"Śpij, dziecinko, śpij..." Jolanta Bartoś

"Śpij, dziecinko, śpij..." Jolanta Bartoś

Natalia widzi przyszłość w różowych barwach. Spodziewa się dziecka i właśnie przeprowadziła się do wymarzonego mieszkania w kamienicy. Już pierwszej nocy okazuje się, że lokum wcale nie jest takie spokojne, jak mogłoby się wydawać. Kobieta słyszy niepokojący płacz dziecka, do tego dochodzi przeraźliwy chłód – pomimo pełni lata – oraz dziwne wizje. Natalia zaczyna zastanawiać się, czy oszalała. Może tak objawia się niepokój związany z nadchodzący macierzyństwem? Kobieta szuka pomocy u specjalisty. Ale to co zalęgło się w jej mieszkaniu (lub jej głowie) nie odpuszcza. Natalia nie czuje się bezpiecznie. Szuka sposobu na uchronienie siebie i dziecka.

Z pozoru „Śpij, dziecinko, spij...” Jolanty Bartoś to historia o nawiedzonym miejscu. Czytając szybko zorientujemy się, że to hybryda literatury grozy, thrillera/kryminału i obyczajówki. O tym co ma w sobie ta książka z horroru już napisałam, więc przejdźmy dalej. Może najpierw wątki obyczajowe, które są raczej drugoplanowe, ale skutecznie wypełniają fabułę. Są to relacje rodzinne oraz przygotowania do pojawienia się potomka. Teraz ta bardziej mroczna część, czyli istota książki. Ze zjawą zamieszkującą mieszkanie Natalii wiąże się pewna historia. Kobieta czuje, że musi ją odkryć, żeby uporać się z problem. Zaczyna śledztwo. Podpytuje sąsiadów, szpera w książkach i Internecie, nawiązuje kontakt z kustoszem pobliskiego muzeum. Tym poszukiwaniom towarzyszy obsesja oraz paranoidalny klimat. Tej paranoi autorka książki mogła wykrzesać więcej, ale jest ona wyczuwalna. Jak to mówią: „Jest dobrze, ale mogło być lepiej”.

Ta mieszanka różnych typów powieści sprzyja publikacji. Wszystkie elementy dobrze ze sobą współgrają i powodują, że historia jest kompletna. Wyszło „dla każdego coś miłego.” Ja bardzo lubię tego typu książki. Czytam przeróżne rzeczy, a wszelkie „miksy” sprawiają mi najwięcej radości. Zaspakajają moją potrzebę obcowania z literaturą wszelaką. Ponieważ powieść została wrzucona do koszyczka „groza”, dodam, że dla zatwardziałych fanów horroru może nie być szczególnie straszna, co nie znaczy, że nie będzie interesująca.

To co dla mnie było najbardziej przerażające, to nie zjawa, a – fenomenalnie zrealizowany – wątek osoby bliskiej, która staje się zagrożeniem dla głównej bohaterki. Natalia wyczuwa, że coś jest nie w porządku, ale nie chce widzieć, nie chce wierzyć, nie chce się od tej osoby izolować. Kiedy ten/ta bohater/ka pojawiał/a się na horyzoncie przechodził mnie dreszcz. Zżerała mnie ciekawość, czy jego/ jej zachowanie wynika z charakteru, czy z działania sił nadprzyrodzonych.

Zwrócę jeszcze uwagę na dwie rzeczy, które bym poprawiła.

Numer jeden, powtórzenia – nie babole w redakcji, ale wracanie do tej samej informacji. Przykład. Kolejne osoby dziwią się, że Natalia nie chce wyprowadzić się z mieszkania, co jest (zdziwienie) naturalne. Naturalne jest również, że tłumaczy im ona swoje motywy. Tylko dla odbiorcy czytanie po raz kolejny podobnego dialogu jest po prostu nudne.

Numer dwa, płynność fabuły. Pomiędzy kolejnymi rozdziałami są takie drobne dziurki, które czasami powodowały u mnie lekką dezorientację. Przykład. Jest scena, kiedy Natalia trafia do szpitala, a jej mąż dowiaduje się o tym od sąsiadki. Wygląda to mnie więcej tak: żona w szpitalu – mąż zdziwiony, że nie ma jej w domu – przychodzi sąsiadka – facet stoi pod szpitalem – żona zdziwiona, że jej chłop nie odebrał. Ja w tym momencie, nie ogarnęłam, kto miał po Natalię przyjechać i czy maż się z nią w ogóle kontaktował. Po chwili z rozmów telefonicznych i kolejnych wydarzeń dowiadujemy się, jak oni się ostatecznie zgadali, jednak było to napisane trochę – za przeproszeniem - „od d... strony”.

Mam kilka pochwał i kilka uwag względem „Śpij, dziecinko, spij...”, jednak ostateczny bilans jest na plus. Liczyłam na więcej „osaczenia”, ale było kilka fragmentów, w których się bałam, a i historia mnie wciągnęła. Jolanta Bartoś zgrabnie połączyła kilka typów powieści, dzięki czemu szerokie grono czytelników może raczyć się książką jej autorstwa.

"Sznur" Jolanta Żuber

"Sznur" Jolanta Żuber

„Zwykle noc jest sprzymierzeńcem strachu.”1 napisała Jolanta Żuber w kryminale „Sznur”. I chyba tak jest, że tej części doby towarzyszy niepokój. Jest to czas odpoczynku, ale kołderka z mroku przykrywa niecne sprawki, wstydliwe tajemnice itp. Mamy wrażenie, że ciemność nie wypuści ich ze swoich macek.

A oto co wydarzyło się nocną porą w miasteczku Deadwood: „Od ponad dwudziestu lat nie zabito tu nikogo, a teraz – śmieszna sprawa – ktoś wiesza Penny w jej własnym domu i zostawia całkowicie przytomnego faceta tuż obok. Z pętlą na szyi.”2 Doprecyzować należy, iż ów facet to mąż denatki. Sprawa może wydawać się oczywista – przemoc domowa. Czy na pewno? Główny podejrzany upiera się, że nic żonie nie zrobił. W chaotycznych zeznaniach pojawiają się sylwetki dwóch mężczyzn. Śledczy zastanawiają się czy mogą im uwierzyć, a tymczasem nad Deadwood wisi widmo kolejnych morderstw.

W „Sznurze” najbardziej spodobał mi się posępno-mglisty klimat noir. Jolanta Żuber osiągnęła go m.in. dzięki poetyckim sformułowaniom, które niezbyt często spotykamy w kryminałach. Przykładowo, zamiast napisać, że bohater chce szybko być w domu, uraczyła czytelników takim zdaniem: „Musiał skupić uwagę na tym, by jak najszybciej znaleźć się w labiryncie znanych domów.”3 Wyszło, moim zdaniem, ładnie i niebanalnie. Autorka nie przedobrzyła – o co łatwo – udało jej się zachować balans pomiędzy poetyckością a akcją.

No właśnie, akcja. Tempo jest niezłe. Z jednej strony atmosfera jest leniwa, ale nie można powiedzieć, że brakuje dynamiki. Policja działa, chociaż ich poczynania kończą się różnym skutkiem – ale śledztwo trwa. Znajdziemy tu również sceny akcji typu bójki, czasami rodem z dzikiego zachodu (eh, te barowe porachunki). Nuda z tą książką wam nie grozi.

Zastanawia mnie natomiast, czy Jolanta Żuber nie przedobrzyła z ilością wątków. Do rozwiązania sprawy zaprzęgła dwóch panów. Jeden z nich jest policjantem, drugi ze służby zrezygnował i pracuje jako detektyw. O każdym z nich pisarka próbuje coś opowiedzieć, a mimo tego te postacie myliły mi się. Nie umiem wyjaśnić dlaczego tu nie zagrało. Ja ograniczyłabym się do jednego detektywa/śledczego i chyba zmieniłabym mu imię i nazwisko na bardziej charakterystyczne. Mamy tu Kurta Sandlera, który mi kojarzy się a aktorem o tym samym nazwisku, oraz Logana Harrisa, a jak słyszę Logan to przed oczami staje mi Wolverine (chociaż wygooglowałam gracza w amerykański football, który się tak nazywa). Czuję, że przez to nie kodowałam informacji o tych bohaterach, albo gryzły mi się one z tym co podsuwała mi wyobraźnia. Wracając do wątków pobocznych, miałam takie odczucie, że trochę odsuwają mnie od sedna sprawy, a to ona najbardziej mnie interesowała.

Czy przyjemność i frustracja mogą iść w parze? Owszem. Bardzo spodobał mi się styl w jakim została napisana powieść „Sznur”. Jolanta Żuber złapała u mnie plusa również za zachowanie równowagi pomiędzy tłem, klimatem a akcją. Książkę czytało mi się na tyle dobrze, że jestem w stanie wybaczyć zbytnią rozwlekłość fabuły. Irytowało mnie natomiast to, że myliły mi się dwie głównie postacie. Dwoje bardzo różnych bohaterów, a ja dalej nie pamiętam, który był który.

1 Jolanta Żuber, „Sznur”, 2021, loc. 294 [e-book].

2 Tamże, loc. 193-195.

3  Tamże, loc. 672.

"Jutro pokochamy Rzym" Magdalena Kołosowska

"Jutro pokochamy Rzym" Magdalena Kołosowska

Z niecierpliwością czekałam na zwieńczenie trylogii „Pod wspólnym niebem” czyli powieść „Jutro pokochamy Rzym”. Nie dlatego, że to już koniec, bo z dobrymi cyklami przykro się żegnać. Po prostu bardzo chciałam poznać lepiej Irminę – jedna z trzech przyjaciółek, które są bohaterkami książek Magdaleny Kołosowskiej. W poprzednich częściach była nieco z boku, chociaż autorka pozwoliła nam delikatnie zajrzeć do jej czterech ścian. Wiemy już, że jest po rozwodzie, że ma dwójkę dorosłych dzieci oraz partnera, który cyklicznie oświadcza jej się. Czy w końcu powie „tak”?

Ponieważ to ostatni tom trylogii postaram się ją jakoś podsumować, zamiast skupiać się na fabule książki. Zresztą tę można opisać, krótko: perypetie Irminy plus zamkniecie wątków Zosi i Danusi.

Literatura tzw. kobieca ma to do siebie, że lubi wątki damsko-męskie. Takie też dominują w książkach spod znaku „Pod wspólnym niebem”. Jednak Magdalenie Kołosowskiej udało się je zrównoważyć innymi wydarzeniami z życia bohaterek. Czytelnik nie ma wrażenia, że wszystko kręci się wokół facetów. Owszem, miłość jest ważna, ale w życiu są też inne ważne kwestie. Jeżeli chodzi o „Jutro pokochamy Rzym” są to przede wszystkim szeroko pojęte sprawy rodzinne, które nie pozostają bez wpływu na pracę Imki. Przewija się też wątek covidowy. Podziwiam pisarzy, którzy o codzienności potrafią pisać w niezwykły sposób. Te problemy, emocje itd., które dotykają Irminę są znane wielu z nas, a czytając ekscytujemy się nimi. Czekamy jaki będą miały finał.

Wspaniała jest również relacja między trzema bohaterkami – przypomnę: to przyjaciółki. Jest to taka przyjaźń, pełna pozytywnej energii. Kobietki mogą na siebie bezwzględnie liczyć. Ma je kto pocieszyć w trudnych chwilach. Ma je kto podnieść, kiedy się potkną. Czujemy, że jest to szczera relacja i nadaje to ciepła i lekkości każdej z powieści będących częściami trylogii. Magdalena Kołosowska zaplanowała radosne, ale też trudne chwile dla swoich postaci. Tymi pierwszymi cieszymy się potrójnie, a te drugie nie wywołują u nas poczucia beznadziejności. Dążę do tego, że są to takie powieści, które nie przytłaczają czytelnika. Nawet kiedy udzielają nam się zmartwienia bohaterek, a szczególnie wtedy, kiedy utożsamiany się z jakimś problemem, wyczuwamy, że „jakoś to będzie”.

Magdalena Kołosowska obiecuje – albo nęci – iż „Jutro pokochamy Rzym”. Ja już dziś pokochałam tę powieść i jej dwie poprzedniczki. Delikatna Zosia, dziarska Danusia, a wreszcie niby stąpająca twardo po ziemi, ale pogubiona Irmina. Trzy świetne babki i trzy świetne książki.

"Siedem lat ciemności" Jeong You Jeong

"Siedem lat ciemności" Jeong You Jeong

Mój mąż lubi w zabawny sposób komentować tytuły książek. Nie przepuści żadnemu autorowi, ani żadnemu typowi powieści. Kiedy podekscytowana wyjęłam z kartonika „Siedem lat ciemności” Jeong You Jeong, zauważyłam, jak nabiera powietrza żeby zacząć tyradę. Szybko rzuciłam: „koreański thriller”. Odpowiedział tylko: „Może być mocne” i pokiwał z aprobatą głowa. Czy jest to mocna powieść? Lepiej. To doskonały thriller psychologiczny.

W powieści odkrywamy jak doszło do „tragedii na jeziorze Seryong”. W tym miejscu znaleziono zwłoki młodej dziewczyny. Policyjne śledztwo kończy się ujęciem winnego, a następnie zostaje wymierzona kara. Syn tego człowieka żyje z piętnem mordercy, a po latach odkrywa co wydarzyło się naprawdę. Odkrywa dziwną grę między trzema aktorami tamtych wydarzeń – swoim ojcem, jego podwładnym, który potem się nim (synem skazanego) zaopiekował oraz ojcem zmarłej dziewczyny.

Każdy kto aspiruje do miana pisarza powinien przeczytać „Siedem lat ciemności”. Ta książka jest pozbawiona zbędnych słów. Każdy wątek, każdy dialog coś czytelnikowi pokazuje – albo odsłania fragment tego co zdarzyło się nad jeziorem Seryong, albo pokazuje nam co sprawiło, że dana postać dokonała takiego wyboru, dlaczego zachowała się w dany sposób. Te dwa elementy są istotą powieści. Dodatkowa linia fabularna pokazuje, jaki wpływ tamta tragedia ma na Sowona, czyli syna oskarżonego o morderstwo. Uderzające są słowa młodego chłopaka: „To, że nadal miałem dwie nogi, ręce, oczy i duszę, utwierdzało mnie w przekonaniu, że wciąż jestem człowiekiem, że nie zamieniłem się w potwora.”* Spróbujcie wyobrazić sobie, jakiego ostracyzmu musiał on doświadczyć.

Na uwagę zasługuje również najczarniejszy, najmniej ludzki charakter w powieści. Metodyczny, analityczny, wpływowy. Nie akceptuje sprzeciwu. Nawet śmierć musi się go słuchać: „To jednak oznaczało, że Seryong nie żyje, znalazła się na zawsze poza jego zasięgiem. Za nic na świecie nie chciał o tym myśleć. Musiał je obie, matkę i córkę, sprowadzić tam, gdzie ich miejsce.”**

„Siedem lat ciemności” przypadnie do gustu czytelnikom, którzy lubią spokojnie prowadzoną akcję. Próżno tu szukać sztrzelanek i pościgów. Fabuła jest oszczędna, skoncentrowana na bohaterach. To ich autorka pieczołowicie buduje. Gdyby porównać tę powieść do obrazu tło byłby rozmyte, a postacie namalowane z dbałością o najmniejsze detale. Styl Jeong You Jeong sprawia wrażenie zimnego, zdystansowanego. Przypomina mi sposób działa wspomnianego już najczarniejszego charakteru (patrz akapit wyżej). I to służy powieści. To zimno, paradoksalnie, pomaga wyeksponować emocje bohaterów. Sprawa, że akcenty są położone we właściwych miejscach.

Wokół brutalnego i mrocznego wydarzenia autorka buduje portrety psychologiczne postaci. Moim zdaniem, to jest kwintesencja dobrego thrillera psychologicznego. Takie jest „Siedem lat ciemności”. Książka klimatyczna, doskonale napisana. Czytanie jej było dla mnie ogromną przyjemnością.

* Jeong You Jeong, „ Siedem lat ciemności”, przeł. Anna Diniejko, Łukasz Janik, wyd. Mova, Białystok 2022s. 20.

"Dwuświat. Księga II Pokun" W. & W. Gregory

"Dwuświat. Księga II Pokun" W. & W. Gregory

Bardzo ucieszyła mnie sprawna realizacja wydania drugiej części cyklu „Dwuświat”. Zaskoczył mnie tytuł - „Pokun”. Dałabym sobie rękę uciąć, że skądś znam to słowo i... chyba nie miałabym ręki. Kojarzy mi się ono jakimś mitycznym potworem, może demonem. Jednak „internety” zdecydowanie odesłały mnie do tej powieści. Nie wiem, dlaczego pokuny wydały mi się znajome. Wygląda na to, że są wymysłem autora „Dwuświata”. Czym są, tego dowiecie się z powieści. Ja spróbuję was zachęcić do sięgnięcia po nią.

Pierwsza część cyklu jest zatytułowana „Przedwojnie”. Czy teraz czas na wojnę? Tak. Inco i Floris się do niej szykują. Pierwsze musi poradzić sobie z brakiem zasobów, drugie z zapóźnieniem technologicznym. Tutaj muszę się na chwilę za trzymać, żeby przypomnieć, że koncepcja „Dwuświata” została zbudowana na zasadzie kontrastów. Rozwinięte Inco, którego mieszkańcy żyją w „syntetycznym” świecie – pożywne batony zamiast jedzenia, filtrowana woda – a na przeciwnym biegunie rządzone przez kapłanów Floris, w którym natura kieruje ludzką egzystencją. To drugie może sprawiać wrażenie zacofanego, jednak to będący wiele kroków dalej sąsiedzi muszą zmierzyć się ze stukami swoich poczynań. Jednym z nich jest niedobór mężczyzn. Kontrola urodzeń, nowe podatki, polityka aborcyjna nie przyniosły skutku. Chłopców rodzi się coraz mniej. O to jest ta wojna, o chłopa.

Być może pomysł na fabułę – natura kontra technologia – nie jest nowatorski, ale bardzo wdzięczny do realizacji. Ja uwielbiam wszelkie historie stworzone na tej kanwie. Podoba mi się, kiedy pisarze pokazują skutki jednego i drugiego scenariusza. „Obstawiam”, która kraina okaże się tą lepszą, w której będzie żyło się szczęśliwiej. Zastanawiam się, gdzie widziałabym siebie. Wreszcie, chcę wiedzieć, kto będzie górą w konfrontacji.

Jest to taka książka, w której ważną rolę odegrają kobiety. Wiecie już, że w Inco mamy ich nadmiar. Dostały się na szczyty władzy i... No właśnie, jak autor ocenia rządy kobiet. Inco jawi mi się światem absurdu – niczym w komedii Barei. Wiele fragmentów ma wręcz satyryczny charakter. Stworzone struktury wydają się nam chwiejne, propaganda prymitywna, niektóre z wyrażanych opinii brzmią jak słowa półinteligenta. Mówię wam, istny kabaret. Chociaż to chyba nie jest wina kobiet u steru, bo... sami wiecie, jak to w polityce. Czy lepiej wyglądają rządy kapłanów we Floris. Najwyższa kapłanka Ae, to wybitny gracz. Jest samotna w sieci intryg, ale to potężna pajęczyna i należy uważać na jej poczynania. Wie komu może powierzyć delikatną misję, potrafi manipulować wiernymi, wzbudza szacunek. Jednak i ona ulega pokusie. Będzie musiała wybrać pomiędzy władzą, a... (ciii, nie spojlerujemy).

„Pokun” ma wiele wątków. W. & W. Gregory skrupulatnie kontynuuje te rozpoczęte w części pierwszej, ale pojawiają się nowe postacie, nowe problemy również coraz śmielej eksplorujemy stworzone przez niego uniwersum. Mam wrażenie, że fabuła się nieco rozbiega, ale chyba nie jest to wielki problem dla czytelników fantastki. Czasami tak się zdarza, że przy kontynuacjach autorzy nabierają śmiałości, widzą coraz więcej wykreowanego świata i pragną pokazać go czytelnikowi. Jeżeli lubicie „wędrować” po obcych krainach spodoba wam się, że będzie mogli zajrzeć w ich wszelkie zakątki.

Drugi tom „Dwuświata” okazał się udaną kontynuacją. Różni się od pierwszej części, gdzie dominowały kwestie społeczne. Tutaj pojawia się więcej intryg, polityki, dyplomacji, działań wojennych, ale również przygody. Momentami powieść jest brutalna, a momentami zahacza o satyrę. Autor stara się równo prowadzić wszelkie wątki, dzięki czemu możemy zajrzeć w różne zakątki uniwersum. Mnie ta książka wciągnęła. A do której krainy mi bliżej? Chyba do rozwiniętego, acz absurdalnego Inco. Pomimo jego wad nie widzę się w rolniczym społeczeństwie Floris. A ty, gdzie chciałbyś/chciałabyś mieszkać?

 „F**k it. Tylko spokój może cię uratować” John C. Parkin

„F**k it. Tylko spokój może cię uratować” John C. Parkin

 Uwaga! Recenzja zawiera słowa uznawane za wulgarne. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jak często macie poczucie, że życie was przytłacza? Ile razy zastanawialiście się, jak osiągnąć spokój ducha? Może testowaliście już jakieś metody. Czy były skuteczne? A gdyby ktoś wam powiedział: „Pieprzyć święty spokój”, uznalibyście go za wariata czy geniusza? W poradniku „F**k it. Tylko spokój może cię uratować” John C. Parkin „sprzedaje” swój patent na cieszenie się życiem. Dzięki tej książce poznamy założenia „pieperztologii”.

Człowiek zawsze znajdzie powód żeby się przejmować. Nie mogę być teraz spokojny/a bo kredyt, prezentacja w pracy, zakupy do zrobienia. Szczytów, które trzeba zdobyć, żeby osiągnąć spokój ducha jest mnóstwo. A po drodze, gros znajdziemy przeszkód, które dodadzą nam nowych zmartwień. Hałaśliwy pies za ścianą, niesatysfakcjonująca polityka rządu, przygnębiające wiadomości z kraju i ze świata – pewnie, każdy mógłby dołożyć coś do listy rzeczy, które go irytują. Co zrobić, żeby złe myśli nas nie przytłoczyły? Pieprzyć to wszystko.

Aby osiągnąć „stan zen” (w sensie metaforycznym, Buddy w to nie mieszam) musimy wejść na trzy poziomy „pieprztologii”. Co i jak John C. Parkin opisuje w swojej książce. Podchodziłam sceptycznie do tej publikacji. Z jednej strony mnie ciekawiła, a z drugiej obawiałam się, że mogą być w niej takie głupoty, że rzucę nią o ścianę. Przyznam, że John C. Parker nawet „gada” do rzeczy i z kolejnymi stronami byłam coraz bardziej zadowolona z lektury. To co proponuje sprawdzi się u osób, które nadmiernie się wszystkim przejmują. Pozwoli im inaczej spojrzeć na codzienne zmartwienia. Nie wiem natomiast, jak metody proponowane przez autora sprawdzą się przy troskach wielkiej wagi. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś kto stracił dom w jakiejś katastrofie, ktoś kogo czeka trudna sprawa rozwodowa, albo ktoś, kto nie ma pomysłu, jak spłacić długi, da radę usiąść z herbatką i powiedzieć: „Pieprzę to! Tak mi się życie ułożyło i spoko”. Mogę się natomiast mylić. Być może pogodzenie się z sytuacją da energię do walki z nią. Tu już musi wypowiedzieć się ktoś mądrzejszy ode mnie.

Ja mogę opowiedzieć co nieco o stylu w jakim została napisana książka. Określiłabym go jako „kaznodziejski”. Niewiele jest tu technik mających doprowadzić do osiągnięcia kolejnych stanów „pieprztologii” - chociaż i takowe się znajdą. Mam wrażenie, żę John C. Parkin próbuje przekonać swoich czytelników, że warto mieć wywalone na pewne kwestie. Rozprawia się z najpopularniejszymi obawami przytaczając różne anegdotki czy stosując łatwe do zrozumienia porównania. Stara się być na luzie, być zabawny. Z tym drugim różnie mu wychodzi. U mnie jego żarty wywoływały podnoszenie kącików ust z politowaniem, ale poczucie humoru to jest sprawa bardzo indywidualna. Przytoczę wam fragment i sami ocenicie, czy was to bawi: „Zerkam w dół i widzę pełznącą w żółwim tempie śmieciową ciężarówkę (znaczy śmieciarkę, a nie ciężarówkę nadającą się na złom) oraz śmieciowego faceta (znaczy pracownika służb komunalnych”, a nie faceta gorszego sortu), który zbiera śmieciowe worki (domyśl się) (...)”* Oczami wyobraźni widzę, jak autor to opowiada i kiedy mówi „domyśl się” puszcza oczko do słuchaczy.

Spróbuj: powiedz pieprzę to czemukolwiek, co Cię trapi, i poczuj jak poziom zmartwień się obniża.”** Czy to recepta na ludzkie smutki? Poradnik „F**k it. Tylko spokój może cię uratować” uczy, jak nabrać dystansu do pewnych spraw, które mogą nas przytłaczać. Myślę, że warto spróbować tej metody. Nie ma ona na celu obojętności wobec problemów, a uspokojenie się, pogodzenie się z nimi. Chyba jest trochę tak, że ze spokojną głową działamy bardziej efektywnie. Dobra, zaczynam pieprzyć jak pracownik korpo, więc kończę ten wywód. Podsumowując. Książka warta uwagi. Polecam szczególnie osobom, które nadmiernie się przejmują.

* John C. Parkin, „F**k it. Tylko spokój może cię uratować”, przeł. Piotr Cieślak, wyd. Sensus, Gliwice 2022, s. 117.

** Tamże, s. 193.

"Głód" Graham Masterton

"Głód" Graham Masterton

Ed Hardesty, bohater powieści Grahama Mastertona pt. „Głód”, jest właścicielem wielkiej farmy. Zajmuje się uprawą pszenicy. Najbliższe plony nie zapowiadają się dobrze. Zboże na polach zaczyna nagle gnić. Zaraza rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i niedługo okazuje się, że dotknęła również innych rolników. Ba, z rożnych zakątków kraju docierają informacje o chorujących owocach i warzywach. Co zrobią ludzie, kiedy zasoby jedzenia będą mocno ograniczone?

Przyznam, że sięgając po tę powieść spodziewałam się historii przesyconej prymitywizmem. Czegoś w stylu: Kończy się żarcie, a ludzie odczłowieczają się, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby. Generalnie sieczka, sieczka i więcej sieczki. Dostałam natomiast całkiem przyzwoity thriller katastroficzno-polityczny.

Zacznijmy od przymiotnika „polityczny”. Klęska nieurodzaju to nie tylko straty dla plantatorów. To tragedia dla wszystkich ludzi. Nic dziwnego, że w sprawę szybko angażują się rządzący. Czy okażą się mężami stanu i zadbają o kraj, a może zaczną od zabezpieczenia własnych potrzeb? Czy znajdziemy wśród nich wyjątkowych cwaniaków? Jak zachowają się wpływowi ludzie podczas widma klęski głodu? W tym miejscu powinnam dodać, że Graham Masterton lubi wplatać w swoje powieści wątki seksualne, więc w towarzystwie prominentów znajdzie się i cycasta dama.

Zastanawiałam się, czy określenie „katastroficzna” pasuje do tej książki. Nie wiem dlaczego kojarzy mi się ono raczej z jakiegoś typu wypadkiem w ruchu. Chyba za dużo filmów o awariach w samolotach. W „Głodzie” mamy innego rodzaju katastrofę – żywieniową, ale to w końcu tez katastrofa. Można chyba stwierdzić, że powieść zahacza o apokaliptyczne klimaty. Brak jedzenia, to w pewnym sensie koniec świata. 21 dni, które rzekomo człowiek może przeżyć bez pożywienia to niewiele, żeby znaleźć jakiś zamiennik dla upraw rolniczych, a gdzie jeszcze produkcja i dystrybucja. Czy ludzkość przetrwa mastertonowską klęskę głodu? Jak będzie z nią walczyć? Czy uda się zachować spokój w społeczeństwie?

Jestem ciekawa, czy wam tez nazwisko głównego bohatera, Hardesty, kojarzy się z angielskim słowem „harvest” (żniwa, zbiory). Bardzo chciałabym się zapytać autora, czy do tego chciał nawiązać. Przyznacie, że taka analogia miałaby sens.

„Tam jest tylko pszenica i niebo, nic więcej.”* Mówi jedna z bohaterek, która jest znudzona życiem na farmie. Pragnie blichtru wielkiego miasta. Szybko przekona się, że „tylko pszenica” jest więcej warta niż koncerty, zakupy, błyskotki. Wydawnictwo Replika wybrało dobry moment na kolejne wydanie „Głodu”. Pandemia, wojna za naszą wschodnią granicą, inflacja itp. zmieniły świat i ludzi. Mogliśmy na własne oczy zobaczyć, jak niewiele trzeba, żeby opustoszały półki w supermarketach. W takich „okolicznościach przyrody”czytanie tej powieści było bardzo niepokojącym doświadczeniem.

* Graham Masterton, "Głód", tłum. Piotr Kuś, wyd. Replika, Poznań 2022, s. 125.

"Na gorącym uczynku. Duchy artystów" Joanna Jurgała-Jureczka

"Na gorącym uczynku. Duchy artystów" Joanna Jurgała-Jureczka

Kogo Joanna Jurgała-Jureczka przyłapała „na gorącym uczynku”? Duchy. Znana do tej pory z pisania o rodzie Kossaków badaczka podjęła się nowego projektu. Aby go zrealizować przywołała duchy artystów. Nie w sensie dosłownym, chociaż wątki spirytystyczne pojawiają się w książce. Pisarka poszperała w ich życiorysach i niczym rasowy poszukiwacz skarbów, odnalazła perełki. A perły nie są kryształowe.

Rzucę kilka nazwisk, które powinniście kojarzyć ze szkoły: Mickiewicz, Wyspiański, Konopnicka, Przerwa-Tetmajer, Sienkiewicz. Wielkie nazwiska, prawda? Zapewne na lekcjach języka polskiego mówiliście o ich dziełach. Jakie to wszystko piękne i doniosłe. Zapewne wasz nauczyciel wzniósł te postacie na piedestał i podkreślał jak wielcy Polacy to byli. Nie ujmując talentu, dokonań itp. można zapomnieć, że to byli ludzie, a nie bożki, że jak ludzie mieli swoje problemy, słabostki, pragnienia, że podejmowali raz mądre, raz głupie decyzje. Joanna Jurgała-Jureczka przypomina o tym, a wręcz skupia się na ich ludzkiej naturze.

Można powiedzieć, że „Na gorącym uczynku. Duchy artystów” to plotkarska publikacja. Pierwszy tekst traktuje o Marii Konopnickiej i na jego przykładzie uzasadnię skąd moja opinia. „(…) polska poetka, ta, która pisze przecudne wiersze, że ojczyzna to ziemia święta; ta, która pyta – kochasz ty dom, rodzinny dom...”1 Prawdziwa „matka-Polka” (ósemka dzieci). Joanna Jurgała-Jureczka, zamiast wzdychać nad jej talentem, pyta prosto z mostu: „Czy Maria Konopnicka była seksowna i zmysłowa? (…) czym przywabiała? W jaki sposób flirtowała i kokietowała?”2

Czy wypada, czy nie wypada rozgrzebywać – jak autorka książki cytuje za tygodnikiem „Rola” - prywatno-rodzinno-szlafrokowe sprawy?3 Nie jest to do końca eleganckie, jednakże osoby publiczne są często na to skazane, a w tej publikacji mamy z takimi do czynienia. W tym miejscu muszę podkreślić, że autorce „Na gorącym uczynku” udało się zachować należny bohaterom książki szacunek. Nie ma w niej atmosfery taniej sensacji, co dla mnie jest ogromnym plusem. Nie chcę się z nikogo śmiać, czy umniejszać jego osiągnięć. Lubię za to poznawać ludzkie oblicze twórców, a do tego chłonąć klimat, obyczajność epoki w jakiej żyli.

Zostanę jeszcze na moment przy stylu napisania książki. Ma ona w sobie coś takiego, że wydaje się dla każdego – no to mi się zrymowało. Nieważne, czy interesujesz się szeroko pojętą sztuką. Nie musisz. To nie ma być powtórka z języka polskiego. Czy to ważne, że o postaciach historycznych? Często życie pisze ciekawsze historie, niż te rodzące się w umysłach pisarzy.

Teksty o poszczególnych osobach składają się z krótkich akapitów. Zazwyczaj wpływa to pozytywnie na szybkość czytania, i pewnie jest tak również w tym przypadku, jednak mi nieco zaburzało to płynność. Troszkę rwały mi się opowiadane historie. Nie znaczy to, że nie czytałam ich z przyjemnością – była ona ogromna. Natomiast wydaje mi się, że połączenie niektórych fragmentów sprawiłby, że tekst byłby bardziej potoczysty.

„Inne wieją wiatry, które uchylają firany w pokojach ludzi, którzy są na topie. Chcemy zobaczyć co jest w środku”4 Dlaczego mamy czytać wyłącznie o współczesnych celebrytach? Może jestem dziwna, ale mnie dużo bardziej interesują ci, którzy mimo upływu lat żyją dzięki swoim pracom, a nie sezonowe gwiazdki. „Na gorącym uczynku” idealnie wpisuje się w te zainteresowania.

1 Joanna Jurgała-Jureczka, „Na gorącym uczynku. Duchy artystów”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 15.

2 Tamże, s. 16.

3 Tamże, s. 31.

4 Tamże, s. 32.

„Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” S.J. Scott

„Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” S.J. Scott

Wszyscy wiemy, że ruch to zdrowie. Myślę, że każdy kto doświadczył siedzącej pracy poczuł jej konsekwencje. Mnie od tkwienia przy biurku bolały plecy. Dolegliwość ta w cudowny sposób przeszła, po tym jak zostałam mamą. Dziecko zapewnia mi porządną porcję aktywności fizycznej. Niektórym jednak trudno jest się zmotywować. Brak czasu, niewiedza, wstyd zła pogoda – powodów do niećwiczenia znajdziemy mnóstwo. S.J. Scott pragnie pokazać, jak walczyć z tymi przeszkodami, aby sport stał się naszym nawykiem. Bo nawyk wchodzi w krew i nie trzeba się specjalnie namęczyć, żeby go zrealizować.

W książce „Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” - szybka dygresja: okropne są te długaśne podtytuły – podpowiada, jak walczyć z najpopularniejszymi wymówkami od treningu. Każdy rozdział to jakaś przeszkoda i metody jej „przeskoczenia”. Autor zachęca nas do przeanalizowania swojej motywacji i zidentyfikowania problemów. Następnie daje recepty na ich rozwiązanie. Często proponuje kilka taktyk dla pokonania jednej przeszkody, możemy więc przetestować, która najlepiej na nas zadziała.

Wszystko fajnie, ale zapewne zapytacie się, kim jest ten facet, że pozwala sobie dawać tego typu rady. Oddaję mu głos: „(…) nie jestem trenerem osobistym, lecz uważam się za kogoś kto od 25 lat lat z powodzeniem rozwija nawyk codziennego trenowania.”1 Następnie następuje wyliczenie aktywności, które S.J. Scott uprawia. Dodać również wypada, że jest on autorem kilku książek o tzw. zdrowych nawykach. „Celem moich książek jest pokazywanie, jak ciągły rozwój właściwych nawyków może prowadzić do lepszego życia.”2 Na pierwszy rzuty oka może sprawiać wrażenie amatora, który znalazł sposób na zarobienie kasy, ale skoro mu się udaje pielęgnować dobre nawyki i robi to bez wysiłku, dlaczego ma nie dzielić się swoimi metodami. Pisze do rzeczy, więc może warto pochylić się nad jego książką.


Co jest bardzo ważne w tego typu publikacji, S.J. Scott nie wywiera presji na czytelniku. Nie „wciska” skomplikowanych planów treningowych, nie namawia na „więcej, szybciej, mocniej”. Autor zachęca do aktywności w ogóle. Prosi odbiorcę, żeby nakreślił własne cele. Nie jest ważne, czy chcesz schudnąć, czy zmobilizować się do codziennego spaceru. Obie drogi są dobre, bo są twoje, a S.J. Scott chce ci pomóc konsekwentnie nimi kroczyć.

Książkę czyta się przyjemnie. Została napisana w ciepłym i prostym stylu. Przyczepię się tylko trochę do tzw. lokowania produktu. Może najpierw cytat: „Nawiąż kontakty na żywo. Odwiedź serwis MeetUp.com i poszukaj grup zainteresowań związanych ze zdrowiem i fitnessem.”3 W sumie nie ma nic złego w podsuwaniu czytelnikowi gotowych narzędzi, jednak chyba wolałabym, żeby w tekście zostało użyte ogólne sformułowanie, a przykłady aplikacji, adresy do portali itp. zostały dodane w przypisie czy aneksie. Jasne jest, że autor korzysta ze stron popularnych w jego własnym kraju. One niekoniecznie będą przydatne dla odbiorcy z zagranicy.

Poradnik „Ćwicz każdego dnia” oceniam jako przydatny. Ja już kilka lat temu zidentyfikowałam aktywności fizyczne, które lubię i przyznaję, że chcieć to móc. Z czasem klub fitness przekształciłam na zabawę w parku czy otwartej siłowni, żeby nie musie organizować opieki dla dzieci. Wiem, że to nie to samo, ale mnie to rozwiązanie satysfakcjonuje i pozwala pozostać w formie. Nie szukajcie wymówek, zacznijcie ćwiczyć.

1 S.J. Scott, „Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)”., przeł. Piotr Cieślak, Joanna Sugiero, wyd. Sensus, Gliwice 2022, s. 8.

2 Tamże.

3 Tamże, s. 42.

"Za przyjaźń!" Anna Sakowicz

"Za przyjaźń!" Anna Sakowicz

Cztery przyjaciółki i spotkanie po latach. Nawet jeżeli jest przypadkowe, to można uznać je za dobrą okazję do wspomnień i do wzniesienia toastu: „Za przyjaźń!”. Anna Sakowicz wykorzystała takie spotkanie, jako motyw w swojej powieści o takim samym tytule jak wspomniany toast. Nie mogłam przejść obok niej obojętnie, bo zawiera kilka elementów, które ja bardzo lubię w literaturze obyczajowej. Jakie? Niżej rozwinę ten temat i krótko przedstawię wam tę publikację.

Po pierwsze przyjaźń. I w życiu, i w książkach jest dla mnie bardzo ważna. Być może dlatego, że sama spotkałam świetne dziewczyny, z którymi przyjaźnię się już wiele lat, tak lubię, kiedy pisarze poruszają ten wątek. W powieści Anny Sakowicz przyjaciółki są cztery. Znają się jeszcze ze szkoły, ale z biegiem czasu ich drogi się rozeszły. Przez przypadek wszystkie w tym samym czasie pojawiają się w rodzinnej miejscowości. Każdą przywiały inne sprawy, każda niesie swój bagaż doświadczeń.

To spotkanie jest okazją do kolejnej rzeczy, jaką bardzo lubię w literaturze – wspomnień. Dziewczyny muszą pogadać o tym co się u niech wydarzyło przez te wszystkie lata, ale również przywołują wspólne perypetie z dzieciństwa. Poznamy też skrywaną przez długi czas tajemnicę. Już od początku „w powietrzu wisiały niedopowiedzenia i kłamstewka (…)”*, a to bardzo fajnie buduje napięcie.

Chwilę chciałam się zatrzymać na tym, w jaki sposób Anna Sakowicz przedstawia różne epizody z życia bohaterek. Mianowicie, często przejmuje pałeczkę trzecioosobowy narrator. Super sprawdza się to, kiedy przywoływane są wspomnienia z dzieciństwa i młodości bohaterek. Wygląda to mniej więcej tak, że któraś z kobiet coś sobie przypomina, a narrator szczegółowo opisuje daną scenę. Natomiast, kiedy koleżanki opowiadają co przydarzyło się podczas lat rozłąki, chyba naturalniej byłoby oddać im głos, rozbudować dialog itp. Wyobraźmy sobie, że jedna z bohaterek kocha Francję (wymyśliłam to, żeby nie spojlerować). Wydaje mi się, że lepiej brzmi, kiedy sama opowie dlaczego, jak często tam jeździ itp., a nie zdystansowane: „J. raz w roku odwiedzała Paryż. Często przesiadywała w kawiarence. Itd.” Generalnie książka napisana jest poprawnie. Chodzi mi o delikatne wrażenie nienaturalności w tych momentach.

W bonusie, do ciekawego tematu, otrzymałam rewelacyjnie wykreowanych bohaterów. Oczywiście prym w powieści wiodą cztery przyjaciółki, ale ja pokochałam miejscowego pijaczka o imieniu Pietrek. Postać zarówno komiczna i tragiczna. Nie przejmuje się konwenansami, wali prosto z mostu, nie krępuje się, kiedy ma zdobyć monetę na piweczko, a za tymi humorystycznymi akcentami kryje się kolejna historia. Dla mnie był odskocznią, takim odświeżeniem w tej książce – chociaż u niego samego krucho z higieną.

„Za przyjaźń!” Anny Sakowicz to bardzo sympatyczna powieść. Autorka wybrała wdzięczny temat i na jego kanwie uplotła porządną historię. Wiecie, jak to jest. Kiedy coś wyjątkowo lubicie, obawiacie się, żeby to nie zostało popsute, bo wtedy rozczarowanie jest podwójne. W przypadku tej książki podwójna była radość z czytania.

* Anna Sakowicz, „Za przyjaźń!”, wyd. Luna, Warszawa 2022, s.31.

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

Nie ukrywam tego, że nie podobają mi się okładki z półnagimi facetami. Uważam, że są nieciekawe i trudno znaleźć pana, który byłby w moim guście. Jak doszło do tego, że złamałam swoje zasady i zamówiłam taką książkę. Przez mojego męża. Akurat przeglądałam ofertę w księgarni i zaczęłam ubolewać, jakie banalne okładki maja romanse. Napatoczył się mój luby i musiał wysłuchać narzekań. Co dziwne temat go zainteresował i po chwili już „śmieszkowaliśmy” z golasów prężących się na frontach miłosnych powieści. Kiedy natrafiliśmy na książkę Dominiki Smoleń „Strażak. Igrając z ogniem” (wydaną w serii „Faceci do wynajęcia”), zaczęły się żarty o „płonących konarach” itp. Spłakałam się ze śmiechu, a – w efekcie – publikacja wydała mi się tak sympatyczne, że postanowiłam ją przeczytać.

Zacznijmy od tego, o czym jest ta historia. Krystian jest strażakiem. W związku ze swoja pracą postanowił nie angażować się w związki. Twierdzi, że jest ona zbyt niebezpieczna i nie chce skazywać ukochanej osoby na ciągłe zamartwianie się o niego. A może jest to wymówka, bo nie spotkał „tej jedynej”? Jego myśli zaprząta Kinga, nowa sąsiadka. Czy złamie dla niej swoje zasady? Początkowo tego nie planuje, jednak kiedy w domu dziewczyny wybucha pożar rzuca się bez wahania na ratunek. Może wizja straty rozkruszy zatwardziały charakter.

Tytułowy strażak skutecznie ugasił żar z jakim sięgałam po tę powieść. Rozdziały zostały podzielone na on i ona, a opowiadać zaczyna Krystian. Powiem wam, iż często ubolewałam, że autorki romansów tworzą okropne postacie kobiece, tym razem to facet bardziej mnie wkurzał – było to nawet miłą odmianą. Już od początku nasłuchamy się, jak on uwielbia pomagać ludziom – co podkreśla dość często (zgłoś się do „Avengersów” chłopie) oraz jaka jego praca jest niebezpieczna, przez co nie ma mowy o żadnych stałych związkach. Ten drugi argument początkowo niezbyt mnie przekonywał, ale zważając na przeszłość tej postaci można go – ewentualnie – usprawiedliwić. Także, chłop marudzi, ale niech mu będzie.

Dominika Smoleń mogła zbudować na swoim pomyśle bardzo fajną powieść, ale chyba poszła trochę na łatwiznę, stawiając na sprawdzone rozwiązania. Pisarka ma świetny pretekst do budowania relacji między bohaterami. On ją ratuje, potem trochę pomaga i zbliżają się do siebie – takie uczucie może się naturalnie rodzić, a czytelnik może to obserwować i wzdychać. Pisarka jednak uparła się na „miłość od pierwszego spojrzenia”. Kinga i Krystian ledwo powiedzieli sobie „dzień doby” i już nie mogą przestać o sobie myśleć, a kumpel strażaka usilnie wmawia mu zauroczenie. Za szybko. Oj, za szybko.

Dialogi wydały mi się sztuczne, a słowa postaci nie zawsze przemyślane. Z jednej strony autorka chce pisać lekko i na luzie, z drugiej wtrąca patetyczne teksty – mówiłam już, że Krystian na każdym kroku podkreśla, że uwielbia pomagać ludziom. Nasz strażak wyraźnie zaznacza, że nie zamierza się angażować, ale nie przeszkadza mu to mówić: „Słodka kawa dla słodkiej kobiety?”1, albo „Nie jestem w stanie przestać o tobie myśleć, więc chcę zobaczyć, dlaczego aż tak bardzo mi imponujesz. Może wtedy, jak to ustalę, uda mi się bardziej skupić na byciu strażakiem niż na tym, jak niezwykłe są twoje oczy.”2 Co prawda obie kwestie padają – jeżeli dobrze policzyłam – na ich czwartym spotkaniu, jednak przypomnijmy sobie: pierwsze to jedynie pozdrowienia przed domem, drugie to akcja ratunkowa, trzeci raz, kiedy Krystian odwiedza Kingę w szpitalu, więc sami widzicie, że ci ludzi są ciągle dla siebie obcy.

Pomimo, że książkę czyta się szybko, akcji przydałby się dodać więcej życia. Jako przykład posłużę się momentem, kiedy wpływa zgłoszenie o pożarze w domu Kingi. Nie czułam w tej scenie pośpiechu strażaków pędzących na ratunek, nie czułam atmosfery zagrożenie (a przecież wcześniej Krystian zapewniał nas, że to ogromnie niebezpieczny zawód), nie czułam na policzkach ciepła ognia trawiącego dom bohaterki. Dzięki takim opisom, a nie zwykłym słowom tworzy się atmosferę. Nie wystarczy powiedzieć było strasznie, ten strach, to zagrożenie czytelnik musi poczuć.

Moim zdaniem, Dominika Smoleń trochę zmarnowała potencjał swojego pomysłu. Jest to taka książka, która spodoba się raczej zatwardziałym miłośnikom tego typu powieści. Osobom, które kręci pewna niezwykłość tych opowieści, budowana m.in. na nagle rodzącym się uczuciu. Dla mnie jest to sztuczne i ta sztuczność mnie drażni. Może jednak ty uważasz, że to urocze i ta powieść przypadnie ci do gustu.

1 Dominika Smoleń, „Strażak. Igrając z ogniem”, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 76.

"Odwiedź nas w Ameryce" Matthew Baker

"Odwiedź nas w Ameryce" Matthew Baker

Czy kojarzycie serial „Black Mirror”? Każdy jego odcinek to ciekawa wizja przyszłości, uwzględniająca rozwój technologii, problemy społeczne itp. Jego autorzy puścili wodzę fantazji, przeanalizowali pewne tendencje i „pogdybali” do czego świat może zmierzać. Swego czasu trochę oglądałam ten serial i zrobił na mnie duże wrażenie. Teraz jego wspomnienie wróciło do mnie za sprawą opowiadań Matthew Bakera „Odwiedź nas a Ameryce”.

Tytuł zbioru może sugerować, ze to książka o Amerykanach. Ja się z tym nie zgadzam. Wydaje mi się, że – podobnie, jak w serialu „Black Mirror” - autor podejmuje pewne dyskusyjne tematy, nurtujące świat tzw. Zachodu. Przykładowo: eutanazja („Rytuał”), przeludnienie („Zagubione dusze”), imigranci („Zjawisko”), konsumpcjonizm („Świadectwo Waszej Królewskiej Mości”).

Można powiedzieć, że opowiadania mają futurystyczny wydźwięk, chociaż nie czyta się ich jak fantastyki. Odbiorca ma raczej wrażenie, że wkracza w inną rzeczywistość, obserwuje inną społeczność. Czasami wartości, którymi kierują się jej członkowie to obrócenie naszych o 360 stopni – jak np. w opowiadaniu „Rytuał”, gdzie rodzina jest oburzona, kiedy wiekowy wujek nie chce dobrowolnie poddać się eutanazji, albo, kiedy zapłakana bohaterka „Świadectwa Waszej Królewskiej Mości” wyznaje, że wstydzi się być bogata i mieć środki na kupowanie tych wszystkich zbędnych dóbr. Czasami znajdują oni nietypowe rozwiązania kontrowersyjnych problemów, np. ciekawa alternatywa dla kary śmierci w opowiadaniu „Najwyższy wymiar kary”. Czasami autor chce dać czytelnikowi do myślenia np. w opowiadaniu „Zagubione dusze” zastanawia się, czy natura zacznie sama regulować ilość ludzi mieszkających na Ziemi.

Bywa, że razem z bohaterami staniemy przed absurdalnym zadaniem (Co będzie musiał zrobić Brock, żeby urządzić idealne wesele? „Sponsor”); będziemy musieli posunąć się do desperackich czynów, jak pragnąca, za wszelką cenę dziecka Emily z opowiadania „Zagubione dusze”; zmierzymy się z trudnymi emocjami np. wcielimy się w rolę matki, która musi rozstać się z synem, kiedy ten decyduje „zmienić się” w strumień danych.

Matthew Baker próbuje delikatnie bawić się formą – delikatnie bo teksty zawarte w tym zbiorze napisane są w satyryczno-obyczajowo-futurystycznej konwencji (w tej kolejności). Uważny czytelnik wyłapie jednak pewne smaczki: zbliżanie się do charakteru przewodnika w „Odwiedź nas w Ameryce”; zabawa nazwami popularnych marek w opowiadaniu „Sponsor”; opowiedzenie ludzkiego życia od Z do A w „Historia czytana wspak”.

Bardzo podoba mi się rodzaj satyry, jaki zaprezentował Matthew Baker w swoich opowiadaniach. Światy, które wykreował wydają się istnieć na wyciągnięcie reki, przez to to co się w nich dzieje nie wydaje się nam absurdalne, a ludzkie. Nie mamy wrażenie, że ktoś nas straszy, pucza. Raczej pokazano nam inny scenariusz. Na podkreślenie zasługuje również fakt, że poruszane tematy i przesłania jasno wyłaniają się z poszczególnych tekstów. Autor nie kombinuje. Pisze jasno, przystępnie, ale inteligentnie.

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

Zasadniczo jemy po to, żeby dostarczyć swojemu ciału składników odżywczych. Popatrz, proszę, przez chwilę na swoją dietę i zastanów się, czy każdy organ otrzymuje to co lubi najbardziej. Nie patrzcie się na mnie jak na wariatkę. Pomyślmy o tym, czy nasze ciało się najada. Właśnie skończyłam czytać książkę Drew Ramsey – psychiatry, który leczy zarówno lekami jak i dietą - „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem.” Publikację, która idealnie wpisuje się w mój światopogląd, iż „zdrowie tkwi w jelitach”. Nie jestem przeciwna lekom. Raczej „na skórze” moich najbliższych brutalnie przekonałam się, że nie ma cudownych pigułek na każdą dolegliwość. Za to odpowiednio zbilansowana dieta może być mocnym sprzymierzeńcem w walce z chorobą. Drew Ramsey pisze coś podobnego: „W mojej klinice dowiedliśmy, że w połączeniu z lekami, psychoterapią lub innymi metodami leczenia dieta może odgrywać kluczową rolę w łagodzeniu objawów tych dwóch powszechnych zaburzeń [depresji i lęku]".1

Najprościej mówiąc jest to książka o tym, jak karmić mózg, aby był zdrowy. Ja wam tego nie zdradzę, bo nie mielibyście powodu sięgać po „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne”, a najlepiej poczytać rozprawę specjalisty. Napiszę wam za to, co znajdziecie w tym poradniku i dlaczego tak mi się on spodobał.

Najpierw teoria, potem praktyka. Autor przywołuje badania odnośnie prezentowanych teorii oraz – jakżeby inaczej – składniki poprawiające pracę mózgu oraz produkty, w których je znajdziemy. Tekst został napisany „po amerykańsku”. Co przez to rozumiem? Jest przejrzysty, zrozumiały i – miałam takie wrażenie – autor kilkukrotnie przywołuje te same informacje. Trochę jakby wątpił w inteligencje czytelnika. Pewnie niektórzy się teraz obraża, ale moje ogólne wrażenie jest pozytywne. Czasami miałam ochotę trącić autora i szepnąć mu: „Facet, to już było”, jednak muszę być uczciwa i przyznać, że książkę czytało się bardzo dobrze.

Moimi faworytami są grafiki. Ten kto wpadł na to, żeby wzbogacić o nie książkę jest geniuszem. Są to proste rysunki z najważniejszymi informacjami. Przykład: Wielki napis „Witamina C”, a pod nim rozrysowane: działa tak, musisz spożywać jej tyle, znajdziesz ją tu, tu i tu. Świetne podsumowanie, ale również ogromna pomoc, dla osób chcących pracować z tą książką. Kiedy szybko chcesz sobie coś przypomnieć, nie musisz czytać całych partii tekstu. Zerkasz na grafikę i masz to co najistotniejsze.

O co chodzi z częścią praktyczną? Drew Ramsey proponuje plan sześciotygodniowy, który ma pomóc nam w przyjrzeniu się swojej diecie i wprowadzeniu w niej, dobrych dla naszego mózgu, zmian. Skupia się on nie na konkretnych produktach, a grupach produktów np. owoce morza, orzechy i nasiona, zielone warzywa. Zamysł jest taki, żeby nie „wciskać” w siebie czegoś, co nam nie smakuje, a raczej znaleźć jakieś pyszności w każdej z kategorii. Sekcja ta jest wzbogacona o przepisy więc można się inspirować. Co mnie jednak zaskoczyło, są tu też wskazówki dla osób, które nie lubią, nie chcą gotować.

Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się, że będzie to książka o ogólnym dobrym samopoczuciu. Dostałam natomiast porcję wiedzy o wpływie jedzenia na mózg człowieka. „Każdy, kto ma mózg, powinien wiedzieć, co jeść, aby zadbać o jego prawidłowe funkcjonowanie.”2 Niby takie oczywiste słowa, ale czy na pewno wiemy, jak zadbać o „kierownika” naszego ciała, aby nie był głodny. A głodny to zły. Głodny nie może efektywnie wykonywać swojej pracy.

1 Drew Ramsey, „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 14.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger