"Medium" Joanna Dobkowska

"Medium" Joanna Dobkowska

Mówi się „jaka matka, taka córka”. Bohaterka książki „Medium” Joanny Dobkowskiej, Ilzyda Filomena, obraziłaby się na to to porównanie. Chce, za wszelką cenę, odciąć się od swojej rodzicielki i jej awanturniczego życia. Chce pozbyć się piętna bycia „córką tamtej kobiety”*. Jej matka to światowej sławy medium. Żyjąca w blasku ulotnej sławy, goniąca za nowymi opiekunami, pieniądzem i szacunkiem. Pogardzana w towarzystwie za swoją barwność. Ilzyda przekona się, że za szarość można również zostać zepchniętym na margines.


Medium” określiłabym jako książkę obyczajową z paranormalnymi wątkami. Jest to powieść o kobietach żyjących na przełomie XIX i XX wieku. Główny trzon akcji to lata 1913 -14, ale autorka często cofa się do przeszłości i te epizody są dużo ważniejsze dla fabuły. Zatrzymam się chwilę nad okresem historycznym, w którym Joanna Dobkowska umiejscowiła akcję, bo jest on wyjątkowo ciekawy, szczególnie z kobiecej perspektywy. Z jednej strony bardzo mocno spętany konwenansami. Przekonaniem, że „... kobieta i mężczyzna, sam na sam, musiało do czegoś nieprzyzwoitego dojść, po prostu musiało...”**. Nie mówiąc już o tym, że panom można prawie wszystko, często nie starają się nawet zachowywać pozorów z faktu posiadania utrzymanek, natomiast niewiasta z byle powodu może dostać etykietkę nieprzyzwoitej czy rozwiązłej. Mimo wszystko panie stają się coraz bardziej niezależne, samodzielne i walczą o swoje. Dociera do nich, że same muszą o siebie zadbać. Zastanawia mnie tylko, kto był największym wrogiem kobiet w ich buncie. Mężczyźni nie chcący ustąpić z piedestału, a może inne kobiety niesprawiedliwie oceniająca i podstawiające nogę?

Główną bohaterką powieści jest Ilzyda, która stara się zerwać więzi z matką – wychodzi to jej z różnym skutkiem. Autorka trzyma się kurczowo tej jednej postaci, ale przy jej udziale poznajemy kilka historii: samej Ilzydy i oczywiście jej matki oraz jeszcze dwóch kobiet, które również mają ciekawe życiorysy. Pozornie łączy je niewiele, a tak naprawdę jedna, bardzo ważna rzecz – wszystkie zostały zepchnięte, z rożnych powodów, na margines społeczeństwa. Joanna Dobkowska przedstawia swoje bohaterki bardzo metodycznie – a to przy okazji wspomnień, a to wykorzystując magiczne umiejętności i zjawiska – co mi się bardzo podoba, bo lubię, kiedy w fabule jest porządek.

Jeszcze słówko o elementach paranormalnych. Nie grają one w książce pierwszych skrzypiec, ale są jej istotnym elementem. Pisarka pokazała w powieści ówczesną modę na wywoływanie duchów i działalność wszelkich mediów. Opisała fascynację nimi, ale też strach i przesądy, które rodziły pogardę wobec osób parających się magią. Aby było ciekawiej wpuściła też istoty nie z tego świata na strony powieści. Dodało to „Medium” nieco mroku, nieprzewidywalności i niezwykłości.

Medium” to książka, która idealnie wpasowała się w mój gust. Uwielbiam książki o kobietach, a przełom XIX i XX wieku to okres historyczny, o którym bardzo lubię czytać. Do tego doszły elementy paranormalne – niezwykle ciekawe i dobrze wprowadzone. Na koniec podkreślę tylko, że tej książce dużo bliżej do powieści obyczajowej niż fantastycznej, więc jeżeli za mocno nie boicie się duchów zapraszam do czytania.


* Joanna Dobkowska, „Medium”, wyd. Arkady, Warszawa 2016, s. 52.

** Tamże., s. 153.

„W czarnej zimnej wodzie” Jan Godlewski

„W czarnej zimnej wodzie” Jan Godlewski

Dobro i zło – czy wybierają sobie osoby, które obdarowują przywilejami lub karcą pechem? Bohater książki Jana Godlewskiego „W czarnej zimnej wodzie” uważa, że „() los nigdy nie dał mu wybierać między dobrem, a złem, zawsze tylko między różnymi rodzajami zła. Jakby dobre rzeczy nie były dla niego stworzone”*. Kiedy przyjrzymy się jego życiorysowi, odniesiemy wrażenie, że wisi nad nim jakieś fatum. Jako młody chłopak musiał zmierzyć się z odrzuceniem i śmiercią bliskiej osoby. Wkroczył na przestępczą ścieżkę, a kiedy po odsiedzeniu wyroku, wydaje mu się, że odciął się od przeszłości i wszystko zaczyna się układać, kolejna kłoda pada mu pod nogi – poważna choroba. Aby zdobyć pieniądze przyjmuje ostatnie zlecenie. Niespodziewanie będzie ono pretekstem do poznania przeszłości swojej rodziny. Historii brutalnej, zaskakującej, smutnej.



Powieść „W czarnej zimnej wodzie” to kryminał. Podkreślam to nie bez powodu. Na początku czytania bardzo trudno stwierdzić, o co może chodzić w tej książce. Dostajemy kilka obrazów z powięziennego życia Kacpra – głównego bohatera. Są one przetkane wizjami wywołanymi chorobą czy też snami dręczonego umysłu i wypowiedziami bliżej nieokreślonej postaci, która nawiązuje do wydarzeń na długo przed narodzinami byłego przestępcy. Musimy trochę odczekać, aby wgryźć się w kryminalną intrygę, a tak naprawdę trzeba przeczytać tę książkę do końca, aby zrozumieć początek. Jan Godlewski zatacza fabularne koło, udowadniając jak doskonale przemyślał i zaplanował swój tekst. Zagranie nieco ryzykowne – miałam taki moment, że chciałam odłożyć tę powieść – ale cierpliwość czytelnika zostanie wynagrodzona. Kiedy koło wydarzeń zostanie puszczone w ruch nie przestają one nas zadziwiać.

Co, w takim razie, jest tematem tej powieści? Sadyzm, ale w innej formie niż zazwyczaj jest przedstawiany w kryminałach. Pewnie pierwsze skojarzenie większości z was to obraz psychopaty, który torturuje swoje ofiary. W „W czarnej zimnej wodzie” mamy opisaną bardzo subtelną odmianę sadyzmu. Przypadek oprawcy, o którym wszyscy sąsiedzi twierdzą, że był to bardzo pomocny człowiek, a nagle wychodzi na jaw, że między innymi uwielbiał łapać ptaki i wykuwać im oczy albo w ramach kary przywiązywał dziecko do kaloryfera. Były to rzeczy codzienne, mogące zostać określone jako niska szkodliwość społeczna, jednak mamy tu do czynienia z chorym umysłem, który lubuje się w zadawaniu bólu. I o ile o powieści nie mogę powiedzieć, że to brutalny kryminał – bo patologiczne zachowania są dość długo przed nami ukrywane – to jej atmosfera jest mroczna, dusząca i osaczająca czytelnika, niczym topielca ciemna woda.

Jan Godlewski napisał wciągającą powieść, aczkolwiek zrobił to w sposób bardzo ryzykowny. W przeciwieństwie do pisarzy popularnych kryminałów, nie zarysowuje problemu na samym początku. Pozwala czytelnikowi szukać wraz z głównym bohaterem i razem z nim przetrawiać odkryte fakty. Przyznam, że czytając tę książkę przeszłam od znudzenia, po zachwyt. Im dłużej towarzyszyłam Kacprowi w jego podróży tym szerzej otwierałam oczy, a na końcu moja szczęka wylądowała na podłodze. Myślę, że to wynagradza mozolny początek.

* Jan Godlewski, „W czarnej zimnej wodzie”, wyd. Oficynka, Gdańska 2020, s.57.

"Niepokój przychodzi o zmierzchu" Marieke Lucas Rijneveld

"Niepokój przychodzi o zmierzchu" Marieke Lucas Rijneveld

W powieści „Niepokój przychodzi o zmierzchu” przeniesiemy się na pachnącą krowami holenderską prowincję. Na jedną z rodzin ją zamieszkujących spada tragedia – śmierć bliskiej osoby. W teorii moglibyśmy zamknąć rozważania o tej książce – kolejna propozycja o przepracowaniu żałoby. Jednak w tym przypadku sprawa nie jest taka oczywista. Dostajemy do rąk powieść wielowarstwową i dość czytelną. Łatwo dostrzec główne myśli, jakie Marieke Lucas Rijneveld chciał przemycić.


Najważniejszą postacią w tej publikacji jest narratorka. W dniu tragedii ma dziesięć lat. Czy to na niej najbardziej odbijają się smutne wydarzania. Niekoniecznie. Każdy z domowników przeżywa je na swój sposób, ale to oczami tej dziewczynki obserwujemy to, co dzieje się z jej rodziną. Poza tym dochodzą jeszcze dylematy okresu dorastania związane z przyjaźnią i seksualnością. Istotne jest to w jaki sposób ona patrzy. Jej monolog jest niezwykle naturalistyczny, często niesmaczny, nafaszerowany dziecięcą fascynacją tematami tabu, cielesnością i... wszelkiego rodzaju wydzielinami. Przyznam, że ekskrementy i masturbacja nie są środkiem wyrazu, który do mnie szczególnie przemawia, pomimo tego przesłanie, które zawarł Marieke Lucas Rijneveld do mnie dociera. Mam poczuciem, ze w tej powieści wszystko jest na swoim miejscu, że bohaterka ma prawo taka być. Szanuję to, że dziewczynka tak odczuwa i odreagowuje to co ją spotyka. I tylko pozostaje mi jej współczuć, że nikt się nad nią nie pochylił, aby powiedzieć jej, że jest cudowna i normalna.

Marieke Lucas Rijneveld porusza, między innymi, takie tematy jak żałoba, brak miłości i seksualność. Aby je przybliżyć wybrał dość specyficzną rodzinę – mieszkającą na odludziu i głęboko wierzącą. Żaden z tych elementów nie jest sam w sobie powodem do niepokoju, ale ich wyolbrzymienie czy też przerysowanie może wywołać u czytelników wzburzenie. Podczas lektury zastanawiałam się, jak wyglądało życie tych ludzi przed feralnym dniem i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że śmierć, której doświadczyli niewiele zmieniła w ich relacjach. Dzieci są chowane „twardą ręką” i w bojaźni przed grzechem. Praca w obejściu to ich obowiązek, a nieposłuszeństwo,czy też niestosowne zachowanie kończy się karą. Wydaje mi się, że w tej rodzinie nigdy nie było głębokich relacji, a żałoba, którą musiała ona przepracować tylko pogłębiła przepaść, która już istniała między jej członkami.

Są takie książki, przy czytaniu których trzeba się pobrudzić. Kiedy otworzymy drzwi do ich fabuły, do naszego pokoju – nawet tego sterylnie wysprzątanego – wpadanie masa błota. I będziemy musieli długo szorować, aby się go pozbyć. Oto jedna z nich. Bardzo trudno pisze mi się o niej, bo mam gonitwę myśli. Chciałabym poruszyć wiele tematów, ale wiem, że nie powinnam zdradzać i sugerować za dużo. Nie jest to mój ulubiony typ literatury, a jednak przemawia ona do mnie. Jest to jedna z tych powieść, przy czytaniu których, albo coś zaskoczy w głowie, albo odłożymy ją zdegustowani. Samemu trzeba się przekonać, w której grupie jesteś.

"Wiedźma. Historia rodziny Bellów" M.V. Ingram

"Wiedźma. Historia rodziny Bellów" M.V. Ingram

Historia Wiedźmy Bellów sięga XIX wieku, ale, jak zdążyłam się zorientować, ciągle inspiruje twórców szeroko pojętej kultury. Najbardziej znanym przykładem będzie chyba film „The Blair Witch Project”. Oczywiście takie produkcje mają szokować i zarabiać. Ja dziś pokażę wam próbę spisania faktów dotyczących tego zjawiska podjętą przez M.V. Ingrama w publikacji „Wiedźma. Historia rodziny Bellów”. Książka ta powstała na bazie pamiętnika Richarda Williama Bella, gdzie została opisana Kate – tak zwała się owa istota – i jej wpływ na rodzinę Bellów. Autor stara się opatrzyć te zapiski komentarzem, zebrać zeznania naocznych świadków i opisać to w kontekście mentalności panującej w ówczesnych czasach.


Kate była bardzo interesującym duchem. Najpierw delikatnie drażniła się ze swoją rodziną – dziwne odgłosy, przemieszczające się przedmioty – potem zaczęła się ukazywać i dyskutować z żyjącymi. Miała swoich pupilków i persony, których nie znosiła. Potrafiła być psotna, ale i okrutna. Cytowała Pismo Święte, potrafiła czytać w myślach, donosiła o lokalnych plotkach. Ciekawych szczegółów jej zachowania i tego jak żyło się z duchem pod jednym dachem zapraszam do przeczytania książki. U mnie wywoływała, na zmianę, dreszcze i uśmiech.

Uwaga, teraz ważna informacja. Praca ta została napisana pod koniec XIX wieku. O ile samo słownictwo zostało uwspółcześnione, to sposób formułowania myśli jest archaiczny – bardzo rozwlekłe wypowiedzi, kwieciste opisy i czasami dziwne zwroty np. wymienianie szeregu cnót każdej pojawiającej się postaci (coś w stylu Pan X był wyjątkowo szanowanym, uczciwym dżentelmenem). Trzeba się do tego przyzwyczaić, a jak nam się to uda, odbędziemy fascynującą podróż do XIX wieku.

Do książki dodano zdjęcia i klimatyczne ryciny, przedstawiające dom i rodzinę Bellów oraz wspomnienia epizodów z Kate. Mi zabrakło jakiegoś indeksu postaci czy też innego narzędzia, które pozwoliłoby szybko sprawdzić kto jest kim. Przyznam, że sami Bellowi mylili mi się, a tu mamy do czynienia również z ich sąsiadami.

Wiedźma. Historia rodziny Bellów” to opis paranormalnych wydarzeń, które nawiedziły tworzącą się w Tennesee społeczność. M. V. Ingram nie daje odpowiedzi kim była tajemnicza Kate i dlaczego upatrzyła sobie akurat tę rodzinę. Stara się natomiast, na ile to możliwe, szczegółowo udokumentować poczynania wiedźmy przyczyniając się do jej nieśmiertelności.

"Wege dzieci" Katarzyna Gubała

"Wege dzieci" Katarzyna Gubała

Dzieci i dieta wegetariańska to kontrowersyjny temat. Jest grupa osób, która uważa, że na zieleninie maluch nie urośnie. Faktem jest, że taki sposób odżywiania to nie tylko eliminacja mięsa, ale również zastąpienie go takimi produktami, aby dieta była pełnowartościowa. Dla mnie brzmiało to nieco przerażająco, jednak można znaleźć świetne źródła informacji, jak to zrobić. Katarzyna Gubała przygotowała książkę pt. „ Wege dzieci”, gdzie znajdziemy zarówno przepisy, jak i kilka słów o rozsądnym wegetarianizmie.



Pierwsza część publikacji to „Roślinne podstawy”, w której autorka przekonuje nas, że dieta bezmięsna nie jest taka straszna. Pisze głównie o tym, na co zwracać uwagę, kiedy chcemy jeść wege (podaje chociażby alternatywne źródła żelaza czy białka). Przekonuje też nas, że dziecko w kuchni to świetny kompan. Znajdziemy również kilka słów o kształtowaniu nawyków żywieniowych.

Jest to bardzo dobrze napisany rozdział. Skierowany głównie do tych, którzy mają wątpliwości co do diety roślinnej. Katarzyna Gubała obala mity, którymi obrosła i wskazuje rozwiązania najczęstszych problemów. Na pewno nie wyczerpała tematu – nie oszukujmy się, to jest tylko wstęp do książki kucharskiej – ale poruszyła te najważniejsze.

Dalej przechodzimy do tego co pyszne, czyli przepisów. W książce znajdziemy propozycje dań wegetariańskich na śniadanie, drugie śniadanie, obiad podwieczorek i kolację. Co mogę o nich powiedzieć? Autorka nie bez powodu pisał wcześniej o wspólnym gotowaniu. Dania, które proponuje są szybkie i proste – spotkałam dosłownie dwa składniki, których nie znałam, co na 104 przepisy jest do wybaczenia. Faktycznie można je przyrządzać wspólnie, a nieco starsze i sprawniejsze w kuchni dzieci część z nich przygotują samodzielnie. Co mi rzuciło się w oczy, to że Katarzyna Gubała często wykorzystuje hummus i tofu – co kto lubi. Poza tym autorka stara się być różnorodna jest domowe pieczywo, wegeburgery, coś do makarony, ale też zdrowe, słodkie przekąski. Podobno są to dania „testowane na dzieciach” podczas różnych warsztatów, powstałe w wyniku rozmów o tym, co młodzi lubią jeść, jak i na podstawie tego co zamawiają w restauracji, w której pracuje autorka.




Chciałam napisać jeszcze kilka słów o wspólnym gotowaniu. Dieta roślinna jest bardzo wdzięczna, kiedy dziecko chce pomagać w kuchni. Ja bardzo lubię gotować z córką, ale nie ukrywam, że trzeba mieć wtedy oczy dookoła głowy. Kiedy przygotowuję mięso trudno znaleźć mi dla niej zadanie, za to kiedy do gara idą warzywa dziecko ma roboty po same łokcie. Nie mam stresu, że dotknie czegoś i obliże palce, albo posmakuje na surowo, bo większość rzeczy, jest w takiej formie jadalna. Dlatego też chętnie sięgam po roślinne przepisy. Dla mnie jest to komfort gotowania, a dla córki obcowanie ze smakami, fakturami, konsystencjami.

Na koniec dodam tylko, że my nie jesteśmy wege rodzinką. Raczej ja, znudzona monotonią tego co jem zaczęłam szukać i znalazłam świetne smaki pośród kuchni roślinnej – warzywne pasztety czy potrawki na stałe zagościły w naszym menu. Nie ustaje w poszukiwaniach ciekawych receptur i wiem, że te z książki „Wege dzieci” dołączą mojego stałego repertuaru.

"Dobry doktor z Warszawy" Elisabeth Gifford

"Dobry doktor z Warszawy" Elisabeth Gifford

Kiedy myślimy o wojnie najpierw przychodzą nam na myśl żołnierze, ci którzy bezpośrednio odczuwają skutki walki i ryzykują życie w obronie bliskich. Jednak w obliczu zagrożenia najbardziej trzeba chronić najsłabszych. Czyli kogo? Między innymi dzieci. Niedoświadczone życiowo, drobne, traktowane z pogardą, często niezauważane lub brutalnie wyrzucane z boju o miejsce do spania czy posiłek. Janusz Korczak – kawaler z setką dzieci – okazał im niesamowite serce ryzykując tym co miał najcenniejsze, zdrowiem i życiem. Tytuł książki Elisabeth Gifford „Dobry doktor z Warszawy” nawiązuje właśnie do tej postaci.


Postać Janusza Korczaka jest – przynajmniej w Polsce – powszechnie znana. Wyróżnił się wykładami, które zmieniały oblicze pedagogiki wykazując, że „nie ma dzieci są ludzie”. Znany z prowadzenia sierocińca. Podczas okupacji niemieckiej zmuszony do przeniesienia się, ze swoimi dziećmi do getta, gdzie nie ustawał w staraniach, aby dać małym podopiecznym maksimum bezpieczeństwa. Zainspirowana tą postacią brytyjska autorka, Elisabeth Gifford, napisała powieść, ubierając fakty w literacki język.

Po przeczytaniu „Dobrego doktora z Warszawy” stwierdzam, że jest to książka stworzona pod masowego czytelnika i uważam to za jej atut. Nie wiem dokładnie w ilu krajach została wydana – na okładce jest lakoniczna informacja, że w wielu – ale mam pewność, że za sprawą Elisabeth Giffort legenda Korczaka zatoczyła szersze kręgi niż nasz kraj. Pisarce udało się jasno opisać jaką filozofię wyznawał ten człowiek, a to jest w jego przypadku najważniejsze.

Przejdźmy do samej książki. Jej język nie jest specjalnie kwiecisty, ale autorce udało się uchwycić to jak fanatyzm jednostki niszczy życie ogromnej ilości ludzi. Na początku powieści czujemy delikatny niepokój związany z plotkami o poczynaniach Hitlera oraz pojawiającą się gdzieniegdzie niechęcią do Żydów. Kolejne wydarzania wywołują u ludzi niedowierzanie. Są pewni sojuszników, albo nie wierzą, że drugi człowiek może być zdolny do okrucieństwa. Niemiecka okupacja zaskakuje ich,a wielu przerasta. Z postępem wojny obserwujemy jak kraj ogarnia strach. Szerzy się głód i choroby. Ludzie radzą sobie jak potrafią, ale iskierki nadziei pomału gasną. To wszystko opisane jest dość prosto, ale dosadnie. Nie trzeba być ekspertem od tego okresu historycznego, aby znać fakty przytoczone w książce, a jednak brytyjskiej pisarce udaje się wywołać emocje – u mnie było to współczucie i niedowierzanie w to jak można traktować drugiego człowieka.

Elisabeth Gifford wplotła do powieści wątek miłosny. Misza i Zofia, dwójka młodych ludzi, uczniów i pomocników Janusza Korczaka, jeszcze przed wybuchem wojny pałają do siebie uczuciem. Są to osoby bardzo odpowiedzialne i ambitne. Zależy im zarówno na edukacji jak i na byciu razem. Czy wybuch wojny przekreśli ich wspólne plany? Czy w tak okrutnych czasach jest czas na miłość?

Przyznam się, że nie przepadam za wplataniem romantycznych historii w powieści z okresu II wojny światowej, aczkolwiek ostatnio jest taka moda i czytelnicy dobrze to przyjmują. Tutaj ten wątek się broni. Jest subtelny, ale nadaje powieści nieco szerszego charakteru. Pozwala wyjść poza mury sierocińca.

Dobry doktor z Warszawy” to powieść smutna, ale ja ocenię ją pozytywnie. W prosty, przystępny sposób przedstawia wycinek historii i postać Janusza Korczaka. Do tego wzrusza, co też jest dla mnie istotne, bo to jednak beletrystyka, a nie podręcznik do historii – muszą być jakieś emocje. Oczywiście każdy z nas ma inną wrażliwość, jednak myślę, że jest to książka, której można dać szansę.

"Polscy seryjni mordercy" Jarosław Stukan

"Polscy seryjni mordercy" Jarosław Stukan

Zastanówmy się, co charakteryzuje seryjnego mordercę. Sadyzm, powtarzalność, charakterystyczny sposób działania – to moje pierwsze skojarzenia. A teraz pójdźmy krok dalej i spróbujmy stworzyć portret psychologiczny takiego przestępcy. Odpowiedzmy sobie na pytania co może nim kierować i co mogło wywołać tę, nazwijmy to, potrzebę zabijania. W dużym uproszczeniu, o tym jest publikacja Jarosława Stukana pt. „Polscy seryjni mordercy”.


Książka podzielona jest na dwie części: teorię i jej odniesie do konkretnych przypadków. Na początku autor odnosi się do kwestii definicji oraz próbuje wypunktować cechy psychologiczne (a dokładniej nazwano to „elementy psychopatologii”) oraz motywację sprawców. Jest też fragment dotyczący dzieciństwa i jego wpływu na stawanie się seryjnym mordercą.

W części drugiej zostają przedstawione sylwetki sławnych polskich zbrodniarzy i zostają przeanalizowane w kontekście tego o czym mogliśmy wcześniej przeczytać. Jeżeli to możliwe Jarosław Stukan stara się napisać kilka słów o rodzinie i dzieciństwie danej postaci, po czym opisuje jej zbrodnie skupiając się na sposobie działania, ofiarach (te są bardzo klarownie wypunktowane) oraz motywach.

Publikacja „Polscy seryjni mordercy” bardzo przypomina pracę naukową. Autor unika pisania w pierwszej osobie, raczej używa zwrotów typu „zostało przedstawione” itp. Szeroko odnosi się do stanu badań z zakresu kryminologii – analizuje wyniki i przytacza nazwiska. Udaje mu się zachować dystans do tego co pisze, nawet kiedy przechodzi do opisów zbrodni brak w tym emocji i sensacji, jest to raczej chłodne przedstawianie faktów. Przykładowo, wypunktowanie ofiar danego przestępcy daje dużą przejrzystość, ale jest w tym coś bezosobowego – pan X zabił 5 osób: A. lat 30, krawcowa; B. lat 37, bezrobotna itd.

Mi się ten naukowy charakter podoba. Nie zaprzeczę, że czytanie tej książki wymaga skupienia, a pewnie i zajrzenia do słownika. Uważam jednak, że takie publikacje mają służyć poszerzaniu wiedzy, a nie szukaniu sensacji – od tego są filmy i powieści kryminalne – więc konkretny fachowy przekaz jest, jak najbardziej, wskazany.

Czy Jarosławowi Stukanowi udało nakreślić sylwetkę przeciętnego seryjnego mordercy? „Wszystkie przedstawione (…) wnioski i hipotezy być może pozwalają lepiej poznać seryjnych morderców. Zawsze jednak będą one jedynie schematami, które należy nadal weryfikować.”* Kiedy istotą badania jest człowiek trudno mówić o jakichkolwiek wzorach. Można zauważyć pewne zależności, ale trzeba pamiętać, że zawsze znajdą się wyjątki, które dodadzą nową zmienną w obserwacjach.


* Jarosław Stukan, „Polscy seryjni mordercy”, wyd. Aktywa, Frampol 2018, s. 28.

"Kiedyś dogonimy Paryż" Magdalena Kołosowska

"Kiedyś dogonimy Paryż" Magdalena Kołosowska

„Oświadczyny przyjmuję tylko między dwudziestą w piątek, a trzecią w sobotę, w Paryżu, na balkonie z widokiem na wieżę Eiffla”.*: takie wymagania ma Zosia, główna bohaterka powieści Magdaleny Kołosowskiej „Kiedyś dogonimy Paryż”. Żebyście nie myśleli, że to książka o jakiejś snobce, od razu sprostuję, że te słowa w jej ustach to przekomarzanie się z pewnym przystojnym panem. Tak naprawdę Zosia właśnie zamknęła jeden etap życia i raczej nie planuje się wiązać małżeńską przysięgą.


Kiedyś dogonimy Paryż” to obyczajówka o kobietach dojrzałych. Poznajemy w niej trzy fajne babki – Irminę, Dankę i Zosię. Panie mieszkają w różnych zakątkach Polski, ale się przyjaźnią, a wspólne rozmowy są istotną częścią ich dnia. Każda z nich ma swoje problemy i bagaż doświadczeń, a my strona po stronie, je poznajemy. Tutaj muszę podkreślić, że bardzo podoba mi się sposób w jaki autorka je przedstawia. Teoretycznie postaci nie ma dużo, tylko 3 centralne, ale do tego dochodzą ich mężowie, dzieci itd., a każdą z tych osób trzeba poznać. Magdalenie Kołosowskiej udaje się, bardzo naturalnie, wpleść ewenementy ich życiorysu w akcję np. w toku opisywania codziennych obowiązków dowiadujemy się gdzie dana postać pracuje i jak to się stało, że wykonuje taki zawód. Kolejne cegiełki bardzo płynnie wskakują na swoje miejsce budując bohaterów.

Książka ta jest pierwszą częścią cyklu „Pod wspólnym niebem”. Pierwsze skrzypce gra tutaj Zosia, którą poznajemy kiedy finalizuje rozwód. Obserwujemy, jak kobieta stara się poukładać swoje nowe życie – przeprowadzka, pogodzenie się z samotnością itp. Autorka poświęca najwięcej miejsca dwóm kwestiom z życia bohaterki – relacji z dorastającymi córkami oraz odnowieniu znajomości ze starym znajomym. Chyba wątek miłosny wygrywa tutaj objętościowo, ale to bliźniczki są numerem jeden w sercu mamy. Co mogę o nich powiedzieć? Fajne ułożone dziewczyny, ale Zosia, jak to matka, nie przestaje się o nie martwić. Wróćmy jednak do przystojnego kolegi bohaterki. Jak już wspominałam jest to książka lekka, ale dojrzała. Rozumiem przez to, że bohaterowie dość rozsądnie podchodzą do tego co ich spotyka. Być może Magdalena Kołosowska nie opisuje relacji Zosi i Filipa szczególnie głęboko, za to jest w niej luz, dystans, humor i elegancja. Dodam jeszcze, że pisarka nie uchroniła się przed wypowiedzeniem ustami bohaterów kilku sztampowych myśli – być może dzięki temu są prawdziwsi – jednak udało jej się zastosować też niekonwencjonalne, jak na standardy takich powieści, rozwiązanie fabularne. Więcej nie zdradzę. Warto przekonać się samemu, czy Magdalenie Kołosowskiej uda się Ciebie czytelniku zaskoczyć.

Tytuł i okładka tak pięknie szafują Paryżem, że muszę doprecyzować, iż niewiele w tej książce francuskiej stolicy. Akcja jest bardzo mocno umocowana jest w Polsce. I chyba nie ma w tym nic złego, ale nie ukrywam, że sięgając po tę powieść liczyłam na zapach croissantów, a tymczasem mogłam powąchać je wyłącznie w Biedronce.

Kiedyś dogonimy Paryż” to powieść obyczajowa o kobiecie po czterdziestce, która układa sobie życie po rozwodzie. Książka lekka, ale nie głupiutka. Kiedy sobie o niej myślę stają mi przed oczami trzy fajne babeczki, które starają się rozsądnie podchodzić do życia i są wobec siebie bardzo lojalne. Po prostu wzór przyjaciółek.

* Magdalena Kołosowska, "Kiedyś dogonimy Paryż, wyd. Replika, Poznań 2021, s.116.

W maju czytamy... Edytę Świętek

W maju czytamy... Edytę Świętek

 Witajcie,

przypominam, że na Facebooku prowadzę grupę, gdzie wspólnie czytamy. W maju maszyna losująca wybrała Edytę Świętek, więc zapraszam do zabawy fanów obyczajówek. Zasady są proste. Czytamy książki autorki, a na grupie dzielimy się opiniami.

Zostawiam link KLIK



"Sweetfreak" Sophie McKenzie

"Sweetfreak" Sophie McKenzie

 „Sweetfreak” to powieść o cyberprzemocy, a tytuł wziął się od nicka internetowego prześladowcy. Jednak, w moim odczuciu, Sophie McKenzie poruszyła w niej wiele innych tematów m.in. potrzebę uwagi ze strony opiekunów i łatwość zejścia na kryminalną ścieżkę.



Narratorką w powieści jest piętnastoletnia Carey. Jej przyjaciółka, Amelia, jest dręczona przez anonimowego prześladowcę na popularnym portalu społecznościowym. Podejrzenia o wysyłanie wiadomości pada właśnie na Carey. Dziewczyna nie przyznaje się do winy, ale nikt nie wierzy w jej niewinność. W szkole szybko otrzymuje miano persona non grata, a mama wymyśla jej kolejne kary. Bohaterka próbuje dociec, kto mógłby być Sweetfreakiem, ale nie jest w stanie znaleźć wystarczających dowodów. Kiedy nękanie przyjaciółki przenosi się ze świata wirtualnego do realnego zaczyna robić się naprawdę niebezpiecznie.


Akcja powieści jest wartka i wiele się dzieje. Możemy zastanowić się, czy autorka nie potraktowała tematu zbyt szeroko, czy ta książka nie miałby silniejszego przekazu, gdyby skupiła się na wątku cyberprzemocowym, a nie rozszerzyła go o inne problemy bohaterek. Proces wysyłania gróźb do Amelii oraz kroki, które zostały podjęte, aby ją chronić nie są szczegółowo opisane. Kiedy sprawa wychodzi na jaw policja szybko znajduje winną, a fabuła skupia się na jej wykluczeniu ze społeczności. Jak możemy się domyślić Carey mocno to przeżywa. W krótkim czasie traci przyjaciół, pozycję w szkole itp. - Sophie McKenzie poświęciła dużo miejsca, aby opisać, jak ona się czuje. Kiedy groźby wobec Amelii przenoszą się do świata realnego, książka nieco zmienia charakter – robi się nieco mroczniej, czujemy, że teraz jest na serio. Mamy wrażenie, że hejterskie wiadomości były preludium do prawdziwej tragedii. A Carey? Chce udowodnić swoją niewinność, ale z każdym krokiem pogrąża się coraz bardziej.


Przyznaję, że książkę czytało mi się bardzo dobrze. Co prawda momentami wydawała mi się nieco infantylna, ale biorąc pod uwagę, że jestem 20 lata starsza od narratorki i głównej bohaterki można uznać to za plusa. Sięgając po młodzieżówka miałam świadomość, że trudno będzie mi się identyfikować z nastoletnimi problemami, interesowała mnie raczej, jak autorka potraktuje wątek internetowych pogróżek. Sophie McKenzie bardzo stara się pokazać, że to nie przelewki, że nawet będąc anonimowym możemy narobić bałaganu w czymś życiu. Nie do końca jestem pewna, czy taka książka ma moc przekonywania, że hejt to coś niebezpiecznego, czy jest ona w stanie powstrzymać brutalne żarty. Brak w niej jakiegoś mocnego akcentu, który mógłby wstrząsnąć czytającym. Jeżeli, po jej przeczytaniu, kilka osób zastanowi się nad tym co publikuje w sieci, to coś dobrego zostało uzyskane. Obawiam się jednak, że dla tych najbardziej bezwzględnych, nienawistnych, agresywnych potrzebne są bardziej dosadne metody.


W „Sweetfreaku” najbardziej zainteresowały mnie tematy, które wyszły przy okazji, mianowicie brak słuchania przez dorosłych, brak czasu, brak woli pomocy. Autorce wspaniale udało się opisać jak niewiele potrzeba, aby dobre dziecko zaczęło manipulować, kombinować, aby zaczęło pogrywać na granicy prawa. Być może droga jaką przebyli bohaterowie powieści, niektórym wyda się nieco przerysowana, ale przekaz trafia i mi jako mamie daje do myślenia.


Summa summarum, zaliczam tę książkę do grona tych, które mi się podobały. Nie wyróżnia się ona wyjątkowo pięknym stylem, jest to raczej dość prosto napisana młodzieżówka, ale moja ciekawość, kto jest winien wywołanego zamieszania, utrzymała się do końca. Nie miałam ani jednego momentu, że chciałam oszukać i podejrzeć zakończenie. Odkrywanie go fragment po fragmencie, było przyjemnością. Co do tematów, ten główny – hejt i cyberprzemoc – mógłby być przedstawiony lepiej, natomiast, jak mogliście przeczytać w recenzji, te poboczne będą długo siedzieć w mojej głowie.


Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

"Jak nauczyć dzieci dobrych manier" Jennifer L. Scott

"Jak nauczyć dzieci dobrych manier" Jennifer L. Scott

Dobre maniery to nie tylko serwetki ułożone pod linijkę czy spokojne siedzenie i słuchanie jak starszy mówi. To, przede wszystkim, umiejętność zachowania się w danej sytuacji. Coś co pomaga nam się zorganizować, sprawnie załatwić wiele spraw i, paradoksalnie, być bardziej swobodnym w relacjach z innymi ludźmi. Warto zadbać, aby od najmłodszych lat nimi nasiąkać. Pytanie tylko, czy da się nauczyć dzieci dobrych manier w duchu rodzicielstwa bliskości, bez tresury. Jennifer L. Scott podpowiada jak to zrobić.



W książce „Jak nauczyć dzieci dobrych manier” autorka zwraca się bezpośrednio do młodego czytelnika. Bardzo mi się to podoba, bo dzięki temu może on się poczuć wyjątkowo, jak na kursie zorganizowanym specjalnie dla niego. Co prawda nie widzimy prowadzącej, ale w sposobie napisania książki, jest coś takiego, że mamy poczucie, iż w każdej chwili możemy jej przerwać i zadać pytanie. Sięgając po tę publikację warto mieć na uwadze, że dobrze zaangażować dziecko w jej czytanie – czy to samodzielne, czy wspólne – bo to jemu Jennifer L. Scott chce opowiedzieć o dobrych manierach.

Zerknijmy na zawartość książki. Tematy jakie zostały poruszone to: komunikacje, zachowanie przy stole, sprzątanie, empatia, higiena i zdrowie. Rady, które są udzielna można uznać za podstawy – utrzymuj kontakt wzrokowy podczas rozmowy, podziękuj osobie, która przygotowała posiłek, pamiętaj o zjedzeniu śniadania itp. Niby nic trudnego, ale czasami zapominamy o takich drobiazgach. Kluczem do sukcesu jest rutyna. I właśnie najfajniejszym elementem tej publikacji są porady i ćwiczenia, jak ją osiągnąć. Gra typu „kim jestem?” w czasie której nie można odwracać wzroku, losowanie tematów i prowadzenie krótkich rozmówek przy stole oraz innego tego typu propozycje to genialne pomysły na naukę dobrych manier w przyjaznym środowisku, a do tego wspólna zabawa, która scala rodzinę. W książce znajdziemy też kilka zadań manualnych np. pomysły na przygotowanie ozdoby na stół, pierścienia na serwetki, a także proste przepisy.

Jedyna rzecz, którą bym zmieniła to tytuł. Nie wiem jak wam, ale mi określenie „dobre maniery” kojarzy się z dawną szkołą dla dziewcząt, gdzie trzeba było prosto siedzieć bo nauczyciel bił linijka. No może trochę mnie poniosło, ale ma ono w sobie coś sztywnego, a ta publikacja jest bardzo przyjazna i zachęca do zabawy. Na jej stronach pada takie określenie jak Specjalista od Dobrych Manier. Być może warto by było pokombinować coś w tę stronę, żeby od początku dziecko poczuło, że staje się kimś lepszym, wyjątkowym. Jakoś dać znać, że to nie kolejny wykład o przykładnym siedzeniu przy stole i regularnym sprzątaniu pokoju (no ok, może i jego elementy się znajdą), ale sympatyczna rozprawa o mocy dobrych manier.

Przyznam się Wam, że sięgałam po „Jak nauczyć dzieci dobrych manier” z obawą. Jestem z tych rodziców, którzy uważają, że maluchy powinny mieć swobodę, mają prawo się pobrudzić czy porozrzucać swoje zabawki. Książka okazała się tym, czego po niej oczekiwałam, czyli drogowskazem w kierunku grzecznego zachowania – przez które rozumiem wiedzę, jak się zachować, a nie poddaństwo względem opiekunów. Zgadzam się z autorką książki, że rutyna pomaga w utrwalaniu dobrych nawyków i jestem jej wdzięczna za podpowiedzi, jak w ciekawy sposób nad nią pracować.

"Wilk w owczej skórze" Aneta Jadowska

"Wilk w owczej skórze" Aneta Jadowska

Po wielu miesiącach przerwy postanowiłam kontynuować czytanie cyklu Anety Jadowskiej o Dorze Wilk. Sprawdzam kolejność tytułów i, ku mojemu zaskoczeniu, dowiaduję się, że łącznikiem między pierwszym, a drugim tomem jest opowiadanie pt. "Wilk w owczej skórze". Czyżby panna Wilk miała wniknąć w szeregi wroga?


Bohaterka to czarownica żyjąca na pograniczu świata realnego (Toruń) i magicznego (Thorn). Po wydarzeniach ze "Złodzieja dusz" zadamawia się w tym drugim mieście i stara się rozkręcić tam działalność detektywistyczną. Dostaje zlecenie odnalezienia pozbawionej mocy, ale pochodzącej z magicznej rodziny, Claudii. Szybko ustala, że dziewczyna spotykała się z wampirem. Dorze przyjdzie rozwiązać tę sprawę, ramię w ramię, z przywódcą krwiopijców, Romanem.

Skoro to opowiadanie ma być preludium do drugiego tomu cyklu, domyślam się, że Aneta Jadowska będzie dalej ciągnęła wampirzy wątek. "Wilk w owczej skórze" to historia fantastyczno-kryminalna, ale wydaje mi się, że to relacja z Romanem - który okazuje się wyjątkowo intrygującą postacią - jest najważniejsza.

Nie mogę napisać, że jest to jakieś wybitne opowiadanie. Czyta się je szybko i nawet wciąga, ale brakuje mu elementu zaskoczenia. Nie jestem w stanie przytoczyć, żadnego zwrotu akcji, a i zakończenie zbytnio mnie nie zaskoczyło. Zabrakło mi w nim też płynności - nie zawsze od razu orientowałam się, gdzie są i o czym rozmawiają postacie.

Uwielbiam natomiast fragment, gdzie opisywany jest toruński klub Pilon i jego otoczenie - centrum miasta, a jednak miejsce odludne. Idealna sceneria do jakiejś makabry. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że podoba mi się, jak Aneta Jadowska patrzy na Toruń i go opisuje.

Aby ocenić "Wilka w owczej skórze" muszę zastanowić się jaka była intencja autorki opowiadania. Samo w sobie jest dość przeciętne i mnie nie porwało. Jednak nie zapominam, że to tylko droga do kolejnego tomu. Patrząc na ten tekst pod tym kątem, stwierdzam, że Aneta Jadowska nieźle zbudowała relację Dory z wampirzym bossem.


Zobacz też:

"Złodziej dusz" - Aneta Jadowska

"Pozwól, że ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć" Jorge Bucay

"Pozwól, że ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć" Jorge Bucay

Czy słyszeliście o bajkach terapeutycznych? Wierzycie w ich skuteczność? Ja miałam okazję przekonać się jaką mają moc dzięki książce „Pozwól, że Ci opowiem...”. Podtytuł „Bajki, które nauczyły mnie, jak żyć” okazał się wyjątkowo trafny.



Autor publikacji, Jorge Bucay, to pochodzący z Argentyny psychoterapeuta. W swojej pracy chętnie stosuje różnego rodzaju historyjki z morałem, a nawet wymyśla własne. Twierdzi, że „Bajka, opowiadanie, czy anegdota (…) mogą być sto razy łatwiej zapamiętane niż tysiąc teoretycznych tłumaczeń, interpretacji psychoanalitycznych czy dokładnych opracowań.”* Książka, o której Wam opowiadam, jest zbiorem takich bajek i anegdot. Aby łatwiej wpleść je w kontekst autor wymyślił fikcyjnego pacjenta i opisuje ich wspólne sesje. Demián ma wiele pytań o sens życia, a Jorge, przy pomocy swoich historii, stara się na nie odpowiedzieć.

Nie będę Was tu czarować, że ta książka zmieniła moje życie i z szarej myszki stałam się gwiazdą. Nie, dalej jestem tą samą Asią, ale dostałam ogromną dawkę pozytywnych myśli i dobrej energii. Czytając ją jesteśmy raczeni krótkimi historyjkami przypominającymi bajki dla dzieci, które, jak się po takowych oczekuje, zawierają morał – czasami jest czytelny od razu, a czasami wymaga komentarza autora. To podsumowanie jest najważniejsze. Dzięki niemu zostajemy obdarowani wartościowym przekazem.

Może jakiś przykład? Proszę bardzo. Opowieść o pierścieniu, za którego na targowisku nikt nie chciał dać nawet dukata. Po zaniesieniu do jubilera okazało się, że jest wart prawie 60 dukatów. I myśl końcowa odnosząca się do oceniania ludzi: „ Twoją wartość może oszacować tylko prawdziwy ekspert. Dlaczego wymagasz od życia, aby twą prawdziwą wartość odkrył obojętnie kto?”**.

Pozwól, że ci opowiem...” to fantastyczna publikacja. Mnie nigdy nie motywowały tzw. złote myśli, ale już obudowane mądrą opowieścią nabierają mocy. Jorge Bucay skłania do refleksji, a przy tym kieruje ją w dobrą stronę. Nie pozwala zamknąć się w kokonie beznadziejności, za to delikatnie pcha ku lepszemu.

* Jorge Bucay, „Pozwól, że Ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie jak żyć”, tłum. Ilona Ziętek-Segura, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, s. 18.

** Tamże, s. 30.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger