"Tajemnica Jolanty T." Ewa Ostrowska, Witold Wysmułek

"Tajemnica Jolanty T." Ewa Ostrowska, Witold Wysmułek

Od pewnego czasu mam wrażenie, że thriller psychologiczny jest wyjątkowo poczytnym typem książek, przez co wydawcy chętnie przyklejają tę łatkę kolejnym powieściom – nie zawsze zasadnie. Dlatego bardzo sceptycznie podchodzę do propozycji hucznie określanych tym mianem. Ku mojej uciesze książka pt. „Tajemnica Jolanty T.” spełniła moje oczekiwania wobec niej i może z dumą tytułować się thrillerem psychologicznym. Z przyjemnością opowiem wam o niej więcej.


Bohaterkami powieści są tytułowa Jolanta oraz jej mama, Cecylia T. Ich ojciec oraz mąż, Leon T., to tyran i egocentryk o wielkich ambicjach. Mawia o sobie: „Ja jestem panem waszego życia.”*, a kobiety nie mają siły, aby się mu przeciwstawić. Do czasu. Cecylia mająca dość patrzeć na cierpienie córki, „ trzyletnie dziecko z nieustannym strachem w oczach”** znajduje sposób, żeby wyrwać się z łap oprawcy. Robi pierwszy krok w stronę normalności, jednak droga do niej okaże się trudniejsza niż przypuszczała, a traumatyczne wydarzenia odbiją się na dalszym życiu matki i córki.

Istota tej książki to życie bohaterek po uwolnieniu się spod władzy Leona, jednak aby to zrozumieć autorzy musieli opisać ich wspólne życie. Głos oddali nie tylko ofiarom, ale również katowi, dzięki czemu udało się pokazać źródło jego pragnień i charakteru.

W końcu nadchodzi dzień wybawienia, który nie kończy gehenny kobiet. Co prawda nie są już bite, zastraszane itd., ale zostały po grób związane lękiem o siebie nawzajem. Czyni to relację matka-córka niezbyt zdrową, pełną kłamstw i delikatnych szantaży w imię dobra drugiej osoby.

We wstępnie napisałam, że ta książka spełnia moje kryteria co do thrillera psychologicznego. Już uzasadniam dlaczego. Autorom udało się oddać niepokój i poczucie niebezpieczeństwa czym charakteryzuje się dobry thriller, a do tego skupiają się na emocjach bohaterów, więc i przymiotnik psychologiczny znajduje tu usprawiedliwienie. „Tajemnica Jolanty T.” to krótka powieść – ledwo ponad 200 stron – co jest jej plusem. Ewa Ostrowska i Witold Wysmułek skupili się w niej na tym co istotne. Każdy opis, postać itd. ma swoje uzasadnienie. Akcja nie jest niepotrzebnie pompowana. Cel był prosty – opisać jak wyglądało życie z tyranem i jakie wywarło skutki na psychice bohaterek – i został on zrealizowany.

Podsumowując, „Tajemnica Jolanty T.” to książka niezbyt rozbudowana, ale kompletna i ciekawa. Mam ważenie, że autorzy opisali to co chcieli opisać, czyli toksyczną relację i niemożność wyrwania się z niej, i – moim zdaniem – udało im się to zrobić ciekawie. Stworzyli powieść smutną, ale też taką, którą się bardzo dobrze czyta.

*Ewa Ostrowska, Witold Wysmułek, „Tajemnica Jolanty T.”, wyd. Oficynka, Gdańsk 2021, s. 11.

**Tamże, s. 161.

"Brassel" Tomasz Kocowski

"Brassel" Tomasz Kocowski

Książka „Brassel” Tomasza Kocowskiego to powieść typu historia alternatywna wzbogacona o elementy fantastyczne – żyjących pod ziemią Zwergów. Akcja dzieje się w połowie XIX wieku i nawiązuje do wydarzeń tzw. Wiosny Ludów. Możemy znaleźć tu wszystkie jej przejawy. Mieszkańcy Brassel, czyli po naszemu Wrocławia – chcą wyrwać się spod pruskiego panowania. Ludzie są niezadowoleni i dążą do otwarcia Oderthoru i wznowienia kontaktów z podziemnym ludem, które zapewniały rozwój handlu. Pojawiają się też dysputy o przynależności narodowej. Niemiec, Polak, Ślązak – bohaterowie zadają sobie pytanie, kim właściwie są.


Akcja zaczyna się w momencie, kiedy w mieście wybucha bunt. Jego przywódcy, Bernard i Bolko, z determinacją walczą o realizację postawionych celów. Główny to ponowne nawiązanie kontaktów handlowych ze Zwergami. Z dwójki głównych bohaterów to Bolko zajmuje w powieści więcej miejsca, chociaż Bernard wydaje się tym ważniejszym. Ten pierwszy jest chętny do działa, do tego jego ojciec od lat mieszka wraz z żyjącymi pod ziemią krasnoludami, więc ma osobiste pobudki, aby odwiedzić ich korytarze. Pojawia się też wątek miłosny, wszak to młody chłopak i krew mu w żyłach buzuje. Bernard natomiast to dojrzały mężczyzna i realny przywódca. Jest opanowany i ma – nazwijmy to – polityczne umiejętności i charyzmę, aby poruszyć tłum.

Od początku miałam ogromne trudności, żeby poczuć klimat tej powieści. Czułam się, jakbym czytała którąś z kolejnych części cyklu. Zostałam wrzucona w wir wydarzeń i nie potrafiłam zrozumieć z czego one wynikają – chociażby dlaczego stosunki ze Zwergami zostały zerwane. Pierwszy rozdział jest napisany fatalnie. Skaczemy po mieście i obserwujemy bunt raz z perspektywy wojska, a raz protestujących. Połapać się w tym kto jest kim jest bardzo ciężko. Nie wiemy na czym się skupić i co będzie istotne w toku wydarzeń.

