"Ze snu..." Maya M. Lancewicz

"Ze snu..." Maya M. Lancewicz

Niewidomą Lavinię Monetti odwiedza tajemniczy kochanek ze snu. Czy na pewno można nazwać go kochankiem? Jego wizyty wzbudzają w kobiecie ambiwalentne uczucia – przerażenie przemieszane z pożądaniem. Włamywacz dokonuje gwałtu na jej ciele i wywołuje ból, ale doprowadza do ekstazy. Lavinia boi się i tęskni.

Powieść rozpoczyna się ciekawie. Mamy okazję obserwować „odwiedziny” nieznajomego. Mamy okazje poznać perspektywę jej i jego. Wydarzenia skojarzyły mi się z „Grą Geralda” Stephena Kinga, gdzie tajemniczy obserwator patrzy z kąta na kobietę przypiętą do łóżka, ale u Mayi M. Lancewicz znajdziemy duża dawkę erotyzmu, a nie grozy.

Szybko pojawia się wątek kryminalny (zaginięcie rodziny Chelleri ) oraz poznajemy coraz więcej postaci (głównie męskich, spośród których Lavinia próbuje wytypować tożsamość oprawcy). Autora zatraca – niestety – klimat początku książki. Im dalej robi się dziwniej. I nie mam tu na myśli wydarzeń, bo te nie są jakieś kosmiczne, ale sposób napisania powieści. Jest w nim sporo sztuczności, szczególnie w kreacji kolejnych bohaterów. Dla mnie okazało się to przeszkodą przed porządnym wgryzieniem się w fabułę.

Mam wrażenie, że „Ze snu...” miało być próbą wyrażenia siebie przez autorkę. W bio na okładce możemy przeczytać, że kocha Włochy i właśnie tam umiejscowiła akcję swojej książki. Dowiadujemy się, że czuje się artystką, a sztuka odgrywa ważne miejsce w sercu bohaterki powieści (i wszechobecny Modigliani). Dlatego wnioskuję, że napisanie książki było dla Mayi M. Lancewicz okazją do wygadania się. Nie potępiam. Widać, że autorka ma zacięcie artystyczne, więc niech się spełnia w tym kierunku, a ja życzę jej, żeby znalazła ludzi, którzy zrozumieją to co ona robi i będą ją podziwiać.

„Ze snu...”czyli trochę romansu i erotyki, powieści obyczajowej i kryminału. Króciutka powieść, ledwo 150 stron, a taki miks. Do tego twór dość specyficzny – fabuła jakby bujała w chmurach. Ciężko mi powiedzieć komu mogłabym ją polecić. Wydaje mi się, że to jedna z takich książek, do których albo poczujecie chemię i będziecie zachwyceni. W przeciwnym razie czytanie skończycie delikatnie skonfundowani.

„Obserwatorzy spoza czasu” Howard Phillips Lovecraft, August Derleth

„Obserwatorzy spoza czasu” Howard Phillips Lovecraft, August Derleth

Howard Phillips Lovecraft i August Derleth mogliby się licytować, którego nazwisko powinno zostać wyróżnione na okładce zbioru opowiadań „Obserwatorzy spoza czasu”. Teksty w nim zawarte to praca wspólna. August Derleth dokończył niedokończone. Bazując na zapiskach H. P. Lovecrafta opracował opowiadania, które były jeszcze w powijakach. Proporcja wkładu obu autorów jest różna (o tym więcej w przedmowie1) - od pomysłu do fragmentów tekstu – dlatego nie zawsze można określić, kto jest faktycznym autorem danego opowiadania.

W zbiorze zajdziemy 16 klimatycznych opowiadań. Co się rzuca od razu w oczy to bardzo plastyczny język, jakim je napisano. Opisy są przepiękne i niesamowicie działają na wyobraźnię. Wprowadzają nas w mroczne domiszcza, w których kryją się diabelskie sekrety.

Można powiedzieć, że kolejne opowiadania są schematyczne – ktoś zaczyna grzebać w przeszłości swoich przodków, czy też dziedziczy posiadłość, w której dzieją się dziwne rzeczy i trafia na praktyki związane z czarną magią. Ma to swoje plusy i minusy. Wadą jest to, że nużące jest czytanie tych opowiadań jedno po drugim. Mamy wrażenie, że czytamy w kółko to samo. Jednak teksty są na tyle dobre, że warto sobie dawkować je w mniejszych proporcjach.

Stwierdziłam, że widzę pewne plus w tej schematyczności. W kolejnych tekstach wracamy do tych samych miejsc, książek, nawet imiona i nazwiska bohaterów są podobne. Mamy wrażenie, że każda z historii jest elementem większej całości, że trafiliśmy do jakiegoś przeklętego zakątka świata. Właśnie to było dla mnie najbardziej przerażające. Myśl, że gdzieś tam jest gniazdo demonów, które mogą w każdej chwili się wydostać.

H. P. Lovecraft nie potrzebuje wskrzeszania. Lata pokazały, że zdobył uznanie czytelników. Może się wydawać, że próba dokończenia jego opowiadać to karkołomne zadanie, jednak August Derleth pokazał klasę. Dzięki jego pracy czytelnicy otrzymali zbiór bardzo dobrych tekstów, którym nawet schematyczność nie zaszkodziła.

1 April Derleth, „Przedmowa” [w:] H. P. Lovecraft, August Derleth, „Obserwatorzy spoza czasu”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, s. 7-8.

"Anioł wyzwolenia"  Alicja Skirgajłło

"Anioł wyzwolenia" Alicja Skirgajłło

Noemi przyszła na świat w sekcie. Dorastała w zamknięciu służąc Panu, a właściwie Carlosowi – przywódcy ich ruchu. Kolejne dni to pasmo upokorzeń, tortur, gwałtów. W grupie nie ma miejsca na indywidualność. Jej członkowie muszą bezwzględnie przestrzegać zasad. Przywódcy zadbali, żeby zrobić im solidne pranie mózgu i mieć pokornych służących. Noemi to silny charakter. Ciągle myśli, jak wpłynąć na współwyznawców i jak wyrwać się z tego piekła. Nie zamierza zmarnować okazji, którą przysłał jej los w osobie młodego urzędnika – jej anioła wyzwolenia.



Alicja Skirgajłło napisała zaskakująco mocną książkę. Podjęła starania, żeby zaszokować i poruszyć czytelników. Nie szczędzi brutalnych opisów tego, jak została potraktowana Noemi w sekcie. I udaje jej się osiągnąć cel. Obok losu głównej bohaterki trudno przejść obojętnie. Mnie nie łatwo wzruszyć, a jednak szeptałam pod nosem „o nie”, czytając o kolejnych przykrych doświadczeniach dziewczyny. Mocno jej kibicowałam, żeby miała okazję zemścić się za swoje krzywdy.

Być może autorka mogła mocnej rozwinąć założenia sekty, nieco więcej napisać o jej celach czy szczegółowiej opisać codzienność. Ona jednak zdecydowała się położyć akcenty na nieludzkość przywódców i krzywdzie Noemi. Zastosowała relacje pierwszoosobową, więc to bohaterka decyduje, które epizody z życia postanowi nam zrelacjonować. A właśnie takie wspomnienia wyniosła z lat w zamknięciu.

Ciekawym wątkiem jest również nauka życia w „prawdziwym świecie”. Uwielbiam takie motywy w filmie i literaturze, kiedy ktoś wyrwany ze sterylnego środowiska musi jakoś sobie poradzić. Kiedy niczym wędrowiec we mgle stara się odnaleźć ścieżkę do normalności. W przypadku „Anioła wyzwolenia” dochodzi też wątek relacji Noemi z jej wybawicielem.

Czy ta powieść mi się spodobała? Ma on to „coś”. Są pewne niedoróbki w fabule, czy też rozwiązania, które nie przypadły mi do gusty, ale mimo tego historia wymyślona przez Alicję Skirgajłło wciągnęła mnie. Autorce udało się wycisnąć ze mnie emocje i zaangażować mnie w akcję książki. Moim zdaniem to bardzo dużo. Ja kocham przepaść w świecie i historiach, które kreują pisarze. Nie interesuje mnie jakimi metodami zostanie to osiągnięte.

"Czułość i gniew" Monika Rebizant-Siwiło

"Czułość i gniew" Monika Rebizant-Siwiło

Monika Rebizant-Siwiło po raz drugi zaprasza nas na Roztocze. Kontynuuje wątki znane czytelnikom pierwszej części i zapowiada wielkie wydarzenie – zdjęcie klątwy z rodu wiedźm. Czy Emilii uda się to zrealizować? Czułości i gniew będą mieszać wśród bohaterów.



Autorka konsekwentnie kontynuuje to co rozpoczęła w tomie „Miłość i nienawiść”. Ci co go znają mają na pewno wyrobioną opinię. Pozwólcie więc, że skupię się na potencjalnych czytelnikach. Nie ma sensu przybliżać szczegółów fabuły, bo jest ona rozbudowana. Cykl ma charakter rodzinnej sagi. Na kartach książki spotkamy wielu bohaterów, prawdziwy kalejdoskop charakterów. Wiele osób twierdzi, że wyzwaniem jest ogarniecie ich wszystkich. Co ja na to? Uważam, że Monika Rebizant-Siwiło całkiem nieźle ich wykreowała, a duża ilość wątków zawsze wymaga nieco większego skupienia podczas czytania.

Fabuła książki rozgrywa się teraz i w przeszłości. Akcja toczy się na tle wydarzeń z historii współczesnej oraz... legend. Tak, tak. Bo „Kobiety z Uroczyska” to magiczny cykl. Przepełniony, jakże modna w ostatnim czasie, słowiańskością. Mi przypadło do gustu, to jak autorka to przedstawiła. Czytelnika otula tajemnicza aura. Pachną zioła, pachnie przyroda, a wszystko razem tworzy pierwotny klimat.

Podsumowując. „Kobiety z Uroczyska” to złożona opowieść. Monika Rebizant-Siwiło wrzuciła do swojego kociołka wielu bohaterów, watki współczesne i historyczne, a wszystko doprawiła duża szczypta magii. Moim zdaniem wyszedł z tego bardzo smaczny wywar. Czy trafi on do waszych kubków smakowych? Częstujcie się.

„Zaginiony klejnot Ferrary” Greg Krupa

„Zaginiony klejnot Ferrary” Greg Krupa

„Zaginiony klejnot Ferrary” to książka obok, której nie mogłam przejść obojętnie. Kryminał ze sztuką w tle sugeruje, że będzie to opowieść na granicy prawa, ale z klasą. Dodam jeszcze, że autor – Greg Krupa – zaprasza nas do Włoch. Nie wiem, jak u was, ale w moim przypadku te zabytki, uliczki, historia tych miejsc rozbudzają wyobraźnię. Jak widzicie oczekiwania wobec powieści miałam duże. Czy im sprostała?

Motorem dla fabuły jest śmierci – a właściwe zabójstwo – kolekcjonera sztuki. Od razu pojawiają się pytania: „dlaczego?” i „co zginęło?”. Gdzie sensacje tam i prasa. Młody dziennikarz, o polskich korzeniach, angażuje się w śledztwo. Zbierając dowody trafia na ślad dawnego zakonu. Jego członkowie nie przebierają w środkach, żeby osiągnąć zamierzone cele.

Kiedy wspominam sobie czytanie „Zaginionego klejnotu Ferrary”, przychodzi mi do głowy balans, jaki zachował Greg Krupa pomiędzy akcją, historią i opisami. Z fabułą jest tak, że jednego czytelnika wciągnie, innego nie – kwestia bardzo indywidualna – jednak warsztat pisarza obroni się niezależnie od niej. I tak jest w tym przypadku. Czuć, że zamiarem autora było stworzyć powieść sensacyjną, a przy tym merytoryczną – co mu się udało. W przypadku takich książek wyzwaniem jest wpleść wiedzę w fabułę tak, aby nie zanudzić odbiorcy. W „Zaginionym klejnocie Ferrary” otrzymujemy piękne opisy tytułowego miasta. Możemy wręcz usłyszeć turkot kół rowerów i motocykli na bruku. Do tego dochodzi historia tego miejsca, która jest nierozerwalnie związana z opisywanymi wydarzeniami. I tak – najprościej mówiąc – bohaterzy spacerują uliczkami Ferrary, obserwując i prezentując czytelnikowi zabytki istotne dla sprawy, a sensacyjna nutka napędza akcję.

Można powiedzieć, że jest to powieść w stylu Dana Browna. Swoją drogą zawsze mnie trochę bawi, że pisarz ten stał się synonimem kryminałów o wszelkich teoriach spiskowych z historycznym umocowaniem, ale jak pada jego nazwisko, to czytelnicy wiedzą o co chodzi. Mam nadzieję, że jest to komplement dla autora, bo to co napisał jest interesujące i dobrze się czyta. Mi się podobało i ze swoje strony polecam, przekonać się, czy wam też.

"Zło w Cmentarnej Górze" Konrad Chęciński

"Zło w Cmentarnej Górze" Konrad Chęciński

Szukacie pomysłu na dobry tytuł dla książki. Weźcie przykład z Konrada Chęcińskiego. Napisał on powieść pt. „Zło w w Cmentarnej Górze”. Owa Cmentarna Góra to wieś, która jest miejscem akcji, a słowo „zło” podkreśla demoniczność nazwy. Nie ukrywam, że ja dałam się złapać na ten tytuł jak rybka na haczyk. Pozostaje sprawdzić, czy treść jest równie zacna.

Powieść jest debiutem autora i trzeba jej przyznać, że to dość ambitne przedsięwzięcie. Historia rozpoczyna się od zniknięcia starszego mężczyzny – Antoniego Pietrasika – ale czytelnicy szybko przekonują się, że to jedynie ułamek problemów z jakimi będzie musiał zmierzyć się Nikifor Poradecki, bohater powieści i szef lokalnego posterunku. Samobójstwa, machlojki, seria zaginięć, tajemnicza sekta – jak to możliwe, że tak mała wioska skrywa tyle tajemnic.

Konrad Chęciński wspaniale operuje opisami, dzięki którymi buduje niepokojącą historię. To jak przedstawia postacie i miejsce akcji bardzo wpływa na klimat kryminału. Zwracałam wam już uwagę na nazwę wioski, w której wszystko się rozgrywa – Cmentarna Góra. Brzmi demonicznie, prawda? Aż żal nie wykorzystać jej potencjału. Autorowi udaje się przedstawić ją jako miejsce oderwane od świata. Można powiedzieć, że to tam „diabeł mówi dobranoc”. Mieszkańcy wioski nie wzbudzają naszej ufności. Są jak ten złośliwy sąsiad, który pozwoli sobie odebrać, jeśli komuś wezmą dwa razy więcej. Do tego ciągłe tajemnice. Z jednej strony wszyscy wszystko wiedzą i mają opinię na dany temat, ale z drugiej nikt nie chce mówić, bo to nie jego sprawa, albo może sobie zaszkodzić. Wspomnę jeszcze o takich detalach, jak bimberek pędzony w szopie czy nietypowe imię głównego bohatera – Nikifor – które to dają książce lekki powiem retro klimatu (jest to jednak tylko ważnie, bo akcja dzieje się w czasach współczesnych).

Swego czasu zachwycałam się powieścią „Gwiazda szeryfa” Aleksandry Borowiec. Pisarka zadebiutowała doskonałym, skomplikowanym kryminałem. To samo mogę napisać o Konradzie Chęcińskim. „Zło w Cmentarnej Górze” powinno przypaść do gustu miłośnikom wielowątkowych historii, a także każdemu, kto lubi odwiedzać tajemnicze miejsca. Kawał ciekawej literatury kryminalnej. Polecam.


Książka "Zło w Cmentarnej Górze" jest dostępna w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl. Zachęcam do zapoznania się z nowościami w ofercie księgarni.

"Orkiestra" Dominika Czerniak-Chojnacka

"Orkiestra" Dominika Czerniak-Chojnacka

Dźwięki nas otaczają, a z nich powstaje m.in. muzyka. Aby ją wydobyć potrzeba instrumentów. Za sprawą Dominiki Czerniak-Chojnackiej weźmiemy udział w grającej paradzie i spróbujemy naśladować odgłosy różnych instrumentów.

Książka „Orkiestra” ma formę leporello, czyli jest to złożony w harmonijkę arkusz, który po rozłożeniu staje się scenką. Mamy tu 20 sztywnych stron, a nich różne postacie niosące swoje ulubione instrumenty. Każda z nich jest podpisana: wiemy jak ma na imię, na czym gra i jaki dźwięk ten instrument wydaje. Warto również zwrócić uwagę na drugi plan, bo tam rozbrzmiewają odgłosy miasta. Ludzie, zwierzęta, pojazdy – to wszystko dźwięczy.

To co zwraca uwagę to białe tło, na którym narysowano miasto i paradę. Grube kontury plus wyraziste kolory sprawiają, że każdy detal jest doskonale widoczny. Widać, że kompozycja nie jest przypadkowa. Książka jest dedykowana najmłodszym (wg wydawcy 1+) , więc jest to ważne, żeby ilustracje były proste, ale przyciągające uwagę. Jest to publikacja, która ma służyć oglądaniu i dyskutowaniu. Pozwólmy małemu czytelnikowi pokazać nam, co go w niej zafascynuje.

Kiedy wzięłam „Orkiestrę” w swoje ręce pomyślałam sobie, że ktoś miał bardzo oryginalny pomysł. Zazwyczaj książki dla maluchów są pełne zwierzątek. I jest to uzasadnione, bo ich wspólne udawanie to rewelacyjna zabawa. Z drugiej strony, ile można. Wydawnictwo Albus zaproponowało inny temat i, moim zdaniem, jest to strzał w dziesiątkę. Pomysł jest prosty, podobnie wykonanie, ale to wystarczy, żeby stworzyć fajny produkt dla najmłodszych czytelników.



"Tajemnice sieci" Adam Wierzbicki

"Tajemnice sieci" Adam Wierzbicki

Internet stał się codziennością. Korzysta z niego praktycznie każdy. Szukanie informacji, media społecznościowe, rozrywka, komunikacja – ułatwia nam wiele spraw i pewnie wielu z nas nie wyobraża sobie życia bez niego. Czy wiemy jak on działa? A może lepszym pytaniem będzie, jak z niego efektywnie korzystać? Adam Wierzbicki przygotował publikację pt.: „Tajemnice sieci”. Kierowana jest do czytelników w wieku 9-13 lat i ma przybliżyć im arkana Internetu.

Wszystko rozpoczyna się od pracy domowej. Dzieci mają przygotować raport o zwierzętach, które dawniej żyły w okolicy. Myślą sobie „łatwizna, wszystko można znaleźć w sieci”. Czy na pewno? Danych jest sporo, ale trzeba je zebrać, zweryfikować i opracować, co wcale nie jest takie proste. W trakcie poszukiwań Zosia, Kuba i Aleks trafiają na program komputerowy, który pomaga im zrozumieć sieć WWW.

Książka jest połączeniem powieści dla młodzieży i merytorycznego wykładu. Realizując kolejne etapy pracy domowej dzieci zadają pytania wirtualnemu profesorowi, który stara się opisać nurtujące ich kwestie w prosty sposób. Zakres poruszanych zagadnień jest szeroki: efektywne szukanie informacji, tworzenie stron WWW, bezpieczeństwo w sieci.

Podoba mi się w jaki sposób Adam Wierzbicki rozwija poruszane tematy. Bohaterowie książki napotykając nowe wyzwania dyskutują je, zadają pytania i tak prezentowane są szczegółowe problemy. Nie jestem w stanie ocenić, na ile przekazywana wiedza wykracza poza program informatyki, jednak widzę, że jest to pozycja merytoryczna i może być wsparciem w jego realizacji.

Po przeczytaniu „Tajemnic sieci” Internet będzie miał o kilka sekretów mniej. Mi się ta książka podoba. Skoro korzystamy z czegoś na co dzień, róbmy to najlepiej jak się da. Skoro to element otaczającego nas świata sprawmy żeby był on znany i bezpieczny, a to gwarantuje edukacja.

„Posiadłości East Lynne” Mrs Henry Wood

„Posiadłości East Lynne” Mrs Henry Wood

Lady Isabel, córka lorda Mount Severn, bohaterka powieści „Posiadłość East Lynne” - zaczęłam wytwornie, prawda? Owa dama zostaje upokorzona przez własnego ojca. Kiedy papa umiera dziewczyna zamiast pięknej posiadłości dziedziczy długi. Zdana na łaskę i niełaskę krewnych łapie się ostatniej – w jej mniemaniu – deski ratunku, czyli małżeństwa z młodym prawnikiem i zarazem nowym właścicielem jej rodzinnego domu. Miłość, zazdrość, fascynacja – to uczucia, które przewodzą powieści Mrs Henry Wood „Posiadłość East Lynne”.

Książka, którą pokochałam za cudowny, wiktoriański melodramatyzm. Dobrze czytacie – melodramatyzm. Z punktu widzenia współczesnego czytelnika poglądy i reakcje bohaterów mogą wydawać się przesadzone. Pamiętajmy jednak, że mówimy o dziewiętnastowiecznej popkulturowej (tak mi przyszło do głowy to słowo, kiedy czytałam o wielkiej popularności autorki) powieści. Takie publikacje mają rozbudzać wyobraźnię dam (tę rolę spełnia wątek obyczajowy wzbogacony o elementy kryminalne), ale również mieć moralizatorski charakter, który przejawia się chociażby w bezpośrednich zwrotach do czytelnika. Aby osiągnąć taki efekt potrzeba wyrazistych postaci, które reprezentują pewne charaktery i poglądy. Jako przykład weźmy lady Isabel: naiwna, romantyczna, nie znająca życia, ale musiała się z nim zmierzyć. Jak wyszło to starcie? O tym przeczytacie w „Posiadłości East Lynne”.

Podkreślić muszę, że jest to powieść przede wszystkim rozrywkowa. Charakteryzuje ją lekki styl i – co prawda – wielowątkowa, ale przejrzysta fabuła. Można nazwać ją ówczesną telenowelą, co nie ma być przytykiem. Wszak telewizyjne tasiemce przyciągają przed ekrany tłumy. Podobnie „Posiadłość East Lynne” – nie jest to najambitniejsza pozycja, ale przyjemna w odbiorze i wciągająca.

Bardzo lubię czytać wiktoriańskie obyczajówki. Łączą w sobie elegancję stylu z czystą rozrywką. I to właśnie znalazłam w książce „Posiadłość East Lynne”. Dla mnie sama przyjemność czytania. Jeżeli ktoś lubi tego typu powieści niech szybko „zaprzyjaźni się” z Mrs Henry Wood.

"Cornelia" Florencia Etcheves

"Cornelia" Florencia Etcheves

Cornelia to dziewczyna z bogatego domu. Nic jej nie brakuje, a do tego można nazwać ją ułożoną. Podczas szkolnego wyjazdu nastolatka znika. Służby przypuszczają, że zgubiła się w śnieżycy, ale ciało nie zostaje odnalezione. Rodzice nie ustają w poszukiwaniach córki, mimo tego ciągnące się latami śledztwo nie przynosi rezultatów. Pod wpływem impulsu, jedna ze szkolnych koleżanek Cronelii wznawia sprawę. Nie wie, na jak wielkie niebezpieczeństwo narazi się tą decyzją.

„Cornelia” to powieść, która przeraziła mnie jak rasowy horror – chociaż zaklasyfikować można ją jako thriller. Opowiada o tym, jak łatwo stać się celem, jak bezsilni jesteśmy wobec ludzi posiadających pieniądze i władzę – i nie mam tu na myśli rządzących, a tzw. „bezwzględnych biznesmenów” - wreszcie, jak niewiele znaczy godność i życie w konfrontacji z pieniądzem i interesami. Akcja książki ma miejsce – w większości – w Argentynie, na bezludziach Patagonii, a jednak mamy wrażenie, że na miejscu głównej bohaterki mogłaby być każda z nas. To uczucie było tak przejmujące, że czytaniu książki towarzyszyła mi lekka paranoja.

Nie zdradzę tutaj, co przytrafiło się Corneli, chociaż przyznam, że Florencia Etcheves nie trzyma czytelnika długo w niepewności, a książka bardziej skupia się na pytaniach „jak to się odbyło?” i „co się działo z dziewczyną przez te wszystkie lata?”. Wkraczamy w świat korupcji, szemranych interesów i, wraz z główną bohaterką, doświadczamy, jaką okrutną istotą potrafi być drugi człowiek.

Jest to jedna z tych powieści, którą mimo przytłaczającego tematu, czyta się szybko. Wątek sensacyjny napędza akcję. Fabuła jest zapełniona różnymi wydarzeniami tak, że przerzucając kolejne strony zastanawiamy się: „co jeszcze się przytrafi tej biednej dziewczynie?”, „czy pozbiera się po tak traumatycznych przeżyciach?” i wreszcie „czy tak historia ma szansę na happy end?”.

Bardzo lubię czytać różnego rodzaju thrillery i nie boję się mocnych powieści, jednak niezbyt często zdarza się taka, która mnie rozjeżdża, jak walec drogowy. Gdyby moja głowa była butelką coca-coli to „Cornelia” byłaby tym małym Mentosem, który wywołuje wystrzał. Mocny temat przedstawiony w sensacyjnym wydaniu sprawia, że jest to wciągająca lektura.

"Morze krwi" Monika Lech

"Morze krwi" Monika Lech

Jak myślicie, czy dobro i brutalność mogą iść w parze? Andrea, bohaterka powieści otwierającej cykl „Droga smoka”, zajmuje się piękną rzeczą, pomaga innym kobietom. W pracy nie przebiera w środkach, a akcje na które wyrusza często są pełne przemocy. Splot wydarzeń prowadzi do wylewu tytułowego „Morza krwi”.

Akcja powieści dzieje się w niedalekiej przyszłości – lata 50. XXI wieku. Utrzymana jest w klimacie urban fantasy. To co niezwykłe przeplata się z dobrze znanymi krajobrazami. Monika Lech wprowadziła do świata rasę tzw. Zmiennych. Łączą oni cechy ludzi i zwierząt – coś jak wilkołaki, ale bardziej kontrolują swoją moc. Jednym z nich jest Alex, który mocno poturbowany zostaje wysłany do Krakowa – spokojnego miejsca, w którym ma zebrać siły. Tam trafia pod dach Andrei. Początkowo nic nie znacząca znajomość przeradza się we wzajemną fascynację, a i ich drogi zawodowe w pewnym momencie zaczynają się przecinać.

Zacznijmy od plusa tej książki, czyli bohaterów. Monika Lech fantastycznie ich przedstawiła. Narratorami są naprzemiennie Andrea i Alex i z kolejnymi rozdziałami coraz lepiej ich poznajemy. Autorka wykreowała bardzo barwne postacie, które zapadają w pamięć i mam tutaj na myśli zarówno duet głównych bohaterów, jak i postacie dalszoplanowe. W tym całym krwawym bajzlu wyłaniają się ciekawe charaktery i mogą urzec czytelnika swoją lojalnością, dającą taki ciepłekowaty efekt przyjaźni, świetnie kontrastujący z brutalnością, którą przesycone jest „Morze krwi”.

Kolejny punkt na mojej liście to akcja. Mam tu problem, bo jest i okej, i nie okej. Monika Lech napisała dynamiczną powieść, a przy tym bardzo wolną. Moje największe zastrzeżenie, to że późno pojawia się problem książki. Bohaterowie długo rozmawiają poznają się (a my ich), autorka wplata różne elementy świata, który wymyśliła. Dzieje się i jest to bardzo efektywnie wykorzystana przestrzeń książki, ale gdzieś tam w głowie czytelnika może zatrzepotać myśl: „o co właściwie chodzi?”.

Na koniec język jakim napisana została książka. Coś co mnie totalnie pokonało, wtrąciło z równowagi i doprowadziło do stanu: „co ja kurde czytam?”. Zawsze wydawało mi się, że nie mam problemu z wulgaryzmami, jednak Monika Lech właśnie dołączyła – obok Adriana Bednarka – do pisarzy, którzy udowodnili mi, że mam. I chyba wiem, dlaczego akurat w tych konkretnych przypadkach zostałam znokautowana. To nie jeden z bohaterów, który ma taki sposób wysławiania się, a narrator rzuca ciągle w czytelnika mięsem. W „Dziedzictwie zbrodni” był on trzecioosobowy i nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak prymitywnie prowadzi powieść, w przypadku „Morza krwi” zabieg jest w pewnym sensie usprawiedliwiony. Skoro narracja jest pierwszoosobowa, a postacie są wulgarne to trudno, nie ma innej opcji. Szczególnie Andrea może wprowadzić w konsternację. Kojarzy mi się trochę z Joanną Chyłką z powieści Remigiusza Mroza. To ma być taka silna, inteligentna, sarkastyczna babka i... znająca łacinę, tylko w nieco innym zakresie. Można usprawiedliwiać, że wynika to z jej przejść, zawodu itp. Sama mówi: „Ja mam swoje sposoby na uniki. Klnę, odwołuję się do przemocy, klnę.”1 Tylko nie zmienia to faktu, że dla mnie, jako odbiorcy, jest to ciężkie w czytaniu.
Za to kompletnie nie mogę zrozumieć wszechobecnych angielskich i francuskich wstawek. Skoro w domyśle bohaterowie rozmawiają po angielsku, a my czytamy to po polsku to dlaczego ich wypowiedzi nie są w całości polsku? Przykłady: postacie mają „bana” na zbliżanie się do domu (dlaczego nie „zakaz”) lub zaliczają „wardrobe malfunction” (dlaczego nie „wpadkę ubraniową”). O ilości tych wstawek świadczy, że przypisy zajmują ok. 10 procent publikacji – niestety przy ebooku widać to wyraźnie.

Mam dla was pewien smaczek. Cytat, który dołącza do mojej galerii głupich wypowiedzi. Dwoje ludzi smaży jajecznicę i nagle padają słowa: „Cebula is a bitch. Szczypie jak jasny chuj.”2 Mi siły na interpretację nie starczyło. Podreptałam do małżonka, aby dał mi siłę do dalszego czytania. Jemu cytat nawet się spodobał – może dlatego, że często wrabiam go w krojenie cebuli. Przyznał autorce rację, że owa czynność przyjemna nie jest i nawet udało jej się to poetycko ująć. Pojawia się tylko pytanie, dlaczego „jasny” i czy „ciemny” szczypałby bardziej np. jak ostra papryka.

Ja niestety nie dołączę do grona fanów tego cyklu. Szczerze mówiąc wszelkie jego walory przysłonił mi brutalny język, który odebrał mi radość z czytania. Poczułam się jak w rzeźni, a nie jest to najmilsze miejsce.

1 Monika Lech, „Morze krwi”, wyd. 4Generations, 2020, loc. 623-625.
2 Tamże, loc. 639-640.

„Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl"
"Kocia Szajka i napad na moście" Agata Romaniuk

"Kocia Szajka i napad na moście" Agata Romaniuk

Komisarz Psota wraz z aspirantką Walerką Koczy oraz z pomocą Kociej Szajki starają się zapanować nad kryminalnym światkiem Cieszyna. Niestety dochodzi do zuchwałego napadu. Zostaje zaatakowany Maurycy Moiczek – listonosz. Na szczęście jego służbowa torba szybko zostaje odnaleziona, a po przejrzeniu zawartości okazuje się, że brakuje – aż i tylko – jednego listu. Co takiego zawierał, że ktoś, dla jego zdobycia, zaryzykował zaatakowanie pracownika urzędu pocztowego.

Agata Romaniuk pisząc „Kocią Szajkę i napad na moście” zastosowała schemat działania dobrze znany czytelnikom poprzednich części: przestępstwo – typowanie podejrzanych – przesłuchania i zbieranie dowodów. Może się wydawać, że będzie to szybkie dochodzenie, bo jest świadek zdarzenia – wrona Wanda – a sprawca porusza się charakterystycznym środkiem transportu – żółtym składakiem. Jednak sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Do napadu doszło na moście, który jest granicą pomiędzy Polską a Czechami, czyli to afera międzynarodowa. Trzeba zwrócić się o pomoc do strony czeskiej. Jako wsparcie dla Kociej Szajki przybywa Maly Jižik.

Kocia Szajka i napad na moście” to już trzeci tom kryminalnego cyklu dla dzieci autorstwa Agaty Romaniuk. Cieszy mnie szybkie tempo wydawania kolejnych części, bo to oznacza, że pisarka ma wenę, a to co tworzy podoba się czytelnikom. Akcja każdej z książek ma miejsce w Cieszynie i to jest istotne, bo lokalny koloryt jest w nich bardzo widoczny, natomiast prym w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek wiedzie tytułowa Kocia Szajka. Jest to grupa kotów, które jak to koty chodzą własnymi ścieżkami, ale pomiędzy drzemką i porcją mleczka z masłem potrafią genialnie wyciągać wnioski.


W przypadku tej części chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na zimowe tło – czasami szuka się się czegoś sezonowego do czytania. Generalnie nie jest ono jakieś nachalne, że jak przeczytacie książkę wiosna, to śpiew ptaków zagłuszą wam dzwonki sań. Nic z tych rzeczy. Jednak fakt jest taki, że w powieści pada śnieg, a koty próbują zimowych sportów.

Kryminalna fabuła ma wciągać czytelnika, a połączenie zabawnych imion i kociego charakterku sprawia, że opowiedziane historie są zabawne. Myślę, że te dwie cechy – emocje i humor – sprawiają, że te powieści trafiają do dzieciaków. Jest to świetny cykl, idealny do samodzielnego jak i wspólnego czytania. Wiem, co mówię, bo sama wspaniale się bawiła poznając go.


Zobacz też:

"Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi"

"Kocia Szajka i ucho różowego jelenia"

Copyright © Asia Czytasia , Blogger