"Bazyliszek" Graham Masterton

"Bazyliszek" Graham Masterton

Nathan Underhill – jeden z głównych bohaterów powieści „Bazyliszek” – jest kryptozoologiem. Pracuje nad wskrzeszeniem gryfa. Liczy na to, że jego odkrycie pomoże w leczeniu chorób, wobec których medycyna jest bezradna.

Grace jest żoną Nathana, a pracuje jako lekarka. Jedna z jej podopiecznych, mieszkająca w domu starców, twierdzi, że nocami słyszy dziwne szuranie i przerażające krzyki na korytarzu. Prosi lekarkę o pomoc, ale ta zbywa jej obawy bujną wyobraźnią. Jednak wydarzenia, które nastąpią pobudzą wyobraźnię sceptycznej pani doktor.

W małżeństwie Grace i Nathan'a to ten drugi bardziej wierzy w mityczne istoty, ale oboje będą musieli zmierzyć się z jednym z nich – legendarnym bazyliszkiem. Skąd wziął się on... na świecie? Projekt Nathana skończył się klapą, ale najwyraźniej komuś udało się powołać do życia mityczną istotę. Jakim sposobem? Przy pomocy wiedzy czy magii?

Bazyliszek to przerażający gad. Często przedstawiany, jako wielki jaszczur lub waż, który zabija samym spojrzeniem. Mastertonowskie monstrum wygląda inaczej, jednak jego „supermoc” została zachowana. Czy jest straszny? Nie bardzo. Może sama istota i wizja jej spotkania przeraża, jednak w kontekście całej powieści wypada średnio.

Zacznijmy od plusów książki, bo i tych się dopatrzyłam. Fabuła dość sprawnie brnie do przodu, chociaż autor nie ustrzegł się zbędnych „wypychaczy” typu opis tego co bohaterowie jedzą na kolację. Koncepcja stwarzania mitycznych stworzeń również jest interesująca. Przyznaję, że absurdalna, ale w tym szaleństwie jest coś pociągającego. Pojawia się pytanie, czy to nie za daleko idące igranie z naturą. Czy jesteśmy w stanie zapanować nad potężnymi istotami, których właściwie nie znamy – bo legend i wierzeń nie uznaję za źródło wiedzy.

Niestety powieść, pomimo przyzwoitego tempa – wynudziła mnie. Postacie są tak papierowe, tak schematyczne, że z wyprzedzeniem wiedziałam co powiedzą i zrobią. Grahamowi Mastertonowi nie udało się też „wyciągnąć” tej historii „ze szponów absurdu”. Im dłużej ją czytałam wydawała mi się coraz bardziej głupia, nierzeczywista. Jak to mówi moja mama: bajeczka. Dlatego „Bazyliszek” nie przestraszył mnie, a strach powinien być domeną horroru.

Graham Masterton próbował wskrzesić bazyliszka na gruncie literatury. Efekt nie jest powalający, ale też nie odstręczający. Nie jest to horror wysokiej klasy, jednak da się go czytać. Autor powinien poprawić postacie i popracować nad klimatem książki, bo sama historia ma potencjał. Potrzeba tylko trochę więcej grozy w grozie.

[Egzemplarz recenzencki]

"Bajki dla dorosłych. Powieść dla roślinożerców" Piotr Sakowski

"Bajki dla dorosłych. Powieść dla roślinożerców" Piotr Sakowski

Istnieje taki przesąd, że w pewne wyjątkowe dni zwierzęta mówią ludzkim głosem. A gdyby dać taką możliwość owocom i warzywom. Przykładowo, co może mieć do powiedzenia taki pomidor. Wisi sobie na krzaczku i obserwuje otoczenie. Czy chciałby podzielić się jakimiś spostrzeżeniami? Może na jakieś marzenia? Czy jest on delikatny jak miąższ spod skórki, a może – wbrew pozorom – to twardziel? Długo mogłabym wymyślać takie pytania. Piotr Sakowski natomiast spróbował spojrzeć na świat oczami roślin. Tak powstała książka „Bajki dla dorosłych. Powieść dla roślinożerców”.

W wiosce, do której autor nas zaprasza, nie ma ludzi. Wszyscy zniknęli. Pewnie część z was się zmartwi, czy będą tu jacyś bohaterowie. Rączki, nóżki, oczy, usta i inne potrzebne części ciała otrzymują owoce i warzywa. Jeżeli dobrze pamiętam lekcje języka polskiego taki zabieg nazywamy personifikacją. Ale pojęcia pojęciami, a was interesuje, jaki jest efekt. To co zrobił Piotr Sakowski to fantastyczny trening wyobraźni. Zamykamy oczy i zastanawiamy się, jakie te roślinki mogą być. Możemy odwołać się do powiedzonek np. kapusta i sałata to najbogatsze mieszkanki warzywniaka; do wyglądu np. jabłko, które w ogonku gromadzi mądrość; lub do zastosowań np. mętnookie konopie czy mój ulubieniec chmiel, którego „() testosteron oczekuje na fermentację, wręcz buzuje od tego oczekiwania.”* Przyznacie, że zabawa jest przednia.

Zrobiło nam się wesolutko, nie zapomnijmy jednak, że publikacja nazywa się „Bajki dla dorosłych” - swoja drogą tytuł średni, sugerujący jakieś perwersje między roślinkami. Generalnie książka ma sympatyczny charakter. Maleńkie owoce i warzywa, same w wielkim świcie, sprawiają pocieszne wrażenie. Przeżywają one jednak różne przygody i muszą rozwiązać szereg problemów. Pojawiają się miłe i mniej miłe typki, a czasami ktoś „rzuci mięsem”. Jednak przyznaję, że ogólne wrażenie jest raczej „delikatne”.

Poświęcę jeszcze moment stylowi, w jakim została napisana ta powieść. Piotr Sakowski dokłada wszelkich starań, żeby wprowadzić nas do bajki. Pojawiają się zwroty typu „wejdźmy”, „zobaczmy”, które sprawiają wrażenie, że w dosłowny sposób przemierzamy świat z powieści. Zdarza się, że porzucamy roślinki, żeby zerknąć tam, gdzie te nie mogą, bo chociażby kamienie są za wysokie dla małych nóżek ziemniaka czy jabłka. Jest to trochę nietypowy sposób pisania. Jednak tak sobie pomyślała, że niektórzy w dzieciństwie chcieli wskoczyć do bajki. Teraz będą mieli okazję.

„Bajki dla dorosłych. Powieść dla roślinożerców” zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Byłam ciekawa, jak autor będzie postrzegał owoce. Czytanie książki okazało się świetną zabawą. Kiedy na scenę wykraczała kolejna roślinka puszczałam wodzę fantazji i zastanawiałam się, jaka ona będzie.

* Piotr Sakowski, „Bajki dla dorosłych. Powieść dla roślinożerców. Cześć 1”, wyd. Novae Res, Gdynia 2022, s. 65.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Czego nie widać" Brianna Labuskes

"Czego nie widać" Brianna Labuskes

Gretchen to dziecko z problemami, nieokiełznane, demoniczne. Gretchen to mała socjopatka. Wzbudza strach i to ją cieszy. Dziewczynka zostaje znaleziona z zakrwawionym nożem nad zwłokami swojej ciotki. Dowody ewidentnie wskazują na to, iż ją zamordowała. Dzięki wpływom bogatej rodziny dziewczynka unika kary. Tak twierdzi detektyw, który prowadził śledztwo. Pytanie, czy ośmiolatka jest w stanie komuś zrobić krzywdę? Czy Gretchen miała powód, aby zabić? Po latach dorosła już bohaterka będzie miała możliwości, aby wznowić śledztwo i poznać prawdę. Pracując jako konsultantka bostońskiej policji z dziedziny psychologii miała okazję „rozpracować” wiele „morderczych umysłów”. Czy jej własny zalicza się do tej kategorii? I najważniejsza kwestia: czy Gretchen starczy odwagi, aby zmierzyć się z wydarzeniami z dzieciństwa? Czy nadzieja na wybielenie jej osoby nie będzie złudna?

W „Czego nie widać” poznajemy specyficzną rodzinkę. Brianna Labuskes kreuje bohaterów, którzy maja wiele do ukrycia i maja możliwości, żeby tego dokonać. Pisarka kreuje także bohaterów, z którymi coś jest nie tak. Są piękni, eleganccy i przeraźliwie toksyczni. Zestawiając pieniądze oraz niepokojące, zaburzone psychicznie sylwetki pisarka mąci czytelnikom w głowach. Rysuje różne scenariusze rozwiązania sprawy przeskakując pomiędzy rzekomymi podejrzanymi i ich motywami. Czytając powieść zostajemy doprowadzeni nas do takiego momentu, że zaczynamy wątpić w nasze przypuszczenia, nasze oceny poszczególnych postaci. I to – w połączeniu z dobrym pomysłem – jest największą zaletą tej książki.

Powieść „czego nie widać” bardzo mnie wciągnęła, ale niewiele brakowało żebym odłożyła ja na półkę „na wieczne nigdy”. Początkowo nie mogłam dostosować się do stylu autorki. Dla mnie był „za dziki”. Na „dzień dobry” dostajemy bardzo intensywną bohaterkę, jaką jest Gretchen. Jest ona przedstawiona jako socjopatka i Brianna Labuskes dokłada wszelkich starać, aby pokazać jej wybuchowy charakter oraz niezgodne z normami społecznymi zachowania, a w trakcie czytania co jakiś czas nachalnie przypomina, że nie mamy do czynienia z normalną osobą. Potem poznajemy kolejne postacie m.in. detektyw Marconi, która namawia Gretchen do ponownego otwarcia sprawy i detektywa Shaughnessy, który kiedyś ją prowadził. Skaczemy również w przeszłość, aby być świadkami dramatycznych scen. Prawdziwy rollercoaster wydarzeń. Tylko, że ja mam chorobę lokomocyjną. Czułam się przytłoczona, literacko przebodźcowana. Po pierwszych trzech rozdziałach wręcz rozbolała mnie głowa. Kiedy sprawa już ruszyła „z kopyta” zrobiło mi się lepiej. Bianna Labuskes przedstawiając kolejne fakty „otworzyła okno” i pozwoliła mojej głowie się przewietrzyć. Co prawda mam wrażenie, że niektóre dialogi, czynności śledczych były nieco nienaturalne, jednak autorka, dzięki nim, perfekcyjnie opisuje postacie oraz wydarzenia związane ze zbrodnią.

Kolejny thriller psychologiczny w moich łapkach. Tak, mam słabość do tego typu powieści. Czy Brianna Labuskes czymś mnie zaskoczyła? Pisarka świetnie manipuluje czytelnikiem nie pozwalając mu wskazać winnego. Myślę, że nawet ci najwytrwalsi w końcu będą musieli się poddać i dać jej poprowadzić się do finału. Suma summarum, książka bardzo mi się podobała, chociaż wydaje mi się, że mam inną definicje „mrocznej powieści”. Tu mamy mroczną sprawę, jednak w sposobie opowiedzenia tej historii mroku jest niewiele. „Czego nie widać” jest książką bardzo intensywną i dynamiczną. Nie ma w sobie tego spokoju, opanowania, które osaczają czytelnika. W moje gusta wpisała się tak na 70%, co nie oznacza, że u was wynik nie będzie większy.


[Egzemplarz recenzencki]

"Sztejer. Umarły syn" Robert Foryś

"Sztejer. Umarły syn" Robert Foryś

Robert Foryś stworzył postać Vincenta Sztejera. Płatnego zabójcy, któremu lepiej nie stanąć na drodze. Generalnie najlepiej jeżeli nikt nie dybie na nasze życie. Jednak jeśli chodzi o Sztejera to jest on wyjątkowo sprawnym likwidatorem. Przebiegły, sprawny, inteligentny, szybko się regeneruje, a pobyt w klasztorze nauczył go, jak wyostrzyć zmysły oraz kilku innych przydanych umiejętności. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z maszyną do zabijania. Kto stanie się jego celem?

Powieść „Umarły syn” ma charakter typowo przygodowego fantasy. Bohater wędruje przez świat po Zagładzie i zabija, kogo mu zlecono – ludzi, potwory, mutantów itd. Z każdej opresji ledwo bo ledwo, ale uchodzi z życiem i tak „bimba się” od przygody do przygody. Właściwie książka jest podzielona na dwie części „Umarły syn” i „Piołun”. Pierwsza to taki „spacerek” przez uniwersum z powieści. Jego celem jest właśnie Piołun, jedno z większych miast. Zatrzymujemy się tutaj na dłużej. Sztejer wikła się w wojnę lokalnych gangów, a my razem z nim. Książka się zmienia. Nie ma już charakteru powieści drogi, ale akcja dalej jest wartka.

Przyjrzyjmy się bliżej tytułowemu bohaterowi, ponieważ to on jest sercem tej powieści i to on odpowiada za jej klimat. Sztejera można właściwie określić jako antybohatera. To nie jest rycerz na białym koniu, który chroni dziewicę przed potworem. Jeżeli owa dama w opałach zapewni mu konia i szczodrze zapłaci to owszem postara się zlikwidować niebezpieczeństwo. Przy tym nie omieszka skomentować wyglądu zleceniodawczyni, a jeżeli nadarzy się okazja pozbawić ją wianka. Sztejer ma własny kodeks moralny, a i ten jest dość elastyczny. Wychodzi z założenia, że czasy są ciężkie i każdy radzi sobie, jak umie. Jest cyniczny, arogancki, a przy tym błyskotliwy. Ciężko powiedzieć, że to bohater do lubienia, jednak na pewno jest charakterystyczny.

„Umarły syn”, który otwiera cykl o Vincencie Sztejerze to powieść, którą określiłabym jako męską – być może przez testosteron emanujący z głównego bohatera. Na co musicie być przygotowani sięgając po tę książkę? Na niezbyt skomplikowana fabułę pełną przygód, plastycznie napisane sceny walki, postapokaliptyczny świat i Vincenta Sztejera – może nie jedynego w swoim rodzaju, ale perfekcyjnie wpisującego się w kanon „zabijaków” fantasy bohatera.

"Zaginiony Ollie" William Joyce

"Zaginiony Ollie" William Joyce

Tytułowy Ollie z powieści Williama Joyce'a to zabawka. I to nie byle jaka zabawka, bo jest on ulubieńcem. Kiedy Billy był malutki mama samodzielnie uszyła mu tego ni to misia ni to króliczka z dzwoneczkiem w miejscu serca. Między chłopcem, a pluszakiem rodzi się niesamowita więź. Spędzają ze sobą każdą chwilę. Pewnego dnia Ollie znika. Zostaje porwany przez wysłańców klauna Zozo – rozgoryczonej zabawki, która nigdy nie została ulubieńcem. Billie dzielnie wyrusza na poszukiwanie przyjaciela, a i Ollie dokłada wszelkich starań, żeby uciec Zozo i wrócić do swojego właściciela. Czeka ich wiele przygód.

William Joyce zaprasza nas w podróż do królestwa zabawek. Nawiązuje do wiary w to, że one żyją, czują, kochają, ale te z powieści „Zaginiony Ollie” również nienawidzą, zazdroszczą, złoszczą się. Krótko mówiąc zabawki prezentują cały wachlarz emocji. Ollie przywiązany do swojego właściciela, otoczony jego troską odwdzięcza się tym samym. Jest słodki, delikatny, miły, „przytulaśny”. Natomiast Zozo poznał co to jest samotność i odrzucenie za co mści się na innych zabawkach i ich właścicielach. Przez lata farba z niego oblazła, dlatego zarówno jego wnętrze jak i wygląd są odrzucające.

„Zaginiony Ollie” to powieść przygodowa, zarazem nostalgiczna. Jak już wspominałam Ollie i Billy przeżywają wiele przygód, ale te przygody malowane są w brązowozielonych barwach – dokładnie tak jak wydanie, które mam przed sobą (wyd. Poradnia K, 2022). Trochę, jakbyśmy oglądali stare zdjęcia w sepii.

Czytając książkę, zamiast akcji – która jest wartka – napawałam się emocjami bohaterów. I właśnie przez tą warstwę emocjonalną ta historia wydaje się bardzo ludzka, bardzo rzeczywista. W tym miejscu należy podkreślić, że William Joyce pisze poetycko acz bezpośrednim jak na standardy literatury dziecięcej. Kiedy opowiada o miłości, przywiązaniu jest słodko,a kiedy o złu to strasznie. Zozo jest typowym czarnym charakterem przesiąkniętym nienawiścią. Dlatego nie zdecydowałam się jeszcze przeczytać „Olliego” ze swoim przedszkolakiem, pomimo że chętnie sięgamy po dłuższe opowieści, a M. bardzo lubi kryminały dla dzieci. Wiedzę wasze skwaszone miny i słyszę, jak w waszych głowach rodzą się myśli, że za brutalnie, że nie dacie tej książki synowi bądź córce. Nie patrzcie na nią w takich kategoriach. Ma ona elementy powieści grozy, jednak – należy to podkreślić – dla młodych czytelników, a do tego niesie wiele mądrości. Ważne, żeby nie podsunąć jej dziecku za szybko, żeby odpowiednio ocenić wrażliwość pociechy.

Ponieważ nie zdecydowałam się przeczytać „Zaginionego Olliego” mojej córce i nie mam jej opinii, spróbuję zastanowić się, czy mi, jako dziecku, mogłaby spodobać się taka książka. Myślę, że tak. Lubiłam literaturę przygodową i lubiłam książki emocjonalne, a tego William Joyce zapewnia bardzo dużo. No i od zawsze ubóstwiałam powieści z dreszczykiem. Dlatego zachęcam do sięgnięcie po „Olliego”. Z rozwagą, z uwzględnieniem charakteru dziecka, ale sięgnięcia.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ślepe stado" John Brunner

"Ślepe stado" John Brunner

Żyjemy w uprzywilejowanych czasach i regionie. Przykładowo, nie musimy się martwić o zdobywanie pokarmu. Idziemy do sklepu, a półki uginają się pod ciężarem różnych smakołyków. Dostępne jest praktycznie wszystko niezależnie od pory roku. Mamy ochotę na truskawki, kupujemy truskawki. Inna sprawa jakiej jakości, ile chemii, a ile składników odżywczych w nich znajdziemy. Prowadzimy życie obok rytmu natury. Staramy się podporządkować ją naszym zachciankom. To nie może być dobre na dłuższą metę. Pytanie: Kiedy i co „pierdyknie”?.

O skutkach niszczenia środowiska jest powieść Johna Brunnera „Ślepe stado”. Zatrute powietrze, zatruta woda, wysoka śmiertelność dzieci, wrodzone alergie i choroby, droga organiczna żywność kontra tanie chemiczne produkty, różnego rodzaju filtry mające umożliwić ludziom funkcjonowanie w smogu to mały wycinek tego, jak autor widzi Ziemię w przyszłości. Wizja przerażająca swoją realnością, bo wystarczy wziąć kartkę i odhaczać co już się ziściło, a co jeszcze przed nami.

Co mnie zafascynowało to bohater powieści, a mianowicie świat. Książka składa się z krótkich fragmentów. Są to epizody z życia różnych ludzi – niektóre kończą się po kilku akapitach, a do niektórych autor systematycznie wraca i je rozbudowuje- ale też strzępki programów telewizyjnych, wiadomości prasowych, wycinki z podręczników, transkrypcje reklam itp. Rozmach jest nieziemski, dzięki czemu fabuła zyskuje wymiar globalny. Zerkamy w różne zakątki świata. Patrzymy jak ludzie w nich żyją, jak radzą sobie ze zniszczonym środowiskiem, jak się dostosowali, co im grozi. Jednak to nie konkretne osoby, nie konkretne tragedie obserwujemy, a efekt działalności człowieka na planecie Ziemi.

John Brunner doskonale umieścił świat w centrum swojej powieści – pisarski majstersztyk – ale takie rozwiązanie ma też pewne minusy. Co prawda wiele zależy od indywidualnych upodobań czytelników, jednak wielu z nich lubi skoncentrować się na bohaterach ich historiach. Tu kolejne postacie schodzą na dalszy plan. Nie ważne są nazwiska. Są one tylko marionetkami do zaprezentowania kolejnych skutków niszczenia środowiska. Dlatego nie dziwią mnie opinie części odbiorców, że nie czują więzi z tą książką.

Ja miałam z nią inny problem. Mianowicie brakuje mi tu mocnych zwrotów akcji. Dość spokojnie dryfujemy przez prezentowaną przez Johna Brunnera fabułę. Jest mocno, jest przerażająco, ale stabilnie. Tempo się nie zmienia. Mnie to nieco nużyło. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu przystosowałam się do środowiska panującego w powieści „Ślepe stado”. Stało się ono czymś normalnym. Widziałam, co w nim jest nie tak, ale korzystając z różnych udogodnień nauczyłam się w nim funkcjonować. Z każdą kolejną stronę efekt „szoku” malał.

Powieść „Ślepe stado” pierwszy raz została wydana w 1972 roku. John Brunner niewątpliwie okazał się wizjonerem. Perfekcyjnie przewidział, do czego działalność człowieka doprowadzi Ziemię. W książce doskonale „rozrysował” równię pochyłą na jakiej stoimy. Polecam poczytać, bo to ważny powieść we współczesnych czasach.

"Trzech gości w łódce plus wampir" Krzysztof Kotowski

"Trzech gości w łódce plus wampir" Krzysztof Kotowski

Wampiry w literaturze są przedstawiane dwojako. Odsłona krwawa, czyli horrory, a w nich polowania, wysysanie krwi i sieczka, sieczka, sieczka. Odsłona romantyczna, groźne acz intrygujące dzieci nocy. Często pod płaszczykiem agresji kryją smutek, zagubienie, wyobcowanie. Krzysztof Kotowski zaproponował jeszcze coś innego. Mianowicie wampira detektywa. I nie jest to bohater, który rozwiązuje sprawy w świecie pełnym fantastycznych istot. To facet, który żyje wśród ludzi, a ci nawet nie przypuszczają do kogo zwracają się o pomoc.

Ów detektyw przyjmuje nietypową sprawę, a ta okazuje się pułapką. Tyle o fabule. Maleńko, a jest to bardzo rozbudowana i wielowątkową powieść. I właśnie dlatego nie chcę wchodzić z butami w poszczególne jej elementy. Jest to misterna konstrukcja złożona z wątków, wąteczków i wątyciusiów. Ich dobór możne nas zaskakiwać: Co mają wspólnego Indianie, „Mistrz i Małgorzata”, warszawski półświatek i miłość? Dołóżmy do tego błyskotliwy – a czasami obrazoburczy – komentarz do wydarzeń z polskiej historii współczesnej i rozważania z zakresu filozofii bytu. Taka mieszanka tworzy powieść „Trzech gości w łódce plus wampir”.

Nie wiem, czy to co teraz napiszę nie zaszkodzi tej powieści, ale muszę o tym wspomnieć, żeby oddać jej charakter. Kryminały kojarzą się z wciągającymi, szybko czytającymi się książkami. „Trzech gości w łódce plus wampir” może się poszczyć wartką akcję i krótkimi rozdziałami, jednak daleko jej do typowo „urlopowej” powieści. Momentami jest awanturniczo, momentami zabawnie, a momentami – jak w dziewiętnastowiecznej powieści – zatrzymujemy się przy dłuższym opisie lub zawiłym dialogu. Czytelnik ciągle musi być czujny na wszelkie aluzje historyczne, a także nawiązania do literatury. Jest to odrobinę wyczerpujące, aczkolwiek również satysfakcjonujące.

Krzysztof Kotowski jest niewątpliwie ciekawą postacią na polskiej scenie literackiej. Taką powieść, jak „Trzech gości w łódce plus wampir” mogła napisać wyłącznie błyskotliwa, inteligentna i oczytana osoba. Jest to pisarz, którego twórczość warto poznać, żeby wyrobić sobie o niej własne zdanie. Jakie jest moje? Doceniam, ale wiem, że to nie mój typ literatury. Pomimo humoru i akcji, książka jest napisana za bardzo na serio (a ja kocham absurdy), do tego całe to filozofowanie zawsze wybija mnie z rytmu (u mnie albo książka filozoficzna, albo rozrywkowa). Niemniej „Trzech gości w łódce plus wampir” to powieść z pomysłem. Powieść fantastycznie napisana. Pozycja obowiązkowa dla miłośników niebanalnej literatury.


[Egzemplarz recenzencki]

"Dziki poradnik przetrwania" Agnieszka Graclik

"Dziki poradnik przetrwania" Agnieszka Graclik

Nikt nie chce być krzywdzony. Dlatego wszystkie istoty – niezależnie od tego, gdzie w łańcuchu pokarmowym się znajdują – wypracowały mechanizmy obronne. Agnieszka Graclik – zoolożka i popularyzatorka nauki – bierze je pod lupę. Zbiera i kataloguje różne strategie służące uniknięciu zostania zjedzonym. Tak powstaje „Dziki poradnik przetrwania”.

Na zanętę zdradzę wam kilka taktyk – ale maluteńko. Najoczywistsze to ucieczka, kamuflaż, budowa schronienia i walka. Jednak każda z nich to wachlarz możliwości. Gąsienica udająca węża, motyle ze strasznymi oczami na skrzydłach, ostre kolce tworzące niedostępny pancerz, zabójcza trucizna, gubienie części ciała, zadziorne skoki, skomplikowany system norek i wiele, wiele innych.

Najważniejsze i najcudowniejsze w tej publikacji jest to, jak autorka opowiada. Agnieszka Graclik ma tę wspaniałą umiejętność zarażania czytelników swoim entuzjazmem. Nie traktuje nauki z pietyzmem, ale podchodzi do niej na luzie – co nie znaczy, iż bez szacunku (czujemy jak podziwia naturę i to jak wspaniale urządziła ona świat). Ma świadomość, że popisywaniem się wiedzą nie zaimponuje czytelnikowi. Bo to nie o „szpan” chodzi, a zainteresowanie młodego odbiorcy przyrodą, o pokazanie jaka ona jest fascynująca. Agnieszka Graclik nie boi się w tym celu używać potocznych słów (już z okładki bezwstydnie mruga do nas „zeżreć”) oraz potrafi wymyślać genialne metafory, żeby przybliżyć trudniejsze pojęcia np. wykład o echolokacji i porównanie do rzucania kamieniami, w celu uniknięcia wdepnięcia w kałużę. Krótko mówiąc autorka potrafi pisać prosto i ciekawie.

Wspaniałe jest również wydanie. Gros zdjęć cieszy oko i prezentuje dziwne dziwy, o których mowa. Jednak inny detal zasłużył na moje uznanie. Podkreślenie w tekście nazw zwierząt. Co zrobiła moja córka, kiedy wyjęła książkę z paczki? Zaczęła kartkować i posypał się grad pytać: „Co to jest?”. Muszę dodać, że najbardziej interesowały egzotyczne okazy. Jakże wielkim ułatwieniem było wyszczególnienie ich nazw. Chyba z książkami popularnonaukowymi tak jest, że nie trzeba ich czytać „od deski do deski”. Oczywiście jest to wskazane, jednak czasami coś, nas szczególnie zaintryguje i to od tego fragmentu zaczynamy lekturę. Szczególnie jest to widoczne u dzieci One z ogromnym entuzjazmem angażują się w to co ich zafascynuje. Podobnie jest z czytaniem. Dla nich fragment o lisie może być nudny, za to będą w kółko czytali o sowach. Wspomniane podkreślenia znacznie pomagają w poruszaniu się po książce i szukaniu odpowiedzi na pytania, które zrodzą się w małych głowach.

Przy publikacjach dla dzieci zazwyczaj pojawia się pytanie o sugerowany wiek odbiorcy. Jeżeli chodzi o „Dziki poradnik przetrwania” mam wrażenie, że nie ma górnej ani dolnej granicy. Zapewne była pisana z myślą o dzieciach w wieku około 9-12 lat, ale – jak to się mówi – dla każdego coś miłego. Świat zwierząt jest tak fascynujący, a książka tak pięknie wydana, że moja niespełna pięcioletnia córka nie mogła przestać jej przeglądać. Wiele stworzeń ją zaciekawiło i chciała się więcej o nich dowiedzieć. Z perspektywy dorosłego mogę powiedzieć, że styl, w jakim Agnieszka Graclik napisała książkę, jest tak porywający, iż nie mogłam się oderwać. Dodam też, że dużo z niej zapamiętałam.

„Dziki poradnik przetrwania” to publikacja o tym jaka natura jest zmyślna, jak znajduje rozwiązania każdego problemu, jak perfekcyjnie to wszystko urządziła. Zbiór ciekawostek o uciekinierach, mistrzach znikania, opancerzonych bestyjkach, walecznych stworzonkach oraz innych istotkach, które nie chcą dać się zjeść. To wielka porcja wiedzy przedstawiona z pasją.


[Egzemplarz recenzencki]

"Uranova" Lenka Elbe

"Uranova" Lenka Elbe

Ubóstwiam chleb. Nie wyobrażam sobie śniadania bez zjedzenia świeżutkiej kanapeczki. W związku z tym Henry – bohater powieści „Uranova” - jest dla mnie „trudną” postacią. Mężczyzna ten nie dosyć, że nie jada i nie lubi pieczywa, nie może nawet słyszeć słowa „chleb”. Skąd taka niechęć? Właśnie ten wyraz był ostatnim, jaki usłyszał z ust swojej wielkiej miłości. Angela zaginęła podczas pobytu u rodziny w Czechosłowacji. Henry pozornie ułożył sobie życie po stracie, jednak prześladuje go wiele manii – nie tylko ta „chlebowa”. Po latach decyduje się zmierzyć się z traumą. Razem z żoną wybierają się do Czech, gdzie trafiają do miasteczka Jachymów. Dziwnego miejsca, w którym nikt nie mieszka, w którym znajdują się jedynie uzdrowiska. Miasta słynącego z kąpieli radowych. Miasta, które zapisało się w historii, jako obóz dla więźniów politycznych. W nim Henry odkryje, a może zmierzy się z tajemnicą opuszczonej sztolni.

„Uranova” to istne surrealistyczne ciasteczko. I zaryzykuję stwierdzenie, że zasmakuje nie tylko koneserom tego typu literatury. Czytając tę powieść na myśl przyszła mi „Jesień w Pekinie” Borisa Viana. Obie książki charakteryzuje nieprzewidywalność. Czytając mamy poczucie, że może wydarzyć się wszystko. Jeżeli w środku śniadania pojawiłaby się w mieście Godzilla nikogo by to nie zszokowało. Równocześnie fabuła w „Uranovie” jest uporządkowana. Odbiorcy ławo śledzić akcję. Lenka Elbe zadbała o wątek przewodni, do którego dorzuca kolejne elementy. Mamy się czego złapać i nie porwie nas groteskowy wir.

Książka ta to nie tylko absurdalny humor, ale też zabawa różnymi typami powieści. Autorka sprawnie przeskakuje między komedią, kryminałem i horrorem – co wzmaga nieprzewidywalność fabuły. Efekt jest doskonały. Lenka Elbe, bawiąc się literackimi konwencjami, perfekcyjnie uwypukla to, o czym chce opowiedzieć.

Cieszy mnie, że „Uranova” została wydana w Polsce. To wcale nie był „pewniak”. Powieść jest dobra, ale dość specyficzna. Wydawca nie miał pewności, jak zostanie przyjęta. Patrząc na pierwsze opinie widać, iż czytelnicy ją docenili. Nawet ci, którzy twierdzą, że nie podchodzi im tego typu literatura, podkreślają kunszt pisarski Lenki Elbe. Ja bardzo lubię taki nieprzesadzony surrealizm. Absurd wpleciony w fabułę powieści, dający jej niepowtarzalny charakter. Lubię też autorów otwartych na różne konwencje, a czeska pisarka pokazała, że potrafi z nich korzystać.

Powieść "Uranova" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl W księgarni znajdziecie bogatą ofertę powieści zagranicznych.

[Egzemplarz recenzencki w ramach współpracy z Taniaksiazka.pl]

„Bądź pewny siebie! Poradnik dla introwertyka” S. J. Scott, Rebecca Livermore

„Bądź pewny siebie! Poradnik dla introwertyka” S. J. Scott, Rebecca Livermore

Po publikację „Bądź pewny siebie! Poradnik dla introwertyka” zdecydowałam się sięgnąć, ponieważ nie spodobał mi się jej tytuł. Uważam, że pewność siebie i typ osobowości nie są od siebie zależne. Paradoksalnie podobną tezę wysuwają autorzy książki. Ci jednak twierdzą, że introwertycy mogą zmagać się z pewnymi problemami, które blokują ich na drodze do sukcesu. Jako teoretyczna grupa docelowa tego poradnika postanowiłam skonfrontować go z rzeczywistością.

Kompozycja publikacji jest klarowna. Kolejne rozdziały to konkretne wyzwania przed jakimi stają introwertycy i strategie ich rozwiązywania. S. J. Scott i Rebecca Livermore sami są introwertykami, więc mogli je przedstawić na własnych przykładach. Intuicyjnie wyszczególnili najważniejsze problemy i zaproponowali zdroworozsądkowe podejście do walki z nimi. Jest tu dużo słów o pogodzeniu się ze swoim charakterem, ładowaniu akumulatorów, otwartości i szczerości wobec innych. Rad mających uspokoić czytelnika i pomóc mu pokochać siebie takim jakim jest.

Niestety strategie zostały napisane „po łebkach”. Trochę jakby kazać uczniom dobrać się w pary i w ramach szkolnego projektu poprosić o zastanowienie się, jak rozwiązać dany problem. Chyba najbardziej rażącym przykładem jest „Wyzwanie 9. Bycie traktowanym jak popychadło”. Jedna z rad brzmi „Postaw się”. Autorzy przez około pół strony piszą, dlaczego warto się postawić, ale nie piszą jak to zrobić, jak znaleźć w sobie siłę. Rada słuszna, ale jej wartość, dla czytelnika – zapewne świadomego potrzeby postawienia się – znikoma.

W całym tym wywodzie brakuje mi tzw. przykładów z życia”. Znaczy coś tam jest, ale maleńko. A byłyby bardzo pomocne. Mogłyby zainspirować introwertyków do proponowania konkretnych rozwiązań. Przykładowo w rozdziale „Utrzymywanie relacji z ekstrawertykami” przytoczono historyjkę, kiedy maż z żoną ustalają jaki czas w tygodniu przeznaczają na kontakty z przyjaciółmi, dzięki czemu znajdują kompromis godzący ich różne charaktery. Takich opowieści powinno być więcej. Szczególnie, że autorzy chwalą się, iż książka powstała dzięki odzewowi na maila, „(…) który Steve wysłała do osób ze swojej listy adresowej.”1 „(…) dostał ponad 300 odpowiedzi.”2 Nawet jeżeli z powodu praw autorskich tych wiadomości nie można wykorzystać to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się nimi inspirować. Mamy dwie głowy, które pracują nad poradnikiem, więc niech te głowy myślą, jak go uatrakcyjnić.

„Bądź pewny siebie! Poradnik dla introwertyka” to książka nie groźna, ale też niezbyt przydatna. Przedstawione strategie są opisane zbyt ogólnie. Wydaje mi się, że ludzie intuicyjnie wyczuwają nad jakimi obszarami powinni popracować. Nie wiedzą natomiast jak. I tego „jak” jest tu dla mnie za mało. Wolałabym książkę, która szerzej omawiałaby jeden temat np. jak skutecznie pracować w grupie, jak bronić swojego zdania, jak wyznaczać swoje granice itp. Byłaby bardziej wartościowe z punktu widzenia czytelnika.

1 S. J. Scott, Rebecca Livermore, „Bądź pewny siebie! Poradnik dla introwertyka” przeł. Joanna Sugiero, wyd. Sensus, Gliwice 2022, s. 13.

2 Tamże.


[Egzemplarz recenzencki]

"Bądź jak włóczykij. Subiektywny przewodnik po południowej Finlandii" Jessika Klaudia Kaczmarczyk

"Bądź jak włóczykij. Subiektywny przewodnik po południowej Finlandii" Jessika Klaudia Kaczmarczyk

Słyszysz słowo „urlop” i co myślisz? Leżenie na plaży, górskie wędrówki, ciepłe kraje? Raczej mniejszości przyjdzie do głowy wizyta na północy Europy. Chociażby taka Finlandia. Co może zaoferować kraj, gdzie mówi się dziwnym, do niczego nie podobnym językiem? Bardzo wiele. Jessika Klaudia Kaczmarczyk zachęca nas do podróży . Owa książka nazywa się „Bądź, jak włóczykij”. Dlaczego włóczykij? A z jakiej bajki pochodzi ta postać? Kto pomyślał o „Muminkach” ma punkt. Będzie więc to podróż literackim tropem.

Publikacja ta to tak naprawdę przewodnik popołudniowej Finlandii z akcentem na miejsca związane z Tove Jansson i sympatycznymi trollami. Ważne punkt publikacji to biografia pisarki, a jeżeli chodzi o miejscowości prym wiodą Turku, Naantali, Tempre oraz Helsinki To im Jessika Klaudia Kaczmarczyk poświęca najwięcej uwagi – o innych miejscach nie zapomina, zostają szczegółowo wypunktowane w stosownym rozdziale – przedstawiając je zarówno pod kątem atrakcji związanych z „Muminkami”, ale nie zapominając, co jeszcze ciekawego można tam zobaczyć.

W książce znajdziemy mnóstwo informacji praktycznych typu: jak dojechać, gdzie wypić, kawę, gdzie zostawić bagaż, jak najkorzystniej wynająć kwaterą; a także mnóstwo wskazówek „od serca”. Autorka przewodnika chętnie dzieli się spostrzeżeniami i doświadczeniami opowiadając o własnych podróżach do tych miejsc. Rozdziały są bardzo obszerne. Widać, że Jessika Klaudia Kaczmarczyk dołożyła wszelkich starań, żeby wyczerpać tematy, które porusza.

Zakochałam się w „Bądź jak włóczykij”. W życiu bym nie przypuszczała, że będę pochłaniać przewodnik po Finlandii z wypiekami na twarzy. Jessika Klaudia Kaczmarczyk zaraża pasją. Oczywiście głównym jej założeniem jest prezentacja regionu i atrakcji związanych z Tove Jansson i „Muminkami”, ale tchnęła w te opisy, te wyliczanki miejsc coś osobistego. Wzbogaciła je o rumieniec przygody. Sprawiła, że jej przewodnik jest czymś więcej, jest ponad klasyczne publikacje tego typu.

Na pochwałę zasługuje również szeroka perspektywa z jaką Jessika Klaudia Kaczmarczyk patrzy na podróżowanie. Postarała się, żeby publikacja „ Bądź jak włóczykij” była dla wszystkich. Podkreśla, które miejsca nadają się na krótki weekendowy wyjazd (i jak go najlepiej zorganizować), a które na długaśny urlop. Zwraca uwagę, gdzie warto wybrać się z dziećmi. Wymienia plusy i minusy odwiedzenia konkretnego obiektu w sezonie. Mogłabym długo wymieniać przykłady. Chyba już wspominałam, że autorka podjęła starania, żeby wyczerpać temat. Być może niektóre informacje są zbyt szczegółowe. Przykładowo, mi wystarczyłyby portale, na których warto szukać kwater. Konkretne lokalizacje wraz z cenami mnie nie interesują. Mając narzędzie znajdę coś co mi odpowiada. Podobnie z cenami. To jest kwestia dynamiczna. Być może podanie ich jest jakimś odniesieniem i pomocą w decyzji, czy zwiedzanie tego miejsca jest na naszą kieszeń, jednak można by się zastanowić, kiedy te dane są niezbędne i ile nam mówią. Chociaż – podobno – „od przybytku głowa nie boli”. Może i dobrze, że te informacje zostały zawarte.

Sama idea tego przewodnika jest niezwykle ciekawa i gdyby nie ona pewnie nie wydałby mi się on aż tak interesujący. Na „Muminkach” się wychowałam. Zarówno czytałam książki, jak i oglądałam je w paśmie „Wieczorynki”. I o ile sama Finlandia nigdy nie była moim wymarzonym kierunkiem, to odwiedzenie miejsc związanych z Tove Jansson i „Muminkami” wydaje mi się bardzo pociągające.


Książka "Bądź jak włóczykij" dostępna jest na stronie autorki Try alternative.

[Egzemplarz recenzencki]

"Nasze małe okrucieństwa" Liz Nugent

"Nasze małe okrucieństwa" Liz Nugent

„W pogrzebie uczestniczyli wszyscy trzej bracia Drumm, ale jeden z nas był w trumnie.”1 w połączeniu z hasłem z okładki - „ Nie musisz mieć wrogów. Wystarczy ci rodzina”2 - pierwsze zdanie powieści „Nasze małe okrucieństwa” ma mroczny wydźwięk. Ja thrillerów psychologicznych nie odmawiam, więc z entuzjazmem przystąpiłam do poznawania Drumm'ów. Czy to normalna rodzina, a może skrajna patologia?

Powieść ta oparta jest na wątkach obyczajowych. Wydarzenia, a właściwie biografię rodziny Drumm'ów, poznajemy z perspektywy każdego z braci. Autorka wybiera wspomnienia, które prezentuje ustami trzech bohaterów i które mają pokazać nam, jaka jest ta rodzina, które mają zobrazować charaktery i problemy jej członków.

Liz Nugent dzięki elementom obyczajowym właśnie wspaniale buduje thriller i – może nie popieprzone – ale dziwne i smutne postacie. Zagłębia się w mrok ich dusz, a ten mrok jest przerażający bo codzienny. Tytuł powieści - „Nasze małe okrucieństwa” - jest w tym przypadku wyjątkowo trafny. To nie jest historia o psychopacie dręczącym swoją rodzinę. Autorka zwraca uwagę na małe szpilki, które bliscy, świadomie lub nie, sobie wbijają. Naśmiewanie się z czyjegoś wyglądu, mniejszy kotlet na obiad, konkurowanie o względy tej samej dziewczyny, krytyka czyjejś pasji, zepsucie zabawki brata – takie i podobne zachowania ukształtowały bohaterów książki, a Liz Nugent opisuje, jakich ludzi z nich zrobiły.

Przyjrzyjmy się bliżej narracji i prowadzeniu fabuły. Każdy z braci dostaje głos. Przy pomocy pakietu wspomnień dowiadujemy się, jak patrzą na swoją rodzinę i jak się w niej czują. Obserwujemy również momenty ważne dla nich. Możemy zobaczyć, jak każda z postaci zapatruje się na dane wydarzenie. Wiem, że część czytelników nie lubi, kiedy autor ustami różnych bohaterów komentuje to samo, ja to uwielbiam i wydaje mi się, że jest to jeden z istotniejszych aspektów „Naszych małych okrucieństw”. Patrząc na to samo z różnej perspektywy możemy najwięcej dowiedzieć się o bohaterach, a to właśnie oni są dla mnie najważniejsi w thrillerach psychologicznych.

Mam natomiast małą uwagę co do zatytułowania rozdziałów. Wspomnienia braci nie są uporządkowane chronologicznie (z tym nie mam problemu), a na początku każdego fragmentu mamy rok. Z jeden strony wszystko okej, czytelnik może od razu się zorientować, czy mowa o dzieciństwie, latach młodzieńczych, a może dorosłości bohatera. Ja jednak wolałabym jakiś punkt odniesienia np. „Luke 20 lat”, „Luke dwa lata przed wydaniem płyty”. Przy tak swobodnym poruszaniu się po czasie akcji, pozwoliłoby to czytelnikowi szybciej zorientować się, co i jak.

Kiedyś wydawało mi się, że thriller i wątki obyczajowe nie idą w parze, ale jak się głębiej na tym zastanowić, są ważnym elementem – szczególnie , kiedy chodzi o psychologie postaci. Liz Nugent fantastycznie łączy te elementy i na wspomnieniach postaci buduje powieść „Nasze małe okrucieństwa”. Czy to mocna książka? Zależy co rozumiecie przez „mocna”? Jeżeli pragniecie rozlewu krwi albo nieprzewidywalnego szaleńca to tego tu nie znajdziecie. Zobaczycie natomiast coś straszniejszego. Destrukcyjny wpływ codzienności.

1 Liz Nugent, „Nasze małe okrucieństwa”, przeł. Mariusz Rulski-Bożek, wyd. Wielka litera, Warszawa 2022, s. 9.

2 Tamże, okładka.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jasnowidz i czarownica" Mark Arturro

"Jasnowidz i czarownica" Mark Arturro

Erotyka w literaturze to kontrowersyjny temat. Książki tego typu postrzegane są jako mało ambitne. Szyderczo mówi się, że czytają je wyłącznie niewyżyte gospodynie domowe, że są nudne i schematyczne. Mimo wszystko, jest duża grupa (raczej) kobiet, która chętnie sięga po takie powieści. I nie ważne jakiej są profesji. Lubią, więc czytają. Jeżeli chodzi o schematyczność to faktycznie jest „piętą achillesową” takich historii – szczególnie, kiedy mają romantyczny wydźwięk. Zdarzają się jednak pisarze, którzy nie przejmują się konwencjami i chyba również rynkiem. Przeczytałam właśnie powieść „Jasnowidz i czarownica” Marka Arturro i nie do końca mam pomysł, jakiemu odbiorcy mogłaby się ta książka spodobać. Pomimo ogromnej ilości erotyki nie jest to literatura kobieca. Już wiem! To jest książka dla czytelnika ze specyficznym poczuciem humoru, bezpruderyjnego, potrafiącego patrzeć na życie z przymrużeniem oka.

Akcja dzieje się w niewielkiej wsi. Przyjeżdża do niej Marek, tytułowy jasnowidz, i zamierza się tutaj osiedlić. Zanim znajdzie odpowiedni obiekt poznaje Darię – piękną, bezwstydną wdowę, zwaną przez lokalną społeczność czarownicą. Tyle o fabule. Nie chcę się nad nią rozwodzić, bo – używając języka z powieści – rozchodzi się głównie o rżnięcie.

Czy kojarzycie film „American pie”? Właśnie z nim kojarzy mi się styl w jakim Mark Arturro napisał powieść „Jasnowidz i czarownica”. Tylko jest dużo bardziej wyuzdany, a do tego... garażowy (jakby to był amatorski film), czy też – ładnie to nazywając- naturalistyczny. Jest bezczelnie, niesmacznie, ale mnie to bawi.

W książce zabrakło mi natomiast jakiegoś wątku przewodniego, czegoś co spajałoby tę historię. W przytoczonym „American Pie” chłopcy chcieli stracić dziewictwo podczas balu na koniec szkoły, a realizacja tego planu generowała różne śmieszne sytuacje. „Jasnowidza i czarownicę” podsumowałabym słowami mojej koleżanki: „Witam Panie, let's fuck” (rozmawiałyśmy wtedy o powieści „Jedenaście tysięcypałek, czyli miłostki pewnego hospodara”). Kolejne sceny często wyglądają tak: nażreć się, nachlać i podymać (albo od razu podymać). Jak już wspominałam, jest zabawnie, ale nie sięgałam po książeczkę z dowcipami, a powieść. Stworzenie bohaterów i przestrzeni, na której sobie swawolą to za mało. Pojawia się co prawda akcja, wątki nadprzyrodzone itp., ale jakieś to niewyraźne, a przez to niewyraźni są bohaterowie. Zdecydowanie potrzebny tu rutinoscorbin.

„Jasnowidz i czarownica” to interesująca książka. Nie jest to typowa powieść erotyczna. Autor wzbogaca ją o szczyptę kryminału i horroru, a przede wszystkim chochlę bezpruderyjnego humoru. Do mnie takowy przemawia i bawiłam się wybornie. Gdyby autor zadbał o stworzenie spójnej opowieści z przewodnią linią fabularną, zwrotami akcji itp. ta książka byłaby wybitna. Tak jest po prostu zabawna. Przeczytałam kilka scen, pośmiałam się, ale nocy przy niej nie zarwałam. Raczej czytałam ja fragmentami na poprawę humoru.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger