"Shy" Max Porter
Dziś opowiem wam o książce, której się nie czyta, a doświadcza. Max Porter w krótkiej powieści „Shy” wciąga nas w głąb umysłu młodego chłopaka, który kompletnie nie może poradzić sobie ze sobą i ze światem. Shy ucieka z ośrodka dla zaburzonej młodzieży w mrok nocy. Jednak nawet tam nie ma schronienia przed natrętnymi myślami. Nie ma schronienia przed samym sobą.
„Shy” to proza fragmentaryczna, chaotyczny, dzika. Tu nie chodzi o złożenie historii Shy'a, o opowiedzenie, dlaczego taki jest. Tu chodzi o wczucie się pewien stan. Poczucie tego, co targa tym chłopakiem. Zobaczenie jego gniewu i rozpaczy. Tego jak chce, aby wszyscy dali mu spokój, ale też jak bardzo chce, aby mu pomogli to jakoś poukładać. Myślę, że znamienne będzie tu podejście do matki, która jest dla niego zarówno całym złem tego świata, ale też najlepiej wie, jak ukoić nocne koszmary. To proza głośna, bo głosy w głowie Shy'a wręcz krzyczą nie dając mu upragnionego wytchnienia. To proza pulsująca. Porter kreuje bohatera zasłuchanego w rytm drum'n'bass, co idealnie komponuje się z szybkim tempem i poszatkowaną narracją.
„Shy” wcale nie jest opowieścią o patologicznej rodzinie. W tej rozsypance widać chłopaka wychowanego z miłością, którego porwała fala buntu i to, że nie umiał jej powstrzymać napędziło cała złość, która zaczęła spychać go coraz niżej. Porter pokazuje dojrzewanie jako niebezpieczny proces. U jego bohatera wymknęło się ono spod kontroli. Z jakiegoś powodu nastoletnie gniew nie znalazł ujścia i zatruł tego chłopaka.
Jeszcze raz to powtórzę: my nie mamy analizować dlaczego tak się stało. My mamy przez chwilę być Shy'em i doświadczać jego gniewu i zagubienia. Zobaczyć jakie to trudne. Kolejna scena to kolejny demon, który wyciąga szpony z otchłani. Chce się krzyczeć, aby je przegonić. I Shy krzyczy, dopóki starczy mu oddechu.
[Egzemplarz recenzencki]













.jpg)


