki czemu udaje mu się więcej zarobić i awansuje u oczach sahibów (panów). Ci szybko orientują się, że Amara ma rękę do zwierząt. Kolejne wypadki zaprowadzają bohatera książki na dwór maharadży, gdzie niejednokrotnie będzie mógł wykazać się swoja inteligencją.

Jak możecie zważyć „Słoń Birara” to książka łącząca przygodę z przesłaniem. Autor pisze zarówno o szacunku do zwierząt – chociaż została pokazana też ciemna strona medalu m.in. naganianie słoni, czy tęsknota Birary za dżunglą (tak, jego uczucia też zostały opisane) – oraz uczciwej pracy zgodnej z własnymi wartościami i śmiałości w pokazywaniu nowych pomysłów.

Kiedy w zapowiedziach wydawnictwa Zysk i s-ka zobaczyłam tę powieść, nie zastanawiałam się długo czy chcę ją poznać. Nie wiem, czy młodzież sięga jeszcze po takie „starowiniki” (ta książka po raz pierwszy została wydana w latach 30. XX wieku), ja – wchodząc w nastoletni wiek – ubóstwiałam klasyczne powieści przygodowe. Pamiętam, że mój tata miał zaczytane egzemplarze książek Arkadego Fiedlera na półce i nie byłam w stanie się od nich oderwać. Dlatego z sentymentem sięgnęłam po „Słonia Birarę”. Ciekawe, czy Antoni Ferdynand Ossendowski i jego bohaterowie przekonają do siebie nowe pokolenia czytelników.

"Czaromarownik 2022"

"Czaromarownik 2022"

Jaki macie sposób na zapamiętanie obowiązków i ważnych spotkań? Ja chętnie korzystam z kalendarza. Adnotacje pod konkretnymi dniami pomagają mi nie zapomnieć co muszę zrobić, a szybkie przekartkowanie najbliższych dni pomaga mi w organizacji tygodnia. Tak się złożyło, że na 2022 rok jestem już przygotowana. W szufladzie czeka na zapełnienie „Czaromarownik 2022”. Dlaczego ten, a nie inny kalendarz? Liczę na to, ze zaczaruje zbliżający się rok, żeby był perfekcyjny.

Kiedy weźmiemy go w łapki, od razu rzuci nam się w oczy estetyczne wydanie: twarda oprawa, klimatyczna granatowa okładka kojarząca się z wróżbami, wyróżnione dni tygodnia i subtelne ozdobniki na wszystkich stronach, zakładka, którą możemy zaznaczać ważne miejsca. Wydany został w formacie A5, co jest moim zdaniem dobrym rozwiązaniem. Spokojnie zmieści się do większej torby, którą zabieramy do pracy i gwarantuje, że miejsc na zapiski będzie wystarczająco (przeznaczono pół strony na każdy dzień). Jedne co dołożyłabym to miejsce na notatki ogólne – symboliczne 4 strony wystarczą. Może się czepiam, bo można je umieścić gdziekolwiek, ale ja lubię porządek w zapiskach.

Wewnątrz, poza przestrzenią na notatki, znajdziemy gro ciekawostek z zakresu astrologii i magicznych rytuałów. Zakres zagadnień jest dość szeroki np. domowe olejki do ciała, medytacja, ochrona energetyczna domu, sposoby na dobrobyt itp. Oczywiście każdy znak zodiaku znajdzie tu horoskop na nadchodzący rok. Jak można się domyślić są to krótkie wpisy, które maja uatrakcyjnić kalendarz – i dobrze do zadanie spełniają.

„Czaromarownik” dobrze wpisuje się w obecną tendencję powrotu do natury i czerpania z ludowej mądrości. Coraz popularniejsze są produkty wykonywane samodzielnie, a i mam wrażenie, że coraz więcej ludzi pasjonuje się magią i wszelkiego rodzaju rytuałami. Wyraźnie widać to na przykładzie literatury popularnej. Kiedyś tzw. słowiańszczyzna była zarezerwowana dla fantastyki, teraz coraz częściej jej elementy pojawia się w powieściach obyczajowych. Co rusz wychodzą też poradniki o magicznej tematyce. Dlaczego nie dodać tego do kalendarza? Mogą być w nim przepisy na ciasto czy porady, jak dokładnie wyczyścić dywan, a równie dobrze nadadzą się rzeczy mniej przyziemne. Mi się to podoba i chętnie przy pomocy „Czaromarownika” zaplanuję 2022 rok.


Kalendarz "Czarmarownik 2022" znajdziecie na Taniaksiazka.pl. Zachęcam do zapoznania się z nowościami w ofercie księgarni. 

"Sekret czarownicy" Anna Klejzerowicz

"Sekret czarownicy" Anna Klejzerowicz

Czarownice są tajemnicze. Czy Anna Klejzerowicz zna ich sekrety? Na to wskazywałby tytuł jednej z jej książek („Sekret czarownicy”). Ci co poznali cykl o „Czarownicy” wiedzą, że słowo to zostało użyte przekornie. Jednak nazwa miejscowości, gdzie owe wiedzmy mieszkają jest podejrzana. Słowo uroki jasno kojarzy się z mocami nadprzyrodzonymi. Trudno uwierzyć, że przylgnęło do wioski na Kaszubach przypadkowo.

„Sekret czarownicy” to powieść z dwoma wątkami.

Pierwszy skupia się na postaci dobrze znanej czytelnikom cyklu, czyli Małgosi. Dziewczyna jest ambitna i ma wielkie plany, jednak ich realizacja, z powodu wielu problemów, jest odkładana w czasie. Małżeństwo wchodzi w tryb stagnacji, a rodzice i teściowa nie ustają w pytaniach, kiedy potomek. Dziewczynę coraz bardziej przytłacza proza życia. Chce działać, a nie tylko wegetować od dyżuru do dyżuru w klinice weterynaryjnej. Wtedy nadchodzi sensacja. Archeolodzy znajdują w okolicznym kościele kryptę. Prasa rozpisuje się o odkryciu, a Małgosia – zainteresowana lokalną historią – próbuje dowiedzieć się o nim jak najwięcej. W jej żuciu pojawia się nowy cel oraz atrakcyjny kierownik wykopalisk.

Tutaj przechodzimy do drugiego wątku. Kim jest tajemniczy nieboszczyk? Bohaterka odczuwa z nim dziwna więź. Zaczynają nawiedzać ją sny, w których występuje rycerz. Dziewczyna szuka regionalnych legend, aby poznać jego losy.

To już trzecia część cyklu o „Czarownicy” autorstwa Anny Klejzerowicz. Za każdym razem gody po niego sięgam zaskakuje mnie, jak inny charakter maja kolejne książki. Pierwsza („Czarownica”) to typowa powieść obyczajowa. Druga („Córka czarownicy”) została wzbogacona o wątek kryminalny. Teraz autorka dodała elementy historii regionu – swoja drogą, dopiero zorientowałam się, że akcja ma miejsce na Kaszubach. Czy wyszło to powieści na plus?

Dla mnie ciekawszy był wątek obyczajowy. To jak proza życia niszczy młodą dziewczynę. Byłam bardzo ciekawa, czy Małgosia wybierze nudną stabilizację, czy da się porwać fascynacji. Zazwyczaj w takich powieściach autorzy dają wypowiedzieć się wszystkim stronom – tutaj Małgosia, jej maż i przystojny znajomy – jednak mam wrażenie, że to nie jest w stylu Anny Klejzerowicz. Wydaje mi się, że ona w swoich książkach przemyca rzeczy, które ją samą fascynują. Dlatego stworzyła bohaterkę, która pasjonuje się historią. W tym miejscu wkracza drugi wątek, związany z odkryciem archeologicznym. Nie powiem, żeby mnie szczególnie porwał – chyba wolałabym go w formie odrębnej powieści – jednak płynnie wkomponowuje się on w treść książki. Rozmowy o postępach w pracach badawczych, szukanie wskazówek w lokalnej legendzie, dyskusje z pasjonatami i ekspertami, sny Małgosi – to wszystko jest elementem tej opowieści i łączy się z wątkiem obyczajowym.

Zauważyłam, że za każdym razem kiedy piszę o tym cyklu mam jakieś „ale”, jednak chętnie do niego wracam. Anna Klejzerowicz wplotła między litery jakąś magię, która sprawia, że napełnia mnie on spokojem i gwarantuje relaks przy książce. Do tego za jej pośrednictwem do domu wkrada się zapach lasu, łąki i sielska atmosfera. Czyżby autorka sama była czarownicą?

"Obietnica Tiaki. O niezwykłości Nowej Zelandii i wysp Pacyfiku" Tomasz Gorazdowski

"Obietnica Tiaki. O niezwykłości Nowej Zelandii i wysp Pacyfiku" Tomasz Gorazdowski

Opowiem wam dziś o książce, która zabiera czytelnika na koniec świata. Zapytacie się pewnie, gdzie to jest skoro Ziemia jest okrągła? Zapraszam was do zapoznania się z relacją Tomasza Gorazdowskiego o jego podróży po Nowej Zelandii oraz wyspach Pacyfiku. „Patrząc z perspektywy środka Europy, bardzo daleko. Patrząc z dowolnej perspektywy, bardzo egzotycznie i ciekawie.”*

Książek podróżniczych trochę mam za sobą, bo ja jestem typem wędrowniczka po papierze, więc mam do czego porównywać „Obietnicę Tiaki”. Rzuciły mi się dwie rzeczy, które są „inne”.

Autor chętnie oddaje głos tuziemcom. Spokojnie, większość pracy to jego relacja, ale są też fragmenty – wyraźnie wyróżnione – gdzie tzw. lokalsi opowiadają się o swoim życiu na wyspach. Dzięki temu książka nabiera pewnej „pierwotności”. Czujemy, że wychodzimy poza hotel, poza utarte szlaki i doświadczamy czegoś prawdziwego, a nie tylko spektaklu dla turystów.

Relacja Tomasza Gorazdowskiego ma miejscami charakter przewodnika. Podróżnik skupia się na miejscach, które warto odwiedzić, ale przemyca również takie informacje, jak gdzie zjeść lub przenocować, albo ile co kosztuje. Trudno mi ocenić, czy jest to walor czy minus tej publikacji. Mi te informacje tzw. praktycznie nie przeszkadzały. Płynnie wpasowały się w tekst, więc nie zaburzyły relacji, a to co mnie nie interesowało po prostu zignorowałam.

Wspomnieć jeszcze chciałam, że rozdziały są krótkie. Cały czas zastawiam się, czy autor mógł szerzej opisać odwiedzane miejsca, czy mógł bardziej oddać ich piękno. Fakt, że zwiedził ich sporo, więc istnieje niebezpieczeństwo, że książka by się niebezpiecznie rozrosła. A nie jest to wcale szybkie weekendowe czytadełko. Dostajemy tu prawie 400 strona, co prawda ze zdjeciami – i tu szybka uwaga: jeżeli są zamieszczane to proszę je podpisywać, żeby czytelnik wiedział co ogląda – ale jednak to tekst dominuje.

Obietnica Tiaki” to zobowiązanie do opieki nad Nową Zelandią.”** Myślę, że mieszkańcy innych państw oraz rządzący powinni składać podobne przyrzeczenia, aby chronić to co lokalne. A turyści? Jeżeli zadeptamy to co piękne, zabytkowe, egzotyczne to po prostu to stracimy. Wszyscy mamy interes, żeby dbać o miejsca, które odwiedzamy. Ciężko mi wyobrazić sobie, że moje podróże obiorą kierunek „końca świata”, chociaż kto wie – życie lubi zaskakiwać – a zwiedzanie w fotelu z książka na kolanach, też jest przyjemne.

* Tomasz Gorazdowski, „Obietnica Tiaki. O niezwykłości Nowej Zelandii i wysp Pacyfiku”, wyd. Bezdroża, Gliwice 2021, s. 7.

** Tamże, s. 384.

"Wierszyki plączące języki"

"Wierszyki plączące języki"

Rymowanki to dobry kompan dziecięcych zabaw. Czy to w domu, czy w szkole lub przedszkolu przewijają się dźwięczne wierszyki i łatwo wchodzą do głowy. Warto wykorzystać je w czymś pożyteczny np. w ćwiczeniu wyraźnej wymowy. Z materiałem do pracy spieszy nam wydawnictwo Dragon w publikacji „Wierszyki plączące języki”. Żeby je przeczytać, nie możemy się spieszyć, bo – jak zapowiada tytuł – język nam się poplącze.

W nasze ręce został oddany dość pokaźny zbiór rymowanek, bo aż 126 stron, na których znajdziemy – mam nadzieję, że nie pomyliłam się w liczeniu – 59 utworów. Są one różnej długości i stopnia trudności i w związku z tym moja uwaga. Mogłyby być według tego klucza posortowane. Generalnie w książce nie ma żadnych kategorii czy rozdziałów, co przy takiej ilości wierszy tworzy wrażenie bałaganu. Dlaczego zwróciłam uwagę na długość utworów? Wydawca sugeruje, że jest to publikacja dla czytelnika w wiek 3-7 lat. Duży rozrzut, prawda? Ja czytam te teksty z czterolatką i dużo łatwiej bawić się nam przy krótkiej rymowance niż takiej, która ciągnie się przez 3 strony. Być może ktoś jest w stanie zaproponować lepszy sposób posortowania zebranych rymowanek – ja bazuję tylko na własnych doświadczeniach – bo jakiś by się przydał.

Podoba mi się, jak autorzy wierszy nawiązują do polskiej klasyki dla dzieci. Znajdziemy tu Kaczkę nie-dziwaczkę, jest coś o krowie w kropki bordo i małej rybie co pokochała wieloryba. Mi się buzia cieszy, jak widzę, że one się nie starzeją. Poza tym tematyka jest szeroka: zwierzątka, ludzie, warzywa, postacie bajkowe itp. To może kilka przykładów: pszczółka niezadowolona ze swojego żywota, chory król, zakochany lew, muchomor, który martwi się, że nikt go nie zbiera, urzędnik robiący porządki, a nawet prąd, którego nie wolno dotykać i wiele innych. Tak naprawdę, zebranym utworom bardzo blisko do klasycznych rymowanek dla dzieci.

„Wierszyki plączące języki”, czyli książka pełna zabawnych rymowanek. Mają bawić, a przy okazji dbać o poprawną wymowę. Myślę, że warto zwrócić uwagę na tę publikację ze względu na jej objętość. Jak już wspominałam jest w czym wybierać. W zbiorze znajdziemy dużo wierszy, które różnią się zarówno długością, jak i tematami. Do tego zdobią go bardzo sympatyczne, kolorowe ilustracje dzięki temu książka jest bardzo atrakcyjna dla dziecka.


Książka "Wierszyki plączące języki" dostępna w księgarni internetowej Fabulo

"Zanim zobaczymy Neapol" Magdalena Kołosowska

"Zanim zobaczymy Neapol" Magdalena Kołosowska

Bohaterki cyklu Magdaleny Kołosowskiej „Pod wspólnym niebem” – Zosia, Danka i Irmina – to trzy bardzo fajne babki. Mieszkają w różnych zakątkach Polski, ale się przyjaźnią. W powieści „Kiedyś dogonimy Paryż” poznaliśmy Zosię i jej sercowe perypetie. Teraz na scenę wkracza Danusia i jej problemy, a wszystko opisane w powieści „Zanim zobaczymy Neapol”.

Danka jest idealnym zilustrowaniem powiedzenia „pieniądze szczęścia nie dają”. Mąż dobrze zarabia i regularnie wpłaca na konto środki potrzebne na prowadzenie domu, do tego bohaterka książki pracuje, więc ma i własne oszczędności. Para posiada duże i wygodne mieszkanie, a kiedy kobieta ma ochotę zmienić fryzurę, po prostu umawia się z najlepszym fryzjerem w mieście. Nie musi planować domowego budżetu, bo na wszystko ją stać. Czy może nazwać się osobą szczęśliwą? Trudno powiedzieć. Cieniem na jej życiu kładzie się przebyta choroba i niezbyt udane małżeństwo. Danusia wręcz przyzwyczaiła się do kolejnych romansów męża. Pomimo ewidentnej niewierności nie chce się z nim rozstać. Czy chodzi o materialną stabilizację, a może kobieta ma nadzieję na rozpalenie resztek tlącego się uczucia? Nawet nie spodziewa się, co jeszcze odwali jej ślubny. Cała armia kochanek to przy tym Pan Pikuś.

Magdalena Kołosowska wie, jak w nieoczywisty sposób poprowadzić fabułę. Zarówno „Kiedyś dogonimy Paryż” zaskoczył mnie swoim zakończeniem, jak i ta część - „Zanim zobaczymy Neapol” - może poszczyć się świetnymi zwrotami akcji. Dla mnie jest to książka spod hasła „pozory mogą mylić”. Autorka sprytnie zwodzi swoje bohaterki oraz czytelników. Genialnie zostaje ukazane, jak łatwo kogoś niesprawiedliwie ocenić, jak można uprościć sytuację nadając jej biało-czarne barwy. Musimy zawsze pamiętać, że nawet szarość ma wiele odcieni. Szczególnie, kiedy próbujemy komuś doradzać, należy wziąć pod uwagę, że nasze doświadczenia i przekonania są nasze, a nie drugiej osoby.

Kompletnie nie rozumiem tytułu książki. W pierwszej części cyklu Paryż był marzeniem, za którym goniła główna bohaterka. A Neapol? Zabijcie mnie, ale nie powiem wam o co chodzi. Za skomplikowane skojarzenie, jak na moją głowę. Przyznać jednak muszę, że powieść bardzo mi się podobała. Przesympatyczne bohaterki, mądrze wymyślona i dobrze poprowadzona fabuła, ciekawe zwroty akcji gwarantujące efekt wow – takie książki lubię.

"Odbicie" Adam Ostaszewski

"Odbicie" Adam Ostaszewski

Czy nie macie czasami wrażenia, że żyjemy w produkcji z gatunku science-fiction? Ja mam. I nie chodzi mi o postęp technologiczny, ani wiarę w zielone ludki. Szeroko pojęta fantastyka to dla mnie taki rodzaj książek, w którym można przekroczyć granice wyobraźni, a kiedy włączam serwisy informacyjne, często w głowie mi się nie mieści, co dzieje się w Polsce i na świecie. No dobrze, chowam już sarkazm do kieszeni. Przypuszczam, że w taki nastrój wprawiło mnie jedno z opowiadań Adama Ostaszewskiego zawartych w zbiorze „Odbicie”. Skądinąd, krótkiej, ale przyzwoitej publikacji.

Co w nim znajdziemy? 6 opowiadań, z czego 5 to science-fiction,a jednemu bliżej do fantasy.

Tytułowe „Odbicie” to połączenie fantastyki i kryminału. W podejrzanych okolicznościach umiera wpływowy biznesmen i razem z detektywem szukamy motywu i winnego.

W sarkastyczny nastrój wprowadziło mnie opowiadanie „Wirus”. Opisuje ono świat, w którym pandemia zadomowiła się na dobre. Ludzie musieli nauczyć się żyć z mikro wrogiem, obostrzenia stały się normą, a dzieci nie pamiętają czasów, kiedy ich nie było.

Kolejny tekst ma tytuł „Arkadia”. Jest to nazwa planety, na której znaleziono inteligentne formy życia. Stosunki Ziemian z Arkadyjczykami i ich potomkami układały się różnie. Doszło do tego, że od dłuższego czasu nie kontaktują się ze sobą. Zaskoczeniem jest, kiedy grupa ziemskich dziennikarzy zostaje zaproszona na odległą planetę.

Spotkanie” to opowiadanie w klimacie fantasy. Mamy tu wielkiego bohatera na misji, który dowiaduje się, że jest planowany zamach na jego życie.

W „Misji Aresa” Adam Ostaszewski podjął jeden z moich ulubionych tematów – ludzie kontra sztuczna inteligencja. A akcja rozgrywa się podczas misji kosmicznej.

Zbiór zamyka opowiadanie „Irak 2035”. Tak, ten Irak. Czy w 2035 roku będzie tam w końcu spokojnie. Według autora nie. Państwo podzielone jest na strefy okupacyjne, a my wkraczamy do tej zarządzanej przez Polaków. Historia nabiera tempa, kiedy na scenie pojawia się tajemniczy przedmiot – pożądany przez wielu i przez to bardzo niebezpieczny dla właściciela.

Muszę pogratulować Adamowi Ostaszewskiemu równego poziomu prezentowanych tekstów. Bardzo trudno wybrać mi faworyta. Chyba będzie to „Misja Ares”, ale jedyną przewagą tego opowiadania jest temat, który trafia w mój gust. Pozostałym nie mogę nic zarzucić – maja dobre tempo, przemyślaną kompozycję i morał, napisane są przystępnym, jak na science-fiction językiem (co również traktuję jako zaletę).

Wyrzuciłabym z tego zbioru opowiadanie „Spotkanie”, bo odbiega ono charterem od pozostałych tekstów. Jeżeli chodzi o fantasy o wojownikach wolę, kiedy jest napisane w obszerniejszej formie. Opowiadanie nie pozwala mi poczuć klimatu wykreowanego świata. W tego typu literaturze muszę się zagłębić, a tempo akcji przy krótkich teksach nie zawsze mi na to pozwala.

„Odbicie” to krótki, ale godny uwagi zbiór opowiadań. Teksty Adama Ostaszewskiego trzymają wysoki, równy poziom, są lekkie w odbiorze i zahaczają o aktualne kwestie. Jakie? Sami musicie się przekonać. Zachęcam do przeczytania.

"Wysłuchaj mnie" Paula Er

"Wysłuchaj mnie" Paula Er

Depresja poporodowa – temat, który pozostaje przez społeczeństwo nierozumiany. Wydaje mi się, że ciągle traktowany jako tabu. Bo jak to możliwe, że ktoś oczekujący na dziecko nie cieszy się z niego. Jak to możliwe, że kobieta mająca szereg udogodnień – pralka, zmywarka, pampersy, leżaczki, zabawki – oraz wparcie bliskich śmie powiedzieć, że jest zmęczona i nie daje rady. Często cisną się na usta określenia: leniwa, rozkapryszona, jak śmie narzekać, skoro nie ma na co. Pewnie w niektórych przypadkach wystarczy zacisnąć zęby i przyzwyczaić się do nowej roli, ale kiedy w grę wkracza choroba „weź się w garść” to za mało.

Aneta ma wszystko zaplanowane. Realizuje swoje marzenia krok po kroku. Właśnie ma się spełnić kolejne z nich – lada moment ma urodzić się jej córeczka. Oczami wyobraźni widzi siebie karmiącą mała dziewczynkę i synka bawiącego się obok. Kiedy maleństwo przychodzi na świat wszystko się sypie. Aneta nie potrafi stwierdzić co się z nią dzieje, ale macierzyństwo jej nie cieszy, dziecko wydaje się jej wręcz obrzydliwe i boi się nim zajmować, a otocznie – mąż, synek, rodzice – drażnią. Kobieta odczuwa dotkliwy ból na samą myśl o córeczce. Jej jedynym pragnieniem jest zniknąć.

„Wysłuchaj mnie” Pauli Er to lekka powieść o trudnych sprawach. Lekka w sensie, że bardzo dobrze się ją czyta. Język, fabuła itp. nie są przekombinowane i przez książkę płynie się jak statek, który złapał wiatr w żagle. Nie umniejsza to – na szczęście – wagi tematu. Powiem więcej, czyni go ludzkim. Autorka jasno pokazuje, że nie jest to jakaś wydumana fanaberia, a coś co może przytrafić się każdemu. Paula Er skupia się na odczuciach bohaterki: apatii, strachu, niechęci wobec noworodka, bólu fizycznym i psychicznym; oraz reakcjach bliskich: (w zależności od osoby) chęci pomocy przy dzieciach, negowaniu jej złego staniu, nieśmiałych sugestiach, że potrzebuje pomocy

Na fabułę składają się dwie historie. Wspomnianej już Anety i jej depresji – i to jest wątek przewodni – oraz rodzinnej tajemnicy, która wypływa po latach. Maja różny charakter, ale wspólny mianownik. Początkowo bardzo podobało mi się ożywienie akcji poprzez sekret z przeszłości. W pewnym momencie czytanie o kolejnych niepokojach prztykanych okresami „brania się w garść” głównej bohaterki może stać się dla odbiorcy nużące. Wtedy przychodzi odmiana. Śledząc relacje członków rodziny staramy się odgadnąć co takiego zaszło. Nie ukrywam, że było to wciągające, ale kiedy już skończyłam czytać „Wysłuchaj mnie” zaczęłam się zastanawiać, czy taki zabieg wpłynął korzystnie na „misję” książki, czy ukazanie depresji poporodowej. Czy nie lepiej byłoby pokazać proces walki z chorobą? Często w ludziach jest przekonanie, że udania się do psychiatry to wstyd. Jest to taki mit, który należy obalać i wszelkimi sposobami zachęcać do skorzystania z pomocy specjalisty. I tu można było podjąć taką – znacznie śmielszą próbę niż zdecydowała się autorka – przy pomocy bohaterki książki.

Powieść „Wysłuchaj mnie” oraz to co robi Paula Er na blogu „Wkurzona żona” oceniam pozytywnie. Kiedy feministki krzyczą o równouprawnieni, czasami to my same dyskryminujemy siebie nawzajem bardziej mężczyźni. Ja mogę pochwalić się cudownymi przyjaciółkami, ale wiem, że nie zawsze tak bywa, a budowane latami więzi mogą runąć, jak domek z kart. Dlatego wspierajmy się, dziewczyny. Wtedy będziemy silne.

"Duch" Arnold Bennett

"Duch" Arnold Bennett

Piękna śpiewaczka operowa roztacza swój czar pośród londyńskich elit. Młody lekarz, który traci dla niej głowę od pierwszego spojrzenia. Brzmi jak początek pięknego romansu, prawda? Jednak kiedy wokół Rosetty i Carla zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a inny konkurent do jej serca umiera w tajemniczy sposób, zaczynamy zastanawiać się, czy nad dziewczyną nie ciąży klątwa, czy nie przyciąga ona jakiś złych sił?

Książka „Duch” autorstwa Arnolda Bennetta to idealna propozycja dla miłośników wiktoriańskich powieści grozy. Mamy tu wiodący wątek romantyczny oraz elementy nadprzyrodzone – patrz tytułowy Duch. Właściwie miłość tutaj dominuje, nad czym ja spragniona akcji przesyconej grozą nieco ubolewam. Nie zrozumiecie mnie źle. Jest to bardzo dobra powieść, a autor godnie reprezentuje styl epoki, jednak czytałam znacznie bardziej klimatyczne rzeczy. Zaryzykuję stwierdzenie, że to taki kobiecy horror, w którym zjawa ma dodawać pikanterii, ma wywoływać rumieńce i dreszcze.

To co rzuciło mi się w oczy podczas czytania „Ducha” to jego teatralność. Generalnie powieści przełomu XIX i XX wieku często wydają się nam sztuczne w dialogach czy zachowaniu bohaterów. Sztywna angielska etykieta nie zawsze jest zrozumiała dla współczesnych. Tutaj dochodzi jeszcze operowe tło. Postacie, które z racji wykonywanego zajęcia są nieco manieryczne. Zastanawiamy się, kiedy i czy w ogóle schodzą ze sceny.

Jeżeli chcecie wkroczyć na londyńskie salony to Arnold Bennett was tam zaprasza. „Duch” to jedna z tych książek, które potrafią przenieść w czasie. Autor zadbał o oddanie atmosfery błyszczących rautów i mglistych uliczek. Serwuje nam historię miłości, która musi zmagać się z... przeciwnościami losu – to mało powiedziane. Nie jestem pewna, czy możemy przypisać tej książce miano powieści gotyckiej, bo te najsłynniejsze są znacznie bardziej mroczne, jednak spełnia ona kryteria przedstawione w definicji.

"Plaga" E. Raj

"Plaga" E. Raj

Są takie fragmenty, po przeczytaniu których wiemy, że książka będzie dla nas. Zastanawiamy się: „co się w tej powieści odpierdziela”. Do sięgnięcia po publikacje z uniwersum „Uczeń nekromanty” zachęcił mnie cytat: „Każdy akt, z którego rodzi się zdolny nekromanta, musi być z definicji aktem nieprawości, aktem gwałtu i zepsucia. Pan Ciemności nie daje swojej mocy pierwszemu lepszemu przybłędzie, któremu roją się marzenia o panowaniu nad życiem i śmiercią. Każdy z nich rodzi się ze zła i z jego piętnem kroczy swoją ścieżką. A prawdziwie wielcy nekromanci rodzą się z największego zła i najwyższego naruszenia Boskich Praw.”* Byłam ciekawa jakie istoty ono skrywa. Jacy mogą być bohaterowie, którzy od momentu poczęcia mają do czynienia z plugastwem.

Pierwszy tom cyklu mam tytuł „Plaga”. Bohater, który jest punktem wyjścia całej tej historii nazywa się Norgal. Pobiera on od swojego wuja Rothgara nauki w zakresie nekromancji. Ów mentor również jest istotną postacią. Jako nieliczny może praktykować magię umarłych w Syllonie, W mieście, po Rewolucji Światłości, to Pan Światłości a nie Ciemności jest oficjalnym bóstwem. Czy w takim razie jest to miejsce pełne dobra? Niestety, życie jego mieszkańców jest przesiąknięte brudem, smrodem i zepsuciem? Staje się ono areną potyczek o włączę. Zarówno tych ziemskich, bo mamy tu kolejkę zdeterminowanych kandydatów do tronu, jak i tych nadnaturalnych. Bogowie nie zapomnieli o Syllonie, a mają wobec niego swoje plany, w których śmiertelnicy są zwykłymi marionetkami.

Mamy do czynienia z powieścią wielowątkową. W akapicie wyżej wspomniałam tylko pobieżnie o dwóch postaciach, których nie nazwałabym centralnymi, ale wokół nich autorka zaczyna budować fabułę. Metodycznie dokłada kolejne cegiełki, aby przedstawić czytelnikom dzieje Syllonu i panującej w nim dynastii. Wchodząc coraz dalej w wykreowany przez Ellę Raj świat poznajemy go coraz lepiej i poznajemy kolejne pionków w wielkiej rozgrywce. Pomimo, że intryga jest niezwykle zawiła, ani przez moment nie czułam się zagubiona. „Plaga” została doskonale zaplanowana logistycznie – jeżeli można tak powiedzieć o książce. Pisarka dużo mówi o chaosie, w którym pogrążył się Syllon, ale w tej opowieści każdy wątek, każda postać mają swoje miejsce. W momencie, kiedy wybucha tytułowa „Plaga” czytelnicy są już zadomowieni w uniwersum „Ucznia nekromanty” i gotowi na konfrontację wszystkich sił.

Jeżeli uważacie, że „(…) ta historia zakończy się jak naiwna bajka dla panienek z taniej pensji? Dobry bohater w glorii i chwale ratuje świat przed złym nekromantą?”** to jesteście w błędzie. Tak naprawdę w przypadku tej powieści nie mogę napisać, że mamy do czynienia z pozytywnymi i negatywnymi postaciami. Każda z nich jest – lekko mówiąc – specyficzna. Co przez to rozumiem? Ma na swoim koncie i złe i dobre czyny, ale nie wynikają one z trwania tej istoty po ciemnej lub jasnej stronie mocy. Dla nich istnieje jedna strona – ich własna. Nawet kiedy na ich konto wpadnie jakiś dobry uczynek wynika on z przekonania, że służy ich prywatnemu interesowi. Jak możecie się domyślić w takim świecie nie można być pewnym przyjaciół, sojuszy itp. Zwycięży najlepszy strateg, ale też największy egoista.

Być może część z was widziała już tę książkę w biało-czarnej odsłonie. O co chodzi? Mamy przed sobą nowe poprawione i skrócone wydanie. Najprościej mówiąc autorka zmieniła wydawcę i postanowiono wydać „Plagę” po raz drugi, aby jej wygląd był spójny zresztą serii. Chwilę wahałam się, czy czytać ją drugi raz. Bardzo rzadko wracam do poznanych już tytułów, a do tego ta powieść ma prawie 800 stron – to nie jest takie hop-siup. Jednak skoro Ella Raj odświeżyła fabułę, zaryzykowałam i... zakochałam się w „Uczniu nekromanty” na nowo. Uwielbiam mroczne zakątki Syllonu i bandę nieprzewidywalnych egoistów, którzy je przemierzają. Cieszy mnie ten moment, kiedy siadam do książki, a fabuła pochłania mnie bez reszty. Podziwiam pióro autorki i to jak klarownie potrafi przedstawić tak wielowątkową historię. Wszystkim miłośnikom czytania życzę odnalezienia takiej książkowej miłości.

* Ella Raj, „Plaga”, wyd. HM, Wojkowice 2021, s. 7.

** Tamże, s. 478.

Ludziki z kasztanów inaczej

Ludziki z kasztanów inaczej

Dobrze wyjść na jesienny spacer, bo można przynieść do domu cały koszyk skarbów. Grzyby, kolorowe liście, kasztany to tylko przykłady tego co nam ta pora roku oferuje. Na tych ostatnich chciałam się skupić. Pewnie większość z nas, jak nie każdy, miał epizod z robieniem ludków z kasztanów. Nas regularnie maltretowali tym w szkole. I wiecie co? Ja nigdy nie potrafiłam ich robić. Zazwyczaj kończyło się to na rozrzuconych chaotycznie kasztanach z powbijanymi wykałaczkami.

W ostatni weekend córka wybrała się na spacer z tatą i, o zgrozo, przynieśli całe wiaderko kasztanów. Zbiera się fajnie, ale weź teraz coś wymyśl kobieto. Na genialny pomysł wpadła moja mała kobietka. Popatrzyła na swoje zbiory oraz na nową plastelinę i rzekła „Mama, wiem”. Wieczór minął nam na robieniu kasztaniakom fryzur. W ruch poszedł też plastikowy nożyk do wycięcia grzywki oraz łupiny po pistacjach, aby zrobić indiański pióropusz.

Na zdjęciu efekty naszej zabawy.



"Dziewczyna Rubensa" Paulina Grych

"Dziewczyna Rubensa" Paulina Grych

Monika, jedna z bohaterek książki, Pauliny Grych „Dziewczyna Rubensa”, to kobieta pulchna, a bardziej poetycko – o rubensowskich kształtach. Do tego jest niezwykle skromna, a nawet wystraszona względem otoczenia. Skrycie marzy o wielkiej miłości, jednak pomimo słusznej postury jest niewidzialna dla mężczyzn. A wtedy wchodzi on, Iwo. Prowadzący dobrze prosperującą firmę informatyczną lokalny biznesmen z jakiegoś powodu interesuje się szarą urzędniczką. Czy Monika w końcu znajdzie swojego księcia z bajki?

Brzmi jak zapowiedź pięknego romansu. Opowieści o tym, że każdy zasługuje na miłość i inne bla, bla, bla. Jest nawet takie powiedzenie, że „każda potwora znajdzie swojego amatora”. Tylko ten amator ma mroczne pokusy, a niedoświadczona dziewczyna może stać się więźniem w zbudowanym dla niej raju.

„Rosła fizycznie, jednak czuła się coraz mniejsza. Jednocześnie stawała się monstrum i nieważnym pyłkiem.”*

Czy funkcjonuje coś takiego jak psychologiczna literatura erotyczna? Paulina Grych właśnie udowodniła, że tak. Jak to się przejawia w powieści „Dziewczyna Rubensa”? Główny temat książki to relacje partnerskie i seks w dość ekstremalnej odsłonie. Już od pierwszych stron wyczuwamy, że w małżeństwie Moniki i Iwo panuje jakieś niezdrowe napięcie. Autorka spokojnie opowiada nam o tym, jak się poznali, jak mężczyzna zdobywał kobietę, jak ona otwierała się na jego zaloty, a mamy ochotę krzyczeć „uciekaj!”.

Na kolejnych stronach poznajemy innych bohaterów, którzy mieli wpływ na wspomniana dwójkę. Paulina Grych wspaniale ich opisuje tworząc obraz ludzi goniących za szczęściem, ale nie potrafiących zerwać z destrukcyjnymi nawykami. Niczym narkoman działki – wiedząc, że ich to niszczy – pragną bólu. On ich oczyszcza i daje chwilowe zaspokojenie. Czytelnikom mogą towarzyszyć pytania: po co to?; czy to naprawdę takie fajne?; czy nie prościej byłoby żyć spokojnie?. Tylko, że adrenalina, która bierze się z upokorzenia jest tym osobom potrzebna jak powietrze.

Jestem oczarowana tą powieścią i tym jak została napisana. Mamy tu elementy romansu i bardzo pikantne sceny erotyczne. Przy czym autorka prześwietla swoich bohaterów na wskroś. Ukazuje ich najmroczniejsze pragnienia i szuka ich źródła. Ma to formę powieści obyczajowej, a przy tym jest czymś więcej. Czym? Mam nadzieję, że wielu z was postanowi się przekonać.

* Paulina Grych, „Dziewczyna Rubensa”, wyd. Replika, Poznań 2021, s. 348.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger