"Polskie morze pełne wrażeń" Beta i Paweł Pomykalscy

"Polskie morze pełne wrażeń" Beta i Paweł Pomykalscy

Wakacje nad morzem kojarzą się z błogim lenistwem. Kocyk, plaża, zimne napije i cudowne nicnierobienie. W takim razie, co przewodnik o Bałtyku robi w serii Activebook. Beata i Paweł Pomykalscy postanowili nam przypomnieć, że nad morzem można spędzać czas aktywnie i to nie tylko romantyczne spacery podczas zachodu słońca – chociaż te są przemiłe.

W książce znajdziemy szereg tras spacerowych oraz rowerowych, które można uskuteczniać podczas pobytu nad Bałtykiem. „Trasy są zaplanowane tak, by zapewnić nam urozmaicone wrażenia i malownicze widoki, ale też garść podstawowych informacji związanych z dziedzictwem Wybrzeża.”* Dzięki obrazkowej legendzie już przy „kartkowaniu” znajdziemy trasy, które odpowiadają naszym zainteresowaniom. Przykładowo, interesuje nas folklor/ piękne widoki/ zwierzęta – szukamy propozycji oznaczonych konkretnymi znakami. Zrobiono to z głową, pamiętając o różnych preferencjach odbiorców. Moja jedyna uwaga to, iż legendę można by przenieść z końca książki na początek. Drobiazg, jednak przy pierwszej styczności z poradnikiem chwilę jej szukałam.

Trasy podzielono na te piesze i rowerowe. Każdą z nich opatrzono podstawowymi informacjami, jak długość, czas potrzebny na przebycie itp. - standardowe elementy takich publikacji. Ciekawe są natomiast tytuły rozdziałów, a właściwie tras. Teoretycznie autorzy mogliby się się ograniczyć do prostego wymienienia zwiedzanych miejscowości/obiektów, jednak postarano się, żeby czytelnik jeszcze przed zapoznaniem się z opisem coś o nich wiedział. Zajrzymy między innymi do „Miejsca, w którym ptaki żyją jak w raju” oraz do „Cesarskiego uzdrowiska”. Wybierzemy się „Śladem łowców fok”, a także „W poszukiwaniu domów podcieniowych”. Przyznacie, że brzmi to jak fascynujące przygody.

Pomiędzy kolejnymi trasami jesteśmy raczeni ciekawostkami o Bałtyku i informacjami praktycznymi. Podkreślić również należy, że autorzy wskazali szereg atrakcji innego typu: żeglarstwo, wędkarstwo, aquaparki, motylarnie, fokarium, lot balonem, jazda konna, zbieranie bursztynu – nad Bałtykiem nie ma nudy.

Przewodnik o polskim morzu może wydawać się bezużyteczny, w końcu każdy znajdzie drogę na plażę. Nic bardziej mylnego. Siedząc za parawanem nawet nie przypuszczamy, co nas omija. Beata i Paweł Pomykalscy zadbali o to, żebyśmy mieli świadomość ile możliwości dają nam miejsca, które odwiedzamy.

* Beata Pomykalska, Paweł Pomykalski, „Polskie morze pełne wrażeń”, wyd. Bezdroża, Gliwice 2022, s. 9.

[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

"Nasz świat" Helen Mortimer, Cristina Trapanese

"Nasz świat" Helen Mortimer, Cristina Trapanese

Wydawnictwo Słowne młode wypuściło nową serię dla najmłodszych czytelników „Otwarci na świat”. Książki, które mają pomagać maluchom w zrozumieniu otaczającego ich świata, ale z trochę innej strony niż większość publikacji dla tej grupy wiekowej. Co mam na myśli? Zazwyczaj są to książki pomagające nazwać otaczające nas sprzęty, kolory, jedzenie, zwierzęta itp. A co zawierają publikacje z serii „Otwarci na świat”? Przygodę z książkami z nimi rozpoczęliśmy od tej zatytułowanej „Nasz świat”. Dlatego to na jej przykładzie przybliżę wam ich nowatorstwo.

Koncepcja jest taka, że dwójka dzieci wybiera się do muzeum. Przyznam się, że od razu jej nie załapałam – wręcz dziwiłam się dlaczego na stronie tytułowej jest narysowany drogowskaz do muzeum – jednak kiedy już zwrócono mi na nią uwagę stała się bardzo czytelna. Co znajdziemy w tym przybytku? Na podstawie słów kluczowych i krótkich komentarzy do nich przybliżane są ważne zagadnienia na temat świata. Zapomniałabym o ilustracjach, na których widzimy muzealną instalację i dzieci oglądające oraz bawiące się przy niej.

To czym się się wyróżnia ta książka to wyjątkowy dobór słów. Podam tutaj kilka przykładów: dzika natura, przynależność, przeszłość i przyszłość, ciekawość, zachwyt. Przyznacie, że są nietypowe. Jednak – co jest niesamowite – autorkom udało się przy ich użyciu opisać nasz świat. Jest to opis pełen troski i empatii. Jest też to opis inspirujący, dodający skrzydeł, zachęcający do działania. Helen Mortimer i Cristina Trapanese wskazują to co ważne, wskazują to co piękne i w delikatnych słowach podpowiadają, że warto o to dbać. Poszczególne strony (pojęcie + opis + ilustracja) to wspaniale współgrające kompozycje, ale również książka jest kompletnym elementarzem. Elementarzem ważnych słów opisujących świat.

Na końcu publikacji znajdziemy wskazówki dla rodziców z pomysłami, jak z nią pracować. Rewelacyjna sprawa. Czasami dziecko podłapie temat i wyjdzie fajna dyskusja, a czasami popatrzy na nas znudzone i odłoży książkę „na wieczne nigdy”. Tu mamy zaproponowane konkretne zabawy, które można przeprowadzić z materiałem zawartym w publikacji. Nic skomplikowanego, ale czasami rodzicom takich pomysłów brakuje. Takie aktywności pomagają też wrócić do książki, może spojrzeć na nią z innej perspektywy, co w tym przypadku jest szczególnie ważne, bo nie jest ona bajką.

„Nasz świat”, czyli niewielka książeczka pełna mądrości i dająca wiele możliwości do wspólnej zabawy. Publikacja napisana w duchu eko. Chcąca pokazać, że o świat, w którym żyjemy trzeba dbać. Że jest to zarówno ważne, ale też miłe. W pomysłowy sposób zaraża młodych czytelników empatią wobec świata.


[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

"Zaufać wrogowi" K. Goldman, P. Herman

"Zaufać wrogowi" K. Goldman, P. Herman

Trzy skłócone rasy i jeden świat do uratowania. Marvia – księżniczka ludzi, Poena – księżniczka wampirów i Fuebo – następca tronu elfów będą musieli stawić czoła panu umysłów. Czy jeden wróg zjednoczy skłócone królewskie rody? Czy wspólna walka przerwie sieć intryg, kłamstw, wzajemnej nieufności? „Czy jednak możliwy jest pokój między istotami tak różnymi jak ogień i woda, jak wiatr i ziemia?”* Co przeważy interes świata, interes rodu, czy interes jednostki?

„Zaufać wrogowi” to klasyczne przygodowe fantasy. W pierwszych opiniach na temat tej powieści padły zarzuty, że początek jest zbyt monotonny. Fakt, że autorzy nie zaczynają książki jakimś mocnym akcentem. Zamiast tego spokojnie przedstawiają bohaterów, świat oraz relacje w nim panujące, istoty/źródła niechęci i konfliktów. Moim zdaniem robią to w ciekawy sposób. Szczędzą nam długich opisów, zamiast tego przy udziale spokojnie płynącej akcji wprowadzają nas do historii. Nie jest to może zbyt spektakularne, ale tez nie jest nużące. Mi takie wprowadzenie odpowiada. Udało mi się dzięki niemu przygotować na czekającą mnie przygodę.

W końcu akcja się rozkręca. Bohaterowie wyruszają na kolejne misje. Przed nimi wiele trudnych decyzji do podjęcia. Antagonista, z którym przyjdzie im się zmierzyć będzie wymagającym przeciwnikiem. Zabawi się w „kotka i myszkę” z młodymi następcami tronów, a także czytelnikami.

Do powieści fantasy często dodawane są różnego rodzaju mapki, żeby odbiorca mógł zorientować się w opisanym świecie, szczególnie, kiedy postacie sporo po nim wędrują. Zrobiono to również w tej książce. Jest ona tak bardzo „niespecjalna”, że muszę o niej napisać. Wygląda mniej więcej tak, jakby Halina Elżbiecie drogę do drogerii narysowała. Kilka kresek, góry, drzewka i czcionka tak maleńka, że bez lupy nie podchodź. Drodzy wydawcy i autorzy, nie róbcie czegoś takiego. Czytelnicy fantasy to bardzo wymagająca estetycznie grupa. Oni są zalewani pięknymi wydaniami, a taka prowizorka, w najlepszym razie, ich rozbawi. Do tego mapka ta nie ma żadnego wymiaru praktycznego, bo fatalnie się z niej korzysta. Dodać natomiast muszę, że dla mnie wystarczające były opisy zawarte w książce. Były na tyle czytelne, że ramię w ramię z bohaterami wędrowałam przez świat i historię z powieści.

Może macie mi za złe, że tak niewiele napisałam o fabule, ale ja staram się być oszczędna w słowach opowiadając o powieściach przygodowych. Wychodzę z założenia, że taka książka porwać czytelnika niczym wodny wir. Zakręcić mu w głowie i wciągnąć w „fabularne odmęty”. K. Goldman i P. Herman całkiem nieźle zakręcili tym co im się w głowach zrodziło. Powieść „Zaufać wrogowi” ma lepsze i gorsze momenty, ale ostatecznie okazała się dość zajmującą lekturą.

* K. Goldman, P. Herman, „Zaufać wrogowi”, wyd. Alternatywne, Poznań 2022, s. 7.


[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

"Co zrobi Frania? Asertywność" Barbara Supeł

"Co zrobi Frania? Asertywność" Barbara Supeł

„Asertywność to inaczej posiadanie własnego zdania i wyrażanie go.”1 W teorii brzmi to bardzo prosto, jednak często się słyszy, że ludzie mają problem z byciem asertywnym. Sięgają po rożne poradniki, ćwiczenia, żeby pracować nad tą umiejętnością. Przywołam teraz pewne przysłowie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Skoro ta asertywność jest tak trudna, ćwiczmy ją od najmłodszych lat. I tu stajemy przed pewnym paradoksem. Istnieje takie przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, bezwzględnie słuchać opiekunów itd. Gdzie tu miejsce na własne zdanie? W teorii wiemy, że każdy ma prawo odmówić, a w praktyce... „Daj chłopczykowi tę zabawkę”, „Zjedz jeszcze łyżeczkę zupki”, „Idź do cioci na kolanka” - czy szanujemy granice naszych dzieci?

W genialny sposób „ugryzła” temat Barbara Supeł w książce „Co zrobi Frania? Asertywność”. Tłem dla trzech historyjek są urodziny Ryśka, brata tytułowej bohaterki. Na owej imprezie skupiamy się na trzech „incydentach”. Pierwszy, kiedy dzieci wspólnie się bawią, ale Frania nie chce oddać swojego samochodziku, żeby nie uległ zniszczeniu. Drugi, kiedy mama proponuje wspólne śpiewanie, a zachęcana przez babcię Frania nie ma ochoty brać w nim udziału. Trzeci to znów zabawa dzieci. Tym razem w rodzinę. Młodsza siostra Frani jest „bobasem” i wpada w złość, kiedy dziewczynki próbują zawinąć ją w kocyk.

Opowiastki te można podzielić na pół. Barbara Supeł krok po kroczku rozwija fabułę w kierunku konfliktowej sytuacji. Frania zaczyna czuć się niekomfortowo i w tym momencie autorka robi „stop”. Pojawia się coś na kształt quizu. Bohaterka książki pyta się czytelników, jak ich zdaniem się zachowała. Zabieg, który niezmiernie mi się podoba. Jest to chwila na rozmowę z dzieckiem, o tym jak ono by postąpiło. Mamy kilka opcji do wyboru, które możemy omówić. Z takiej dyskusji rodzic może wysnuć wiele wniosków. Po przerywniku historia płynie dalej. Oczywiście w kierunku finału w duchu asertywności.

Po przeczytaniu bajeczek czeka na nas jeszcze czwarta część zatytułowana „Porady Frani”. Bohatera tłumaczy w niech czym jest asertywność i przedstawia różne sytuacje, w których można/trzeba powiedzieć „nie”. Nie jestem w stanie oddać słowami zachwytu, jaki poczułam po przeczytaniu tej części. Wspaniałe podsumowanie zawartych w książce opowiadań. Doskonale ujęta w proste słowa istota asertywności. Autorka wpadła też na genialny pomysł, jak zaangażować rodziców. Znajduje się tu kilka zadań, tematów do rozmowy. Ustami Frani zachęca dzieci, żeby porozmawiali o nich z opiekunami. Omówicie te zagadnienia. Dowiecie się dzięki temu, jak wasze dziecko postrzega pewne sprawy. Wiedza bezcenna.

Mogę z czystym sumieniem napisać, że „Co zrobi Frania? Asertywność” to jedna z najlepiej napisanych książek dla dzieci, jakie miałam okazję czytać. Waga tematu oraz sposób jego przedstawienia czyni ją pozycją obowiązkową w każdej dziecięcej biblioteczce. Cieszymy się, kiedy dziecko nauczy się czytać, liczyć itp., ale „sztuka mówienia nie” jest ciągle niedoceniana, a wręcz budzi sprzeciw opiekunów. A przecież niebotycznie podnosi ona bezpieczeństwo i szanse sukcesu naszych dzieci. Widziałam kiedyś świetną grafikę. Z jednej strony karmiony maluch i cała tyrada typu: „Jeszcze łyżeczkę.”; „Za mamusię”; „Tak się starałam.”; „Dobry szpinaczek.”; „Duży urośniesz.”; „Gabryś ładnie zjadł, a ty co.”. Z drugiej strony grupa rówieśnicza i podobna „litania”: „Z kumplami nie zapalisz.”; „Wiesz, jak trudno było to załatwić.”; „Będzie dobra faza.”; „Nie bądź dupa, jak ten wymoczek Janek.; „Nie daj się prosić.”. Myślę, że analogia jest jasna. Zostawiam wam to porównanie do przemyślenia i wracam do Frani. Wyjątkowo kibicuję tej publikacji. Została perfekcyjnie napisana i wydana. Zawiera bajeczki, wskazówki dla dzieci i jest forum do dyskusji oraz ćwiczeń. Chyba lepiej być nie mogło.

1 Barbara Supeł, „Co zrobi Frania? Asertywność”, wyd. Słowne młode, Warszawa 2022, s. 38.


[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

"Polska. 70 pomysłów na niezapomniany weekend" Anna i Marcin Nowakowie

"Polska. 70 pomysłów na niezapomniany weekend" Anna i Marcin Nowakowie

Jakiś czas temu prezentowałam książkę państwa Pomykalskich „Polska z pomysłem”. Została bardzo ciepło przyjęta przez czytelników moich opinii, dlatego postanowiłam zwrócić uwagę na podobne publikacje. Długo nie musiałam szukać. Anna i Marcin Nowakowie napisali przewodnik pt.: „Polska. 70 pomysłów na niezapomniany weekend”. Jest to subiektywny zbiór miejsc i atrakcji, które ich zdaniem warto zobaczyć. Sprawdźmy co ta książka ma nam do zaoferowania.

Miejsca zostały posegregowane tematycznie: „Blisko dzikiej natury”, „Romantyczne i kameralne miasteczka”, „Ikony architektury”, „Współczesne arkadie”, „Z tradycją za pan brat”, „Widoki i krajobrazy”, „Cuda inżynierii i techniki”. Bardzo rozsądny pomysł. Skoro książka ma być dla nas skarbnicą podróżniczych inspiracji, można założyć, że nazwy miejscowości, regionów, obiektów nie muszą nam wiele mówić. Ktoś zadbał, żeby tytuły rozdziałów były lekko fikuśne, ale wszystko w granicach normy. Myślę, że bez problemu domyślicie się na jakim typie atrakcji autorzy skupili się w każdym z nich.

Jeżeli chodzi o opisy poszczególnych miejsc, są raczej konkretne, może nawet podręcznikowe. Jednak po tego typu publikacji nikt nie oczekuje poetyckości, a krótkiej, rzetelnej informacji i taką serwują Anna i Marcin Nowakowie. Po prezentacji każdego miejsca znajduje się graficzne podsumowanie. Jest to kilka pytań, np. „Mogę zabrać psa?”, „Dla rodzin z dziećmi”, „Infrastruktura turystyczna?” itp. W odpowiedzi na nie autorzy przyznają od jednej do pięciu kropek. Nie zawsze rozumiem te oceny. Po pierwsze nie ma do nich legendy. Czy 2 kropki znaczą, że raczej nie zabierać psa, czy może, że nie jest mile widziany w danym miejscu? A jak jest pięć, a nie mam psa to pożyczać od sąsiadów? Po drugie, nie wiem jak autorzy oceniali pewne zagadnienia. O ile można jakoś stwierdzić, czy infrastruktura turystyczna lub komunikacja miejsca jest dobra, to jak ocenić, że będzie to dobry/niedobry kierunek na wyjazd dla pary. Jedni lubią podróżować we dwójkę, inni w grupie. Jedni wolą daną aktywność, inni inną. Wydaje mi się, że w tym przypadku za bardzo wchodzimy w indywidualne preferencje czytelników.

W książce znaleziono również rozwiązanie, dla osób, które interesuje dany region. Wszystkie miejsca są ponumerowane i naniesione na mapki – na początku rozdziałów oraz po wewnętrznej stronie tylnej okładki. Bardzo mnie cieszy, że o tym pomyślano. Skoro w podtytule widnieje „niezapomniany weekend”, jednak liczy się też czas podróży. Albo np. wiemy, że będziemy w danym terminie w konkretnym rejonie Polski. Możemy szybko sprawdzić, co ciekawego tem zobaczymy. Do tego mapki te zachęcają do nanoszenia własnych odkryć, własnych cudownych miejsc. Po prostu to zróbmy, Może kiedyś spojrzymy i zapragniemy tam wrócić.

Polska chce być przez turystów odkryta. Czasami wystarczy odjechać kilka kilometrów od miejsca zamieszkania i znajdziemy zapierające dech w piersiach miejsce. Bywa też tak, ze brakuje nam pomysłów. Wtedy możemy zainspirować się właśnie taką książką. Anna i Marcin Nowakowie chętnie dzielą się tym, co uznali za interesujące. Skoro widzieli, sprawdzili to może warto zapoznać się z ich rekomendacjami.


[Egzemplarz recenzencki]

"Naftowa Wenus" Aleksandr Sniegiriow

"Naftowa Wenus" Aleksandr Sniegiriow

W październiku 2020 roku wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego nastąpiło zaostrzenie prawa aborcyjnego w Polsce. Rozpoczęła się rozgrzewająca do czerwoności dyskusja. Wielu z nas zadawało sobie pytanie, jakbyśmy my się zachowali, gdybyśmy usłyszeli, że nasze dziecko jest poważnie chore. Ludzie pytali się siebie „(...) jak postąpiliby, gdyby w ich życiu pojawił się down.”1

Nie przez przypadek wywołałam tym dosadnym cytatem Zespół Downa. W dyskusji o obronie życia często powoływano się na osoby, które zostały nim dotknięte. Rodzice takich dzieci fotografowali się z nimi i opowiadali, jakie są cudowne. Traktując zwolenników aborcji trochę, jak morderców czyhających na życie ich pociech. Ja tutaj nie będę pisała, po której stronie barykady stoję, chociaż uważny odbiorca pewnie wyczyta to między wierszami. Wywołałam ten temat dlatego, że w moje łapki wpadła książka, która idealnie wpisuje się we wciąż żywą – pomimo upływu dwóch lat – dyskusję. Mam na myśli powieść Aleksandra Sniegiriowa pt.: „Naftowa Wenus”. Książkę o relacji między ojcem, a jego niepełnosprawnym synem.

Możemy ją podzielić na dwie części. Pierwsza, w której poznajemy Fiodora i Iwana. Autor skupia się w niej na historii tych postaci i emocji, jakie towarzyszą wychowaniu dziecka z Zespołem Downa – rozczarowaniu, wstydowi, poświęceniu, zazdrości, ale też miłości i wzajemnej trosce. Druga część to pasmo szalonych przypadków. Wręcz absurdalnego cyklu powiązanych ze sobą zdarzeń. Nie do końca wiem, jak je interpretować, więc nie podzielę się z wami moimi myślami. Wydarzenia są realne, a jednak ich koncentracja wokół Naftowej Wenus, czy też efekt jej pojawienia się w życiu bohaterów kojarzy mi się z groteską w stylu Vonneguta czy Bułyczowa – których ubóstwiam.

Wracając do okołoaborcyjnej dyskusji. Myślę, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy powinni tę powieść przeczytać. Jej wielkim atutem jest dosadny język. Aleksandr Sniegiriow nie sili się na „polityczną poprawność”. Jest bezpośredni i bezczelny. I to rewelacyjnie obrazuje, jaką skomplikowaną sprawą jest wychowywać niepełnosprawne dziecko, ile złych i dobrych emocji siedzi w jego opiekunie. (Tak, wiem, że nie ma dobrych i złych emocji, są po prostu emocje. Biorę na siebie cała krytykę związaną z tym zwrotem, jednak on idealnie przekazuje to co chcę powiedzieć.)

Wania nie był chciany. Jego ojciec nie miał wyboru. Musiał się nim zająć. Musiał wybrać pomiędzy intratną pracą, poziomem życia, a synem. „I wtedy zrozumiałem: inwalida to nie jest zwykłe więzienie. To więzienie, które budują sobie ci, którzy inwalidą się opiekują.”2 mówi rozgoryczony, zmęczony Fiodor. Z drugiej strony dokłada wszelkich starań, żeby chronić Wanię przed światem, przed wścibskimi spojrzeniami przechodniów, przed nieodpowiedzialną opiekunką itd., itp. Kontrast między słowami i czynami, aż bije po oczach.

Przypatrzmy się przez moment Iwanowi. Pomimo używania zwrotów, które można by uznać za obraźliwe, autor rysuje Wanię, jako cudownego, rezolutnego chłopca. To jest taki bohater, którego pokochamy, chcemy przytulić i również otoczyć opieką. Aleksandr Sniegiriow w „Naftowej Wenus” porusza również kwestię, o której mało się mówi. Mianowicie, jak niepełnosprawny postrzega sam siebie. W pewnym miejscu Wania krzyczy: „Nie chcę być głupkiem! Nie chcę być pokraką! Chcę być mądry, piękny, uczciwy, odważny, szczery... Codziennie się modlę...”3 Jeżeli chronimy życie, to chronimy je do śmierci. Nie kończymy na narodzinach. Każda osoba, która przychodzi na świat – nieważne czy pełno czy niepełnosprawna – powinna mieć prawo do godności. A godność to m.in. szacunek do samego siebie.

Zwrócę jeszcze uwagę na to, że Aleksandr Sniegiriow zamyka tę historię. Trochę mnie to zaskoczyło. Myślałam, że będzie paplał o życiu Fiodora i Wani, aż wyczerpią mu się pomysły. Okazało się, że powieść została napisana z planem, z pomysłem na finał i morał. Powinnam dodać dobry, mocny finał i morał.

Nie chciałabym, żeby „Naftowa Wenus” przepadła w fali krytyki rosyjskiej inwazji na Ukrainę. To nie jest książka polityczna, to książka proludzka. Niepełnosprawność dotyka wszystkich nacji, dlatego nieważne, w jakim języku się o niej opowiada. Aleksandr Sniegiriow ofiarował czytelnikom bezpardonową, ale też przesyconą wrażliwością powieść. Mocna, dosadna, piękna i fantastycznie napisana. Rewelacyjne ujęcie tematu i przepyszna literacka uczta.

1 Aleksandr Sniegiriow, „Naftowa Wenus”, tłum. Borys Hass, wyd. Glowbook, Sieradz 2022, s. 34.

2 Tamże, s. 38.

3 Tamże, s. 43.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

"Afgańska perła" Nadia Hashimi

"Afgańska perła" Nadia Hashimi

Allah nie obdarzył Arifa synem. Jego dom jest pełen „młodych kobiet”, a „młode kobiety” to problem dla klanu. Do tego jeszcze buńczuczna siostra jego żony domaga się dostępu do edukacji dla dziewczynek. Szaima jest zdeterminowana, żeby walczyć o przyszłość siostrzenic. Przywołuje historię ich przodkini Szekiby, oraz tradycji „bacza posz” - „dziewczyny przebranej za chłopca”.

W powieści „Afgańska perła” mamy dwie linie czasu i dwie niesamowite bohaterki. Wspomniana już Szekiba, która żyła w XIX wieku, za panowania króla Amanulla Khana. Kobieta pochodząca z kochającej się rodziny, ale przez swoje kalectwo odrzucona przez klan. Bardzo boleśnie przekonała się, że jako kobieta nie może nawet myśleć o egzekwowaniu swoich praw. Co jednak, gdyby była synem, nie córką? Trafiając na królewski dwór przekonuje się, jak to jest żyć w przebraniu.

Drugą bohaterką jest Rahima. Ona, dzięki ciotce, będzie mogła posmakować wolności. „Moje nogi czuły się wyzwolone, przemierzając swobodnie ulice – wcześniej ciągle wplątywały mi się w sukienkę.”1 mówi zachwycona bohaterka. Jednak jej ciało nieuchronnie zaczyna dojrzewać. Jak, biegająca swobodnie po ulicy, Rahima odnajdzie się zamknięta w małżeńskiej klatce?

Dwie muzułmanki, dwie bardzo silna, wspaniałe bohaterki, dwie – można je tak określić – buntowniczki. Rahimę i Szekibę dzieli ponad 100 lat, jednak ich życiorysy mają kilka wspólnych elementów. Najbardziej oczywisty to epizod „bycia mężczyzną”. W tym miejscu muszę odnieść się do fatalnych sformułowań z opisu na okładce książki. „Rahima (…) postanawia zostać tak zwaną bacza posz (…)”2 Przypominam, że mówimy o dziecku. Nie sadzę, że w jakiejkolwiek kulturze mogłoby ono tak sobie postanowić o takiej metamorfozie. Z treści książki jasno wynika, że to ciotka dziewczynki była inicjatorem tego pomysłu. Kolejny cytat: „Niemal sto lat wcześniej podobnie postąpiła jej przodkini Szekiba. Podjęła decyzję o przeniesieniu się z małej afgańskiej wioski do przepięknego kabulskiego pałacu (…)”3 To ja czytałam o innej Szekibie. Szekiba z „Afgańskiej perły” nie marzy o niczym innym, jak odzyskać ojcowiznę i żyć stroniąc od ludzi. Przekazywana z rąk do rąk Szekiba utyskuje na znaczenie swojego imienia, które oznacza dar: „To jest właśnie problem z prezentami (…). Że się je rozdaje innym.”4

Kolejną cechą wspólną bohaterek „Afgańskiej perły” jest to, że obie – w różnych okolicznościach – poznały, co to znaczy być wolnym. Ten epizod zaważył na ich sposobie myślenia. Pragnienie odzyskania straconej swobody było ogromne. Rodziło to w nich sprzeciw wobec „nasib”, przeznaczenia. Mam wrażenie, że podczas pisania zaważyło amerykańskie wychowanie Nadii Hashimi, autorki książki. Na stronie wydawnictwa można przeczytać z nią wywiad, w którym mówi między innymi o tym, że jej rodzina kultywowała tradycję, ale była otwarta na zwyczaje panujące w kraju, w którym żyli, czyli USA. Podkreśla, że jej wychowanie nie różniło się wiele od wychowania dzieci, które ją otaczały.5 Swoim bohaterkom „wszczepiła” szczyptę zachodniego sposobu myślenia. I nie jest to zarzut, a stwierdzenie faktów. Szczególnie, że pisarka nie ocenia, a pozwala postaciom z powieści nazwać pewne rzeczy po imieniu.

Odnośnie oceniania. Jestem daleka od komentowania jakiekolwiek kultury, jednak tradycja „bacza posz” nie daje mi spokoju. Kryje się za nią straszna hipokryzja, ale również desperacja. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak zmieniając wyłącznie strój, osoba otrzymuje nowe przywileje. Jako Rahima dziewczyna mogła wywołać skandal, bo ktoś jechał za nią na rowerze. Jako Rahim natomiast jest zachęca na wspólnego kopania piłki i szwendania się po ulicach z chłopakami. Trudno mi również zrozumieć, jak taka „prowizorka” ma zrekompensować brak pierworodnego. W jakimś celu jednak taka tradycja powstała i coś tym ludziom daje.

Jestem zdania, że motyw kobiety w kulturze islamu został już wyczerpany na gruncie literatury. Kiedyś lubiłam czytać takie historie, ale zrezygnowałam, bo wydawały mi się do siebie podobne. Nadia Hashimi pisze również o ucisku muzułmanek, ale trochę inaczej. Wprowadzając motyw „dziewczyny przebranej za chłopaka” pokazuje tę kulturę z innej perspektywy. Pozwala jej to ukazać kobietę nie zdesperowaną, a wojowniczą. Owa siła emanująca z dwóch głównych bohaterek „Afgańskiej perły” jest porażająca.

1 Nadia Hashimi, „Afgańska perła”, przeł. Monika Pianowska, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 60.

2 Tamże, okładka.

3 Tamże.

4 Tamże, s. 73.

"Wkrętośrubek w poszukiwaniu szczęścia" Mariusz Kulma, Tomasz Wiśniewski

"Wkrętośrubek w poszukiwaniu szczęścia" Mariusz Kulma, Tomasz Wiśniewski

Robot w literaturze dziecięcej poszukiwany „na już”! Moje pierwsze skojarzenie to Blaszany Drwal z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, który wędrował w poszukiwaniu serca. Ja chciałabym wam przedstawić innego wędrującego robota. Ma na imię Wkętośrubek i jest tytułowym bohaterem książki Mariusza Kulmy i Tomasza Wiśniewskiego pt. „Wkrętośrubek w poszukiwaniu szczęścia”.

Opowieść zaczyna się na złomowisku, gdzie lądują przestarzałe maszyny. Tam Wkrętośrubek budzi się i poznaje pająka Gburka. Zaczynają rozmowę, w której pada słowo „szczęście”. Bardzo intryguje ono bohatera książki. Rusza w drogę, a podczas wędrówki poznaje kolejne istoty, którym pomaga i dyskutuje z nimi, czym dla nich jest szczęście. Będzie to bardzo pouczająca i nieco filozoficzna podróż.

Jakie mamy wrażenia po przeczytaniu tej publikacji? Bardzo pozytywne. O tym, czym jest szczęście można długo rozmawiać. Przypuszczam, że każdemu z nas co innego przyjdzie do głowy. Autorzy sprytnie dopasowali definicję szczęścia do poszczególnych postaci np. róża mówi o wodzie, ptak o lataniu, lisek o ciepłej norce itp. Moja córka szybko załapał, o co chodzi i zaczęła zastanawiać się, jak odpowiedziałaby na pytania głównego bohatera.

„Wkrętośrubek...” jest u nas hitem, jeżeli chodzi o czytanie do snu. Jest to książka przesycona dobrem i spokojem. Treść, tempo, klimat publikacji – to wszystko sprzyja wyciszeniu, pomaga się zrelaksować i mam nadzieję, że zapewnia „słodkie sny”.

Czytając „Wkrętośrubka...” nie mogłam odpędzić skojarzeń z „Małym księciem”. Trochę zdezorientowany, ale ciekawy świata robot wędruje od miejsca do miejsca i rozmawia z kolejnymi istotami. Nie sprawdzałam aktualnej listy lektur, ale z tego co pamiętam „Mały książę” zaplanowany jest na ostatnie klasy podstawówki. „Wkrętośrubek...” kierowany jest do zdecydowanie młodszych dzieci. Treść jest dużo prostsza, przesłanie bezpośrednie, dzięki czemu książka jest łatwiejsza w odbiorze. Jeżeli ktoś regularnie zagląda do moich opinii wie, że mam czteroletnią córkę, jednak nie oznacza to, że wspomniana publikacja jest wyłącznie dla przedszkolaków. Biorąc pod uwagę długość i „trudność” tekstu oraz to jak została wydana (czcionka, ilość ilustracji itp.) myślę, że nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym mogą po nią sięgnąć i nie będą się nudzić.

Co ja będę się długo rozwodzić. Do naszej biblioteczki dołączyła świetna książka. Okazała się idealna do czytania do snu, ale też stała się pretekstem do ciekawej dyskusji . Autorzy udowodnili również, że roboty nie są tylko dla chłopaków. Ja mam w domu dziewczynę, zakochaną w Wkrętośrubku.


[Egzemplarz recenzencki]

"Prawdziwi przyjaciele" Salina Yoon

"Prawdziwi przyjaciele" Salina Yoon

„Dennis był zwykłym chłopcem, który wyrażał siebie w niezwykły sposób.”1 Tak rozpoczyna się książka Saliny Yoon „Prawdziwi przyjaciele”. Czym wyróżnia się przywołany bohater. Dennis jest mimem. „Niektóre dzieci w klasie pokazywały i opowiadały. Dennis zamiast tego robił pantomimę.”2 Ponieważ chłopiec różnił się od grupy nie potrafił nawiązać z nią nici porozumienia i czuł się samotny. „Aż kiedyś Dennis kopnął wymyśloną piłkę i ktoś ją złapał.”3 Tak narodziła się przyjaźń.

„Prawdziwi przyjaciele” to prześliczny picturebook. Opowiada o tym, czym jest przyjaźń w bardzo konkretny acz metaforyczny sposób. Myślę, że Salina Yoon nie bez powodu zrobiła mima głównym bohaterem tej historii. To, że jest to specyficzna profesja i potrzeba nieco wyobraźni, żeby zrozumieć pantomimę, to jedna kwestia. Druga, to to, że owa niewerbalność pomaga zobrazować stan ducha bohatera.

Shalina Yoon przygotowała przepiękną opowieść. Co prawda z przedstawioną przez nią istotą przyjaźni polemizowałbym, ale o tym za chwilę. Fakt jest taki, że ja się wzruszyłam, jej prostotą i pięknym przesłaniem. Natomiast zauważyłam, że moja córka ma problem z tą książką. Już na płaszczyźnie wizualnej pojawiły się zgrzyty. Rzeczy pokazywane przez Denisa zostały narysowane przerwaną linią. Ma to sens i nie wyobrażam sobie, jak można by to zrobić inaczej, jednak moja córka była przekonana, że jest to książeczka z zadaniami i owe linie trzeba połączyć. Ile ja się natłumaczyłam, zanim usiadłyśmy do czytania, a i tak była nieprzekonana, że to bajka.

Treść również nie do końca do niej trafiła. M. ma koleżanki i kolegów w przedszkolu, bawi się z dziećmi naszych znajomych i sąsiadów. Z niektórymi dogaduje się lepiej z innymi gorzej, jednak nie nazwałabym nikogo jej przyjacielem. Pierwsze czytanie „Prawdziwych przyjaciół” skończyło się zdezorientowaną miną. „Dlaczego ta bajka jest taka krótka?”, „Dlaczego on siedzi w kwadracie?”, „Dlaczego ktoś tego nie dorysował?”, „Dlaczego tylko ta dziewczynka chce się z nim bawić?” - posypał się grad pytań. Widziałam, że dziecko kompletnie nie ogarnęło, co autorka miała na myśli. Po tym naszyły mnie wątpliwości, dla kogo jest ta publikacja. Czy dla przedszkolaka nie jest zbyt skomplikowana, a dla starszaka za krótka? Zresztą uważny czytelnik zwróci uwagę, że już dla M. ta publikacja wydała się za krótka. Czym córka mnie zaskoczyła to, że w kolejnych dniach sięgnęła po nią ponownie. Widzę, że jej się podoba i, że bardzo chce wszystko zrozumieć. Zaimponowała mi.

Zastanówmy się przez chwilę, czym jest przyjaźń. Najpierw cytat z „Prawdziwych przyjaciół”: „Oboje widzieli świat w ten sam sposób.”4 Coś w tym jest, jednak można dyskutować z tym stwierdzeniem. Zacytuję moją przyjaciółkę: „Wiesz Asia za co cię lubię? Bo nawet jak się nie zgadzamy to to szanujemy.” Być może jest tak, że na przyjaciół wybieramy osoby, z którymi mamy coś wspólnego, ale jeżeli się uprzemy to z każdym poznanym przez nas człowiekiem z czymś się zgadzamy, a coś nas poróżni. Szybciej zaprzyjaźnimy się z osobą, z którą uda nam się ciekawie porozmawiać, niż z tą, którą uznamy za kretyna. Zauważyłam też, że moje przyjaciółki mają różne osobowości, a każda z nich w pewien sposób dopełnia moja życie.

Trochę odbiegliśmy od tematu tego wpisu, czyli książki „Prawdziwi przyjaciele”. Sporo już o niej napisałam, spróbujmy więc jakoś to podsumować. Powiem wam, że picturebooki są dla mnie dość wymagającym typem publikacji. Nie wystarczy ich przeczytać. Trzeba się maksymalnie zaangażować, żeby wprowadzić dziecko w temat. Jeżeli chodzi o ten konkretny idzie nam opornie, ale idzie. Dla mnie, jako dla mamy, jest wspaniały. Mądry, napisany z pomysłem i pięknie wydany. Dla mojej córki nie jest do końca zrozumiały. Albo jest zbyt metaforyczny, albo pojęcie przyjaźni jest jeszcze dla niej zbyt abstrakcyjne. Jednak coś ją do niego przyciąga, bo cały czas przynosi go do poczytania.

1 Salina Yoon, „Prawdziwi przyjaciele”, przeł. Marta Duda-Gryc, wyd. Czytalisek, Gliwice 2022, s. 5-7.

2 Tamże, s. 14-15.

3 Tamże, s. 21-22.

4 Tamże, s. 28.

[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

"Ruda muza" Daria Bartoszak

"Ruda muza" Daria Bartoszak

Co jest największą zmorą artysty? Brak weny. Paraliż jaki nadchodzi, kiedy chce się tworzyć. Henry, bohater powieści Darii Bartoszak „Ruda muza”, w takich chwilach ucieka w alkohol. Czy ten mu pomaga? Jeżeli te krótkie chwile zapomnienia okupione bólem głowy można nazwać ulgą to tak. Wena jednak nie wraca. I wtedy Henry zauważa ją. Najpiękniejszą kobietę, jaką nosiła Ziemia. Swoja rudą muzę.

O Henrym chciałabym opowiedzieć wam więcej. Pewnie wielu z nas spojrzy na niego z zazdrością. Amerykanin, który pochodzi z bogatej rodziny. Studiuje na wybranej uczelni. Ma własny dom i nieograniczone fundusze, żeby prowadzić wygodne życie. U jego boku stoi zapatrzona w niego dziewczyna. Jednak jego porywa faja autodestrukcji, a prąd jest zbyt silny, żeby chłopak wyrwał się z niego bez pomocy. Tylko ten nie do końca chce chwycić pomocną dłoń.

Muszę przyznać, że Henry jest niesztampową postacią. Student niestroniący od alkoholu, jednak nie imprezowicz, raczej samotnik. Ubóstwiający kobiece piękno, ale monogamista. Najbardziej w tej kreacji podoba mi się jednak smętno-beznadziejna atmosfera jaką Daria Bartoszak otoczyła swojego bohatera. „Czuł się słaby lecz nie fizycznie. To jego moralność byłą słaba, wręcz zdruzgotana. To jego psychika była słaba, jego wola upadała (…)”1 Do tej postaci świetnie pasuje opętanie obcą kobietą. Opętanie, które bezwzględnie zawładnęło jej umysłem, które warunkuje każdy jej krok.

Spójrzmy teraz na „Rudą muzę” jako całość. Jest to powieść obyczajowa, ale ta z tych smutnych. Daria Bartoszak sprawnie podkręca i usypia wspomnianą beznadziejność, która otacza głównego bohatera i nadaje książce klimat. Dzięki temu trudno przewidzieć czy pisarka postanowiła zaskoczyć nas „happy endem”, a może dramatycznym finałem.

Generalnie jest to nieprzewidywalna książka. To znaczy, możemy domyślić się skutków pewnych dokonanych przez postacie wyborów, czy też domyślić zakończenia niektórych epizodów. Jednak ciężko domyślić się, jak zakończy się ta historia, gdzie autorka poprowadzi swoich bohaterów. Żeby rozwiać wszelkie domysły, napiszę, iż nie jest to tylko opowieść o szukaniu muzy. Jest to jedna z rzeczy, które dość mocno zaprzątają umysł głównego bohatera, ale nie tylko. Nie jest to romansidło o zalotach bogatego chłopca do pięknej rudej dziewczyny. Daria Bartoszak poruszyła w swojej książce takie tematy jak uzależnienie, pieniądze, choroba, miłość, przyjaźń, macierzyństwo, relacje rodzinne. Może tych zagadnień jest dużo, jednak nie walczą one między sobą o uwagę czytelnika. Zostały bardzo sprawnie, bardzo spójnie wplecione w tę opowieść, która – wbrew pozorom – nie jest mocno skomplikowana, nie jest nadmiernie rozbudowana. Jeżeli chodzi o proporcję, pisarka wykazała się świetną intuicją.

Większość akcji powieści ma miejsce w Toruniu. Gdyby to było inne miasto pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, ale mam małą obsesję na temat przedstawiania „grodu Kopernika” w literaturze, więc nie zasnęłabym, gdybym o tym nie napisała. Daria Bartoszak zdecydowanie lepiej radzi sobie z opisem ludzi, ich charakterów i emocji niż miejsc. Kompletnie nie poczułam atmosfery miasta, nie byłam w stanie wyobrazić sobie miejsc, o których była mowa. Czy „odwiedzaliśmy” jedną z dzielnic, czy centrum użyte sformułowania były tak ogólne – chyba zbyt bezpieczne – że właściwie nie miało znaczenia, o jakim mieście mowa.

Myślę sobie, że to nawet nieźle dla książki, iż pisarka poświęciła tyle uwagi postaciom, nawet kosztem opisu miejsca akcji. Oczywiście moja ogólna ocena poszybowałaby do góry, gdyby mój kochany Toruń został bajecznie opisany, jednak sama historia na tym nie ucierpiała. Bo emocji w niej dużo. Postaci jest niewiele, ale są bardzo wyraziste. Do autorka świetnie wyważyła wszystko co chciała w powieści j zawrzeć. Ja „straciłam głowę” dla tej książki. Najpierw pokochałam zagubionego Henry'ego. Kibicowałam mu, a zarazem drżałam o niego. Momentami nawet łzę uroniłam. No dobra, przyznam się. Chusteczki poszły w ruch.

1 Daria Bartoszak, „Ruda muza”, Toruń 2022, s. 272.


Książkę można nabyć na stronie Samowydawcy.pl lub bezpośrednio u autorki.

Wpis powstał przy współpracy z autorką.

"Hokus-pokus" Kurt Vonnegut

"Hokus-pokus" Kurt Vonnegut

Co ma do przekazania stary człowiek spisujący wspomnienia? Zapewne chce utrwalić najpiękniejsze, najdonioślejsze chwile swojego życia lub zachować dla potomnych jakąś mądrość. A co ma do powiedzenia „vonnegutowski” stary człowiek? Znając tego pisarza wnioskuję, że jego bohater nie zostawi suchej nitki na krewnych, znajomych, a nawet kraju. Panie i Panowie, poznajcie Eugene'a Debs'a Hartke – weterana wojny w Wietnamie, niespełnionego pianistę, nauczyciela.

Jaki jest autor/narrator/główny bohater powieści „Hokus-pokus”? Rozgoryczony, cyniczny ale też pogodzony z „kupą”, jaką – w jego ocenie – było jego życie. Ustami (a właściwie przy pomocy ołówka) Eugene'a wypływa rzeka „vonnegutowskiego” czarnego humoru, krytyki przesyconej ironią. To co mi się najbardziej spodobało w tej książce to jej subtelność. Świetnie widać, które sceny są przerysowane, które sądy, postacie mają prowokować, a przy tym wszystkim opisana historia wydaje się na swój sposób realna. Gdyby okazało się, że Eugene nie jest fikcyjną, a prawdziwą postacią, momentalnie bym w to uwierzyła.

Jeżeli chodzi o fabułę to jest raczej spokojna. Myślę, że to pogodzenie się autora/narratora/głównego bohatera z tym co mu się przytrafiło nadaje jej taki wydźwięk. Nie będę tutaj wchodziła w szczegóły jego życiorysu. Chciałabym jednanie zauważyć, iż Kurt Vonnegut dość szybko zakreśla te najważniejsze, przełomowe wydarzenia z życia bohatera. Potem do nich wraca, żeby je sukcesywnie rozwijać i wprowadzać – a raczej przedstawiać – czytelnikom kolejne postacie. Dzięki tym „małym historyjkom” podejmuje kolejne tematy we właściwym sobie groteskowym stylu,

„Hokus-pokus” to powieść o wyjątkowo ciekawej konstrukcji. Autor „bez względu na przyczynę pisał tę książkę ołówkiem na tym, co miał akurat pod ręką – czy był to szary papier pakowy, czy odwrotna strona wizytówki.”1 Powieść składa się z nierównej długości, acz ogólnie byśmy powiedzieli krótkich akapitów, a właściwie strzępków biografii oraz przemyśleń Eugene'a. Nawiązuje to do aktualnej sytuacji autora/narratora/głównego bohatera. Jakiej? Odsyłam was do powieści. To na co chciałabym zwrócić uwagę, to oszałamiający efekt, jaki robi ta pozorna fragmentaryczność. Z jednej strony lekki chaos, skakanie po wydarzeniach, wracanie do już przytoczonych epizodów, dygresje, a z drugiej genialny plan, doskonale przygotowany wywód i oryginalny wyraz artystyczny.

„Jak długo istnieje klasa niższa – należę do niej.

Jak długo istnieje element przestępczy – wywodzę się z niego.

Jak długo choćby jedna dusza przebywała w więzieniu nie jestem wolny.” 2

Zostawiam was z cytatem rozpoczynającym powieść „Hokus-pokus”. Wybrałam akurat ten na podsumowanie mojej opinii, bo mówi tak wiele i tak niewiele o autorze/narratorze/głównym bohaterze. Człowieku szarym. Człowieku, który nie dokonał nic wielkiego. Natomiast w rękach Kurta Vonneguta owa szarość nabiera nowych odcieni. Pisarz potrafi wycisnąć z niej sporo szklaneczek czarnego humoru.

1 Kurt Vonnegut, „Hokus-pokus”, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 5.

2 Tamże, s. 9.

"Szpetnicy" Maciej Kapuściński

"Szpetnicy" Maciej Kapuściński

Siedząc na przysłowiowych czterech literach jeszcze nikt świata nie zmienił. Bohaterzy książki Macieja Kapuścińskiego „Szpetnicy” postanowili ruszyć swoje szlachetne siedzenia i narobić przy tym dużo hałasu. Trzej studenci prawa zainspirowani marszałkiem Piłsudskim i ideą silnego państwa chcą „otworzyć oczy” swojemu pokoleniu. Okazją ma być odczyt wygłaszany przed prezydentem. Jaki pomysł na realizację swojego puczu będą mieli bohaterowie? Czy dojdzie do skutku? Jakie będą konsekwencje ich działań?

„Szpetnicy” to trudna w odbiorze książka. Żeby ją w 100% zrozumieć musimy mieć pewną wiedzę historyczną. Bez niej poczujemy się, jakbyśmy trafili na zebranie niewłaściwego kółka studenckiego. Ktoś mi szepcze do ucha, że jak się czegoś nie wie, zawsze można doczytać. I ma dużo racji. Kilka kliknięć na smartfonie i sytuacja się rozjaśnia. Mnie jednak jeszcze jedna rzecz przeszkadzała podczas czytania „Szpetników” - język. Najpierw cytat:

„Z lewej strony horyzontu rozpościerał się feeryczny obraz lasu. Kontemplacyjny i tajemniczy ozdabiał przestrzeń miasta, roznosił aurę spokoju i wyciszenia, zdawał się strażnikiem tego, co hieratyczne i niezgłębione.”1

Książka napisana jest pięknym językiem – poetyckim, a momentami eterycznym. Co z tego, kiedy zdarzało mi się czytać jedno zdanie po 3 razy, żeby je zrozumieć. Generalnie znam znaczenie każdego słowa, ale są one tak – nazwijmy to – niszowe, że ich nagromadzenie tworzy nienaturalny efekt. Jakby autor przed przystąpieniem do pisania hobbystycznie czytał słownik. Oczywiście taki styl nie musi być wadą. To jest kwestia gustu. Ja jednak wolę prostsze w odbiorze formy. Bazujące na intrygujących porównaniach, a nie na doniosłym stylu.

Czwartym bohaterem powieści jest Gdynia. Maciej Kapuściński zabiera swoich czytelników na spacer po tym mieście. Ja bardzo lubię takie zabiegi. Szczególnie kiedy „wędruję” po miejscach jakie znam. Cudnie popatrzeć na skwerki, uliczki innymi oczami. Przyznaję, że akurat Gdynia to nie jest mój „kawałek świata”, co nie zmienia faktu, że „przejść się” po niej było bardzo przyjemnie.

Niby literatura obyczajowa, ale jednak oderwana od codzienności większości z nas. Pewnie nawet ci co regularnie „psioczą” na rządzących nie snują, aż tak dalekosiężnych planów. Jeżeli jesteście ciekawi co maja do powiedzenia młodzi idealiści to zapraszam was do przeczytania powieści Macieja Kapuścińskiego. Zapomniałam jeszcze o jednej ważnej informacji. Czas akcji to początek 2004 roku, czyli Polska jest w przededniu wstąpienia do Unii Europejskiej. Jak się na to zapatrują bohaterowie?

1 Maciej Kapuścińki, „Szpetnicy”, wyd. Novae Res, Gdynia 2021, s. 11.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Chłopak dla teściowej" Agnieszka Walczak-Chojecka

"Chłopak dla teściowej" Agnieszka Walczak-Chojecka

Drżę na myśl o komediach. Boję się ich bardziej niż horrorów. Mam bardzo kiepskie doświadczenia z tego typu książkami. Cóż, poczucie humoru jest sprawą indywidualną. Jednak kiedy zobaczyłam, że Agnieszka Walczak-Chojecka w jednej ze swoich książek wykorzystała motyw teściowej z piekła rodem, pomyślałam sobie: „To może się udać”. Temat wdzięczny w opracowaniu, dający ogromne pole do popisu. Ileż złośliwości może wymyślić taka teściowa? Jak może odegrać się zdesperowana synowa? Ja mam sympatyczną teściową, więc może dlatego łatwo mi się z tego śmiać, ale... mnie to bawi. Dlatego z entuzjazmem usiadłam do czytania powieści „Chłopak dla teściowej”.

Trzy pokolenia mieszkają pod jednym dachem córka (Olga), matka (Natalia) i teściowa (Ida). O ile najmłodsza członkini rodziny jest kochana i wspierana, to pozostałe dwie panie za sobą nie przepadają. Iga, emerytowana dyrektorka i pedagog, lubi rządzić i oczekuje, że synowa będzie jej usługiwać. Ma być tak jak i kiedy „mamusia” chce. Natalia stara się ją zadowolić, ale jest to niemożliwe. Ma wrażenie, że teściowa specjalnie wymyśla kolejne zadania, wprowadza w domu nowe zasady, aby uprzykrzyć jej życie. Synowa wie, że nie może zostawić jej bez opieki. Przez myśl przelatuje jej pomysł, żeby załatwić „mamie” miejsce w domu spokojnej starości, to jednak kosztuje. Może więc zrzucić na kogoś odpowiedzialność za teściową. Tylko na kogo? Przydałby się jakiś męski towarzysz. Natalia ma już nawet odpowiedniego kandydata. Wystarczy zeswatać tę parę.

W międzyczasie Olga, która pracuje jako modelka, wyjeżdża na sesję zdjęciową do Jordanii, gdzie znika. Policja i ambasada „spławiają” przerażoną matkę, więc ta decyduje się szukać córki przy pomocy prywatnego detektywa. Natalia i Ida muszą tymczasowo zejść z wojennej ścieżki, żeby zebrać jak najwięcej informacji o wyjeździe Olgi.

Agnieszka Walczak-Chojecka napisała przesympatyczną książkę. Ode mnie duży plus za niewymuszony humor. Jego źródłem jest Ida. Kobieta jest mistrzynią w wymyślaniu absurdalnych zadań i mistrzynią ciętej riposty. Pisarka kreując tę postać nie przekroczyła granicy między realizmem i absurdem. Patrząc przez perspektywę własnych doświadczeń z pedagogami, ta postać jest dla mnie na wskroś prawdziwa. Mam wrażenie, że ta grupa lubi ustawiać ludzi po kątach, a swojego zdania broni po trupach, do tego są pełni życia i chętnie angażują się w różne przedsięwzięcia. Taka jest Ida. Stara, mądralińska cwaniara z jajami – i nie piszę tego złośliwie, a z wielką sympatią.

Wprowadzenie wątku zniknięcia Olgi był bardzo dobrym posunięciem. Ożywia fabułę, która choć barwna zagrożona była monotonią. Wprowadza element napięcia, zagrożenia w komediową konwencję. A czytelnik jest zwyczajnie ciekawy, co się dziewczynie przydarzyło.

Gdyby Agnieszka Walczak-Chojecka się uparła mogłaby opisać tę historię jako komediodramat, jednak pisarska intuicja jej nie zawiodła. Dobrze wyczuła, że to komediowa konwencja nada powieści przyjemnego luzu. I chyba dzięki niemu pochłonęłam „Chłopaka dla teściowej” w jedno popołudnie. Wspomnieć również muszę o tytułowej teściowej. Genialnie wymyślona i napisana postać. Zapewne mieszkać z nią byście nie chcieli, ale czytanie o jej perypetiach to „inna para kaloszy”.


Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger