„Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne” Kimberly A. Tessmer

„Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne” Kimberly A. Tessmer

„Trudno być szczęśliwym człowiekiem, gdy układ pokarmowy jest nieszczęśliwszy!”1 jak sobie o tym pomylicie, stwierdzicie, że autorka tych słów ma wiele racji. Wiadomo, że chorowanie to nic przyjemnego, jednak dolegliwości trawienne mają do siebie to, że są zarówno przykre jak i wstydliwe. Pamiętać również musimy, że to co jemy ma wpływ na działanie naszego ciała. „Proces trawienny nie tylko trawi pokarm i usuwa z organizmu zbędne produkty przemiany materii, ale pełni również ważną rolę w ochronie układu immunologicznego, utrzymując w ten sposób organizm w dobrej kondycji.”2 Mówiąc prosto: Zadbany układ pokarmowy to inwestycja w naszą odporność. Ja często powtarzam iż: „Zdrowie tkwi w jelitach”, dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok publikacji „Zdrowe jelita”.

Szybki rzut oka na zawartość. Na początek trochę teorii. W pierwszym rozdziale Kimberly A. Tessmer opowiada głównie o bateriach jelitowych i charakteryzuje najczęstsze dolegliwości układu pokarmowego. W kolejnych rozdziałach dostajemy konkretniejsze wytyczne. Dowiadujemy się jakie produkty sprzyjają naszym jelitom, a jakich powinniśmy unikać. Dostajemy wskazówki jak robić zakupy, czytać etykiety, planować posiłki itp. Ostatni rozdział to rozpisana na czternaście dni propozycja jadłospisu.

Kimberly A. Tessmer to dietetyczka. W jej biogramie możemy przeczytać, że jest autorką wielu publikacji o zdrowym odżywianiu i to doświadczenie w pianiu widać. Dostajemy w nasze rączki przemyślaną i jasno napinaną publikację. Można powiedzieć, że Kimberly A. Tessmer pisze przystępnie, krótko i na temat. Nie popisuje się wiedzą, ale chce wyjść naprzeciw czytelnikowi, który raczej jest laikiem w temacie, skoro sięgnął po tę publikację (przynajmniej takie jest założenie).

Co mi się nieszczególnie podobało to, że miałam wrażenie, iż książka została napisana dla Amerykanów. Chociażby znajdziemy tu dane statystyczne, że tyle i tyle procent Amerykanów czegoś nie ja, albo na coś choruje. Wydaje mi się, że dla nas – w sensie Polaków – jest to mało interesujące i mało obrazowe. Być może też niektóre porady wynikają z innego stylu życia, innej dostępności do produktów, innych preferencji smakowych tego narodu. Przykładowo, nie zliczę ile razy autorka książki zachęca do sięgania po produkty pełnoziarniste. Podkreśla też rolę żywności fermentowanej, a całkiem niedawno czytałam, że obcokrajowcy, w przeciwieństwie do Polaków, patrzą na nią jak na coś nieświeżego – przyznacie, że u nas kiszonki mają się dobrze. Wracając do książki. Czuć, że jej treść jest skierowana do odbiorców o innej filozofii żywienia. Z drugiej strony może to być jej atutem, bo również na gruncie jedzenia, możemy zobaczyć w Polsce postępującą amerykanizację.

Porady zawarte w publikacji „Zdrowe jelita” nawiązują do szeroko pojętego zdrowego stylu życia z naciskiem na odżywianie. Pewnie część z was powie: „Nudy! Trąbią o tym codziennie we wszelkiej maści mediach”. Ale czy na pewno wiemy, dlaczego dany produkt ma łatkę zdrowego, a inny szkodliwego? Książka „Zdrowe jelita” ma nam pomóc zrozumieć konsekwencje naszych wyborów. Ma pomóc zrozumieć – od strony biologicznej – jak jedzenie wpływa na nasz organizm. A kiedy cały proces stanie się dla nas jasny, to łatwiej będzie nam kształtować dobre nawyki.

1 Kimberly A. Tessmer, „Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne”, przeł. Joanna Żywina, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 20.

2 Tamże, s. 16.


Książka "Zdrowe jelita" dostępna jest w księgarni internetowej Taniakiazka.pl  W ofercie księgarni znajdziecie więcej książek o zdrowym odżywianiu.


[Egzemplarz recenzencki w ramach współpracy z Taniakiazka.pl]

"Zielone światła. Wspomnienia" Matthew McConaughey

"Zielone światła. Wspomnienia" Matthew McConaughey

Jakiś czas temu na rynku wydawniczym ukazały się wspomnienia aktora znanego z takich filmów jak „Interstellar”, „Witaj w klubie”, „mroczna wieża”, „Uciekinier” czy „Wilk z Wall Street”. Mowa tu o Matthew McConaughey i książce „Zielone światła. Wspomnienia”. Podobno „bestseller”. Seler to nie jest moje ulubione warzywo, chociaż zdarza mi się suróweczkę z niego zrobić. Jednak trochę uważałam na lekcjach angielskiego i wiem, że „the best” znaczy najlepszy, więc Asia myśli sobie: „może warto”. W takim razie sprawdzam, czy Matthew McConaughey faktycznie wyhodował taki pyszny seler.

Z pozoru czytelnicy otrzymują autobiografię, ale nie do końca. „To jest książka o podejściu. Jestem tutaj, żeby podzielić się historiami, spostrzeżeniami, które można obiektywnie rozgryźć, a jeśli uznacie, że warto – subiektywnie je zaadaptować i albo zmienić swoją rzeczywistość, albo zmienić sposób, w jaki ją postrzegacie.”* tak pisze o książce autor publikacji. Uprośćmy trochę jego słowa. W „Zielonych światłach” znajdziemy historie z życia aktora, ale wzbogacone są one o serię przemyśleń o – jak ja to mówię - „o życiu, trwaniu, przemijaniu”. Matthew McConaughey trochę opowiada o sobie, trochę filozofuje, a cały ten wywód utrzymany jest w gawędziarsko-kaznodziejskim stylu. Może bez religijnego „alleluja”, ale facet ewidentnie chce wyciągnąć jakaś naukę ze swoich doświadczeń i nieść ją ludziom.

Matthew McConaughey to postać o wyjątkowo ciekawym życiorysie, co sprawia, że jego wspomnienia fantastycznie się czyta. Co prawda ja wolałabym je w wersji zbeletryzowanej, bo taką formę biografii najbardziej lubię. Nie do końca też interesuje mnie co akurat ta osoba myśli o „sensie życia”, chociaż nie zaprzeczę, że można z tego wyczytać co nieco o charakterze aktora. Niemniej publikacja zachwyciła mnie językowo. Począwszy od kompozycji, po (czasami) nieco zawoalowane zdania, ale jednak pięknie zbudowane i mające w sobie coś liryczno-magicznego.

To jak z tym selerem? - zapytacie się. Brać czy nie brać? Jest to niezłej jakości produkt. Matthew McConaughey to ciekawa postać nie tylko na gruncie filmowym. Do tego potrafi wspaniale się wypowiadać. Jego „Wspomnienia” balansują pomiędzy autobiografią a luźnym wywodem. Wielu czytelników może uznać tę formę za interesującą. Ja daję „Zielonym światłom” zielone światło.

* Matthew McConaughey , „Zielone światła. Wspomnienia”, przeł. Adam Pluszka, wyd. Marginesy, Warszawa 2022, s. 11.

 „Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los” Leonard Mlodinow

„Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los” Leonard Mlodinow

Analizujesz, planujesz, a potem przychodzi taki Leonard Mlodinow i stwierdza, że to wszystko o „kant d...” można rozbić. Że życiem rządzi przypadek, a człowiek kroczy przez nie chwiejnym krokiem, jak bywalec barowego przybytku. A do tego wszystkiego facet ci wszystko udowodni matematycznie. Zrobi obliczenia, przeprowadzi dowód i te inne cuda, co matematycy potrafią. Stawia nas w sytuacji, w której trudno z jego tezą polemizować.

„Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los” to książka o rachunku prawdopodobieństwa w gawędziarskim stylu. Autor książki wykazuje, że nawet w świecie biznesu, ekonomii, który sprawia wrażenie głęboko analitycznego przypadek odgrywa ogromną rolę, a rzekomo dobrze przemyślane decyzje powstają w wyniku zbiegu okoliczności.

Leonard Mlodinow ma faktycznie fajny, luźny styl opowiadania. Stara się, jak może żeby i tym opornym przedstawić matematyczne pojęcia. Wykorzystuje do tego przykłady z różnych dziedzin, więc zwiększa szansę dotarcia do czytelników o różnych pasjach. Chociaż „kij ma dwa końce” i kiedy trafi się na dłuższą rozprawę o czymś, o czym nie mamy pojęcia, to jesteśmy podwójnie skonfundowani. Ja miałam tak kiedy na scenę wkraczały przykłady nawiązujące do baseballu. Nie znam zasad gry, do tego nauki ścisłe to nie moja mocna strona, więc tylko siedzę i błagam, żeby nikt mnie nie „wywołał do odpowiedzi”.

Już od pierwszych stron poczułam, że nie jestem odpowiednią osobą do pisania o tej książce. Jednak skoro trafiła w moje łapki, to opowiem wam dlaczego. Jak już wspominałam nauki ścisłe to nie jest to co mój mózg szczególnie ogarnia. Może i miałam 5 z matmy i potrafię dodać i pomnożyć kilka cyferek, ale ustalmy, że jest to poziom użytkowy. Od czasu do czasu nachodzi mnie potrzeba, żeby zrozumieć mechanizmy, zjawiska, które kształtują świat. Wtedy moja uwaga kieruje się do książek typu „Chwiejnym krokiem”, licząc na „rachunek prawdopodobieństwa w gawędziarskim stylu”. Ponieważ nie rozumiem ich w 100% szybko się irytuję. I tak też było w tym przypadku. Niby fajny język, niby napisana z humorem, a ja i tak siedzę i analizuję każde zdanie, żeby poukładać sobie teorię w głowie. Cieszę się, kiedy jakiś przykład dotrze do mojej mózgownicy, ale też wkurzam się, kiedy trafię na niezrozumiały.

Generalnie książka zrobiła na mnie dobrze wrażenie, ale jedną rzecz muszę autorowi wypomnieć. W przypisach znajdziemy komentarze tłumacza. I nie byłoby w nich nic dziwnego, gdyby tłumaczyły zjawiska, które u nas w Polsce nie występują lub nie są popularne np. zasady gry w baseball. Wiecie Amerykanin pisze o czymś oczywistym dla niego, nie czuje potrzeby doprecyzować. Inaczej się sprawa ma, jeżeli mowa o wiedzy ogólnej. Jako przykład posłużę się przypisem ze strony 76*. Mowa tu o „wynalezieniu” znaku równości. Tłumacz uznał za konieczne doprecyzować co autor przez to rozumie i dodać słówko o początkach algebry. Chociaż moja wiadomość do autora publikacji zapewne nie dotrze, jednak i tak pozwolę sobie ją tu zamieścić: „Panie Leonardzie, proszę wyrażać się precyzyjnie i nie dokładać ludziom roboty.” Mam nadzieję, że tłumacz dostał jakaś premię za wykonanie dodatkowej pracy.

Generalnie moje wrażenie po przeczytaniu „Chwiejnym krokiem” są pozytywne, jednak książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli chodzi o nauki ścisłe najlepiej przyswajam wiedzę z publikacji dla dzieci. Także ten egzemplarz wędruje kurzyć się na półkę (może ktoś z moim znajomych zechce go przygarnąć), a ja idę pobuszować po biblioteczce mojej córki.

* Leonard Mlodinow, „Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los”, przeł. Paweł Strzelecki, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022.

„Wychowanie bez wychowania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie" Stefanie Stahl, Julia Tomuschat

„Wychowanie bez wychowania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie" Stefanie Stahl, Julia Tomuschat

Przychodzi taki moment, kiedy dziecko wyrasta z okresu niemowlęcego i pomalutku rodzic zaczyna je wychowywać. Zapewne stara się, żeby było samodzielne, śmiałe, rozważne itp., miało możliwość rozwijać swoje talenty i pasje, a przy tym było szczęśliwe. Za Stefanie Stahl i Julią Tomuschat – autorkami poradnika „Wychowanie bez wychowania” - zadam pytanie postawione w podtytule książki „Jak podarować dziecku wolność i wsparcie”.

Słowa wolność i wsparcie są kluczowe jeśli chodzi o treść publikacji. Psycholożki piszą dużo o więzi i autonomii oraz potrzebie zachowania balansu między tymi obszarami. „Osoby zachowujące równowagę życiową charakteryzuje bowiem wiara we własne siły.”1 Czyli teoretycznie mamy receptę na sukces.

Musicie wiedzieć, że to książka, dla osób, które są gotowe pochylić się nad samymi sobą. Tak, kochani. Nie nad dziećmi, ale nad sobą. „Nie należy lekceważyć mocy, z jaką doświadczenia życiowe kształtują nasze – i tym samym naszych dzieci – postrzeganie rzeczywistości.”2 Ja się zgadzam z tą tezą. Warto czasami „odwrócić kota ogonem” i zastanowić się nie „dlaczego moje dziecko nie zbiera skarpet?”, ale „dlaczego mi rozrzucone skarpety przeszkadzają?”. Oczywiście przywołałam tu blachy przykład, jednak książka ta ma pomóc nam zlokalizować „punkty zapalne” i ich zarzewia.

Uważam, że droga, jaką proponują Stefanie Stahl i Julia Tomuschat jest słuszna, a na pewno nie narobimy sobie na niej szkód. Jednak to co zawarły w książce „Wychowanie bez wychowania” to dla mnie za mało. Przytoczę wam przykład, który pozwoli wam zrozumieć co mam na myśli. Jest tu fragment, do czytania którego usiadłam z wyjątkowym entuzjazmem. Zatytułowany jest „Introwertyczni rodzice i ekstrawertyczne dzieci”. Jak możecie się domyślić ja i moja córka to totalne przeciwieństwa, jak chodzi o temperament. Bywa, że wstajemy o 7.00, a o 7.15 już czuję się przebodźcowana. Autorki piszą kilka słów o tym, czym charakteryzują się te typy osobowości i jakie problemy może to zestawienie generować. Przerobiłam to na własnej skórze, czekam więc na jakieś konkrety. Widzę w końcu na horyzoncie tzw. „Wyspę refleksji” (są to takie miejsca w poradniku, gdzie autorki stawiają pytania i zachęcają do pracy nad sobą). Co w niej znajduję? „Jeśli dziecko jest zasadniczo głośniejsze niż ty, zastanów się, jak możesz pokazać, że akceptujesz jego charakter.”3 Śmiechłam. Pokazałam mężowi parsknął jeszcze głośniej. Drogie panie psycholożki, ja to robię czasami kilka razy dziennie. Ja potrzebuję wskazówki, jaką treść niesie mój werbalny i niewerbalny komunikat. Czy moje próby samo regulacji nie są odczytywane jako np. odrzucenie?

Podsumowując poprzedni akapit. Dla mnie treść poradnika ma zbyt definicyjny charakter. Chociaż jest wzbogacona o wiele przykładów itp. Ja już zdefiniowałam obszary, nad którymi powinnam pracować i potrzebuję bardziej konkretnych rozwiązań. Jednak nie zaprzeczę, że jest to wartościowa i przystępie napisana publikacja. Wierzę, że pomoże wielu rodzinom polepszyć ich relacje.

Poradniki rodzicielskie czasami przyprawiają mnie o wyrzuty sumienia, Za bardzo skupiam się na swoich – rzekomych – błędach. Dlatego tym razem zaznaczyłam sobie motywujący cytat: „Nie musimy wszystkiego robić dobrze, musimy być jedynie wystarczająco dobrzy, aby nasze dzieci zbudowały odpowiednie poczucie własnej wartości, dorastały i się rozwijały.”4 Myślę, że skoro czytasz recenzję poradnika to szukasz rozwiązań, żeby być nie tylko dobrym, ale nawet lepszym. Może „Wychowanie bez wychowania” okaże się remedium na klika rodzicielskich problemów.

1 Stefanie Stahl, Julia Tomuschat, „Wychowanie bez wychowania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie”, tłum. Anna Grysińska, wyd. Otwarte, Kraków 2022, s. 99.

2 Tamże, s. 26.

3 Tamże, s. 255.

4 Tamże, s. 117.

"Diabeł kontra paragraf" Aldona Skrzypoń-Powroźnik

"Diabeł kontra paragraf" Aldona Skrzypoń-Powroźnik

Dagmara to absolwentka prawa i córka szanowanego prokuratora. Świętuje ukończenie studiów i rozpoczęcie aplikacji w prestiżowej kancelarii. Podczas wieczoru w klubie obserwuje ją przystojny Marcel. Czy dziewczyna po prostu wpadła mu w oko? A może to nie było przypadkowe spotkanie? Czy Dagmara powinna obawiać się tego mężczyzny? Czy kontakty z niebezpiecznym typem nie zagrożą karierze błyskotliwej prawniczki?

Aldona Skrzypoń-Powroźnik bardzo dobrze zestawiła przeciwieństwa kreując postacie. Ona pochodząca z prawniczej rodziny, ambitna i z perspektywami na fantastyczny rozwój zawodowy. Może zbyt idealistycznie patrząca na ludzi, ale taką pisarka ją wymyśliła. On to klasyczny „bad boy”. Przystojniak, którego otacza niebezpieczna aura i czytelnicy szybko przekonają się, że nie ma czystej kartoteki. Relację tej dwójki będziemy mogli obserwować w powieści „Diabeł kontra paragraf”. Relację, która dzięki sensacyjnej otoczce nie jest tak tendencyjna, jak to z romansami często bywa.

Czytając powieści z wątkiem miłosnym często trochę nabijam się z ich absurdów. Tutaj wypomnę tylko – moje „ulubione” - rozwiązanie typu „on mi grozi, a ja czuję dreszczyk podniecenia”. Ów „dreszczyk” wprowadziłabym później, bo nieco umniejsza inteligencji – skądinąd bardzo fajnej – postaci, jaką jest Dagmara. Co jednak muszę pochwalić „Diabeł kontra paragraf” to powieść przesycona namiętnością. I trzeba pisarce przyznać, że jest ona niewymuszona. Mam na myśli to, że – poza wspomnianą na początku tego akapitu sytuacją - Aldonie Skrzypoń-Powroźnik udało się wywołać i utrzymać w książce elektryzujący klimat, który czytelnicy romansów powinni docenić.

Aldona Skrzypoń-Powroźnik świetnie poprowadziła wątek sensacyjny. Genialnie ożywia on tą książkę, nadaje jej przesyconą niebezpieczeństwem atmosferę. Mogę śmiało napisać, że „Diabeł kontra paragraf” to powieść romantyczno-sensacyja. I w mojej ocenie całkiem udana powieść. Byłam ciekawa motywów działania postaci i ich kolejnych kroków oraz tego, do czego doprowadzą ich poczynania.

Powiem szczerze, że sceptycznie podchodzę do połączenia powieści miłosnej z sensacyjną, ale tacy autorzy jak Aldona Skrzypoń-Powroźnik przekonują mnie, że taka konwencja może być ciekawa. W książce „Diabeł kontra paragraf” na wyróżnienie zasługuje świetnie wykorzystany wątek „bad boy'a”. Lubicie takich bohaterów? To koniecznie musicie poznać Marcela.

"Historia syna" Marie-Hélène Lafon

"Historia syna" Marie-Hélène Lafon

Kiedy słyszymy określenie „saga rodzinna” wyobrażamy sobie opasłe bądź wielotomowe dzieło. A gdybym zaproponowała wam sagę na niecałych 200 stronach? Zerkacie na mnie z powątpiewaniem? Zapytam się więc was: Kto pisarzowi zabroni? Marie-Hélène Lafon – francuska autorka – w bardzo oszczędnej formie opisała historię trzech pokoleń. Książka ma tytuł „Historia syna” i jest przykładem ile bogactwa tkwi w oszczędności.

Jest to opowieść o niechcianym synu, nieobecnej matce i nieznanym ojcu. Pewnie podobne zdanie znajdziecie w innych opiniach o tej książce, ale to właśnie ono najlepiej opisuje jej fabułę. Mamy tu bohatera oddanego pod opiekę ciotce. Otoczonego miłością, ale jednak odczuwającego nieznajomość swojej tożsamości.

Historię tej... rodziny (nie, to złe określenie). Chyba lepiej napisać tych trzech – nieco rozproszonych – pokoleń. Lepiej zacznę od nowa. Opowieść tą zlepiamy ze skrawków wspomnień. W każdy rozdziale autorka oddaje głos któremuś z bohaterów. Ten (lub ta) relacjonuje to co wie, to co widział. Okrasza to przemyśleniami, a czasami dodaje luźne dygresje. Czytelnik, niczym dziennikarz śledczy, musi wysłuchać, wyłuskać co istotne i ułożyć te „puzzle”.

Już od pierwszych zdań czujemy, że „Historia syna” to powieść wyjątkowa i trudna. Na „dzień dobry” Marie-Hélène Lafon serwuje nam rozdział, gdzie główną rolę grają zapachy. Jest to niesamowity sposób poznawania części „aktorów” tej historii. Nie przez zmysł wzroku (czy raczej wyobraźni), czyli opisów wyglądu, a przez zmysł zapachu, czyli opisów jakie te osoby otaczają.

To właśnie językiem oczarowała mnie ta powieść. Dzięki niemu zachwyca ona prostotą, ale też staje się czymś wykwintnym. Wydłubujemy z niego elementy fabuły, jak rodzynki z pysznego serniczka. Smakowita, delikatna, nieco liryczna proza. Coś dla prawdziwych smakoszy.

Literatura prze-piękna, literatura wysoka, literatura ambitna, a przy tym prosta i oszczędna. Chciałby się wykrzykiwać peany na cześć „Historii syna”, jednak sama książka jest tak skromna, że nie wypada urządzać przy niej dzikich wrzasków. Elegancka, z klasą, Dama wśród powieści.

"Żenujące życie Lottie Brooks" Katie Kirby

"Żenujące życie Lottie Brooks" Katie Kirby

Ciężkie jest życie nastolatki. Jedenastoletnia Lottie Brooks uważa, że jej własne jest wręcz żenujące. ”Jestem burakiem bez biustu, za każdym razem, gdy otworzę usta, mówię coś głupiego i naprawdę powinnam była kupić piórnik w kształcie taco”* zwierza się przyjaciółce. Czy żywot dziewczyny to faktycznie seria wpadek? O tym przeczytacie w książce Katie Kirby o dosadnym tytule „Żenujące życie Lottie Brooks”. Jest to publikacja kreowana na dziennik. Poznamy więc najskrytsze sekrety bohaterki.

Powieść przeczytałam i stwierdzam, że Lottie nie jest żadna ofiarą losu, a typową dziewczyną wchodzącą w nastoletni wek. Musi zmierzyć się z demonami dojrzewania (gdzie ten biust?), zmianą szkoły (czy ktoś mnie polubi?), granicą pomiędzy dziecinnością a dorosłością (czy wypada spać w pościeli w jednorożce?), pierwszymi zauroczeniami (ach ten słodki Theo), itp. Autorka całkiem nieźle uchwyciła problemy młodych nastolatków i przedstawiła je w zabawnej formie. Jest z przymrużeniem oka, nieco zwariowanie, ale nie prześmiewczo. Katie Kirby nie umniejsza też ich w żaden sposób. Lottie jest jaka jest. Szuka akceptacji, a pamiętnik jest miejscem, w którym może się wygadać i być w 100% sobą.

Jak oceniam „Żenujące życie Lottie Brooks”? Na mnie ta książka zrobiła dobre wrażenie. Zacznę od tego, że bardzo lubię formę dziennika. Możecie stwierdzić, że jestem wścibska, ale takie podglądanie czyichś sekretów jest fascynujące. A co z treścią? Autorka z szacunkiem potraktowała nastolatków oraz ich problemy i za to daję koleiny plusik. Czy książka ma walor edukacyjny? Nie jestem przekonana, że powinna go mieć. Wydaje mi się, że ta powieść ma bawić i podnosić na duchu. Ma być zarówno odskocznią od codzienności, ale też młode dziewczyny mogą utożsamić się z jej bohaterką. Bez strachu o bycie ocenianym „wygadać się jej”. Bardzo mi się podoba, że na drugim planie jest mama Lottie. Pomoże wybrać pierwszy biustonosz, doradzi jak golić nogi, przyniesie grzankę z kremem czekoladowym na pocieszenie. Fajnie, że Katie Kirby przemyca, iż w wieku, gdzie relacje rówieśnicze staja się najważniejsze, rodzic nie jest do końca beznadziejny. Coś tam wie i może czasami warto się jego poradzić.

Trudno jest opisać każdy z problemów każdej nastolatki na świecie. Katie Kirby nie próbuje tego robić. Udało jej się chyba uchwycić te najczęstsze. Forma jest atrakcyjna, język dostosowany do młodych odbiorców. „Żenujące życie Lottie Brooks” to nie zawstydzająca a fajna powieść dla nastolatek.

* Katie Kirby, „Żenujące życie Lottie Brooks”, przeł. Anna Klingofer-Szostakowska, wyd. Znak emotikon, Kraków 2022, s. 87.

"Latające anioły" Danielle Steel

"Latające anioły" Danielle Steel

Na wojnie w bezpośrednim starciu walczą żołnierze, ale wspiera ich personel medyczny, czasami również ryzykując życiem. I właśnie ich pracy przyjrzymy się w powieści Danielle Steel „Latające anioły”, ponieważ jej bohaterki to pielęgniarki.

Akcja ma miejsce podczas II wojny światowej. Po ataku Japonii na Pearl Harbor dwie przyjaciółki i absolwentki szkoły pielęgniarskiej (Audrey i Lizzie) postanawiają zaciągnąć się i brać aktywny udział w pomaganiu rannym. Podczas szkolenia poznają Alex i Louise, którym prześwieca podobny cel. Zostają wysłane do Anglii, gdzie poznają Pru oraz Emmę, kolejne wspaniałe kobiety walczą o wyrwanie kostusze, jak największej ilości żyć.

Na pewno zauważyliście, że w tej książce jest wiele bohaterek. Na pierwszy plan delikatnie wysuwają się Audrey i Lizzie. Z jakiegoś powodu to ich historie stały się punktem wyjścia dla tej powieści. Jednak podkreślić należy, że Danielle Steel zadbała o wszystkie panie. Kiedy wprowadza kolejne postacie pamięta, żeby je dobrze przedstawić. Opisuje ich pochodzenie, motywacje, reakcję rodziny na wieść o zgłoszeniu się do wojska itp.

Bohaterki zostały doskonale dopracowane. Autorka tak się na nich skupiła, że zaniedbała akcję. W sumie to nie do końca zaniedbała, ale mogłaby wyeliminować niektóre powtórzenia, co powinno poprawić tempo w powieści. Przykład. Po przylocie dziewczyn do Anglii pojawia się rozmowa typu „poznajmy się”. Każda z nich coś o sobie opowiada, zadają sobie pytania. Dialog, który – w mojej ocenie – za dużo nie wnosi, zamiast tego mamy niejako podsumowane tego, co już wiemy o bohaterkach. Efekt jest taki, że trochę kręcimy się w kółko. Skoro pisarka poświęciła każdej z bohaterek dłuższy fragment powinna założyć, że po nich czytelnicy się z nimi zaznajomią. Przed dziewczynami wojna, nowa rzeczywistość. Przejdźmy do czynów, dajmy im się wykazać, a nie wałkujmy przeszłość.

Nie będę przedstawiać każdej z postaci po kolei. Wspomnę o – moim zdaniem – najciekawszej czyli Alex. Dziewczyna pochodzi z socjety. Kiedy wybucha wojna jest w trakcie swojego debiutu. Wbrew rodzinie zgłasza się na szkolenie dla pielęgniarek. Argumenty, jakimi bliscy próbują ją odwieść od jej decyzji, są czasami szokujące.

Powieść „Latające anioły” można zaliczyć do kanonu literatury kobiecej. Nawet pomimo wojennej tematyki. Znam takie osoby, które nęcą książki inspirowane właśnie wojnami światowymi, ale boją się brutalności. Oczywiście taka publikacja nie może być jej całkowicie pozbawiona. W „Latających aniołach” mamy bohaterki-pielęgniarki, więc chcąc nie chcąc mają one do czynienia z ludzkim nieszczęściem. Jednak, jak na standardy powieści wojennych, jest delikatnie. Czy to dobrze, czy niedobrze to wyłącznie kwestia gustu. Mnie bardzo drażniły zwroty typu „chichotać” czy nadmierna ekscytacja bohaterek. Nie żebym komuś broniła, jednak wydało mi się to infantylne. Nie do końca spodobało mi się również, że Danielle Steel kreowała idealistki. Można podziwiać ich poświęcenie, ich bezinteresowność, jednak sześć dziewczyn podkreślających „pragnienie niesienia pomocy” - to musi być patetyczno-cukierkowy efekt.

„Latające anioły” to poprawnie napisana powieść. Prym wiodą w niej heroiczne dziewczyny, które mają wzbudzać podziw swoją odwagą. Bohaterki są wspaniałe i wspaniale przedstawione. Przydałoby się natomiast trochę podkręcić akcję. W pewny momencie odniosłam wrażenie, że książka stoi w miejscu. Autorce takiej klasy jak Danielle Steel tego powiewu nudy nie wybaczę.

"Kot maruda" Sophie Blackall

"Kot maruda" Sophie Blackall

Dzieci często proszą rodziców o zwierzątko. Zanim nowy przyjaciel się pojawi zapewne wyobrażają sobie, jak się wspólnie bawią itp. A co kiedy zwierzę nie spełnia oczekiwań nowego opiekuna i trafimy np. na kota marudę – jak w książce Sophie Blackall? Bohater owej książki nie poddał się, pomimo że zwierzę mocno dało jemu i jego rodzinie „w kość”. Okazał się bardzo odpowiedzialny i podjął wszelkie próby zaprzyjaźnienia się z niezbyt przyjaznym kotem.

„Kot maruda” od razu wpadł oko mojej córce. Co prawda stwierdziła, że sam kot z okładki niezbyt jej się podoba bo pokazuje pupę, ale chyba zaintrygowało ją dlaczego, bo jeszcze tego samego dnia, którego książka do nas dotarła, poprosiła o jej przeczytanie. Publikacja jest u nas od około tygodnia, a ja już nie zliczę ile razy ją czytałam. Muszę się przyznać, że pierwszy raz był trochę dziwny. Nie miałam pojęcia co autorka może mieć na myśli.

Szybki rzut oka na treść. Wiemy już, że bohaterem jest chłopiec, który bardzo chce miećkota i w końcu jego rodzina adoptuje zwierzaka. Max – tak nowy domownik ma na imię – nie spełnia oczekiwań. Zamiast się bawić patrzy w ścianę. Opiekując się kotem jego mały właściciel zaniedbuje swoje obowiązki, co też powoduje niezadowolenie rodziców. Jednym z jego zdań jest nauczka czytania, bo – musicie to wiedzieć- chłopak ma z nim problemy. Kiedy nasz zdeterminowany (do posiadania pupila) bohater sięga po książkę (żeby pokazać rodzinie, jak poważnie traktuje czytanie) Max wychodzi spod łóżka, wkłada łepek pod rękę właściciela i zaczyna słuchać.

Miałam „wysmarować” tekst o tym, jak te dwie istotki, z których każda miała jakiś fleer, sobie pomogły. Zanim jednak usiadłam do pisania tej opinii, zerknęłam na słowo od autorki. Czytając książkę z córką, jakoś nie było mi to w głowie. Okazało się, że tworząc tę bajeczkę zainspirowała się prawdziwą historią. Kiedy to w pewnym schronisku czytano kotom, co działało na nie uspokajająco. Również dzięki książkom zwierzęta nawiązywały relacje z ludźmi i znajdowały nowe domy.

Jakkolwiek byśmy nie spojrzeli na tę historię i tak jest ona piękna. Czy nawiążemy do morału o tym, jakie wspaniałe skutki miała adopcja, czy też potraktujemy ją dosłownie i wspomnimy o przytoczonej anegdocie i o łagodnym działaniu czytania i tak będzie to wartościowa opowieść. Ja jeszcze podkreślę, jak bardzo odpowiedzialny okazał się bohater książki. Zwierzątko niewątpliwie nie spełniło jego oczekiwań, a on mimo tego je pokochał. Wspaniała postawa.

Dla kogo „Kot maruda” będzie odpowiedni? Oczywiście dla tych, których interesuje temat adopcji i opieki nad zwierzęciem. Poza tym chciałabym zwrócić uwagę na aspekt wizualny. Książka spodoba się dzieciom, które lubią „maksymalnie” zilustrowany tekst. Narysowane zostało wszystko, co było możliwie. Przykładowo: kiedy Maks przybywa do nowego domu, właściciele pokazują mu kocie akcesoria (kuwetę, drapak, chrupki itp.). Dziecko może zobaczyć, jak wygląda każdy z gadżetów. Moja córka uwielbia takie książki. Często dopytuje się, czy oby wszystko przeczytałam. Upewnia się, czy dobrze rozumie. Zauważyłam też, że dzięki ilustracjom szybko zapamiętuje tekst, a dzięki temu nowe słowa.

Przygarnięcie zwierzątka to ważna decyzja i nie można jej podejmować na „hop-siup”, dlatego do tego nie będę was namawiać. Chcę was natomiast przekonać, że warto przeczytać „Kota marudę”. Może z tymi humorzastymi istotkami trudno się zaprzyjaźnić, ale jest to możliwe. Moja ekspertka od książek dla dzieci podeszła do tej publikacji nieufnie acz z zainteresowaniem. No i zakochała się. I w kotku. I w tej opowieści.

„Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej” Thomas Hardy

„Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej” Thomas Hardy

Jedyną „zbrodnią” Tessy było to, że była ładna. Poza tym to dobra, skromna, poczciwa, a nawet inteligentna i wykształcona kobieta. Intuicyjnie wyczuwała, gdzie mogą czaić się na nią potencjalne zagrożenia. Niestety miała pecha do ludzi. Trafiła na tych aroganckich, a także słabych co musiało mieć tragiczny wpływ na jej reputację.

Mariolka ze skeczu kabaretu Paranienormalni użyła kiedyś określenia „słodko-pierdząca” i nasunęło mi się ono podczas czytania „Tessy d'Urberville”. Co przez to rozumiem? Jest to dziewiętnastowieczna powieść o kobiecie – przyznacie, że nie kojarzy się to z czymś „mocnym”. Kiedy zerkniecie w tekst znajdziecie piękne, sielankowe opisy. A to rosa się mieni na trawie, a to mgła błyszczy, a to dojarki idą oporządzić krowy. Na pierwszy rzut oka jest cudnie. Ale my nie czytamy fragmentów, a „wgryzamy się” w tą historię. A tu szybko zaczyna nam coś śmierdzieć. Fatum wiszące nad główną bohaterką jest wręcz namacalne.

Tessa d'Urberville to bardzo dobrze wykreowana postać. Patrząc na to, że została napisana przez mężczyznę w czasach, kiedy świat męski i żeński funkcjonował raczej obok siebie świadczy o doskonałym zmyśle obserwacji Thomasa Hardy'ego. Tessa to bardzo „żywa” bohaterka. Jest to skromna dziewczyna, ale kradnie literacki show i zapada czytelnikowi w pamięć. Obserwujemy, jak musi się zmierzyć z życiem, z ludzi i jak ta rozgrywka ją zmienia. Pytanie tylko, czy osłabi, czy wzmocni?

Pozostając jeszcze chwilę przy głównej bohaterce. Jest to taki typ postaci, która mnie bardzo stresuje. Jak już pisałam, od początku wyczuwamy, że coś czyha na tę łagodną, dobrą dziewczynę. Fatalizm przybiera takie rozmiary, że martwiłam się o nią, jak o własne dziecko. Każde jej wyjście z domu, każda przeprowadzona rozmowa mogły być początkiem tragedii. Czytając tę powieść wręcz szalałam z niepokoju o jej bohaterkę.

Między sielankowymi opisami przyrody znajdziemy krytykę ówczesnego społeczeństwa. Wyraźnie przebijają się tu kwestie moralności, sprawiedliwości oraz miejsca kobiet w społeczeństwie. Przeglądając opinie na temat tej powieści widziałam głosy oburzenia na hipokryzję, jaka panowała w ówczesnych czasach. A mi się, wydaje, że zakłamanie jest wpisane w ludzką naturę. Skoro jesteśmy istotą społeczną i dążymy do akceptacji „stada” to często automatycznie przyjmujemy zasady, jakie nim rządzą. Mało jest bohaterów gotowych zaryzykować odrzucenie, szczególnie, kiedy widzą, że będzie to „walka z wiatrakami”. Thomas Hardy może nie był wojownikiem, ale podszedł do tematu śmiało. Nie zawsze opisuje wszystko wprost – wszak o pewnych rzeczach nie wypadało mówić – jednak wyraźnie wyłuszcza ludziom, jaką krzywdę potrafią wyrządzić bliźniemu. Nawet jeśli nie jest to działanie zamierzone.

Czy podwójne standardy w ocenie kobiet i mężczyzn to przeszłość? Chyba nie i ciężko mi wyobrazić sobie, jak mielibyśmy się ich pozbyć. Oczywiście dotyczą czego innego niż w powieści Thomasa Hardy”ego. Jednak pewne stereotypy ciągle dobrze się mają.

Wracając do książki „Tessa d'Urberville”. To dobrze napisana, szczera publikacja. Może się poszczyć doskonale wykreowaną główną bohaterką, która wlewa w nią dzban emocji i czyni powieść niezapomnianą.

"Komunista obnażony" W. Cleon Skousen

"Komunista obnażony" W. Cleon Skousen

Komunizm można porównać do panny na dyskotece. Piękne hasła o równości dla wszystkich trafiły na podatny grunt i stały się podwalinami dla rewolucji. Jednak kiedy impreza dobiegła końca i nasza dziewczyna zmyła makijaż... To co ukazało się pod kolejnymi warstwami pudru przyprawiło jej kochanka o palpitację serca. W książce „Komunista obnażony” W. Cleon Skousen – absolwent prawa i pracownik FBI – podjął próbę wytłumaczenia na czym polega ta idea, jakie zagrożenia niesie, a także ostrzega, jak ją rozpoznać, żeby więcej nie natrafić na pięknie umalowaną maszkarę.

„Komunista obnażony” to książka bardzo dobra, ale też bardzo wkurzająca. W. Cleon Skousen w bardzo kompleksowy sposób podszedł do tematu. Omawia komunizm w różny aspektach – jako ideę i jako ustrój. Zajmuje się twórcami, filozofią, historią, założeniami, celami, kierunkami rozwoju (a może raczej ekspansji). Wygląda na to, że podjął wszelkich starań, aby wyczerpać temat. Czytelnicy otrzymują więc kompendium wiedzy o komunizmie. Spodoba się wam też język publikacji. Jest bardzo przystępny, jak na prezentowane zagadnienie. Autorowi udaje się prosto i krótko wyjaśnić wszelkie kwestie. Książka jest bardzo dynamiczna. Czyta się ją nie jak publikację naukową czy popularno-naukową, ale jak fascynującą powieść. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że da się w taki sposób napisać pracę z dziedziny politologii, a jednak. Jestem pod wrażeniem tego, jak autor wychodzi naprzeciw czytelnikowi, bo chce, żeby jego praca była powszechnie dostępna i zrozumiana. Pierwszy raz wydano ją w 1958 roku i Skousen chciał, aby w zimnowojennej zawierusze, każdy Amerykanin rozumiał z czym ma do czynienia na przeciwległym biegunie.

Skoro jest tak pięknie, dlaczego napisałam, że „Komunista...” jest też wkurzający. Ja określam tak napisane książki „za dużo przymiotników”. Wydziera z niej dwubiegunowy podział świata – wspaniała Ameryka kontra okropne ZSRR. To co jest z jednej strony błyszczy się brokatem, a z drugiej mamy gnój po same pachy. Już od pierwszych stron autor podsuwa nam ten gnój pod sam nos do powąchania. Przykład z tekstu. Rozdział pierwszy jest o twórcach komunizmu, czyli o Karolu Marksie i Fryderyku Englesie. Co z biografii tych postaci zostało wyolbrzymione? To, że Marks żył w brudzie i był porywczym, niesympatycznym ateistą. Skousen nie zaczyna jego życiorysu od „Urodził się w...”, ale od opisu fatalnych warunków, w jakich żył on i jego rodzina na emigracji w Anglii. Pytam się: „Dlaczego?”. Odnoszę wrażenie, że na wstępie ktoś próbuje zdyskredytować tego człowieka. Że ktoś coś kombinuje i to rodzi we mnie opór i nieufność, ale nie do bohatera wywodu, a do jego autora. Stwierdzicie zapewne, że rzeczy należy nazywać po imieniu. Oczywiście. Jednak ja nie lubię, kiedy ktoś pcha się na mnie ze swoimi ocenami. Lubię sama wyrobić sobie opinie. I właśnie ten „straszący” charakter publikacji działa mi na nerwy.

Podczas czytania „Komunisty...” cały czas zastawiałam się, czy Polakom – narodowi, który na własnej skórze odczuł co to komuna – należy tłumaczyć na czym ten ustrój polega. Myślę, że nie zaszkodzi, bo cały czas dość dużą rolę odgrywa na świecie. Książka W. Cleona Skousena została napisana w czasach zimnej wojny i dla Amerykanów. To czuć podczas jej czytania, jednak nie dyskredytuje to tej publikacji. Nie przypadł mi do gustu natomiast „straszący” ton. Powiem tak. To nie idee, a ludzie czynią zło. Fanatyk zawsze znajdzie umotywowanie swoich działań. A jeżeli jest również charyzmatyczny to... Historia chyba już nam pokazała do czego może dojść.

Podsumowując, „Komunista obnażony” to dobra, przenikliwa, kompleksowa, a także przystępnie napisana publikacja. Warto się z nią zapoznać.

"Szczytowanie" Katarzyna Paciorek

"Szczytowanie" Katarzyna Paciorek

Tytuł książki, o której zamierzam dziś opowiedzieć jest nieco dwuznaczny - „Szczytowanie”. Mnie rozbawił i przyciągnął moja uwagę. Czytając opis szybko zorientowałam się, że nie do końca chodzi tu o wulgarne aluzje. Mianowicie książka napisana przez Katarzynę Paciorek jest romansem, ale akcja dzieje się w Tatrach. Ciekawe jakie szczyty zdobędą bohaterowie.

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe – stowarzyszenie zrzeszające ratowników. Pomagają tym którzy beztrosko wybrali się na szlak i tym dobrze przygotowanym, którzy mieli po drodze pecha. Świadkowie wielkiej radości oraz poczucia ulgi, ale również tragedii. Jasiek – jeden z bohaterów powieści - jest ratownikiem górskim. Los sprawi, że będzie pomagał wędrującej po górach Ninie. Dziewczyna pisze pracę magisterską na temat Tatr, bezpieczeństwa w górach i roli ratowników w jego zapewnieniu. Wybierając taki temat i jadąc w góry nie przypuszcza, jak zmieni się jej życie.

Co mogę powiedzieć wam o „Szczytowaniu”? Z jednej strony typowy romans, z drugiej coś wyłamującego się schematom. Kiedy – trochę śmieszkując pod nosem – sięgałam po tę powieść, nie przypuszczałam, jak bardzo góry będą w niej obecne. Katarzyna Paciorek zaserwowała nam, całkiem przyjemny, spacerek po tatrzańskich szlakach. Możemy zastanawiać się, czy jest on w tego typu książce potrzebny. Czy w powieści o relacjach międzyludzkich trzeba aż tak opisywać scenerię? Wygląda na to, że autorka tak kocha góry, że chciała z nich zrobić ważnego bohatera w tej historii. Może nam się to podobać lub nie, ale tę fascynację czuć i dlatego ja jestem na tak.

Jeżeli chodzi o wątek romantyczny to niczym mnie nie zaskoczył. Już na stronie 10 kolega podpytuje Jaśka, czy zamiera się ustatkować. Na co ten wygłasza tyradę o tym, jak oddany jest pracy, która jest bardzo niebezpieczna, i że nie mógłby patrzeć, jak kobieta martwi się o niego. Bla, bla, bla. Identyczny typ bohatera mamy w powieści „Strażak” Dominiki Smoleń i w obu przypadkach miałam wrażenie, że praca jest dla nich wymówką.

Przyzwyczaiłam się już do przewidywalności takich historii oraz do wyolbrzymienia znaczenia relacji bohaterów w ich życiu – w końcu to ona jest przedmiotem powieści, więc niech jest jej dużo. Wolałabym, żeby autorki romansów trochę inaczej ją budowały m.in. rzadziej odwoływały się do motywu „miłości od pierwszego spojrzenia”, ale zaczynam godzić się z tym, że jest grupa czytelniczek, która to lubi. Nie była bym jednak sobą, gdybym nie wytknęła absurdalności takiego rozwiązania. Najpierw cytat: „Nie znam cię, ale czuję, że jesteś facetem, przy którym muszę mieć się na baczność, bo serce zaczyna szybciej bić, w brzuchu latają motyle, a między nogami robi się zwyczajnie mokro.”1 I to myśli sobie dziewczyna, która jest na wycieczce z ukochanym facetem, o człowieku, którego widzi pierwszy raz w życiu. Nie mówię tu, że nie można sobie pofantazjować o przystojnym kolesiu mijanym na ulicy, ale chyba za dużo grozy w tej fantazji.

W „Szczytowaniu” znajdziecie również sceny erotyczne – a jakże, tytuł zobowiązuje. Moim zdaniem napisane są okej. Autorka mogłaby je nieco bardziej rozbudować, ale jest to jej debiut pisarski, więc może w przyszłości rozkręci się. Przeglądając opinie o książce, zauważyłam zarzut, że pikantne momenty zostały wprowadzone „od czapy”. Nie do końca się z nim zgadzam. Sceny erotyczne raczej nie powodują nagłego zwrotu akcji. One po prostu są. Jeżeli okoliczności nie wykluczają uprawia seksu przez bohaterów, niech sobie robią co chcą.

Katarzyna Paciorek chciała opowiedzieć o górach oraz bezpiecznym wędrowaniu i postanowiła ubrać to w ramy romansu. Początkowo wydało mi się to dziwne, ale w trakcie czytania uszanowałam ten pomysł. Pewne elementy bym tu rozbudowała np. scenę wypadku w górach – tę chwiałabym dostać szczegółową i poczuć moc natury – ale czytanie „Szczytowania” było całkiem przyjemne. Zapewne nie raz pisałam, że uwielbiam ludzi z pasją. Kiedy udaje się przelać ją na papier – a Katarzynie Paciorek to się udało – dodaję plus 1 do oceny. Czy spacer po Tatrach zachwyci czytelniczki romansów? Trudno mi powiedzieć, ale w teorii mamy tu podwójną dawkę miłości – między ludźmi i do gór.

1 Katarzyna Paciorek, „Szczytowanie”, wyd. Editio Red, Gliwice 2022, s. 52.

"Zbuduj swój dom wokół mojego ciała" Violet Kupersmith

"Zbuduj swój dom wokół mojego ciała" Violet Kupersmith

Trochę za sprawą przypadku moje drogi czytelnicze zawiodły mnie na Daleki Wschód. Ta wyprawa rozpoczęła się w Japonii za sprawą powieści „Perfekcyjny świat Miwako Sumidy”. Zaserwowała mi doskonały portret psychologiczny dzięki doskonałemu koreańskiemu thrillerowi „Siedem lat ciemności”. Pokazała mentalność Koreańczyków w powieści „Będę tam”. Powiem wam, że bardzo odpowiada mi spokojny styl tych książek. Czytana przeze mnie kiedyś chętnie literatura amerykańska wydaje się przy nich chaotyczna. Dlatego z zaciekawieniem sięgam po kolejne tytuły. Tym razem padło na Wietnam i powieść „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała”.

Punktem wyjścia jest zniknięcie Winnie – pół Wietnamka, pół Amerykanka, która z jakiegoś powodu przyjechała do Sajgonu. Kolejne rozdziały pokazują epizody, jakie wydarzyły się w różnych odstępach czasu od zaginięcia np. sześć miesięcy przed zniknięciem, dzień po zniknięciu itd. I żeby była jasność, książka nie jest thrillerem. Tylko po części szukamy przyczyn „wyparowania” Winnie. Sprawa jest dużo bardziej złożona. Równolegle do wątku przybyłej z Ameryki dziewczyny śledzimy losy trójki przyjaciół – dwóch braci i dziewczyny – z Ia Kare oraz historię zamieszkanej przez węże plantacji kauczuku.

Trafiła mi się książka, którą bardzo trudno opisać. Już na poziomie fabuły ciężko mi wytłumaczyć o czym ona jest. Zatrzymajmy się na razie na tym, że mamy trzy wspomniane wcześniej wątki. Pewnie one jakoś się wiążą. Dokładnie. Chociaż nie powiedziałabym, że splatają się jak liany w dżungli. Autorka połączyła je raczej małymi haczykami. Subtelnie ukrytymi łączeniami. W kolejnych epizodach wyłapujemy powtarzające się detale. Przemyka ta sama osoba, pojawia się ten sam rekwizyt. Nie wszystko jest powiedziane wprost. To czytelnik musi dodać dwa do dwóch i połączyć fakty.

Violet Kupersmith w nieprawdopodobny sposób dopracowuje kolejne wątki. Każdy z rozdziało jest tak skonstruowany, iż oddajemy mu się całkowicie. Tak jakby ta powieść była tylko o tym. Co jest świetne to, że detale, które łączą poszczególne wątki, sprawiają, że przeskakując między nimi nie mamy poczucia dezorientacji. Cały czas wiemy, że czytamy różne historie i one razem tworzą „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała”.

Zastanawiacie się zapewne, jaki to typ powieści. Chyba najłatwiej wrzucić tę książkę do przeogromnego wora „literatura piękna”. Królują w niej duchy, ale nie w takim sensie, jaki znamy z horrorów (chociaż pewna subtelna makabra znajdzie się na jej stronach). Mamy wrażenie, że wymiar nadnaturalny przenika się z tym ziemskim, że istnieją one obok siebie. Strasznie ubolewam, że tak mało wiem o kulturze Wietnamu i miejscu jakie zajmują w niej duchy. W powieści padają słowa: „Nie sądziłam, że istnieją Wietnamczycy, którzy nie wierzą w duchy.”1 Na tej podstawie, ale też czytając opisy różnych rytuałów związanych z pogrzebem i dbaniem o potrzeby duszy, wnioskuję, że świat nadprzyrodzony jest tym ludziom bliski.

W zależności od potrzeb „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała” zmienia swój charakter. Momentami książka jest ulotna, baśniowa, a nawet mistyczna. W innych miejscach brutalnie rzeczywista wręcz obrzydliwie naturalistyczna. To jak Violet Kupersmith łączy te sprzeczne elementy świadczy o jej genialnej intuicji. Niezwykłym wyczuciu tego, jaki środek będzie najlepszy, żeby wyrazić daną myśl, emocje itp., jaki język – poetycki czy rynsztokowy – najlepiej sprawdzi się w tej konkretnej sytuacji.

Mam pewne zastrzeżenia co do zakończenia. Odniosłam wrażenie, iż autorka w trakcie pisania porzuciła pewne myśli, że nie wszystkie wątki zostały wyczerpane. Jednak Violet Kupersmith nie podaje czytelnikowi na tacy gotowych odpowiedzi. Powieść pełna jest niedomówień. Także nie wykluczam, że mogłam coś nieodpowiednio zinterpretować, że mogłam coś zignorować, albo – po ludzku – czegoś nie zrozumieć.

Spróbujcie sobie wyobrazić barokowy ołtarz pełen pięknie wykonanych detali. Żeby w pełni cieszyć się jego pięknem podziwiamy misternie wykonane elementy, ale to całość robi na nas wrażenie. Podobnie było podczas czytania powieści „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała”. Zaczytywałam się w poszczególnych „małych historiach”, żeby zachwycić się „dużą historią”, w jaką się łączą.

1 Violet Kupersmith , „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała”, przeł. Aleksandra Weksej, wyd. Mova, Białystok 2022, s. 142.

Książka "Zbuduj swój dom wokół mojego ciała" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl Sprawdźcie też inne nowości w ofercie księgarni.


Copyright © Asia Czytasia , Blogger