Byłyśmy uczone, że za błędy trzeba
płacić, a Fanny popełniła bardzo kosztowny błąd. Może on
kosztować nawet jej życie. Emma Ångström
powieść, w której została opisana ta historia nazwała nieco
prowokacyjnie „To jej wina”. Pewnie zastanawiacie się, co się
wydarzyło. Zacznę od tego, że Fanny to kobieta, która nie ma
szczęścia w miłości. Zaraz skończy 30 lat i bardzo ja to martwi.
Pewnego samotnego wieczora ogląda program o więźniach, którzy w
ramach socjalizacji przygotowują przedstawienie teatralne. Jednym z
bohaterów jest Johan. Fanny jest nim zafascynowana i znajduje
sposób, aby skontaktować się z więźniem. Ich uczucie kwitnie. Do
czasu, aż do dziewczyny dociera, jak niebezpiecznym człowiekiem
jest jej ukochany. Czy nie jest już za późno? Johan nie zamierza
dać jej spokoju, a sytuacja robi się naprawdę niebezpieczna, kiedy
mężczyzna ucieka z więzienia. Fanny zgłasza się po pomoc do
organizacji pomagającej kobietom. Czy uda jej się ukryć? Czy Johan
o niej zapomni? Czy zapłata za błędy może zostać umorzona?

Czytając
powieść „To jej wina” odczułam, co oznacza pojęcie „guilty
pleasure”. To jest bardzo zła książka, co pozwolę sobie za
chwilę rozwinąć, ale przy tym wciąga i nie pozwala o sobie
zapomnieć. Ale przejdźmy do krytyki pamiętając, że czytało mi
się ją wybornie, że ściągałam dzieci z placu zabaw, aby
„machąć” chociaż kilka stron zanim zasnę.
Właściwie
powinnam zacząć od tego, że ta książka jest tak głupia jak jej
opis. A może ta historia nie wydawałaby się tak naiwna, gdyby
Ångström
nie zastosowała w niej całej gamy uproszczeń i manier związanych
z literaturą kobiecą, gdyby nadała jej nieco mroku. Gdyby zrobiła
coś, żeby Fanny mówiąca o swojej fascynacji Johanem nie brzmiała
jak trzpiotka. Wiem, że miłość jest ślepa, ale ta bohaterka
zachowuje się, jakby zostawiła mózg w drugiej torebce. Musiałam
przewracać oczami. No musiałam.
„To
jej wina” to właściwie dwa równolegle rozwijające się wątki.
O Fanny już wam opowiedziałam, ale jest jeszcze Edda. Edda wypaliła
się zawodowo. Pod wpływem impulsu porzuca pracę w agencji PR i
szuka zajęcia z misją. Zostaje zatrudniona w fundacji pomagającej
kobietom. Jak możecie się domyślić ścieżki obu bohaterek w
pewnym momencie się przetną, ale nie w tym rzecz. Wątek Eddy jest
całkiem ciekawy, ale dziwnie poprowadzony. To jest taka bohaterka,
która ma wszystko. Wielkie mieszkanie w centrum miasta, śliczną
córeczkę i kochającego męża, który co wieczór masuje jej
stopy. Kiedy zaczyna spełniać się zawodowo, to wszystko nagle
zaczyna się walić. Nie dlatego, że nie ma czasu, czy coś. Rodzina
funkcjonuje tak samo, ale jej mąż zaczyna mieć nagle dziwne wąty.
Mamy tu decyzję kobiety o zmianie pracy, co na pewno wpłynęło na
budżet rodziny i tym można umotywować jego zachowanie, ale –
znowu - Ångström
opisała je bardzo niewiarygodnie. Rasmus jednego wieczoru chce
majstrować drugie dziecko, po czym następnego siedzi jak gradowa
chmura i idzie „w długą”. Trochę wygląda to tak, jakby
autorka chciała, aby Edda też doświadczyła jakiejś formy
przemocy, skoro pomaga kobietom. Być może poznam przyczyny
zachowania Rasmusa w kolejnych tomach (bo ten jest pierwszym z cyklu
o Eddzie) i wtedy zmienię zdanie.
Śledząc
te dwa wątki można mieć wrażenie, że akcja dość wolno się
rozwija, że właściwie przed końce zaczyna się coś dziać.
Czytając „To jej wina” ciągle czekałam na jakąś bombę. I
nie mogę napisać, że byłam tym czekaniem zmęczona, bo autorka
całkiem nieźle wypełniła mi czas, a ja byłam nawet cierpliwa.
Ale nie ukrywam, że liczyłam na więcej mroku, więcej grozy.
Liczyłam na to, że będę drżała z niepokoju o główna
bohaterkę. A tego nie było.
Moja
reputacja może zostać przez to zszargana, ale polecam. Książka
naiwna, niedopracowana, ale wciągająca. Pełna naleciałości z
literatury kobiecej niskiego sortu, aczkolwiek z pewną misją.
Pomimo tytułu – i tego, że pracownice fundacji nie wydają się
szczególnie empatyczne - Ångström
podkreśla, że „to nie twoja wina”, że masz prawo się bronić,
że jesteś wiele warta. Zmiany może nie są łatwe, ale o te zmiany
warto walczyć. Ta książka to też święty „odmóżdżacz”.
Ależ ja potrzebowałam poprzewracać oczami. Cudowne. Na prawdę.
[Egzemplarz recenzencki]