W kolejnych rozdziałach Tomasz Kocowski uspokaja się i zaczyna relacjonować historię dłuższymi fragmentami. Krystalizują się główne postacie i wątki. Akcja jest wartka. Jeżeli ktoś da się ponieść jej nurtowi może świetnie się bawić. Ja niestety ledwie pomoczyłam stopy na brzegu tej rzeki. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to co mi się najbardziej podobało, tego było najmniej. Bardzo ciekawiło mnie jak autor opisze podwrocławskie krasnoludy. Kiedy bohaterowie wkroczyli w podziemne korytarze moje rumieńce mogłyby rozświetlać im drogę. Tak nie mogłam doczekać się spotkania z małym ludem. Szkoda, że w ogólnym rozrachunku Tomasz Kocowski postawił na politykę a nie fantastykę.

Po drugie, z jednej strony odniesienia do Wiosny Ludów są jasne, ale mi podczas czytania towarzyszyła myśl, że wystarczy zmienić, daty, miejsca, nazwiska i przeniesiemy się do innej epoki. Dodać również chcę, że jedni mają większą inni mniejszą wiedzę historyczną i nie każdy te powiązania zauważy. Myślę, że autor mógł zrobić nieco więcej, aby jego intencja była jasna, lepiej oddać opisywany czas, aby powieść z dumą nosiła miano historii alternatywnej.

Wrocław i krasnoludy skusiły mnie do przeczytania „Brassel”, jednak nie okazały się gwarantem sukcesu – w moich oczach. Niewątpliwie zaletą powieści jest wartka akcja. Tomasz Kocowski wymyślił dużo wątków, jednak potencjał wszystkich nie został wykorzystany. Może w tym przypadku mniej okazałoby się czytelniej i ciekawiej? Trudno powiedzieć. Ja niestety klimatu tej powieści nie poczułam. Nie porwała mnie ani fabuła, ani pisarski warsztat autora (swoją drogą redakcja/korekta też nie błyszczy w tej książce). Krótko mówiąc nie miała tej charyzmy co Bernard, porywający do buntu mieszkańców Brassel.

"Bieszczady" Krzysztof Plamowski [Travelbook]

"Bieszczady" Krzysztof Plamowski [Travelbook]

A gdyby tak rzucić wszystko i zrobić sobie urlop w Bieszczadach. Miejsce idealne dla osób lubiących obcowanie z naturą i chcących uciec od cywilizacji. Planować wypoczynek należy rozważnie i czasami warto wspomóc się radami specjalistów. Dlatego dziś prezentuję wam przewodnik po Bieszczadach właśnie.


Jest to publikacja z serii „Travelbook” od wydawnictwa Bezdroża. Miałam już do czynienia z przewodnikami spod tego znaku i stwierdzam, że są ładnie wydane oraz starają się kompletnie przedstawić opisywany region. Jak skonstruowana jest ta konkretna książka? Co w niej znajdziemy?

Pierwsze rozdziały możemy określić jako wprowadzenie do wędrowania po Bieszczadach. Zawarto tu co nieco o atrakcjach turystycznych, historii, ludziach, topografii, przyrodzie jak i praktyczne informacje na temat pobytu. Krótko opracowano najważniejsze informacje na temat tego trenu.

Jednak główna cześć przewodnika to szczegółowa charakterystyka najważniejszych miast i ich okolic. Zwraca się tu uwagę na najciekawsze obiekty oraz proponuje się nam gotowe trasy wycieczek – zarówno pieszych jak i rowerowych, znajdzie się też coś dla osób jeżdżących konno.. Dla mnie jest to super sprawa. Nie wiem, czy macie podobnie, ale dla mnie wyjazd w góry jest logistycznie trudniejszy niż np. nad morze. Nad wodą sprawa jest prosta. Jest pogoda robimy to, nie ma mamy w zanadrzu jakąś alternatywę. Ewentualnie wybieramy jakiś dzień żeby odwiedzić miejsce, które nas zainteresowało. Góry wymagają planowania – i trasy, i swoich sił na jej pokonanie. Gotowy plan wyprawy – z uwzględnieniem atrakcji, długości wędrówki i środków komunikacji – jest ogromnym ułatwieniem oraz daje duży komfort w podróżowaniu. Oczywiście wszystko opatrzone jest w mapki, zdjęcia, ciekawostki i namiary na ważne miejsca np. numery telefonów.

Na moją półkę trafił bardzo fajny przewodnik, który będzie ogromnym ułatwieniem w bieszczadzkich wędrówkach. To co najbardziej mi się w nim podoba, to że ktoś wykonał czarną robotę związaną z planowaniem. Ja już sobie wybrałam co chcę zobaczyć, teraz wystarczy znaleźć jakiś przytulny nocleg.

"W podróży, czyli tu i tam" Małgorzata Randak-Jezierska

"W podróży, czyli tu i tam" Małgorzata Randak-Jezierska

Książce „W podróży, czyli tu i tam” przyświeca motto „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Nie spotkamy tu, co prawda, dzielnych muszkieterów, ale niemniej dzielnych mieszkańców lasu – zwierzęta, a nawet drzewa.

Fabuła tej, kierowanej do dzieci, powieści ma charakter przygodowo-fantastyczny. Historia zaczyna się od narodzin wilczka Adaminka, który wraz z grupą przyjaciół przeżywa, czasami niebezpieczne, przygody. Kiedy wpadają w tarapaty wszystkie leśne istoty ruszają im na pomoc. Pierwiastek fantastyczny ukrywa się w „tu i tam” z tytułu. W pewnym momencie zwierzęta zostają rozdzielone – cześć pozostaje tu, czyli w domu, a cześć przenosi się tam, do innego, pozaleśnego wymiaru. Również postać Adaminka zasługuje na uwagę, bo jest on synem jabłoni. Jak to możliwe? Małgorzata Randak-Jezierska oryginalne to wykoncypowała.


Przygody znajdziemy w tej publikacji sporo, jednak ma ona nieco poetycki – a miejscami nieco melancholijny – charakter. Akcja jest bogata – mamy wielu bohaterów i jedno wydarzenie goni drugie – ale nie mogę powiedzieć, że żywa. W teorii taka książka powinna pobudzać, a ta konkretna, zamiast tego, uspokaja, skłania do rozmyślań. Czy to dobrze czy źle? Myślę, że tu dużo zależy od charakteru dziecka. Małgorzata Randak-Jezierska proponuje coś nieszablonowego, jak na standardy książki dziecięcej. Jest to na pewno wartościowe – do treści jeszcze na moment wrócę – ale wymaga od odbiorcy zaangażowania, przemyślenia tego, co się przeczytało.

Jeszcze kilka słów, o tym o czym chce opowiedzieć autorka. Pojawia się tu eko tematyka np. zanieczyszczanie środowiska trującymi odpadkami czy porzucanie domowych zwierząt, ale najważniejszym morałem jest ten o sile przyjaźni. W działaniach mieszkańców lasu widać, że w grupie siła, że razem wszystko jest możliwe.

Czy polecam „W podróży, czyli tu i tam”? Tak. Ciężko było by odradzać książkę o wartościowej treści. Cały czas nurtuje mnie pytanie, czy publikacja ta spodoba się dzieciakom. Rekomendowałbym ją dla dzieci w wieku 6-10 lat. Kiedy wspominam, co mi podobało się w tym wieku, to przychodzą mi do głowy żywsze i bardziej tajemnicze książki. Chociaż, kto wie, może mroczny las wciąga w wir przygody.

"Klan Wyspiańskich" Jan Tomkowski

"Klan Wyspiańskich" Jan Tomkowski

Stanisław Wyspiański zapewnił swojemu nazwisku sławę wpisując się do kanonu literatury i malarstwa. Czy inni członkowie tego rodu mieli również artystyczne zacięcie. Trudno sobie wyobrazić, że tak nie było, a niezwykła wrażliwość pojawiał się u słynnego poety i malarza znikąd. We wstępie do swojej książki „Klan Wyspiańskich” Jan Tomkowski stwierdza: „Cenili sobie (…) wykształcenie i może dzięki temu nie znali pogardy dla sztuki. Jeśli już trafił się w tej rodzinie artysta, nie zmuszano go, jak się zdaje, by wybrał zawód bardziej praktyczny, na przykład zajął się handlem albo rzemiosłem. Może to dowód na to, że w każdym Wyspiańskim drzemała dusza artystyczna, umiłowanie piękna (…).”*



Książka ta „(…) nie jest typową kroniką rodu, bowiem autor nie zamierzał zgłębiać wyczerpująco losów każdego z bohaterów, niezależnie od roli, jaką odegrał w dziejach literatury czy sztuki. Interesować nas więc będą jedynie artyści – spełnieni i potencjalni, uznani i zapomniani”.** Kogo w takim razie spotkamy na jej stronach? Franciszka, czyli ojca Stanisława, zajmującego się rzeźbą; Bronisława, stryja, prowadzącego zakład fotograficzny; kuzynów wśród, których najbardziej zapamiętałam Zenona Parviego oraz Marię Waśkowską, jako tych najbliższych autorowi „Wesela”; Joannę Stankiewicz, ciotkę odpowiedzialną za jego wychowanie, samego genialnego Stanisława oraz jego dzieci.

Pisanie tej publikacji musiało być dla Jana Tomkowskiego nie lada wyzwaniem. Nie zaprzeczycie, że Stanisław Wyspiański to powszechnie znana postać, a jednak w jego biografii jest wiele dziur. Wydaje się osobą skrytą i powściągliwą. Mało jest tych, którzy dobrze do znali, a jeszcze mniej spisanych wspomnień. Do tego dochodzi pytanie ile w nich prawdy. Na przykład biografia przygotowana przez ciotkę Stankiewiczową nasuwa pytanie, czy wielbiąca go opiekunka nie wyolbrzymiła jego osiągnięć. W takim razie spróbujmy sobie wyobrazić, ile dokumentów, pamiątek zachowało się po tych zapomnianych. Autor musiał spisać ich historię na podstawie tego, co się ostało w toku burzliwych polskich dziejów. Nie ukrywa przed nami, że w pewnych momentach musiał wysilić wyobraźnię, ale za każdym razem akcentuje, co jest wyraźnie udokumentowane, a co jest wyłącznie jego przypuszczeniami i skąd takowe wysnuwa.

Klan Wyspiańskich” to książka naładowana w informacje, które przekazano w przyjazny dla czytelnika sposób. Nie musicie być znawcą literatury, aby ją czytać – chociaż ci pewnie znajdą w niej wiele ciekawostek o autorze „Wesela”. Ja uczciwie przyznaje, że moja wiedza o Stanisławie Wyspiańskim ograniczała się do podstaw z lekcji języka polskiego. Co prawda mam słabość do młodopolskich twórców, ale zawsze bliżej było mi do prozy niż poezji. Historię klanu Wyspiańskich – może nie szczególnie burzliwą, ale fascynującą – przeczytałam z uwagą i czuję się znacznie bogatsza... O co? Trudno mi to nazwać, bo nie chodzi wyłącznie o wiedzę, ale również o... uwrażliwienie, zrozumienie dla twórcy.

Muszę wspomnieć o wielu cudownych fotografiach i reprodukcjach, które wzbogacają tę książkę. Wspaniale, że ktoś o nich pomyślał. To kompletnie zmienia, wzbogaca odbiór. Przykładowo, pisząc o Franciszku Wyspiańskim, autor analizuje portrety ojca namalowane przez Stanisława. Dla mnie jest ogromnie ważne, żeby podczas czytania zerknąć na opisywany obraz. Jeżeli nie muszę go szukać, tylko mam na kartce obok, jestem wdzięczna wydawcy za ułatwienie mi zadania.

Niekwestionowanym bohaterem publikacji „Klan Wyspiańskich” jest autor „Wesela”. Czytając o kolejnych krewnych nie tylko poznajemy ich losy, ale widzimy jaki wpływ odegrali w kształtowaniu Stanisława. Staje przed nami grupa skromnych, utalentowanych ludzi, być może przyćmionych przez znanego poetę, a może, dzięki niemu, niezapomnianych.

*Jan Tomkowski, „Klan Wyspiańskich”, wyd. Arkady, Warszawa 2020, s.9.

**Tamże.

"Las pachnący pożądaniem" Iza Maciejewska

"Las pachnący pożądaniem" Iza Maciejewska

Bohaterów powieści „Las pachnący pożądaniem” dzieli aż 15 lat. Czy to duża różnica wieku między potencjalnymi kochankami? Zostawiam waszej ocenie. Jednak kiedy Ona ma 18 lat, a On jest po trzydziestce, to taki związek może budzić kontrowersje.


Autorka bardzo mocno rozpoczyna tę książkę. Karolina jest na skraju załamania psychicznego. Rodzice zamiast być dla niej wsparciem, skazują ja na wygnanie. Aby zatuszować sprawę, w którą córka została wplątana wysyłają ją do wsi Traszki, gdzie mieszka jej ciotka. Bliska popełnienia samobójstwa dziewczyna znajduje, w maleńkiej miejscowości powód do życia – niezwykle przystojny powód.

Iza Maciejewska wniosła powiew świeżości na polską scenę powieści romantyczno-erotycznych. Próbuje zerwać z popularnym schematem: zakochanie-sielanka-kłótnia-pogodzenie. Co prawda w „Las pachnący pożądaniem” znajdziemy te wszystkie elementy, jednak trzeba oddać autorce honor, że jest to historia o dużo większym zasięgu. Jej sposób prowadzenia przypomina mi pierwszy sen zon serialu obyczajowego. Kolejne epizody budowane są wokół pary głównych bohaterów. Wiemy co i kto jest sercem tej opowieści, ale dowiadujemy się też sporo o towarzyszących im postaciach. A te nie są czarno-białe, ba pisarka tak manipuluje fabułą, że wrogowie stają się przyjaciółmi. Czytelnik nie może narzekać na brak akcji. Iza Maciejewska śmiało zamyka pewne wątki, aby zastąpić je kolejnymi. Nie wiem, czy taki był pierwotny plan, czy powieść była pisana w odcinkach – niemniej efekt końcowy jest ciekawy.

Romanse to nie jest mój numer jeden jeżeli chodzi o książki, jednak pióro tej autorki bardzo polubiłam. Za odchodzenie od sprawdzonych schematów, bezpośredniość oraz za pasje, którą obdarowuje swoje postacie – szczególnie jest ona widoczna w scenach 18+. Iza Maciejewska musi się jednak pilnować, aby nie powielać swoich pomysłów. I nie mam tu na myśli fabuły książki, a drobne rozwiązania, które zauważy tylko stały czytelnik, znający jej poprzednie książki. Mam tu na myśli np. zrzucanie kobiecych humorów na PMS. W serii „P” jedna z bohaterek dość mocno odczuwała działanie hormonów, taki był jej urok, nie oznacza to, że każda z pań tak mocno je odczuwa. Inny przykład to wyjątkowo bezpośredni podrywacz. Wracając do „Pociągu” i „Pieprzu”, był tam Filip, który potrafił wyrwać panienkę używając tekstów na granicy dobrego smaku. Nie podobały mi się jego odzywki, ale zaakceptowałam kreację postaci. Była ona prawdziwa. W „Las pachnący pożądaniem” znowu pojawia się taka postać. Czy nie ma innych sposobów na podryw? Może czas na dżentelmena z prawdziwego zdarzenia?

Z przyjemnością patrzy się, kiedy pisarka, którą poznało się przy okazji debiutu rozwija się i zbiera grono fanów. Przyjemnie jest czytać kolejne książki, przy których sympatia do pióra tej autorki nie maleje. Ja mam taką relacje z Izą Maciejewską. Być może dla niektórych osób, jej książki są zbyt śmiałe i bezpośrednie, mi jednak to nie przeszkadza. Po romanse nie sięgam często, bo rzadko mnie one zaskakują, jednak nazwisko „Maciejewska” na okładce stało się dla mnie synonimem oryginalnej powieści o miłości.

"Dziennik z Gusen" Aldo Carpi

"Dziennik z Gusen" Aldo Carpi

Aldo Carpi – artysta, profesor, inteligent – w 1944 roku trafia do obozu koncentracyjnego. Czy niefizyczny zawód ułatwił mu egzystencję w trudnej rzeczywistości. W pewnym sensie tak – chociaż autor wspomina również o niedogodnościach, jakie musiał znosić w związku ze swoją profesją. Aldo Carpi tworzył portrety na zlecenie strażników, co przy pomocy polskich lekarzy, pozwoliło mu przetrwać czas zamknięcia w obozie.


Wrażliwej, artystycznej duszy ciężko było się odnaleźć w brutalnym obozowym świecie. Powszechna przemoc i cierpienie, ale też konieczność podporządkowania swojego talentu wymogom oprawców, spełniania ich zachcianek, zamiast danie ujść wenie było dla Aldo Carpi nie do zniesienia. Pomimo że obowiązywał bezwzględny zakaz prowadzenia jakichkolwiek notatek zaczyna pisać – na znalezionych skrawkach papieru – listy do żony. Powstaje korespondencja, która ma nigdy nie zostać wysłana. Jak sam to skomentował: „(...) te pierwsze napisałem, aby wyzwolić to co miałem w duszy.”*

A co inteligentnemu malarzowi w duszy gra? Na pewno są to myśli płynące prosto z serca. Aldo martwi się o rodzinę i zapewnia, jak bardzo ich kocha. Do tego stara się nawiązać do swoich zainteresowań, czyli próbuje prowadzić dialog o sztuce. O obozowej rzeczywistości pisze niewiele. Jednak znajdziemy w tych listach gro przemyśleń, które zrodziły się w jego głowie. Dziennik Aldo Carpi ma raczej charakter filozoficznego traktatu, jest zapiskami człowieka, który potrzebuje się wygadać. Nie chce opisywać zła, które codziennie ogląda, lecz ewidentnie wywiera ono na niego wpływ.

Zapiski malarza zostały uzupełnione o komentarz, samego autora dziennika. Został przeprowadzony z nim wywiad, który dopełnia i tłumaczy wiele poruszanych kwestii. Jest to wspaniałe rozwiązanie. Lektura zapisków z Gusen jest trudna i obawiam się, że bez tych dopowiedzeń byłaby niejasna.


Ponieważ bohater i autor to artysta nie mogło zabraknąć jego prac. Dla mnie jest jest to najbardziej poruszający element tej publikacji. Nie uważam się, za osobę szczególnie wrażliwą, a jednak te grafiki zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Stworzone kiepskiej jakości materiałami, ale wzbogacone o emocje. Moim zdaniem, wyrażają dużo więcej niż słowa.

„Dziennik z Gusen” to nietypowa propozycja jeżeli chodzi o obozowe wspomnienia. Dużo więcej mówi o człowieku, o autorze niż o życiu za ogrodzeniem. A może właśnie z tego można wyciągnąć wnioski? Jest to coś dla czytelników, którzy nie lubią mieć wszystkiego podane na tacy, którzy nie boją się czytać między wierszami. Opowieść o pragnieniu zachowania człowieczeństwa. Właściwie skłamałabym, gdybym napisała, że niesamowicie mnie porwała, ale z drugiej strony, książek o obozach koncentracyjnych powstało wiele. Po co po raz kolejny czytać podobne relacje. Może warto pójść krok dalej.

* Aldo Carpi, „Dziennik z Gusen”, tłum. Graziana Melillo, Bartosz Budzyński, wyd. Replika, Poznań 2021, s. 72.

"Bozzetto. Klątwa" Hermann Alexander Beyeler, Gerd J. Schneeweis

"Bozzetto. Klątwa" Hermann Alexander Beyeler, Gerd J. Schneeweis

Tajemnicze słowo bozzetto to po prostu szkic. Aczkolwiek w przypadku powieści „Bozzetto. Klątwa” chodzi o nie byle jaki szkic bo o projekt „Sądu Ostatecznego” do Kaplicy Sykstyńskiej. Jest to dzieło cenne i pożądane. W przeciągu wieków wielokrotnie zmieniało właściciela i żadnemu z nich nie przyniosło szczęścia. Czy – jak mówi w prologu Michał Anioł, który niemal postradał zmysły przy pracy nad freskiem – zostały w nim zamknięte dobre i złe duchy, które mają nad bozzettem władzę*?


Słowo, które już zawsze będzie mi się kojarzyło z tą publikacją to „kwerenda”. Hans Albert Bilgrin, mecenas sztuki, postanawia kupić bozzetto. Ma wobec niego wielkie plany, i aby je zrealizować potrzebuje pomocy. Zwraca się o nią do Maximiliana Prücknera, byłego adwokata, który kiedyś napisał powieść na temat szkicu. Panowie zaczynają gromadzić informacje. Głównie dotyczące poprzednich właścicieli dzieła, ale też jego historii i magicznych właściwości. Te ostatnie wręcz rozpalają wyobraźnie, ale również budzą niepokój. Racjonalnie myślącym dżentelmenom trudno uwierzyć w to, że bozzetto jest przeklęte, ale świadczy o tym coraz więcej dowodów.

O ile „Sąd Ostateczny” jest powszechnie znanym dziełem, to o klątwie bozzetto praktycznie nic się nie mówi. Przeszukując pobieżnie Internet, nie znalazłam nic, aczkolwiek w biogramach autorów, zamieszczonych na końcu książki, możemy przeczytać, że od lat są nim zafascynowani. Nie będę drążyć ile w książce prawdy, a ile fikcji – to jest jednak powieść rozrywkowa, a nie praca naukowa – faktem jest, że na jej stronach znajdziemy wiele odniesień do postaci i wydarzeń historycznych, a losy bozzetta śledzimy od jego powstania w XVI w. do czasów współczesnych. Czytelnicy, którzy zdecydują się sięgnąć po tę powieść muszą być przygotowani na długie dialogi – wieczorki przy dobrym winie, albo poranek przy mocnym espresso – gdzie postacie dyskutują o szkicu. Akcja staje w miejscu, a my zostajemy zmuszeni do prześledzenia zrobionej przez bohaterów kwerendy.

Autorzy zadbali również o watek sensacyjny, a nawet nadprzyrodzony. Aby nie było nudno, jak na wykładzie, Hans i Max muszą zmierzyć się z niebezpiecznymi przeciwnikami – potężnymi, mającymi dostęp do ogromnych pieniędzy i najnowocześniejszych technologii, a przy tym fanatycznymi w dążeniu do realizacji swoich celów. Przy ich pomocy pisarski duet nawiązuje do kolejnych teorii spiskowych. Tym razem związanych z nazistami i Adolfem Hitlerem.

Wypada jeszcze rozwinąć temat wątku nadprzyrodzonego. Oczywiście samo dzieło i klątwa z nim związana, to już niezły materiał do snucia niesamowitych historii i ogromnie szkoda, że ten potencjał nie został wykorzystany bardziej.

Autorzy zastosowali pewną zagrywkę, o której chciałabym wspomnieć. W pewnym momencie bohaterowie stają przed ścianą, w dziejach bozzetta zostają dziury, których nie da się nijak wypełnić. Jak rozwiązuje ten problem duet Beyeler i Schneeweis? Wprowadzają postać o nadprzyrodzonych umiejętnościach. I tak jak chciałabym więcej przejawów magii zamkniętej w szkicu, tak nie podoba mi się wspomniane rozwiązanie. Zapytacie dlaczego? Czytając tę powieść mamy fajny kontrast pomiędzy racjonalnością, a nierealnością. Hans i Max podchodzą do zadnia metodycznie i realizują je naukowymi metodami. Kontynuowanie ich pracy w oparciu o intuicje i wizje burzy osiągnięty przez pisarzy efekt. Mam poczucie, że poszli a łatwiznę, aby doprowadzić powieść do finału.

Jest to dość obszerna książka i mam wrażenie – pomimo że czytałam ją z przyjemnością – że w pewnych miejscach fabuła wymknęła się spod kontroli, a raczej nie wszystkie jej elementy zostały dobrze przemyślane. Chociażby na początku przy boku Hansa widzimy historyka sztuki, Aloisa Fuchsa. Ba, mamy wrażenie, że kupno bozzetta to ich wspólny cel. W pewnym momencie postać ta idzie w zapomnienie. Po co więc została wprowadzona? Dlaczego jego wiedza nie została przypisana osobie, która miała odegrać większą rolę w polowaniu na szkic „Sądu Ostatecznego”? To tylko część pytań, które mnie nurtują.

Sięgając po książkę „Bozzetto. Klątwa” oczekiwałam powieści w stylu Dana Browna – fabuła oparta na znanym dziele, w związku z którym rozkręca się jakaś afera. I chyba te skojarzenia są największą bolączką „Bozzetto. Klątwa”. W tej powieści jest dużo mniej sensacji, a więcej kwerendy, a granica pomiędzy jedną a drugą jest doskonale widoczna. Bohaterowie są stworzeni do myślenia, a nie do bitki. Zamiast strzelczanek czy brawurowych pościgów – coś tam się znajdzie, ale nie tyle ile w popularnej literaturze sensacyjnej - mamy dialogi o historii sztuki. Nie zaprzeczę, że powieść mogłaby być lepiej przemyślana, zaplanowana, ale w ogólnym rozrachunku oceniam ją pozytywnie. Może dlatego, że ja lubię czytać o historii sztuki. Co prawda, daleko mi do znawcy, aczkolwiek czuję się wyjątkowo mogąc obcować z wielkimi dziełami i nazwiskami. Do tego, w literaturze szukam książek spoza popularnego nurtu. Liczę w nich na oryginalność, którą tutaj znalazłam.

* Hermann Alexander Beyeler, Gerd J. Schneeweis, „Bozzetto. Klątwa”, tłum. Marian Leon Kalinowski, wyd. Arkady, Warszawa 2016, s. 21.

W czerwcu czytamy..., a raczej podróżujemy

W czerwcu czytamy..., a raczej podróżujemy

 Witajcie,

zaczyna się sezon urlopowy, więc chciałabym Was zachęcić również do podróży literackich. W czerwcu sięgnijcie po książkę, której akcja dzieje się się miejscu, które chcecie odwiedzić. Gdzie to będzie?

Opiniami o przeczytanych książkach dzielimy się na facebookowej grupie KLIK Forma dowolna: to może być opis, link do waszego bloga, grafika itd.




"Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz" Maurice Leblanc

"Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz" Maurice Leblanc

Pewnie większość z nas jest w stanie dość szybko wymienić słynnego detektywa, bohatera klasycznych kryminałów. Kto przyszedł wam do głowy? Sherlock Holmes? Herkules Poirot? Maurice Leblanc odwrócił konwencję i bohaterem uczynił przestępcę. I to nie byle jakiego. Domyślacie się kogo mam na myśli?


Arsene Lupin to złodziej, którego trudno nazwać czarnym bohaterem. Kulturalny, szarmancki, stuprocentowy dżentelmen. W swoim fachu kieruje się zasadami i nie okrada tych, którzy mają niewiele. Swoje ofiary oraz organy ścigania traktuje z szacunkiem i nie szczędzi im uprzejmości. Jest bardzo trudnym przeciwnikiem bo posiada ogromną wiedzę i jest przeraźliwie inteligentny. Potrafi opracować rabunek doskonały. Dba o każdy szczegół akcji, a poza tym potrafi przybierać różne tożsamości. Efekt jest taki, że staje przed nami protagonista, któremu nie szczędzimy sympatii i, w głębi duszy, kibicujemy.

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz” to zbiór opowiadań, w których Maurice Leblanc pokazał prawdziwy pisarski kunszt. Przede wszystkim, są one różnorodne. Zmienia się narrator – raz jest to sam główny bohater, innym razem jego biograf, zdarza się też narracja trzecioosobowa. Sam charakter historii też jest różny – niektóre są lekkie i zabawna; inne trudniejsze, wymagające większego skupienia; zdarzają się również delikatne powiew grozy i niebezpieczeństwa.

To co łączy te opowiadania, to oczywiście tytułowy dżentelmen włamywacz. Autor pozwala poznać czytelnikowi tę postać bardzo dokładnie. To co jest najistotniejsze to jego osobowość i sposób działania. Maurice Leblanc pofatygował się, aby przedstawić nam ważne, i dla Lupina i dla całego cyklu postacie, oraz opisał dlaczego tak kulturalny mężczyzna wybrał przestępczą ścieżkę.

Kiedy moja mama zobaczyła u mnie zbiór opowiadań o Arsenie Lupinie, powiedziała: „O, pamiętam, jak to oglądałam. Fajna komedyjka.” I faktycznie, opowiadania te mają wiele cech komedii kryminalnej – jest w nich dużo ironii i mają, w większości lekki ton. Aczkolwiek nie można umniejszać faktu, że są to pełnokrwiste, świetnie napisane historie kryminalne. Fanów klasyki na pewno nie zawiodą.

"W niby słowach" Ewa Szumilewicz

"W niby słowach" Ewa Szumilewicz

Ewa Szumilewicz, z wykształcenia doktor filozofii, pochyliła się nad stwierdzeniem „brak mi słów”. Zastanawia się, jak te nieistniejące słowa ubrać w słowa. Jak nazwać to co nienazwane? Gdzie szukać wyrazów, których nam brakuje? Może należy je stworzyć? Niepozorna książeczka pt. „W niby słowach” jest zbiorem literackich impresji, w których słowo gra główną rolę.


Publikacja ta wymaga od czytelnika dużej wrażliwości i poszybowania myślami w chmury. Autorka zręcznie bawi się słowami, tworząc i miksując sobą różne historie. Pozostawia czytelnikowi duże pole do interpretacji i przemyśleń, więc jak ktoś lubi takie filozoficzne klimaty to się tu odnajdzie.

Ja muszę przyznać, że ciężko było mi poddać się tej książce. Nie udało mi się złapać jakiegoś metaforycznego balonika, który pozwoliłby mi poszybować między stronami, albo może ja tak twardo stąpam po ziemi. Trafiały się epizody, przy których coś drgnęło i wydawało mi się, że nawiązałam porozumienie z lekturą, ale to wrażenie szybko mijało.

Sama koncepcja niby słów jest dla mnie trudna do zaakceptowania. Mowa to proces dynamiczny, albo coś jest nazwane, albo nie – nie ma stanu pośredniego. A tutaj wspomina się o słowach, które są – funkcjonują w jakimś słowniku – ale ich nie ma. No to istnieją czy nie? Przyznam, że dla mnie to za duża abstrakcja. Dość niefortunnym przykładem niby-słowa jest „ (…) keta to wspomnienie z odległej przeszłości, które nagle i mgliście pojawia się w głowie.”* Cytując autorkę: „ Keta – słowo, które nie istnieje w słowniku słów, których nie ma.”** Po pierwsze, to samo zdanie jest dość dziwne i nie wiem czy chodzi o słownik np. Słownik Języka Polskiego, czy wspomniany wcześniej słownik niby-słów. Nieważne o jaki wykaz chodzi, nadając pojęciu definicję powodujemy, że ono żyje. A może inaczej: definicja jest potrzebna, jeżeli trzeba doprecyzować znaczenie, aby wiedzieć, jak dany wyraz używać. Z którejkolwiek strony na to spojrzymy, zakładamy, że słowo jest żywe, nie jest jakimś wydumanym pojęciem. Do tego chciałam zauważyć, że wpisując „Keta” w Google już na pierwszej stronie mamy kilka znaczeń tego słowa: ryba, miasto, łańcuch napędowy po śląsku. Więcej nie chciało mi się przeglądać. Te kilka linków udowodniło mi, że taki wyraz istnieje i nie można mu przypisać miana niby-słowa.

Impresje Ewy Szumilewicz mnie przerosły. Nie zrozumiałam co autorka chciała mi przekazać, a jej praca nie porwała mnie. Jest to książka dla osób, które mają filozoficzne zacięcie. Lubią rozmyślać i nie boją się przystawać przy tematach przy tematach dziwnych – takich, nad którymi przeciętny zjadacz chleba w ogóle się nie zastanawia.


*Ewa Szumilewicz, „W niby słowach”, wyd. Oficynka, Gdańsk 2020, s. 7.

**Tamże.

"Zosia. Magnetyczna ubieranka"

"Zosia. Magnetyczna ubieranka"

Nasza przygoda z magnetyczną ubieranką zaczęła się od naklejek. Córka dostała książeczkę, gdzie były narysowane modelki, które trzeba było ubrać przy pomocy załączonych nalepek. Zabawa przednia, wciągnęła dziecko na kilka godzin. Niestety, towarzyszyło jej kilka dramatów:

Dramat 1: krzywo przyklejone ubranie – ciężko to poprawić, a, nie oszukujemy się, przedszkolakowi czasami brakuje precyzji.

Dramat 2: nie podoba mi się ta stylizacja – raz ubrana pani musi w tym stroju zostać, nie może wymienić się z koleżanką, bo odklejona naklejka słabo się przykleja.

Dramat 3: wszystkie modelki zostały ubrane – nieunikniony koniec zabawy, możemy tylko podziwiać nasze dzieło.

Stwierdziłam, że skoro córka tak ładnie zajęła się przy ubierankach, warto kupić jej coś wielorazowego. Myślałam o wielkim zestawie magnesów, ale jak zaczęłyśmy przeglądać ofertę i M. zobaczyła „Zosię” zdecydowanie powiedziała, że chce to. I warto dziecku zaufać, bo wybrała coś czym faktycznie lubi się bawić.




Co znajdziemy w pudełku?

  • Zosia, czyli modelka do ubrania.
  • 27 magnesów-ciuchów: buty, kapelusze, sukienka, bluzka, strój kąpielowy, płaszczyk itp. Mają one ok 4 mm. grubości i są przylepione do miękkiej pianki.
  • Książeczkę, która zawiera propozycje stylizacji i zadania logiczne. Jest niewielka – zaledwie 14 stron, ale my korzystamy z jej zawartości.



Założenie zabawy.

Podkreślić muszę, że nie jest to układanka kreatywna, polegająca na tworzeniu stylizacji. Co prawda coś tam możemy pokombinować z butami czy nakryciem głowy, ale niewiele. Ta gra ma pokazać różnicę pomiędzy porami roku. Dziecko ma przy niej zrozumieć, że inaczej ubieramy się, kiedy grzeje słońce, a inaczej kiedy pada śnieg.




Zosia” w naszym domu

Przyszedł taki dzień, że córka zaczęła sama decydować, w co chce się ubrać. Ja nie mam z tym problemu, o ile ciuchy są odpowiednie do pogody, a nie zawsze tak jest. U nas jest straszna fiksacja na letnie ubrania i sporo się natłumaczyłam, dlaczego ta sukienka jest za cienka. Jak często podkreślają psychologowie, zabawa jest najskuteczniejszym sposobem nauczenia czegoś małego człowieka, dlatego „Zosia” okazała się świetnym wsparciem, dla rozmowy o stosownym stroju.

Bawiąc się magnetyczną ubieranką zazwyczaj odgrywamy scenki. Układamy historię, że dziewczynka idzie np. na przyjęcie, więc musi się elegancko ubrać. W międzyczasie następuje załamanie pogody i zaczyna padać deszcz. Zosia musi szybko wrócić do domu i założyć nieprzemakalny płaszcz. Albo wyobrażamy sobie, że na dworze jest bardzo zimno, a dziewczynka nie ma czapki. Jak się czuje? Przy takiej zabawie trochę trzeba się nagadać, ale czas szybko płynie.




Na koniec

Producent sugeruje, że jest to produkt dla dzieci między 3 a 6 lat. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że dla tych młodszych się nadaje – córka często sama sięga po tę grę i nie muszę jej pomagać, kiedy spędza z nią czas. Dobrze poprowadzona zabawa przybliży młodemu człowiekowi pory roku oraz kiedy i jak należy się ubrać.

Polecam, jako niezobowiązujący upominek dla przedszkolaka. Ja zamówiłam ubierankę na Allegro za ok. 16 zł – trochę więcej niż duża czekolada, a na pewno starczy na dłużej.

"Dwór na Martwym Polu" Joanna Pypłacz

"Dwór na Martwym Polu" Joanna Pypłacz

Są takie miejsca, których sama nazwa wzbudza niepokój. Joanna Pypłacz zabierze nas do jednego z nich. W Uroczyskach znajduje się jałowa ziemia, zwana Martwym Polem, a przy niej wznosi się, co prawda zamieszkany, ale zniszczony i ponury dwór. Poznamy jego tajemnice.

Główną bohaterką powieści jest Irena Kornacka, która otrzymuje zaproszenie od starej ciotki do jej domu. Długo waha się czy pojechać bo oczekuję na wiadomości o mężu schwytanym w łapance*, oraz odczuwa niepokój przed odwiedzeniem starego dworu. Nie może sobie przypomnieć co, ale jest pewna, że kiedyś wydarzyło się w nim coś strasznego. Niechcący stare wspomnienia przywołuje spotkany na miejscu znajomy – Rafał Szczęsny – co przyspiesza bieg przerażających wypadków.

„Dwór na Martwym Polu” to świetna historia, ale – moim zdaniem – trochę niefortunnie opowiedziana. Bardzo lubię książki o miejscach czy rodzinach, które skrywają jakąś mroczną tajemnicę i chciałam poznać sekret starego dworu. Drogę do jego odkrycia przebyłam dość sprawnie, bo jest to książka niewymagająca, ale zabrakło mi porządnej dawki grozy, którą zabił m.in. przydługi wstęp.

Irena i Rafał to dwie postacie, które muszą dotrzeć do Uroczysk. Kiedyś tam mieszkały, ale ich dorosłe życie toczy się gdzie indziej. Joanna Pypłacz zadbała o to, abyśmy dobrze ich poznali – czym się zajmują, co ich trapi itp. To jest cudowne, kiedy autor widzi swoje postacie w szerszej perspektywie niż wymaga tego fabuła powieści, tylko z punktu widzenia owej fabuły nie zawsze potrzebne. I tak jest tutaj. Na zmienię przyglądamy się dwójce bohaterów zajętych codziennymi sprawami, którzy w pewnym momencie decydują się wyjechać do miejsca swojego dzieciństwa, a kiedy tam docierają, to co o nich wiemy spada na drugi plan, bo porywa ich wir niecodziennych wydarzeń.

Akcja zaczyna coraz bardziej gęstnieć. Irena czuje się w dworze coraz gorzej, jednak coś ją trzyma na miejscu i zachęca do eksploracji domostwa, co powoduje powrót wspomnień i budzi zjawę. Znowu pojawiają się tu zagrywki, które niestety tłumią grozę sytuacji np. zbyt częste budowanie napięcia na fundamencie niepokoju, albo bardzo fragmentaryczne przypominanie sobie przez Irenę wydarzeń z młodości, czyli znowu bazowanie na jednym sposobie wyrazu. W końcu Joanna Pypłacz serwuje nam bardzo widowiskowy finał. Teoretycznie czytelnik powięzienie być zadowolony, aczkolwiek ja, pomimo że czytałam wieczorem, czułam zero strachu. Trzaśniecie podłogi czy wiatr za oknem nie powodowały myśli, że zaraz coś wyskoczy z ciemnej kuchni. A po sięgam po literaturę grozy, żeby mnie wystraszyła.

Dwór na Martwym Polu” ciężko mi sklasyfikować. Fabuła zawiera cechy horroru, ale emocje, które mi towarzyszyły podczas czytania, są bliższe powieści kobiecej z tajemnicą w tle. Być może jest to powieść dla osób, które maja ochotę na coś strasznego, ale zbyt się boją? Joanna Pypłacz opowiada ciekawą historię i robi to ładnym, nieco poetyckim językiem. W sumie przeczytałam ja z zainteresowaniem, a problem mam tylko taki, że mnie nie przeraża.

* Akcja książki ma miejsce w 1941 roku. Autorka stara się oddać tło historyczne i wprowadza postacie Niemców prześladujących Polaków, jednak nie są to elementy istotne dla fabuły, a i wojna nie przebija się na stronach tej powieści.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger