"Lśnienie w ciemności" Antologia

"Lśnienie w ciemności" Antologia

Każda okazja jest dobra, żeby wydać antologię opowiadań. Zbiór tekstów grozy pt. „Lśnienie w ciemności” powstał z okazji dwudziestolecia działalności strony internetowej poświęconej Stephenowi Kingowi „Lilja's Library”. Kiedyś zaczytywałam się powieściami tego słynnego pisarza (przestałam bo te nowsze niezbyt mi się podobają i się zraziłam), a ostatnio do czytania horrorów mnie ciągnie, więc postanowiłam sprawdzić, co ta antologia oferuje.

W „Lśnieniu w ciemności” znjedziemy12 opowiadań, a ich tematyka jest przeróżna. Teksty otwierające antologię „Niebieski kompresor” (Stephen King) oraz „Sieć” (Jack Ketchum), P.D. Cacek) mają charakter thrillerów psychologicznych. W pierwszym mamy stracie opętanego narratora zafascynowanego swoją (nieco) demoniczną ofiarą. Okraszone jest ono wstawkami (strasznie dziwnymi) samego Kinga. Opowiadanie numer dwa rozpoczyna się od wymiany maili między kobietą, a mężczyzną. Jak skończy się internetowa znajomość? W „Opowieści o Holocauście” (Stewart O'Nan) poznajemy pisarza, który nie może oddzielić twórczości od własnych doświadczeń, które – jak tytuł wskazuje – nawiazują do II wojny światowej. „Aeliana” (Bev Vincent) to (w końcu) opowiadanie grozy. Występują w nim „stwory nocy”, albo raczej mokre, pachnące sierścią „dzieci księżyca”. „Pidgin i Theresa” (Clive Barker) jest dla mnie najdziwniejszym opowiadaniem z zebranych w „Lśnieniu w ciemności”. Anioły, nieświęty święty oraz tytułowe papuga i żółwica. „Koniec wszystkich rzeczy” (Brian Keene) to rozdzierająca serce historia. Opowiada o ogromnej tragedii i pustce, jaką wywołała. Bardzo dobry tekst, jednak ja w ten sposób nie pojmuję literatury grozy. „Cmentarny taniec” (Richard Chizmar) obywa się na cmentarzu właśnie. Jest to tekst, krótki, smutny. Tekst ładny, jednak tak jak w poprzednim przypadku, nie tego oczekuję sięgając po opowiadania grozy. W dwóch opowiadaniach pojawia się motyw lunaparku (moim zdaniem fantastyczne tło, dla literatury grozy) - „Wciągnięty w ogień” (Kevin Quigley) i „Towarzysz” (Ramsey Campbell). Edgar Allan Poe to klasyka gatunku. Do tej antologii wybrano tekst „Mowne serce”. Jeśli ktoś go nie zna to napiszę tylko, że to brutalne opowiadanie o tym, że wyrzuty sumienia nas dopadną. „Miłość matki” (Brian James Freeman) skojarzyła mi się z jednym z filmów Hitchcocka. Pozwolę sobie zostawić niedopowiedzenie, z którym. W „Księdze strażnika” (John Ajvide Lindqvist) mamy powiew młodzieńczości. Bohaterami jest grupa chłopaczków grających w gry fabularne, a autor nawiązuje w nim do mitologii Cthulhu.

Przyszła pora na oceny. Największy problem z „Lśnieniem w ciemności” to to, że mało horroru w antologii horroru. 5/12 tekstów mogę na spokojnie zaliczyć do kanonu grozy z pozostałymi polemizowałabym. Pewnie jeden czy dwa udałoby się podciągnąć, ale w dalszym ciągu pozostaje nam połowa nie na temat. No właśnie temat. Jest różnorodnie i to aż za bardzo. Czuć, że zebrane opowiadania są przypadkowe. Co one mają wspólnego ze Stephenem Kingiem? Nie wiem. Twórca publikacji rzucił się na nazwiska, albo wykorzystał znajomości lub tych pisarzy, którzy byli łaskawi odpisać i zostało wydane to co „skapło”. Tak ja to czuję. Czy nie ciekawiej byłoby rozpisać konkurs na tekst z „kingowskimi” motywami, albo po prostu z miejscem akcji w Maine? Byłyby to jakieś smaczki dla miłośników twórczości tzw. „króla horroru”.

Ja wyróżnię opowiadanie inspirowane innym pisarzem – H.P. Lovecraftem, czyli „Księgę strażnika”. Tekst stosunkowo długi, ale napięcie jest w nim fajnie stopniowane, więc objętość mi nie przeszkadza. Jest niewinnie, a przy tym demonicznie. Piwnica, dzieciaki zahipnotyzowane zabawą i... Domyślacie się?

Każda okazja jest dobra, żeby wydać antologię, ale swoje działania trzeba dobrze przemyśleć. W „Lśnieniu w ciemności” zabrakło motywu przewodniego. Czytelnik jest rzucany z tematu na temat. Szamoce się, jak ten liść targany na wietrze i nie może sobie miejsca znaleźć. Nie podoba mi się również kompozycja. Kiedy zaczyna się od najsłabszego tekstu, a kończy najlepszym coś jest nie tak. Nie ma wabika, który każe wracać do książki i odkrywać, co ona oferuje. Klimat większości opowiadań mnie nie porwał – mało tu spokojnej, przeszywającej grozy z wątkami nadprzyrodzonymi, jaką lubię czytać – ale to już kwestia gustu.


[Egzemplarz recenzencki]

"Magiczne drzewo. Geniusz" Andrzej Maleszka

"Magiczne drzewo. Geniusz" Andrzej Maleszka

Słyszeliście takie powiedzenia jak „Gołd wiedzy”, albo „pożerać książki”?. Pewnie tak. Jednak po przeczytaniu 12 tomu z cyklu „Magiczne drzewo” pt. „Geniusz” będziecie je odbierać inaczej. Andrzej Maleszka (autor) oraz bohaterowie książki potraktują je bardzo dosłownie.

Fabuła powieści jest naprawdę szalona. Dlatego opiszę jedynie od czego zaczyna się cały „bałagan”. Blubek nie może pochwalić się dobrymi ocenami. Panikując przed egzaminem z lektur szkolnych trafia na magiczny przedmiot, który pomaga przyswoić mu treść książek. Blubek wykazuje nieumiarkowanie w „głodzie wiedzy” oraz epatowaniu nią i pakuje się w tarapaty. Tajna organizacja, porywacze, monstrualne owady, magiczne eliksiry – to tylko część „szaleństwa”, jakie zawarto w książce pt. „Geniusz”. Fabuła jest niczym śnieżna kula. Zrzucona z górki szybko się rozpędza i przybiera monstrualne rozmiary. Andrzej Maleszka zadbał właśnie o zawrotne tempo i mnóstwo niesamowitych przygód.

Ogromnie spodobał mi się magiczny przedmiot, który, wraz z bohaterami, odnajdujemy w tej części cyklu. Ech, ta słodziutka moc... Cudowna sprawa... Gdybym miała z nią do czynienia zapewne postąpiłabym jak Blubek. No właśnie, Andrzej Maleszka inteligentnie pogrywa z przymusem wkuwania dla ocen. Oczywiście, że wiedza to złoto, tylko jak je bezmyślnie wydamy nie będziemy nic z tego mieli. Co z tego, że Blubek jest w stanie wynaleźć niemal wszystko, skoro nie pomyślał o konsekwencjach ujawnienia swojego talentu.

Na uwagę zasługuje również dobór bohaterów. Gabi – odważna, inteligentna, mózg zespołu. Kuki – trochę zagubiony, ale rozsądny chłopak. Chyba można nazwać go przywódcą. Blubek – to magnes na kłopoty, najpierw działa potem myśli, albo po prostu stara się wziąć „na klatę” to co narozrabiał. Jest i pies Budyń. Chciałoby się napisać: „pies jak pies”, ale nie będzie to do końca prawda.

„Magiczne drzewo” to popularny cykl dla dzieci (oraz młodszej młodzieży). Przyznam, że znam go wyrywkowo, bo w czasach mojej młodości jeszcze go nie było, ale coś tam „zerknęłam” o co chodzi. Przyznać muszę, że owa popularność jest w 100% procentach zasłużona. Wesoły, dynamiczny, nieprzewidywalny, magiczny, do tego bohaterami są nieustraszone dzieciaki – takie połączenie musiało gwarantować sukces. Czytając powieść „Geniusz” przednio się ubawiłam. Andrzej Maleszka zachwycił mnie pomysłowością. Za kilka lat z przyjemnością podsunę jego książki moim dzieciakom.


[Egzemplarz recenzencki]

„Wywrócony świat i inne utwory” Borys Strugacki, Arkadij Strugacki

„Wywrócony świat i inne utwory” Borys Strugacki, Arkadij Strugacki

W czasach studenckich natrafiłam na rewelacyjną antologię „Kroki w nieznane”. Kilka opasłych tomów zbierających opowiadania najlepszych pisarzy science-fiction. Wszystkich części nie przeczytałam – tylko te, które były dostępne w lokalnej bibliotece – ale to wystarczyło do doceniania klasyków fantastki. Nie wiem, czy trafiłam tam na braci Strugackich, bo o ich twórczości będzie w tym tekście mowa, odkryłam natomiast Kira Bułyczowa, i jego „Wielki Guslar”, który kazał mi spojrzeć ku radzieckim – tak chyba będzie poprawnie – pisarzom, sugerując, iż, walcząc z cenzurą, wnoszą w swoje prace niewiarygodne rozwiązania. Nadarzyła mi się okazja zapoznać ze zbiorczym wydaniem dzieł braci Strugackich. To samo pokolenie pisarzy, co uwielbiany przeze mnie Bułyczow, a do tego duet wychwalany przez czytelników science-fiction . Kiedy taka okazja pcha się w ręce nie można jej wypuścić.

„Wywrócony świat i inne utwory” zawiera – poza tytułową powieścią – teksty „Żuk w mrowisku”, „Fale tłumią wiatr”, „Niepokój”. Łączy je postać Maksa Kammerera – podróżnika, odkrywcy, kosmonauty. Jest to zdecydowanie przygodowa odmiana science-fiction (chociaż znajdziemy tu też co nieco z kryminału) i to jakże cudownie dopracowana. Jedna sprawa to uniwersum, jakie tworzą Strugaccy. Oczywistą oczywistością jest, że tu każdy detal musi ze sobą współgrać – inaczej pisarze nie wdarliby się do kanonu science-fiction. Jednak, kiedy czytamy te powieść właśnie w wydaniu zbiorczym widać, jak szeroki był to projekt, jak kolejne teksty są ze sobą powiązane, o ilu elementach autorzy musieli pamiętać, jak drobne rzeczy łączą te historie.

Natomiast mnie zaintrygowała inna kwestia. Publikacja opatrzona jest komentarzami autorów i w jednym wywodzie mowa jest o różnych scenariuszach tej samej opowieści. Czytelnik jest przepraszany, że finał jest tak oczywisty, a pisarze usprawiedliwiają się, że nie mogli inaczej. Opowiadają o innych pomysłach, jakie mieli i argumentują, dlaczego nie mogły zostać wykorzystane. I do mnie nagle coś dotarło. Do tej pory raczej poddawałam się temu, co autor książki proponuje, ewentualnie, kiedy pomysł wydał mi się absurdalny kwitowałam słowem: „Naciągane”. Im dłużej myślę o współczesnych pisarzach, mam coraz wyraźniejsze wrażenie, że większość z nich dopasowuje wydarzenia do pomysłu, że „wypełnia” go akcją, że fabuła nie zawsze jest przez nich „przepracowana”. A to błąd. Powieści nie można pisać wyłącznie od punktu A do B nie zważając na potencjalne przeszkody na przeszkody. Trzeba poddać się obranej ścieżce i podążyć tam, gdzie ona prowadzi.

W przypadku radzieckich twórców należałoby rzucić jeszcze jedno hasło: „idea”. Walka z reżimem odbywała się na różnych frontach, również tym literackim. Śmiejmy się, krytykujmy, ale tak żeby się nie zorientowali – można powiedzieć, że tak działali ówcześni pisarze (zresztą o konfrontacji z cenzurą możecie również poczytać w komentarzach). Do utworów przenikają elementy satyryczne, groteskowe, ale również symboliczne. Subtelne, acz mocne analogie, napomknięcia łechczą neurony czytelników. Cieszyć się tym możemy również u Strugackich. I żeby była jasność, na pierwszym miejscu jest przygoda, ale ubarwiona „ideą”.

Mnie nigdy nie trzeba było zachęcać do czytania klasyków. Uwielbiam poznawać twórczość ludzi, który kreowali literaturę, a do tego ich teksty to (zazwyczaj) gwarancja dobrej lektury. Strugaccy to „must read” i „must know” dla miłośników przygodowej odmiany science-fiction. W prezentowanym zbiorze mamy powieści lekkie, dynamiczne, acz ambitne i dopracowane. Bierzcie i czytajcie.


Książka "Wywrócony świat i inne utwory" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl  Sprawdźcie też inne bestsellery w księgarni.


[Egzemplarz recenzencki]

"Sekretna historia skarpetek" Justyna Bednarek

"Sekretna historia skarpetek" Justyna Bednarek

Z poprzednich części cyklu o skarpetkach autorstwa Justyny Bednarek wiemy, że otulistópki – jak je pisarka czasami nazywa – są przebojowe. Autorka nie przestaje spisywać ich dziejów. Tak dziejów, bo piąta część zatytułowana jest „Sekretna historia skarpetek”. Znajdziemy w niej galerię wielkich skarpet, które wpłynęły na losy świata.

Autorka nieco przekornie, ale też tajemniczo podchodzi do tematu. Dziadek małej Be pracuje, jako kustosz w muzeum. Zabiera wnuczkę do tego przybytku, aby pokazać skrywane przed zwiedzającymi eksponaty.

„- Dlaczego właściwie trzymacie je w magazynie, skoro są takie niesamowite?

- To bardzo skomplikowane moja droga. Gdyby ujawnić prawdę o nich, wywróciłoby to do góry nogami całą znaną historię ludzkości!”1

Justyna Bednarek nie chce dalej milczeć i pragnie zwrócić skarpetom należna im chwałę.

Jestem ogromna fanką wszelkich publikacji typu „historia na wesoło”. Dla mnie poznawanie dziejów świata było i jest niezwykle ciekawe, a przedstawienie ich w atrakcyjny sposób jest pożądane przez czytelników. Justyna Bednarek pomysłowo podeszła do tematu. Świetnie wykorzystała znanych i lubianych bohaterów – czyli skarpetki wszelkiej maści – do zabawy (z) historią.

Publikacja składa się z kilku historyjek, przedstawiających dzieje świata.

„Skarpetka prehistoryczna” - coś dla miłośników dinozaurów.

„Skarpetka kosmiczna” - dowiemy się prawdy o przeznaczeniu Stonehenge.

„Skarpetka babilońska” - historia o tym, jak wynaleziono koło.

„Skarpetka faraońska” - opowieść o mądrej córce władcy Egiptu.

„Skarpetka izraelicka” - tu autorka inspiruje się przypowieścią o Dawidzie i Goliacie.

„Skarpetka antycznogrecka” - o wojnach grecko-perskich, a dokładnie bitwie pod Maratonem.

„Skarpetka rybacka” - tu pojawia się prorok Jeszua.

„Skarpetka arturiańska (lub raczej morgańska) – nawiązanie do legendy arturiańskiej.

„Skarpetka spodgrunwaldzka” - czyli, jak naprawdę Polacy pokonali Krzyżaków pod Grunwaldem.

Powyżej macie szybki przegląd poruszonych w książce tematów. Wszystkie opowiadania zostały napisane w znanym czytelnikom cyklu o skarpetkach zabawnym stylu. Autorka zadbała też, abyśmy poczuli się, jak poszukiwacze prawdy. Konwencja jest taka, iż wydaje nam się, że „prostujemy” historyczne zakłamania. Ja mam jeszcze jedno spostrzeżenie. Justyna Bednarek eksponuje rolę kobiet w dziejach świata. To kobieta wynalazła koło, to Morgana była zdolniejsza od Artura, to kobiety wydziergały skarpety, które pomogły pokonać Krzyżaków. Nie w każdym opowiadaniu panie grają główną rolę. Fakt jest jednak taki, że uczono nas, iż to mężczyźni „napisali” historię. Tu przodują kobiety i skarpety.

Zapewne w opowieściach napisanych przez Justynę Bednarek walor rozrywkowy przoduje, jednak i tego edukacyjnego nie zabraknie. A chyba najlepiej napisać, że książka rozbudza ciekawość, bo wiadomo, że na treść trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Jednak odnosi się ona do legend, ale też faktów historycznych. Jeżeli nie są nam znane warto je zgłębić, a w innym przypadku świetną zabawą jest spojrzenie na nie z innej perspektywy. Na stronie tytułowej majaczy dopisek, że to pierwszy tom „Sekretnej historii skarpetek”. Z niecierpliwością czekam na kolejne.

1 Justyna Bednarek, "Sekretna historia skarpetek", wyd. Poradnia K, Warszawa 2022, s.12.


[Egzemplarz recenzencki]

"Trzecie oko wiedźmy" Danka Braun

"Trzecie oko wiedźmy" Danka Braun

Liliana, bohaterka powieści Danki Braun „Trzecie oko wiedźmy”, posiada zdolności paranormalne. Ma prorocze sny, wyjątkowo dobrą intuicję, a także potrafi delikatnie manipulować przyszłością (np. ma wyjątkowe szczęście do pytań na egzaminach). Kobieta jest dość zadowolona z życia, jakie prowadzi, ale jej spokój zniszczą: jedno cycate babsko, dwóch panów i morderstwo.

„Trzecie oko wiedźmy” możemy podzielić mniej więcej na pół. Cześć pierwsza ma charakter obyczajowy. Poznajemy Lilianę, jej rodzinę i innych aktorów tego „spektaklu”. Jest to zlepek różnych epizodów (ułożony chronologicznie) mający przedstawić ich i relacje ich wiążące. W pewnym momencie pojawia się wątek kryminalny. Jedna z postaci jest podejrzana o morderstwo. Pada decyzja o zatrudnieniu prywatnego detektywa i na scenę wkracza Mirek Filer (podobno – wiem tylko z tzw. słyszenia – znany z innych powieści pisarki).

Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Danki Braun i ogólne wrażenia mam dość dobre, chociaż kilka rzeczy mnie strasznie zirytowało. Zacznijmy od tego co pozytywne. Generalnie tę powieść bardzo dobrze się czyta. Bohaterowie są wyraziści i charakterni, co prowokuje niewymuszony humor. Liliana strasznie mnie wkurzała, bo wydawał się zjeść wszystkie rozumy. Jednak ja walczę z postępowaniem niektórych blogerów i nie uważam, ze każdego bohatera trzeba lubić. Przyznam nawet, że ci irytujący dłużej zostają w mojej pamięci. Autorka zadbała też o akcję. Niby opisuje kolejne postacie, a przy tym dba o to, żeby mieszać, żeby „robić zadymę”. Początkowo zastanawiałam się, czy wstęp do wątku kryminalnego nie jest za długi, jednak stwierdzam, że był on potrzebny, żeby dobrze w ten wątek się wgryźć i go prześledzić.

Zmorą tej powieści są szczegóły. Autorka opisuje każdy, najmniejszy detal. Może jakiś przykład. Jednak z bohaterek prowadzi sklep z eko żywnością. Scenka jest taka, że obsługuje klientkę, a do sklepu przychodzi jej były mąż, ale to nie o tej parze będzie cytat, a o klientce. „ Pani konsulowa z reguły zostawiała w sklepie dużo pieniędzy, tym razem było to tysiąc czterysta sześćdziesiąt złotych, dlatego ekspedientki miły w zwyczaju zanosić siatki z zakupami do jej samochodu.”1 Dla fabuły nie ma żadnego znaczenia, czy to elegancki klient przy forsie, czy Bożena przyszła po bio batona za 5 złotych. Nie wiem po co ta informacja została dodana. Kolejny przykład: „Estera jeszcze została, bo zamierzała z niektórych obecnych tam gości zrobić swoich klientów. Była agentką Towarzystwa Ubezpieczeniowego Warta i chciała przekonać paru ludzi, by zrezygnowali z PZU na rzecz jej firmy.”2 W tym momencie czytelnik dobrze zna Esterę i wie w jakim charakterze pracuje. Zdecydowanie wystarczyłaby informacja, że kobieta zostaje, żeby werbować klientów. Koniec i kropka. Nie trzeba przypominać co robi, a tym bardziej nie trzeba podawać nazw konkretnych firm ubezpieczeniowych. Bardzo nie lubię takiego pisania. Pewnie ktoś będzie próbował bronić autorki, że takie szczegóły pozwalają lepiej poznać bohaterów. Nie zgadzam się z tym. Moim zdaniem to bardzo źle pojęta tzw. plastyczność opisu. Zamiast pięknej aranżacji powstaje zagracony bibelotami pokój. Mnie w najlepszym razie to bawi, ale w dłuższej perspektywie wkurza.

Danka Braun pisząc „Trzecie oko wiedźmy” nie uchroniła się też przed powtórzeniami. Autorka zmienia narratora. Raz opowiada historię ustami Liliany, ale chętnie oddaje głos pozostałym postaciom. Nie zawsze prowadzi to do zmiany perspektywy, w efekcie czytamy kilkukrotnie o tym samym. Potem pojawia się detektyw, który zadaje pytania, więc kolejny raz przypominamy sobie wybrane wątki. Aż szkoda psuć tymi powtórzeniami tak fajną fabułę.

Podsumowując, podobało mi się i nie podobało. „Trzecie oko wiedźmy” to przyjemne połączenie obyczajówki i kryminału z nienachlanie wplecionymi wątkami paranormalnymi. Jest to książka, która wpisuje się w rozrywkowy nurt literatury. Jednak w wielu miejscach powinna zostać lepiej przemyślana. Autorka, zanim coś napisze, powinna dwa razy zastanowić się po co to pisze, żeby pomysł, który zrodził się w jej głowie (nota będę bardzo dobry) przemienić w tekst, który będzie szanował czytelnika i jego czas. Bo każde niepotrzebne słowo to igranie z cierpliwością odbiorcy.

1 Danka Braun, „Trzecie oko wiedźmy”, wyd. Prozami, Warszawa 2022, s. 84-85.

2 Tamże, s. 141.


[Egzemplarz recenzencki]

"Zła" Jarosław Derkowski

"Zła" Jarosław Derkowski

Czy dom publiczny musi być przybytkiem wyzysku? Czy burdelmama musi być zła? Dominika nie miała nic. To nic zmotywowało ja do stworzenia imperium. Zaspokajając ludzkie żądze stała się królową, z którą liczą się lokalni prominenci. Dominika nie miała rodziny, ale stworzyła ją. Jest ona bardzo nietypowa, jak na pojmowane jej przez społeczeństwo. Składają się na nią cztery córki oraz grupa kelnerek, barmanek, tancerek, prostytutek (obu płci). O rodzinę trzeba dbać. Rodzinę należy chronić. Czy samotna kobieta budząca podziw, pożądanie, ale również zazdrość i nienawiść uniesie to brzemię? Czy męski świat nie „pożre” pięknej, przedsiębiorczej, wpływowej właścicielki domu publicznego?

„Tygrysia lilia” (jest to nazwa przybytku prowadzonego przez Dominikę) to dość osobliwe miejsce. Niby zwykły burdel, ale niezwykły. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że autor pisząc tę książkę inspirował się piosenkami zespołu The Tiger Lillies znanego z kabaretowo-surrealistycznych tekstów i kreacji scenicznych. Nie jestem pewna, czy jej on w Polsce szerzej znany. Jeżeli chodzi o tego typu twórczość trzeba dość dobrze znać język (w tym przypadku angielki), żeby zrozumieć przesłanie, zabawę słowem itp. Swego czasu popularność zdobyła piosenka „Hera, koka, hasz, LSD” w wykonaniu Karoliny Czarneckiej. Jeżeli dobrze zrozumiałam jest to cover utworu „Heroin and Cocaine” The Tiger Lillies właśnie.

Wiemy już czym inspirował się Jarosław Derkowski pisząc „Złą”, wróćmy więc do nietypowego miejsca akcji. „Tygrysia lilia” to nie jest ordynarne miejsce, a wręcz eleganckie. Goście nie są zapraszani na striptiz, a elektryzujące, ociekające erotyzmem przedstawienia, które są dopracowywane w najmniejszym detalu. Po nich przychodzi czas na cielesne uciechy w oparach alkoholu lub innych „rozbawiaczy”. Autor prowokuje swoich bohaterów i pozwala żądzy nimi kierować. Obnaża ich największe słabości, najwstydliwsze zachcianki, najmroczniejsze myśli. Seks staje się filtrem ludzkich charakterów, z których zostają dwulicowość, kłamstwa, podłość, egoizm. Przychodzą mi do głowy przysłowiowe „perły rzucane przed wieprze”. To nie ta sprzedająca się jest brudna, a ordynarny klient, który nie docenia tego co otrzymuje.

Dłuższą chwilę zajęło mi sklasyfikowanie powieści Jarosława Derkowskiego pt. „Zła”. Powiedziałabym, że jest to książka obyczajowo-psychologiczna z elementami thrillera. Znajdziecie w niej również subtelną domieszkę groteski. Każdy niech sobie sam odpowie czy go to kręci czy przeraża. Mnie kręci i to bardzo.

Autor prowadzi akcję niespiesznie, nie licząc się z upływem czasu. Jeśli jakiś wątek/element uzna za interesujący eksploruje go do granic możliwości wyciskając z niego, ile się da. Nie szczędzi nam też długich dialogów, które mają wydobyć z bohaterów ich mroczne „ja” i zobrazować wszechobecne zakłamanie. I tu – o dziwo – pisarz jej bardziej krytyczny wobec płci męskiej. Bywa ordynarnie, aby za moment przejść w patetyczne tony. Gdyby tło powieści było inne zapewne taki język wydałby się nienaturalny. Jednak otoczenie oraz iście cyrkowy występ, jaki serwuje gościom Dominika powodują, że te niepasujące elementy składają się na jedną całość, jaką jest książka „Zła”.

Czy powieść ta przypadła mi do gustu? Oczarował mnie klimat. Kocham groteskę i muszę pochwalić Jarosława Derkowskiego za jej mądre, subtelne zastosowanie. Podoba mi się również mocny początek, który sugeruje fabułę rodem z thrillera i trochę żal mi później było, że trochę się ona rozłazi. Może „rozłazi” to nie do końca dobre określenie. Ta historia jest dość swobodnie prowadzona, nie do końca zgodnie z kanonem typowym jakiemukolwiek typowi powieści. Jarosław Derkowski dolepia kolejne wątki pisząc książkę według swojego „widzimisię”, a nie myśląc o ewentualnych oczekiwaniach czytelnika. Nie jestem fanką takiego prowadzenia fabuły . Lubię kiedy powieść ma mocny trzon, który jest zalążkiem wszystkiego, nawet dygresji. W innym przypadku fabuła nabiera dziwnego kształtu. To „dolepianie” deformuje ją, robi z niej literackiego „kosmitę”.

„Zła” okazała się krytyką dwulicowości. Jarosław Derkowski wybrał perfekcyjne tło dla przekazania swoich spostrzeżeń. Sięgając po groteskową scenografię i przerysowane postacie perfekcyjnie uwypuklił te ludzkie wady, które miały być przedmiotem książki. Można by nieco popracować na kształtem fabuły. Ja postawiłabym na scenariusz rodem z brutalnego thrillera niż na filozoficzne dysputy. Myślę, że dzięki temu – być może – udałoby się poszerzyć grono czytelników, bo powieść zyskałaby bardziej komercyjny charakter.


[Egzemplarz recenzencki]

"Dziewczyna, która klaszcze" Tomasz Kozioł

"Dziewczyna, która klaszcze" Tomasz Kozioł

Zjawy mieszkające w nawiedzonych domach zazwyczaj straszą odwiedzających stukaniem i „buuuczeniem”. Tomasz Kozioł stworzył postać dziewczyny, która klaszcze. Jak możecie się domyślać właśnie odgłos uderzania dłoni o dłoń wywołuje dreszcz. Muszę przyznać, że jest to dość oryginalny pomysł i zaintrygowało mnie dlaczego owa bohaterka klaszcze. Do tego w książce pojawia się wątek choroby psychicznej co jest obietnicą nieobliczalności, a może nawet makabry. Książka zapowiadała się obiecująco. Jak wyszło?

Tradycyjnie zacznijmy od szybkiego rzutu oka na fabułę. Adam otrzymuje informacje o spadku. Mężczyzna jest adoptowany i odzywa się do niego prawnik, iż jego biologiczna matka zapisała mu dom. Razem z kolegą jedzie obejrzeć nieruchomość. Na miejscu zostają bardzo agresywnie „powitani” przez mieszkańców wioski, dlatego postawiają czym prędzej wyjechać. Jednak dom, a właściwie istota go zamieszkująca nie zamierza ich puścić. Kim jest i jakie ma wobec przyjezdnych plany? Jaką tajemnicę skrywa smętna wioska i porzucony dwór?

Tomasz Kozioł napisał specyficzna hybrydę horroru i powieści humorystycznej. Szczerze mówiąc, pierwszy raz czytam takie połączenie i niezbyt mi się ono podoba. „Luzacki” styl okrada książkę z całej grozy i czyni z niej parodię horroru. Wystarczy zamienić panów na panie w kusych szortach i będziemy mieli – wypisz, wymaluj – horror klasy B, C, D, E itd. W trakcie czytania zaznaczyłam sobie kilka cytatów, w celu zaprezentowania wam humoru książki, jednak ograniczę się do tego, który „przelał czarę goryczy”. Sytuacja jest taka, że czytelnik już wie, jaka tragedia wydarzył się w rzeczonym domu. Panowie odszukują miejsce okropnych wydarzeń, ale nie mogą tam wejść, bo lata temu zostało zamurowane. Jeden z bohaterów komentuje: „- Tak bardzo chcieli ukryć to przejście, że aż wykończeniówkę zrobili.”1 Możemy tu usprawiedliwiać wypowiadającego te słowa nerwami, chęcią rozładowania atmosfery, charakterem itp. Jednak ten żart jest tak nie na miejscy w kontekście tego, co znajduje się za ścianą, że boli, nie śmieszy. Tomasz Kozioł ewidentnie nie zapanował nad swoimi bohaterami, a ci „rozwalili” mu powieść.

Zamiast wymyślać głupkowate teksty autor powinien skupić się na fabule, bo są w niej luki aż wiatr hula. Taka sytuacja: bohaterom psuje się samochód i padają baterie w telefonach. Naradzają się co mogą zrobić. Wymyślą plany A, B, C i tak do końca alfabetu. Kombinują, jak „koń po górkę”, a nie biorą pod uwagę tego, że umówili się z prawnikiem, na którego powinni poczekać, który będzie miał auto, telefon itp. Jeden z nich wędruje do oddalonego 5 km sklepu, żeby podładować telefony, a drugi, pomimo że wyczuwa niebezpieczeństwo, pilnuje zepsutego samochodu. Nie chce nocować w starym domu, ale tyłka z niego nie ruszy. Tu oczywiście trzeba zwrócić uwagę na moc, która trzyma Adama (spadkobiercę) na miejscu, jednak ta kwestia jest za słabo zarysowana. Nie poczułam tej władzy, jaką duch ma nad mężczyzną. Bohater sprawia wrażenie, wymyślającego problemy, a autor piszę, jakby nie przeanalizował wszystkich potencjalnych scenariuszy.

Trochę szkoda mi tej powieści, bo ma ona naprawdę kilka bardzo dobrych momentów. Sama tragedia, która wydarzyła się w opisywanym miejscu mrozi krew w żyłach, a tytułowa dziewczyna jest przerażająca. Przy odpowiednim zadbaniu o klimat nawet luki w fabule można by zatuszować. A chyba w literaturze grozy to klimat jest najważniejszy. Przychodzi mi do głowy niedawno czytania „Szczelina” Jozefa Kariki. W tej książce właściwie nic takiego się nie dzieje, ale czytelnika przeszywa jakieś zimo. W „Dziewczynie...” dzieje się dużo, ale „spływa” to po odbiorcy. A tak być nie powinno.

„Dziewczyna, która klaszcze” może pochwalić się fantastyczna promocją. Był taki moment, że ta książka była wszędzie. O mały włos nie wyskoczyła mi z lodówki. Do tego na jej początku znajdziemy dwie strony rekomendacji, a na tylnej okładce mnóstwo zacnych patronów (są to na prawdę znane portale o książkach). Potęguje to moje rozczarowanie. Spodziewałam się przedniego horroru, a otrzymałam kiepski pastisz. Powiecie, że skoro wszyscy chwalą to może ja się nie znam. Być może. Nie będę z siebie robiła eksperta. Jednak w mojej ocenie jest to powieść niedopracowana i ograbiona z tego, co literatura grozy powinna sobą reprezentować. Dodałabym jeszcze, że jest to książka bardzo komercyjna: troszkę wystraszymy czytelnika, troszkę rozbawimy i będzie zabawa.


1 Tomasz Kozioł, „Dziewczyna, która klaszcze”, wyd. Uroboros, Warszawa 2021, s. 222.

Kiedyś, w komunikacji miejskiej

Kiedyś, w komunikacji miejskiej

 Koła w autobusie kręcą się, a z głośnika padają nazwy kolejnych przystanków.

- Następny przystanek "Matejki" - słyszymy.

Nagle z końca autobusu rozlega się dziecięcy śmiech:

- Co? Następny przystanek "Majteczki"? - dziecko me nie wytrzymało.

I dlatego ważne jest, żeby mówić wyraźnie ;)



"Szczurze harce" Bartosz Matkowski

"Szczurze harce" Bartosz Matkowski

Akcja powieści „Szczurze harce” ma miejsce w 1916 roku na froncie I wojny światowej. Francuzi i Niemcy biją się – dosłownie – o centymetry ziemi. My dołączymy do tych drugich. Z perspektywy żołnierzy rożnych stopni poobserwujemy życie na froncie. Ale nie jest to literatura faktu, a horror. Dlatego jest tu potrzeby jakiś wątek nadprzyrodzony. Proszę bardzo. Bartosz Matkowski wymyślił to tak. Podczas ataku gazem bojowym nad pasem ziemi niczyjej formuje się chmura o kształcie szczurzej głowy. Wiatr nie chce je rozwiać, więc demoniczny gryzoń „obserwuje” żołnierzy. Zniszczone przez wojnę umysły interpretują to zjawisko jako omen lub działanie sił piekielnych. Nie pomaga fakt, że w obozie roi się od szczurów.

Pomimo wojennej tematyki nie jest to brutalna książka. Powinnam dodać: jak na standardy horroru. Nie ma tu klasycznej sieczki, a wszelkie opisy trupów są dość delikatne jak na literaturę grozy. Bartosz Matkowski stara się oddać beznadzieje żołnierskiej egzystencji, smród, brud, strach itp. za pomocą raczej delikatnej, nawet poetyckiej prozy. Szczerze mówiąc brakowało mi tu porządnej porcji flaków, jednak dzięki takiemu językowi autor broni książki przed „wrzuceniem” do koszyczka z napisem „horror klasy B”, ale momentami się o niego ociera.

Co mi się spodobało, to pewna analogia pomiędzy żołnierzem a szczurem. Bytują obok siebie i zaczynają się do siebie upodabniać. Pewnie czujcie zniesmaczenie, ale taką wojnę widzę w powieści „Szczurze harce”. Ludzi upodlonych, zdegradowanych do roli „mięsa armatniego”. Niepytanych, zapomnianych, rzuconych w syf – fizyczny i mentalny. Narzędzi w rękach dowódców. Książka jest przesycona mrokiem w sensie dosłownym i przenośnym.

Czepiać będę się natomiast szczegółów. Przede wszystkim, autor – początkowo – wprowadza chaos przedstawiając za dużo bohaterów i nie akcentując, który z nich będzie pierwszo, a który dalszoplanowy. Utkwiła mi w głowie scena, gdzie Bartosz Matkowski opisuje jednego z żołnierzy tylko po to, żeby tamten przysłuchiwał się z boku jakiemuś dialogowi. Dla fabuły istotna była owa rozmowa, więc nie rozumiem, dlaczego od razu nie przeszedł do niej. Generalnie w niektórych scenach „leży” precyzja wypowiedzi. Możemy zrzucić to na „klątwę debiutanta”, ale też – a może tym bardziej – wydawca oraz redaktor powinni doradzić pisarzowi, co zrobić, żeby ta książka byłą jak najlepsza.

Brakuje mi też jakiegoś wątku przewodniego. Można się kłócić czy w tej powieści jest potrzebny. Bartosz Matkowski chyba chciał pokazać „obozowisko” z jak najszerszej perspektyw i oddać klimat koczowania w okopach wzbogacony o wątek paranormalny. Tylko ten zamysł jest widoczny bliżej końca książki. Podczas czytania brakuje mi jakiejś „linki”, która spaja tę historię. Wszystkie opisane scenki łączą się jedno, ale przydałby się element przygody, żeby zaciekawić czytelnika.

Mam dużą zagwostke, jeżeli chodzi o ocenę powieści „Szczurze harce”. Powiem prosto z mostu: nie porwała mnie. Od początku czułam – albo wydawało mi się, że czuję – co bym zmieniła, ale po przeczytaniu całości rozumiem intencję autora (a przynajmniej tak mi się wydaje) i stwierdzam, że w zasadzie wybrał dobre środki, żeby osiągnąć swój cel. Jednak przynęta, którą założył na haczyk Bartosz Matkowski jest na innego czytelnika. Mnie zanęciłby wyraźny wątek przewodni, a sieć utkana z mroczniejszego sznura złapałaby mnie i nie wypuściła. Niemniej widzę potencjał w debiutującym pisarzu. Ma pomysły, ma całkiem przyzwoity warsztat i dobrze pokierowany może namieszać na polskiej scenie literatury grozy.

"Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl"
"Niekochane" Hanna Dikta

"Niekochane" Hanna Dikta

Monika stara się odciąć od matki alkoholiczki. Piętno DDA ciąży na jej dorosłym życiu. Jej „anty-osiągnięcia” to nieudane małżeństwo, trudna relacja z dorastającą córką, niespełniona miłość. Kobieta cały czas rozpamiętuje przeszłość i rozdrapuje żal, który ma do rodzicielki. Po jej śmierci Monikę zaskakuje informacja o testamencie. Wydawało jej się, że matka wszystko przepiła. Co mogłaby jej zostawić? Bohaterka powieści „Niekochane” dziedziczy dom na wsi. Dlaczego matka nigdy jej tam nie zabrała? Dlaczego zerwała kontakty z babcią, która w nim mieszkała? Przyjaciel matki proponuje pomoc w sprzedaży nieruchomości, jeżeli Monika chociaż raz odwiedzi ten dom. Kobieta robi to niechętnie, ale dzięki temu poznaje przeszłość. A ta pozwala jej inaczej spojrzeć na przyszłość.

„Niekochane” to smutna, acz pełna nadziei powieść. Główna bohaterka jest zgorzkniała, a my (czytelnicy) chcemy wierzyć, że spadek osłodzi jej los. Mamy wrażenie, że Monika ciągle żyje przeszłością, co nie pozwala jej zrobić kroku do przodu, a nawet ciąży nad relacja z córką, która też swoje nawywija (ale nad tą kwestią nie będę się rozwodzić). Czy dom skrywający tajemnicę matki, do której bohaterka ma żal, oraz nigdy niepoznanej babci pozwoli jej rozliczyć się z tym co minęło?

Hanna Dikta w tej powieści pogodziła czytelników, którzy lubią retrospekcje i tych, którzy preferują jedną linię czasu. Tutaj fabuła toczy się jednym torem, ale bohaterka często wspomina. Początkowo jest to traumatyczne dzieciństwo u boku matki alkoholiczki, potem dowiadujemy się coraz więcej o niej i jej rodzinie. Pisarka przywołuje konkretne sytuacje z przeszłości Moniki, aby zobrazować jej stan i rodzinne relacje. Drugim ważnym elementem jest pamiętnik, dzięki któremu poznamy, już nieżyjące w momencie akcji – matkę i babkę Moniki.

Dzięki „wspominkom” pisarka tworzy emocje. Czytelnik ma wrażenie, że bardzo dobrze zna bohaterki. Zostaje postawiony w roli przyjaciela/przyjaciółki. Bardzo chce doradzić, zrozumieć, być obok. Analizuje każde wydarzenie, angażuje się w nie. Problemy bohaterek zasmucają go, a radości cieszą serce. Od siebie dodam, że bardzo kibicowałam tej rodzinie. Liczyłam na to, że nawet pomimo śmierci uda się uporządkować relacje międzypokoleniowe.

Cztery pokolenia kobiet i wzajemne żale – to jest temat książki, którą zawsze chętnie przeczytam i pewnie sięgałabym po „Niekochane” nawet, gdybym nie znała autorki. Ale miałam już przyjemność obcować z prozą Hanny Dikty i byłam nią oczarowana. Również ta powieść, mnie nie zawiodła. Zagłębiłam się w życiorys Moniki oraz jej przodkiń i wzruszyłam się. Pisarka opowiedział historię pełną nieszczęścia i żalu, ale również nadziei. Często mówi się, że nie warto patrzeć w przeszłość, ale w tym przypadku to ona pomogła uporać się z przyszłością.

[Egzemplarz recenzencki]

„Jeden hamak dla dwóch” Shoshana Stopek

„Jeden hamak dla dwóch” Shoshana Stopek

Mówi się o tym, że to ważne, aby od najmłodszych lat zaszczepiać dzieciom empatię i wychowywać w duchu tolerancji. Znajdziemy publikacje, które mają w tym pomóc. Jedną z nich jest bajka „Jeden hamak dla dwóch”. To historia o dwóch koalach. Jeden, o imieniu Kol, lubi spokój, a najchętniej wyleguje się w swoim hamaku. Jego sąsiadem jest towarzyski Al, który bardzo chce się zaprzyjaźnić. Zarzuca kolegę prezentami i nie daje mu wypocząć. Kol odpędza się od nachalnego misia, aż wybucha. Wtedy dochodzi do wypadku, w wyniku którego Al nie ma gdzie mieszkać.

Ponieważ „Jeden hamak dla dwóch” ma mówić o empatii, w tym kontekście ocenię tę książkę. Na publikację składają się trzy elementy: bajka, wytłumaczenie czym jest empatia oraz pytania do tekstu pomagające w przemyśleniu go. Dwa ostatnie elementy ratują misję książki, bo sama historyjka jest empatyczna tylko w 50%.

Shoshana Stopek, autorka bajki, skupiła się wyłącznie na niegrzecznym zachowaniu Kola, który nie wytrzymał i nakrzyczał na nachalnego sąsiada. Po czym zrehabilitował się i, kiedy tamten tego potrzebował, wyciągnął do niego pomocną dłoń. A na końcu – jakże słodkim (bleee...) – misie zostają przyjaciółmi. Jednak ja nic słodkiego w tym finale nie widzę. Bo Al ani słowem nie przeprosił kolegi za swoje zachowanie. Jako cechy osoby empatycznej zostały wyróżnione m.in.: słuchanie innych i szanowanie ich uczuć. Lubiący spokój Kol wyraźnie komunikował, że sąsiad go drażni, że przekracza jego granice, że nie chce prezentów, że nie lubi hałaśliwych istot. Al sobie nic z tego nie robił, a autorka książki zaniechała skomentowania jego zachowania, co daje wrażenie, że było w porządku.

Nawet oprawa graficzna sugeruje, kto jest tym sympatycznym. Moja córka nazwała tę książkę „Bajka o złym koali”. Introwertyk Kol ma na większości rysunków skwaszoną minę, przedstawiono go jako mruka, za to „przyjacielski” Al szczerzy się, jak „głupi do sera”, aż chce się go przytulić. Nie jest to uczciwe wobec bohaterów, a tym bardziej nie jest empatyczne.

Jak wspominałam pytania na końcu książki, pozwalają nakierować dyskusję o empatii na właściwe tory. Każą nam zastanowić się na uczuciami obojga bohaterów. Są naprawdę dobrze pomyślane. Tylko z doświadczenia wiem, że z tą dyskusją to różnie bywa. Ja akurat byłam takim dzieckiem, które uwielbiało rozmawiać z rodzicem o przeczytanej bajce, ale moja córka nie zawsze ma na to ochotę. Często jest tak, że woli posłuchać kolejnej opowieści, albo czytać od początku. Staram się wyłapywać momenty, w których mogę dowiedzieć się jakie ma refleksje, ale z rożnym skutkiem. Dlatego tak ważne jest dla mnie, żeby przesłanie bajeczki było jasne. Wszelkie ćwiczenia, pytania itp. to ma być dodatek, który wykorzystam jeżeli będę miała taką chęć i możliwość.

Z bohaterów książki „Jeden hamak dla dwóch” utożsamiam się z Kolem. Dlatego poczułam się zaatakowana. Odniosłam wrażenie, że mój charakter został skrytykowany. Bardzo dobrze wiem, jakie uczucia towarzyszą w codziennym obcowaniu z ekstrawertycznym Alem, bo moja córka taka jest. Potrafi o 21:00 malować rysunki, bo chce mi sprawić przyjemność, nie słuchając argumentów, że najmilej będzie, kiedy po prostu położymy się do łóżka. W takiej relacji trudno wyznaczać granice. Shoshana Stopek sprowadziła empatię to bycia grzecznym, a to za mało. Bo to ten grzeczny, uśmiechnięty Al był agresorem, który wywołał u swojego sąsiada wyrzuty sumienia.


Książka "Jeden hamak dla dwóch" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl W ofercie księgarni znajdziecie szeroki wybór książek dla dzieci.


[Egzemplarz recenzencki]

"Potwory i ludzie" Patrick Ness

"Potwory i ludzie" Patrick Ness

 „To wojna czyni nas mężczyznami. Dopóki nie ma wojny, jesteśmy tylko dziećmi.”* mówił burmistrz Prentiss. Viola i Todd – bohaterowie dobrze znani czytelnikom cyklu „Ruchomy chaos” autorstwa Patricka Nessa – widzieli w swoim życiu wiele zła, wiele cierpienia, wiele śmierci. Nie są już dziećmi, które poznaliśmy w „Na ostrzu noża”. To co przeżyli sprawiło, że dojrzeli w trybie przyspieszonym, a przed nimi ostateczne stracie. Planetę nieuchronnie ogarnia wojna. Trzy armie zmierzą się w brutalnym starciu. Ostatnia część cyklu jest zatytułowana „Potwory i ludzie”, a ja patrząc na rozwój wydarzeń, zastanawiam się ile z człowieka pozostanie w jego bohaterach.

„Ruchomy chaos” to przede wszystkim wspaniale zaplanowana trylogia. Dopiero kiedy patrzy się na nią całościowo widać, że nie ma tam przypadkowych wydarzeń. Ba, każde słowo, nazwa, są zamierzone. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić morderczej pracy jaką wykonała Agnieszka Hałas (tłumaczka). Jedna niedokładna interpretacja mogła wszystko zepsuć, jednak wygląda na to, że podołała. Dodać również muszę, że Patrick Ness za pomocą kompozycji tekstu rewelacyjnie buduje nastrój czy nadaje powieści tempa. Przykładowo, sceny prosto z pola bitwy to krótkie zdania, które pasują do szybkiego rozwoju wydarzeń, chaosu tam panującego, konieczności szybkiego podejmowania decyzji itp.

Na uwagę zasługuje również prezentacja szumu i wynikający z niej „wygląd” powieści. Dla przypomnienia, myśli mężczyzn zamieszkujących planetę są powszechnie słyszalne. Ludzie żyją na niej otoczeni zbitką słów, tym jest właśnie szum. Zadbano o to, aby wizualnie zaprezentować, jak ów szum wygląda. Do poszczególnych szumów przypisano różną czcionkę, a czasami zapisano je w charakterystyczny sposób, np. żeby pokazać panikę, szaleństwo itd.

Przez „Ruchomy chaos” przewinęło się wiele postaci, ale jeżeli chodzi o jego ostatni tom to najważniejszą bohaterką będzie dla mnie wojna. Dochodzimy do takiego momentu, że nie ma dobrych i złych czynów. Każda z podjętych przez bohaterów decyzji będzie dla kogoś dramatem. Im się tylko wydaje, że walczą dla dobra ogółu. Tylko nikt się tego ogółu nie pytał, czego on chce. Każdy walczy w imię własnych wartości, które uważa za największą świętość. Ile żyć można poświęcić dla świętości? Czy to życie właśnie nie powinno być świętością? Jak dowódcy śmią wartościować życia? W kontekście trwającej w tej chwili wojnie na Ukrainie, która z racji bliskości szczególnie nas, Polaków, przeraża czytanie „Potworów i ludzi” nabiera szczególnego wymiaru. Patrick Ness do wartkiej akcji, do rozrywkowego charakteru dodaje bolesną prawdę – prawdę o prawdziwych potworach.

Każdą kolejną częścią trylogii „Ruchomy chaos” Patrick Ness pokazuje kunszt pisarski. Pierwsza to intrygujące wprowadzenie do świata powieści, druga zaognienie intrygi i konfliktów, a trzecia brutalny finał. O kunszcie pisarza świadczy to, jak zapanował nad słowami, aby perfekcyjnie odmalowały jego pomysł. Chociaż chyba najlepsze byłoby porównanie do muzyki, bo te książki wręcz wibrują. Czytelnik może nie tylko dać ponieść się wyobraźni i wkroczyć w fabułę. On może wyczuć każdy jej najdrobniejszy element łącznie z emocjami bohaterów. Niesamowite doznanie.

* Patrick Ness, „Potwory i ludzie”, tłum. Agnieszka Hałas, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 21.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Czarna ręka, zsiadłe mleko" Katarzyna Szaulińska

"Czarna ręka, zsiadłe mleko" Katarzyna Szaulińska

Siedzę w domu. Dzieci śpią. Jest cisza i spokój. Zazwyczaj w takich „okolicznościach przyrody” powstają recenzje książek, którymi się z wami dzielę. Włączam komputer z zamiarem napisania kolejnej i przez jakieś pół godziny wpatruję się w migający kursor. Nie wiem, jak zacząć, ale odpuścić książce nie zamierzam, bo „straciłam dla niej głowę”. Za maleńko jej w mediach społecznościowych, a i na popularnych portalach czytelniczych niewiele osób zdecydowało się wypowiedzieć na jej temat (może to się niebawem zmieni). Dlatego tym razem bez ładnego wstępu, a prosto z mostu. Przed wami opinia o zbiorze opowiadań „Czarna ręka, zsiadłe mleko” autorstwa Katarzyny Szaulińskiej.

Od jakiegoś czasu szczególnie podchodzą mi publikacje dotykające problemów społecznych i chyba do tego typu literatury zaliczyłabym ten zbiór. Co ciekawe Katarzyna Szaulińska w swoich pracach skupia się na jednostce. W każdym z opowiadań wyraźnie wskazuje, kto jest głównym bohaterem i wokół niego buduje opowieść. Jednak każdą z tych postaci możemy utożsamić z jakimś zjawiskiem. Chętnie poruszanym przez autorkę tematem jest macierzyństwo w różnych jego odsłonach depresja poporodowa („Sieżroga”), niepełnosprawność („Urodziłam księżyc”), tolerancja, akceptacja, relacje z rodzicami („Czarnoręki Adam”), toksyczna miłość („Kasztanek”), strata dziecka („Kulista”). Autorka zagłębia się w psychikę bohaterów często wskazując skazy np. w opowiadaniach „Kulista” czy „Kiszone”. Trzecią grupę tekstów ja sama nazwałam „Z pamiętnika lekarza”. Narratorką jest lekarka bądź stażystka (albo dwie rożne osoby – nie do końca to wyczułam), która opowiada o swoich doznaniach po spotkaniu z chorobą, śmiercią, szaleństwem. Niezwykle ciekawym tworem jest ostatnie opowiadanie „Duplo”, które spaja, podsumowuje ten zbiór. Jego bohaterka miała styczność – bezpośrednią lub pośrednią – ze wszystkimi poprzednimi postaciami. Super zabieg ze strony autorki. Fantastycznym uczuciem było jeszcze raz „przebiec” obok tych historii i spojrzeć na nie innymi oczami.

Katarzyna Szulińska pisze niezwykle plastycznym językiem. Teksty są przesycone oryginalnymi porównaniami. Dla przykładu dodam wybrany losowo cytat: „Krzywa blizna na jego piersi uśmiecha się do Justyny, tata nie. Tata wygląda, jak jajko na miękko, któremu wyjadają środek.”1 Ja bardzo lubię taki sposób formułowania myśli. Sama uciekam się do niego w moich recenzjach książek. I, o ile rzeczonego wyglądu jajka nie byłam sobie w stanie wyobrazić, to w wielu momentach takie porównania pomogły mi wyczuć nastrój. Można powiedzieć, że autorka namalowała go. Faktycznie słabym punktem takiego pisania może być to, że nie zawsze wyczujemy intencję pisarza. Przyznam, że czytając opowiadania ze zbioru „Czarna ręka, zsiadłe mleko” nie zawsze rozumiałam tok myślenia Katarzyny Szaulińskiej, ale tylko w drobiazgach, bo w każdym z tekstów coś zobaczyłam. Wydaje mi się, że je zrozumiałam.

Myślę, że moja słabość do „Czarnej ręki, zsiadłego mleka” wynika ze szczypty surrealizmu, jaki pisarka zawarła w niektórych opowiadaniach. Codziennie nie spotykamy dziecka-księżyca, czy niewidzialnego niemowlęcia. Nie umawiamy się na obiad z chłopakiem mieszkający wśród kiszonek, przesiąkniętego nimi tak, że zakisił własne uczucia. Czytając wiemy, że to tylko symbole, jednak historie zbudowane wokół nich wydają się wyjątkowo realistyczne. W tych opowieściach nikt się nie dziwi temu, co przydarzyło się bohaterom. Stało się i już, a specjaliści proponują konkretne rozwiązania. Czyżby współczesnego człowieka nic już nie dziwiło?

Zbioru opowiadań pt.: „Czarna ręka, zsiadłe mleko” autorstwa Katarzyny Szaulińskiej nie palowałam czytać. Przypadek sprawił, że do mnie trafił, a że jest niedługi stwierdziłam, że zerknę, co autorka ta ma do powiedzenia. Dziwny opis – o chłopcu z czarną ręką, powiciu księżyca, rozdzieraniu między życie i śmierć – podsycił moją ciekawość. I przepadłam, zakochałam się, nie chciałam przestać czytać.

1 Katarzyna Szaulińska,”Kasztanek” [w:] „Czarna ręka, zsiadłe mleko', wyd. Filtry, Warszawa, 2022, s. 33.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger