"Dino i Zauruś. W domu. 3-latek"

"Dino i Zauruś. W domu. 3-latek"

Junior bardzo polubił rozwiązywanie zadań z Dino i Zaurusiem. Dlatego zdecydowałam się rzucić go na „głęboką wodę” i wyjęłam kolejny zeszyt z serii. Tym razem dla trzylatków. Poziom zadań jest widocznie trudniejszy, ale syn tak polubił te książki, że z uwagą podchodzi do ich rozwiązywania i cały czas ma z tego wielką radość. Dlatego chętnie przypominam wam o tej serii rozwijających publikacji dla dzieci. Co znajdziemy w tej dla trzylatka?

Nowością w stosunku do poprzedniej części są zadania na kodowanie (np. koło pokoloruj na żółto, gwiazdę na czerwono itd.), labirynty i zadania typu znajdź różnice na obrazku. W dalszym ciągu będzie dużo sortowania i wyszukiwania podobieństw, jednak te zdania są już nieco trudniejsze np. należy posortować według wielkości, albo trudniej wypatrzyć detal, którym różni się dany element. W książce również znajdziemy mnóstwo naklejek (wydawca napisał, że ponad 80), które musimy wykorzystać do rozwiązania zadań, ale i kredki pójdą w ruch, więc dziecko będzie miało więcej okazji, aby poćwiczyć paluszki i poprawny chwyt. Poza tym – tu przepiszę za wydawcą, ale sama również potwierdzam każdy z punktów – książki z tej serii wzbogacają słownictwo, ćwiczą spostrzegawczość, poszerzają wiedzę ogólną i rozwijają kreatywność.

Ten zeszyt zatytułowany jest w „W domu” i nawiązuje do codziennych czynności np. sprzątanie pokoju, robienie prania. Jest bardzo kolorowy przytulny, jak dziecięcy pokoik. Warto go podsunąć dziecku, kiedy słyszycie: „Nudzi mi się”. Myślę, że rozweseli małego marudę.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pokój krwi" Sylwia Błach

"Pokój krwi" Sylwia Błach

„Feministyczny thriller o kobiecej menstruacji”1 ta fraza z opisu książki „Pokój krwi” Sylwii Błach zachęciła mnie do jej przeczytania. Powieść okazała się mocną, dziwną, a momentami obrzydliwą. Czy przy tym mądrą i ciekawą? Postaram się wam opisać swoje wrażenia.

Bohaterkę książki poznajemy w momencie, kiedy przybywa do jednego z krajów arabskich, gdzie ma zrealizować zawodowe zlecenie. Ponieważ trwa epidemia, prosto z lotniska zostaje przewieziona do hotelu, gdzie musi odbyć dziesięciodniową kwarantannę. W taksówce, niespodziewanie, rozpoczyna się jej miesiączka. Zamknięta w czterech ścianach poddaje się burzy hormonów i tonie w czarnych myślach. Kiedy poznamy ją lepiej, poznamy również ich źródła. Poznamy demony, które prześladują ją od lat. W czasie jej izolacji pandemia nabiera tempa, a bohaterka książki poddaje się coraz większej paranoi. A może ona jest „normalna”, a to co dzieje się wokół przekracza scenariusze najgorszych koszmarów?

„Pokój krwi” to jedna z tych powieści, które trzeba przemyśleć. Dopiero wtedy dostrzeżemy, ile Sylwia Błach w niej ukryła. Muszę przyznać, że pierwsza połowa książki mnie nudziła. Bohaterka utyskiwała na niedogodności związane z miesiączką, a także coś tam opowiadała o sobie i przedstawiała poglądy na różne tematy. To ostatnie akurat niezbyt mnie interesowało, bo wiedziałam o niej za mało, żeby mieć ochotę ja wysłuchać. Przyznam, że potraktowałam ja jak człowieka, który zagaduje mnie na przystanku autobusowym i relacjonuje przebyte choroby. Uprzejmy uśmiech, ale...

Około połowy atmosfera się zagęszcza, a książka przybiera charakter thrillera (a nawet horroru). Głowna bohatera jest ciekawą postacią, bo ma za sobą przeszłość narkotykową i problemy psychiczne, co czyni ją niewiarygodną. Prawda czy majaki? Zastanawia się czytelnik. Zadania nie ułatwia fakt, że akcja powieści dzieje się w nieokreślonej przyszłości, że nie znamy realiów tego świata i charakteru epidemii, która go trapi. Intrygujące jest też zlecenie, jakie kobieta ma wykonać, chociaż tu od początku Sylwia Bałach daje nam pewne wskazówki. Suma summarum, te elementy przykuwają uwagę i angażują w czytanie „Pokoju krwi”.

Powieść ta rozczarowała mnie, jak i pozytywnie zaskoczyła. Kompletnie nie czuję feminizmu, którego oczekiwałam. Co prawda mamy tu kobietę walczącą o siebie, ale kierują nią (w przeszłości) przymus otoczenia i wola przetrwania oraz (teraz) egoistyczne pobudki. W jednym miejscu sama przyznaje, że ktoś ją ukształtował. Pokazuje palcem, kto stworzył bestię. I to wskazuje personalia tej osoby.

Nie przemawia do mnie również menstruacyjna symbolika. Widzę kobietę w wygodnym położeniu. Ma pod ręką wszelkie dostępne środniki higieniczne, a do tego może odpoczywać. To nie miesiączka steruje jej myślami, a nadmiar wolnego czasu. On sprawia, że każdą wypływającą kroplę krwi bohaterka czuje bardziej. Natomiast menstruacja przyjmuje całkiem ciekawy wymiar w kontekście pandemii. Zarażeni traktowani są gorzej niż trędowaci, ale ich postępowanie – przynajmniej tych, których mamy okazję zobaczyć – wydaje się wyjątkowo humanitarne. Obrzydliwe, ale jest mniejszym złem.

Natomiast czy humanitarnym można nazwać zachowanie głównej bohaterki? Sylwia Błacha w ekstremalnie przerysowany sposób pokazuje znieczulicę jaka dopada świat, a wszelkie izolacje tę obojętność pogłębiają. Co do bohaterki książki, jest ona dla mnie karykaturą karierowiczki. Ciągle lepsza, bogatsza. Nigdy nie ma wystarczająco dużo. Pędzi za rozwojem obojętnie w jakiej dziedzinie.

Powieść „Pokój krwi”, co prawda mnie nie poturbowała, ale co nieco wyczytałam między wierszami. Trochę nawiasując do znieczulicy, która jest jednym z tematów poruszanych książce, napiszę, że te brutalne książki chyba mniej działają na czytelnika. Makabryczne akcenty przesłaniają ich przesłanie. Oczywiście, że szokują, ale czy nie spychamy tego szoku do szufladki „fikcja”, a potem szczelnie ją zamykamy?

1 Sylwia Błach, „Pokój krwi”, wyd. Dlaczemu, Warszawa 2024, okładka.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tycipieski" Rose Lihou

"Tycipieski" Rose Lihou

Piękny ogród wymaga wiele pracy. Nie zawsze mamy siłę, aby go należycie pielęgnować. Może lepiej ułatwić sobie życie. Zrezygnować z rabatek oraz sadzawek, a zamiast tego zrobić trawnik albo patio. Przed takim dylematem stają dziadkowie małej Zuzi. Jednak wnuczka staje w obronie ogrodu, bo wie, że zamieszkują go wyjątkowe istoty, które powinno się chronić. Są to tytułowe tycipieski z powieści Rose Lihou.

Jest to nieco sielankowa bajka ze względu na naturę, która łagodzi i koi, ale nie brak w niej dramatyzmu. Zuzia, główna bohaterka, to spokojna skromna dziewczynka. Przyjeżdża z mamą do dziadków, aby pomóc im w codziennych obowiązkach. Znajduje szczerą przyjemność w pielęgnacji ogrodu oraz zajmowaniu się tycipieskami. Bardzo martwi ją perspektywa likwidacji bezpiecznego bluszczu, w którym mogą schować się małe żyjątka. Ale sąsiadka, przewodnicząca komitetu sąsiedzkiego, nalega na uporządkowanie posesji. Ta postać wprowadza nutkę napięcia. W toku fabuły dowiadujemy się, że ma interes w tym, aby zieleń zniknęła z ogródków sąsiadów i posunie się daleko, aby zrealizować swój plan.

Wizja tycipiesków, jako zagrożonego gatunku, który trzeba chronić – co zapewne ma być nawiązaniem do owadów i sterylnych ogrodów, jakie nie służą mikrowatowi – średnio do mnie przemawia. Nie zaprzeczę, że są to przesłodkie istotki, ale jednak pieski i wiążą się z nimi inne skojarzenia. Chyba lepiej w tej roli sprawdziły się wróżki z publikacji „Wróżkowy ogród”. Georgia Buckthorn dobrze uchwyciła delikatność i dzikość z jaką owady się kojarzą.

Muszę jeszcze napisać słówko o Zuzi. To jest nieśmiałą osóbka, która w toku fabuły się otwiera. Pasja, wytyczony cel sprawiają, że wychodzi z cienia, szuka rozwiązań i uczy się głośno mówić. To wszystko dodaje jej energii, a owa energia jest paliwem dla śmiałości, której – wydaje się, że – dziewczynce brakuje. Przepiękna metamorfoza.

„Tycipieski” to książka, która zachęca nas do spojrzenia pod najmniejszy listek. Rose Lihou przypomina, że i tam są żyjątka, które warto chronić. Autorka prowokuje nas też do przedefiniowania definicji piękna. Do zobaczenia tego piękna w naturze, a nie przedmiotach nabytych.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wielkie maszyny" i "W gospodarstwie" czyli wodne malowanki

"Wielkie maszyny" i "W gospodarstwie" czyli wodne malowanki

Zaryzykuję stwierdzenie, że wodne kolorowanki to produkt, który rodzice pokochali, bo gwarantuje on zajmującą zabawę bez bałaganu i łatwo go ze sobą zabrać. Jeżeli jeszcze – jakimś cudem – ich nie znacie, pokaże na czym polega ta zabawa na przykładzie publikacji „W gospodarstwie” i „Wielki maszyny” od wydawnictwa MD Creative (na stronie wydawcy dostępne są również inne tytuły).

Zestaw składa się z kołonotatnika z czterema planszami i tzw. flamastra do którego trzeba nalać wody. Na każdej z plansz znajdziemy zarys scenki i... biel. Jednak kiedy zaczniemy pokrywać ją wodą naszym oczom ukaże się ukryty obrazek. Kiedy woda wyschnie możemy kolorować po raz kolejny i kolejny. Aby uatrakcyjnić zabawę i dobrze zagospodarować materiał wydawca dodał wierszyki, zagadki czy elementy do wyszukania. Przykładowo, planszy z pojazdami uprzywilejowanymi towarzyszy krótki tekst o ich zadaniach, a także ważne numery telefonów.

Podobne malowanki to nie pierwszyzna w naszym domu. Pierwsze zawitały, kiedy M. miała 2 lata, a teraz towarzyszą Juniorowi. Można zastanawiać się, co takiego fajnego jest w mazaniu wodą. Powiem wam, że odkrywanie ukrytego obrazka jest naprawdę ekscytujące. Pojawianiu się kolejnych postaci i obiektów towarzyszą wesołe okrzyki. Dziecko ćwiczy koordynację wzrokowo-ruchową, ale taka zabawa może też pobudzić rozwój mowy. Po jednym dniu z tymi malowankami do Juniora repertuaru doszły słowa „dym”, „lina”, „rura” i „ufolud”. Beztroska zabawy powoduje to, że dziecko się odblokowuje i spontanicznie coś powie.

Dodać muszę, że i starszaków ciągnie do wodnych malowanek. Dopiero co miałam „najazd” starszej córki i jej przyjaciółek, dziewczynek w wieku 6 i 7 lat. Ponieważ nie wypada udostępniać publicznie wizerunku nie swoich dzieci, musicie uwierzyć mi na słowo, że same sięgnęły po malowanki, w skupieniu odkrywały ukryte obrazki i dopytywały się, gdzie je kupiliśmy.

Wodne malowanki cenię od lat. Prosty pomysł i świetna zabawa bez bałaganu. Coś co można zabrać do torby i zaproponować dziecku niemal wszędzie. Czy już mieliście okazję się nimi bawić?

[Współpraca]

"Pomiędzy nami tajemnice" Katarzyna Grzebyk

"Pomiędzy nami tajemnice" Katarzyna Grzebyk

Marcelina, młoda dziennikarka, wyjeżdża do miejscowości Niebylec, aby przeprowadzić wywiad ze znanym sportowcem. Przez przypadek dowiaduje się, że stamtąd pochodzi jej rodzina. Zaczyna drążyć, żeby „posklejać” pełne dziur i niedopowiedzeń wspomnienia babci. Odkrywa niezwykłą historię, w jaką byli zamieszani jej dziadkowie.

Fabuła prowadzona jest dwutorowo – teraz i kiedyś – aczkolwiek wypada napomknąć, że na początku i końcu książki pojawia się jeszcze watek słynnego amerykańskiego reżysera. We fragmentach „teraz” bryluje Marcelina. Katarzyna Grzebyk wykreowała ciekawą bohaterkę z zasadami, która przestrzega dziennikarskiego etosu. Poznając jej życie osobiste i dylematy może nam się początkowo wydawać, że da się nią łatwo manipulować, ale ta dziewczyna potrafi postawiać granice. Marcelina realizuje projekt, który jej zlecono, a przy okazji odkrywa rodzinną historię, co okazuje się nie mniej zajmujące niż zawodowe wyzwanie.

Wątek „kiedyś” zaczyna się mrocznie, bo od grupowego pogrzebu. Zastanawiamy się, jaka tragedia wydarzyła się w Niebylcu. Katarzyna Grzebyk szybko „nominuje” pewne postacie, aby nam te wydarzenia przybliżyć, a na ich kawie buduje losy wybranych bohaterów. Historię wzruszającą, pełną trudnych wyborów, strachu i miłości. Trzeba przyznać, że autorka pięknie odmalowuje postacie, ich emocje i wątpliwości. Wspaniale akcentuje też skutki ich decyzji.

Historia opowiedziana jest bardzo sprawie, a Katarzynie Grzebyk udaje się zbudować napięcie. Początkowo myślałam, że fabuła będzie przewidywalna, ale zostało kilka elementów, które chciałam doprecyzować, przez co czytałam z zapartym tchem i nie żałuję, bo autorce udało się mnie – starego wyjadacza – zaskoczyć. Natomiast można się dopatrzyć drobnych niedoróbek. Np. owo napięcie autorka buduje głównie przez ukrycie przed czytelnikiem pewnych informacji. Robi tak wielu pisarzy i jeszcze wielu będzie, jednak w przypadku książki „Pomiędzy nami tajemnice” nie udało się uchronić od pewnej sztuczności. Mam też wrażenie, że Katarzyna Grzebyk porzuciła pomniejsze wątki np. nie ujawniła treści wstrząsającego apelu, jaki Marcelina umieszcza w mediach społecznościowy, albo nie pociągnęła tematu znalezionego skrawka materiału. Chyba, że w ferworze emocji to przegapiłam, wtedy zwracam honor.

Co tu dużo pisać? „Pomiędzy nami tajemnice” to bardzo zgrabnie napisana powieści obyczajowa. Widać w niej nieśmiałość debiutantki, ale opisana przez Katarzynę Grzebyk historia jest tak cudowna, że wybaczam drobne niedociągnięcia. Kibicuję i tej, i kolejnym książkom tej autorki.

[Egzemplarz recenzencki]

"Most nad wzburzoną wodą" Marcel Woźniak

"Most nad wzburzoną wodą" Marcel Woźniak

Z Gdańska do Torunia. Tak został zdegradowany Jan Sambor. A może przeniesienie do piernikowego raju można uznać za nagrodę? Jakby na to nie patrzeć, policjant musi na jakiś czas usunąć się w cień. Jednak za długo w tym cieniu nie posiedzi, bo zostanie wmanewrowany z zastrzelenie młodej dziewczyny, która – pechowo – okazuje się córką przez duże C. Czy uda mu się uratować resztki swojej reputacji? Na pewno będzie próbował. Jednak im bardziej on próbuje, tym bardziej sprawa wydaje się beznadziejna.

„Most nad wzburzona wodą” to kryminał „grubego kalibru”. I jeśli chodzi o fabułę (tę bardzo ogólnie zarysowałam w poprzednim akapicie), i ilość szczegółów, i objętość. Marcel Woźniak kreuje bardzo zawiłą intrygę i dość długo każe nam czekać, aby powiązać jej elementy. Ma to swoje plusy i minusy. Ja zazwyczaj łapię się na tym, że jedna z linii fabularnych zyskuje więcej mojej sympatii, przez co za mało uwagi poświęcam innym. Tu szczególnie wciągnął mnie wątek podejrzanej stacji telewizyjnej.

Marcel Woźniak (bardzo) szczegółowo relacjonuje wydarzenia. Bywa, że kolejne fragmenty dzieli kilka minut. W opisy wplata też ogromną ilość detali np. numery poszczególnych domów. Wyłapuje on toruńskie smaczki, jak zabawne graffiti, ale też nie uniknął błędów (pewnie jacyś recenzencki już wypomnieli mu Komendę Główną). Przyznam, że jest to jakaś zabawa konwencją, pytanie tylko, czy przypadnie ona do gustu czytelnikom kryminałów. Szczerze mówiąc ja wolałaby wyraźniej zarysowaną oś fabuły i jej problematykę. Zamiast tego Marcel Woźniak zachowuje się, jak ten kumpel gaduła, który opowiada historie swojego życia. Świerzbiła mnie ręka, żeby pokreślić niektóre zbędne fragmenty. Skoro byłą strzelnianina wystarczy powiedzieć, że przyjechała karetka, a nie skąd i jaką drogą. Chociaż, kiedy książka zostanie bestsellerem i w Toruniu ruszą wycieczki śladami Jana Sambora, jeszcze to docenimy.

Autor ma specyficzne poczucie humory, co przekłada się i na narracje, i na dialogi. Jeżeli chodzi o te drugie, to muszę napisać, że bohaterowie rzucają przysłowiowym mięsem. Powiem tak. Herkules Poirot raczej tu się nie odnajdzie „mada faka”. Ale przejdźmy do żartu, bo pośmiać się każdy lubi. Sytuację mamy taką, że dziewczyna została zastrzelona. Panowie patrzą się na ciało i trochę nie wiedzą, co mają robić: „- Ile mogła mieć lat? - spytał Baron. - Mogła mieć i sto, gdyby pożyła. Ale nie pożyje. Na moje to nie więcej jak dwadzieścia.”1 Swoją drogą, czy jakiś polonista mógłby się wypowiedzieć na temat zastosowania odpowiednich czasów i trybów, bo coś mi tu nie gra. Rzucę wam jeszcze jeden żarcik Marcela Woźniaka. „(...) na bilbordzie stał w tej dumnej pozie honorowego obywatela świata mediów (…) jak Hubert Urbański, albo inny Ibisz.”2 Przyznam, że to jest nawet zabawne, że ten humor nie jest jakiś prostacki, ale chyba jest go trochę za dużo. Myślę, że dawkując go autor nadałby więcej charakteru postaciom, co wyszłoby im na plus. Ja zdecydowanie wolę neutralnego narratora, a wyrazistych bohaterów.

Książka „Most nad wzburzoną” wodą wyłamuje się popularnym schematom powieści kryminalnej. Pytanie, czy czytelnicy tego chcą. Czy tego typu powieści nie stały się – pomimo mroku i brutalności – swego rodzaju „comfort read”. Czymś przewidywalnym i bezpiecznym. Czy czytelnicy są gotowi na gawędziarstwo Marcela Woźniaka?

1 Marcel Woźniak, „Most nad wzburzoną wodą”, wyd. Zaczytani, Gdynia 2024, s. 84.

2 Tamże, s. 100.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzikie Bieszczady" Martin Martinger

"Dzikie Bieszczady" Martin Martinger

Na pewno znacie powiedzenie „rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady”. Region ten jawi się jako ostoja spokoju. Miejsce, gdzie można oderwać się od miejskiego zgiełku i podładować baterie. Martin Martinger wyciąga dzikość z dzikości tych ostępów. W książce „Dzikie Bieszczady” prezentuje miejsca, które odkrył podczas wielu spacerów. Miejsca spoza przewodników.

Dawno żaden przewodnik – bo publikacja ma wszystkie cechy przewodnika – nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Martin Martinger ma cudowny dar operowania słowem. Przedstawia konkret bez zbędnego wodolejstwa. A przy tym robi to porywająco. Sprytnie i plastycznie miesza informacje związane z historią, geologią, florą i fauną danego miejsca, dzięki czemu oddaje jego charakter, aż czytelnik będzie zafascynowany i zechce je odwiedzić.

Martin Martinger zabiera nas do wymarłych wiosek, miejsc o bogatej przeszłości, które wchłonęły siły natury. Zaprowadzi nas na mało znane punkty widokowe, pokaże pomniki przyrody i zachęci do jej skrupulatnej obserwacji. I tu się zatrzymamy. Przy każdym obiekcie znajdziecie akapit „Zaobserwuj”. To w nim autor zwraca uwagę na lokalną florę i faunę. Ile z wymienionych zwierząt i roślin uda się wam znaleźć.

W pierwszej chwili byłam lekko zdezorientowana układem książki. Jej autor w przedmowie wymienia na jakie kategorie podzielił opisane miejsca, jednak w dalszej części poruszamy się z zachodu na wschód, a przy każdym obiekcie znajduje się adnotacja do jakiej został przypisany kategorii. Wszystko oznaczone numerkami naniesionymi też na mapę, co pomaga w planowaniu, czy też projektowaniu wycieczek. Wiele informacji praktycznych np. gdzie zaparkować, w jakim kierunku się kierować znajdziemy w akapicie „Logistyka”. Oryginalnym elementem jest „Skala dzikości”, na której autor zaznacza, jak bardzo schodzimy z udeptanych ścieżek. A wisienką na torcie są fotografie. W przewodniku „Dzikie Bieszczady” jest ich mnóstwo. Ja uwielbiam je przeglądać. Jeszcze bardziej zachęcają mnie do zobaczenia danego miejsca na żywo.

Cudowna publikacja, którą szczególnie polecam wszelkim „spacerowiczom”. Martin Martinger opisuje, „co w trawie piszczy” i podpowiada, w które „kąty” warto zajrzeć. Kto jest gotowy rzucić wszystko i skorzystać z jego poleceń?

[Egzemplarz recenzencki]

Prace plastyczne z przedszkolakiem: Fryzjer

Prace plastyczne z przedszkolakiem: Fryzjer

Zakupy przez Internet stały się powszechną praktyką. Jednym z obowiązków sprzedającego jest odpowiednio zabezpieczyć paczkę. Dzięki temu kupujący dostanie nieuszkodzony produkt, ale też zostanie masa odpadków. Jeżeli uda się je ponownie wykorzystać, to super. Kiedyś odłożyłam duży słoik papierowego wypełniacza z myślą o jakimś plastycznym projekcie. Posłużył nam do zabawy we fryzjera.

Na kartce pojawiła się wesoła i smutna buźka, a dzieciaki miały za zadanie zrobić fryzurki. Moja sześcioletnia córka postawiła na styl i uważnie formowała włosy. Natomiast dwuletni synek poszedł w ilość i stworzył bujną czuprynę przyklejając, ile się da. Na zdjęciach możecie podziwiać efekty.

Napisy „wesoły” i „smutny” oraz minki to nie przypadek. Przy okazji tej zabawy zarządziłam małą gimnastykę buzi i języka. Było całkiem zabawnie.

"Co jedzą zwierzaki. Część druga" Dawid Wysocki

"Co jedzą zwierzaki. Część druga" Dawid Wysocki

Dziś pogadamy o tym, co jedzą zwierzęta. Uważni czytelnicy bloga mogą mieć małe „deja vu”, bo niedawno poruszałam ten temat. A wracam do niego ponieważ nakładem wydawnictwa Literacik ukazało się więcej tomów z wierszykami Dawida Wysockiego o świecie zwierząt. Z drugiej części dowiemy się, jakie zwyczaje żywieniowe mają kameleon, bocian, szczupak, jeż, nosorożec, salamandra, pszczoła, osa, żyrafa, mucha, kos, lis.

Niekwestionowaną bohaterką tego tomu została salamandra. Junior nie mógł uwierzyć, że zjada ona ślimaki i to bez muszelki. Skomentowane zostało to zniesmaczonym: „O nieee! Bleee”. Inne zwierzęta też mogą nas zadziwić np. nosorożec czy bocian jedzą dość osobliwe rzeczy. Wszystkiego dowiemy się dzięki rymowankom napisanym przez Dawida Wysockiego. Czasami trafia mu się „kulawy rym”, ale przyznać muszę, że autor sprawnie „sklecił” swoje wiersze i sprytnie zawarł w nich odpowiedzi na pytanie: „Co jedzą zwierzaki?”.

Podoba mi się również przejrzysta kompozycja książki i stron. Ilustracja, nazwa i tekst – to trzy elementy, dzięki którym poznamy kolejne zwierzęta. Nie ma tu żadnych zbędnych bajerów i to jest ogromny plus. Dzięki temu książka ta sprawdzi się już u młodszych dzieci. Być może wydawnictwo pomyśli o edycji kartonowej, dzięki czemu będzie można dotrzeć już do czytelnika od pierwszego roku życia. Ja czytałam tę książkę z dwulatkiem i syn był zachwycony. Natomiast on już od dawna książek nie gryzie, co zdarza się jeszcze takim maluchom, i – że tak powiem – potrafi obsługiwać dorosłe książki.

„Co jedzą zwierzaki” to cykl sympatycznych książek z wierszykami o zwierzętach dla młodszych przedszkolaków. Rymowanki wpadają w ucho, a proste ilustracje oddają cechy charakterystyczne danego zwierzaka. Publikacje te to wyjątkowo przystępny sposób przedstawienia fauny dla małych czytelników.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kocham rysować robaki"

"Kocham rysować robaki"

Co lubią rysować małe dziewczynki? Tęczę, jednorożce, kotki i... robaki. Nie , nie kłamię. Jeżeli zaglądacie do mnie regularnie to wiece, że mam w domu małą maniaczkę rysowania, więc wiem co mówię. Między innymi dlatego znalazły się u nas książki z serii „Kocham rysować...” od wydawnictwa Świetlik. Zauważyłam, że córka często sięga po części o zwierzętach i dinozaurach, korzysta z zawartych w publikacjach wskazówek i tworzy rysunkowe dżungle. Kiedy pojawiły się nowe części tego cyklu, nie wahałam się ani chwili. I tym sposobem pojawiła się u nas książka „Kocham rysować robaki”. M. wykrzyknęła „super”, zaczęła ją przeglądać i z niesamowitą energią przystąpiła do rysowania... kleszcza.

Jakie jeszcze stworzona nauczymy się rysować dzięki temu poradnikowi? Biedronkę, chrabąszcza, dżdżownicę, gąsienicę, jelonka rogacza, pasikonika, komara, karalucha, kowalika, krocionoga, liśćca strzałkowego, modliszkę, motyla, muchę, odorka zieleniaka, pająka krzyżaka, pływaka żółtobrzeżka, patyczka, skorka, stonkę, świetlika, trzmiela, ważka, ćmę, żuka. Mam nadzieję, że żadnej nazwy nie przekręciłam. Jak widzicie książka ta to przy okazji przegląd mikroświata, a wydawca zadbał też, aby o każdym stworzonku dodać jakąś ciekawostkę.

Co do instrukcji, są bardzo proste i przejrzyście przedstawione. W kolejnym kroku na czerwono zaznaczono fragment, którego dotyczy opis, więc dziecko samo może analizować wskazówki. Wydawca sugeruje wiek odbiorcy w przedziale 6 do 8 lat. Moja córka ma 6 (i pół) i całkiem dobrze radzi sobie z obsługą tego poradnika i odwzorowywaniem rysunków. Może czasami nie wyjdą jej idealnie proporcjonalne, ale potrafi sama znaleźć obiekty potrzebne jej do stworzenia wymyślonego dzieła i zrealizować swój projekt. A jak wiadomo praktyka czyni mistrza.

Wspomnieć jeszcze muszę o naklejkach i – ja to nazywam – dołączonych „plenerach”. Na końcu książki mamy trzy plansze (las, terrarium i wieczór w ogrodzie), gdzie możemy puścić wodze wyobraźni i sprawdzić nabyte umiejętności. Do tego znajdziemy dwa zestawy naklejek – kolorowych i do pokolorowania – które możemy dowolnie wykorzystać oraz zainspirować się nimi. Pozostaje nam tylko stworzyć coś wyjątkowego.

Tak sobie myślę, że te robaki to całkiem fajny temat. Niby dużo się ich nie rysuje, bo są malutkie. Może czasami jakieś pszczółki latają przy kwiatkach, ale jak przyszło co do czego, to moje dziecko miało milion pomysłów na stworzenie łąki, a wskazówki z książki „Kocham rysować robaki” bardzo jej pomogły. Otworzyły głowę i pobudziły kreatywność.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pimpcio" Małgorzata Roman-Zakrzewska

"Pimpcio" Małgorzata Roman-Zakrzewska

Kim jest Pimpcio? Właściwe to zwykły przedszkolak. Wesoły chłopczyk z głową pełna pomysłów, który uwielbia zabawę i psoty. Skoro nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym to dlaczego Małgorzata Roman-Zakrzewska napisała książkę z jego przygodami? Bo o fajnych dzieciakach zawsze warto opowiadać. Zerknijmy do wnętrza publikacji i dowiedzmy się więcej o jej bohaterze.

Pimpcio ma mamę, tatę, starszą siostrę Jankę. No i ma dziadka. Dziadek to jest cudowna postać, przy której na moment się zatrzymam. Małgorzata Roman-Zakrzewska pokazuje, jak ważna jest rola dziadków w wychowaniu dzieci i jaką wspaniałą więź te dwa pokolenia mogą nawiązać. Dziadek Pimpcia jest zaangażowany w opiekę nad wnukami. Zabiera ich na wycieczki, pilnuje ich pod nieobecność rodziców. A przy tym jest sobą. Potrafi zachęcić dzieci do zbierania owoców w sadzie, albo zabrać je do swoich przyjaciół. Dzięki temu poznają one różne aktywności. Rozwijają się i socjalizują.

Wróćmy jednak do przygód Pimpcia. Książka przypomina zbiór opowiadań, bo każdy rozdział to jedna historia i można je czytać w dowolnej kolejności. A czego one dotyczą? Życia przedszkolaka. Małgorzata Roman-Zakrzewska z nutką humoru opisuje codzienność np. drogę do przedszkola (czy Pimpcio sprawnie szykuje się do wyjścia?), albo wizytę w lunaparku (jakie atrakcje wpadną mu w oko?). Zwraca uwagę na fascynacje małego chłopca np. wóz strażacki. Niektóre opowieści są dość szalone jak ta o pożarze, czy miniprzedszkolu, ale wszystkie oscylują w ramach opowieści obyczajowych dla dzieci.

Generalnie opowiadania bardzo nam się podobały. Szczególnie młodszy syn, który za chwilę zostanie przedszkolakiem złapał z Pimpciem nic porozumienia – chyba przez wóz strażacki, który pojawia się na stronach książki. Słuchał z zainteresowaniem, śmiał się, a dodać muszę, że ta książka ma prawie 80 stron, na których jest sporo tekstu. Nawet próbował nauczyć się imienia głównego bohatera, co jest dobrym znakiem, bo to typ dziecka, które mówi chętnie, ale tylko na tematy, które je interesuje.

Jak widzicie, „Pimpcio” wypada treściowo bardzo fajnie. Dziecko zainteresowane, a mama zadowolona. Jednak muszę wypomnieć zakończenie ostatniego opowiadania o wizycie w parku rozrywki, gdzie zmęczony Pimpcio wyprawia istne „hocki-klocki”, łącznie z krzyczeniem na dziadka, zamiast odpocząć. Wydaje mi się, że większość rodziców to zna. Przebodźcowane, zmęczone dziecko to dramat. Dziadek pięknie okazał wnuczkowi wsparcie i nie obraził się za przykre słowa, ale pamiętajmy, że książka ta skierowana jest do dzieci. Tolerować to nie to samo, co dawać przyzwolenie. Zmierzam do tego, że zabrakło mi komentarza wyjaśniającego zachowanie Pimpcia. Wskazówki dla dziecka, która pomoże mu zrozumieć, co się z nim dzieje. A te wskazówki są bardzo ważne. Przekonałam się o tym podczas buntu czterolatki u mojej starszej córki. Ona wtedy wręcz chłonęła wszelkie treści o tym, dlaczego dzieci są niegrzeczne. To jej bardzo pomogło uporać się z targającymi nią emocjami.

„Pimpcio” został bardzo pozytywnie przyjęty w moim domu. Junior polubił wesołego przedszkolaka z wozem strażackim u boku i zaciekawiony wysłuchał jego przygód. Opowiadania o Pimpciu dotykają codziennych spraw, dzięki czemu dziecko czuje się bezpiecznie w przestrzeni jaką tworzy ta książka. Jest w niej dużo miłości i radości, więc po prostu chce się tam przebywać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Opowieści Baśniomistrza. Księga koszmarów. Transylwania" Oliver McNeil

"Opowieści Baśniomistrza. Księga koszmarów. Transylwania" Oliver McNeil

 Gry paragrafowe to dla mnie wyjątkowy rodzaj czytania. Tu powiedzenia, że „historia wciąga” ma dosłowny wydźwięk. To stajemy się jej częścią, a nasze wybory ją tworzą. Jeżeli zadbamy o odpowiedni entourage możemy przeżywać ją niemal wszystkimi zmysłami. Oliver McNeil i wydawnictwo Black Monk zapraszają nas w serii „Opowieści Baśniomistrza” do osnutej mgłą Transylwanii. Znajdziemy tu cztery scenariusza nawiązujące do klasycznych opowieści grozy, w których pojawiają się takie postacie jak wampir, wilkołak, Frankenstein i jeździec bez głowy. Czy uda ci się poskromić te bestie? A może przepadniesz w mrocznych zakątkach Transylwanii?

Na początek kilka informacji praktycznych. Ze względu na swój mroczny klimat publikacja przeznaczona jest dla graczy w wieku 14+. Można grać pojedynczo, ale też drużynowo (wydawca sugeruje od 1 do 4 graczy). Mamy do dyspozycji 4 scenariusze i 50 obszarów, na których będziemy je rozgrywać. Do wyboru są 4 gotowe postacie, ale jesteśmy zachęcani do wykreowania swojego bohatera, co pozwoli nam jeszcze bardziej zaangażować się w zabawę, dopasować postać do siebie, ale też do charakteru gry i obranej strategii. Ostatnia, ale nie najmniej ważna informacja. Jest to paragrafowe RPG, w którym poruszamy się po mapie.

Przyznam, że pierwszy raz miałam do czynienia z publikacją od wydawnictwa Black Monk i pierwszy raz miałam do czynienia z paragrafówką, w której korzystamy z mapy. Początki były trudne. Zasady są dość obszernie opisane, ale dopiero kiedy zaczęłam rozgrywkę wszystko i się rozjaśniło a przynajmniej tak mi się wydaje – chociaż kilkukrotnie wracałam do niektórych akapitów i upewniałam się, jak postąpić w danej sytuacji. Wszelkie dodatki typu mapy, dzienniki itp. uatrakcyjniają zabawę, ale też sprawiają, że mówimy raczej o grze niż książce. To nie jest coś z czym położycie się pod kołderką z latarką. To porządna księga w formacie A4 plus dodatki, na których można robić notatki i łatwiej kontrolować rozgrywkę.

Jeżeli jesteśmy przy oprawie, to wydanie robi wrażenie. Mówiłam już o twarde okładce. Dodajmy do tego gruby, porządny papier z jakiego zrobiono strony, a na nich klimatyczne ilustracje narysowane grubą kreską, mroczne ozdobniki i ozdobna czcionka. Ale to nie wszystko. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak wydawca dba o swojego czytelnika. Oczywiście wszelkie mapki itp. mamy dołączone do publikacji, ale możemy – je i inne materiały, bonusy – pobrać ze strony internetowej Black Monk. Na kartach książki znajdzie też wszechobecne kody QR. Przeniosą nas one do tzw. pejzaży dźwiękowych. Lektor odczytuje tam fragmenty tekstu, a to wzbogacone jest o mroczne dźwięki, które fantastycznie budują atmosferę. Można powiedzieć, ze ułatwiają zadanie Baśniomistrzowi, szczególnie kiedy gramy w pojedynkę.

„Księga koszmarów. Transylwania” przyciągnęła mnie miejscem akcji. Co tu dużo mówić, mam sentyment do historii o wampirach. Samo wydanie oraz przygotowane do niego dodatki robią wrażenie. Na pierwszy rzut oka rozgrywka wydała mi się skomplikowana, ale kiedy już w nią „weszłam” bardzo mi się spodobała. Zresztą wydawca w wielu miejscach sugeruje, że możemy modyfikować ją w zależności od upodobań, liczby graczy i naszych pomysłów. On daje nam bazę, „gadżety” to stworzenia własnego spektaklu, a my decydujemy jak je wykorzystamy.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"PudełKotki" gra w wersji mini

"PudełKotki" gra w wersji mini

Lubię podróżować, ale nie lubię się pakować. A od kiedy wyjeżdżam z dziećmi, mam wrażenie, że nasze bagaże przybierają ogromne rozmiary. Jedną z rzeczy, które możemy ograniczyć, ale nie możemy z nich całkiem zrezygnować są zabawki. Ulubione książeczki, pluszaki, kredki, czy gry na niepogodę są obowiązkowe. Jeżeli chodzi o te ostatnie staram się wyszukiwać tych w wersji mini. Uroczą propozycję znalazłam w ofercie firmy Alexander. Nazywa się „PudełKotki” i ma wielkość mniej więcej kobiecej dłoni.

W zestawie znajdziemy 27 kart i dwie kostki. Z kart uśmiechają się do nas słodkie kotki (te zwierzęta zawsze rozczulają moje dzieci). Różnią się one barwą futerka, umaszczeniem i ulubionymi zabawkami. Tasujemy karty. Rozkładami na stole od 3 do 6 obrazków – w zależności od poziomu trudności – staramy się zapamiętać, który z nich jak wygląda np. biały, serduszko, kłębek. Odwracamy karty i rzucamy kostkami. Jedna z nich wskazuje jaką cechę mamy odgadnąć, a druga u którego kota np. czym lubi bawić się kot numer dwa?. Jeżeli gracz odgadnie zabiera kartę i ma punkt.

Zgodnie z informacja na opakowaniu gra jest dedykowana dla dzieci w wieku 6+. Natomiast z mojego doświadczenia wynika, że zasady można tak modyfikować, iż pobawią się i młodsi. Przede wszystkim dostosowujemy poziom trudności do możliwości dziecka – im mniej kart tym łatwiej. Mój dwuletni syn uparł się, że też chce grać w „PudełKotki”. Zaproponowałam mu wariacje tej zabawy. Najpierw rozłożyłam wszystkie karty i poprosiłam o wyszukanie np. kotków, które lubią bawić się kłębkiem wełny. Potem wybrałam 3 obrazki. Zakryłam i zapytałam się, czy pamięta, gdzie jest np. biały kotek. Można? Można.

Moja sześcioletnia córka bardzo lubi wszelkiego rodzaju gry pamięciowe, więc „PudełKotki” trafiły w jej gust. Również wersja wizualna została oceniona pozytywnie. Ba, dzieci stwierdziły, że kotki są przeurocze. Dla mnie dodatkowym plusem jest mały rozmiar gry, a także to, iż mogę dowolnie modyfikować zasady, aby włączyć do gry młodsze dziecko.

[Współpraca]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger