"Już ci niosę suknię z welonem" Joanna Szarańska

"Już ci niosę suknię z welonem" Joanna Szarańska

Jednym z atrybutów panny młodej jest suknia ślubna. Każda dziewczyna stająca na ślubnym kobiercu chce wyglądać pięknie i wyjątkowo, ale też dobrze czuć się w wybranej kreacji. Mówię o tych – może oczywistych – sprawach, bo sercem powieści Joanny Szarańskiej jest salon sukiem ślubnych. Właściwie już okoliczności jego powstania są niezwykłe. Michalina, spokojna emerytka, dostaje nieoczekiwaną przesyłkę. Dawna koleżanka, która prowadziła salon sukien ślubnych przekazuje jej swoją kolekcję wierząc, iż każda sukienka znajdzie swoja właścicielkę. Nieco oszołomiona Michalina reaktywuje Ofelię, bo tak też nazywał się salon koleżanki. W tym miejscu przecinają się losy kilku przyszłych/potencjalnych panien młodych, a także ich czasami słodko-gorzkich historii.

Od razu spodobała mi się idea książki. Pomijam sprawy praktycznie, jak starsza pani utrzymuje salon. To nie jest ważne. Ważna jest pięknie wykreowana sceneria do poznania opowieści o marzeniach – tych rodzących się i tych zniszczonych. Szarańska, przy wyborze ślubnej sukni, wspaniale uchwyciła to, że ślub to nie tylko obiad, orkiestra i dekoracje. Nie zaprzeczę, że detale są ważne, aby to wesele było piękne. Jednak te okoliczności powinny być dla małżonków okazją do przemyślenia, czego oczekują. Ale też do wprowadzenia życia na te wymarzone tory. Michalina cudownie słucha panien młodych, pozwala im się otworzyć, a także zachęca do słuchania głosu serca i intuicji, a także do odwagi. Jak one pokierują swoim życiem? Czy ich wyśniony dzień będzie idealny?

Jestem naprawdę zadowolona, że sięgnęłam po tę książkę. Urzekła mnie atmosfera, jaką wykreowała Michalina w swoim salonie i zaciekawiły bohaterki. Oczywiście, że miałam historię, którą śledziłam ze szczególną ciekawością, jednak nie przeszkadzało mi to, że jest przerywana innymi. Każda z bohaterek jest inna i każda inaczej patrzy na ślub. Co ciekawe Szarańska nie burzy ich marzeń, ale i tak w powieść wkrada się życiowa perspektywa. Podziwiam i szanuję takie sposób pisania.

[Współpraca]

"Tataman i koszmarny braciszek" Arttu Unkari

"Tataman i koszmarny braciszek" Arttu Unkari

Kto ma rodzeństwo wie, że takie relacje mogą być trudne. Jak to się mówi, można w ogień za sobą skoczyć, ale broń boże, żeby brat czy siostra oddychali tym samym powietrzem. Jeżeli pamiętacie cykl o Tatamanie, to wiecie, że jego bohaterka, Olga, ma młodszego braciszka. Beniaminek jest malutki i jest oczkiem w głowie rodziców. Przecież jest taki uroczy. Czy na pewno? Taki brzdąc ma swoje fochy, a w pierwszej części pt. „Tataman i eksplodująca kupa” już pokazał charakterek. Do tego wszystkiego robi się straszne zamieszanie, bo nagle dorośli zaczęli mówić prawdę, tylko prawdę i samą prawdę. A poza tym są jacyś dziwni – bardziej niż zwykle. W tym całym zamieszaniu w okolicy następuje fala kradzieży. Otumanieni dorośli zdają się jej nie dostrzegać. Olga znowu musi się wykazać i naprowadzić swojego tatę na trop. Czy jej się to uda? Przekonacie się czytając powieść dla dzieci „Tataman i koszmarny braciszek”.

Pierwsza książka z cyklu o Tatamanie zachwyciła moje dzieci kibelkowym humorem i krytyką szkoły. Ja wiem, że nie jest to podwód do dumy, ale ubawiliśmy się przednio. Druga część zapowiadała się obiecująco, bo u nas jest również konfiguracja starsza siostra i młodszy brat. Jak wypadła? W moim odczuciu nieco odstaje poziomem od jedynki, ale nie jakoś dramatycznie. Fabuła wydaje się skomplikowane. Przeplatając się trzy wątki – braciszek, mówienie prawdy i kradzieże. Dołóżmy do tego postać Wiśni, której obecność może być niezrozumiała bez znajomości pierwszego tomu. A jak chodzi o humor, to jest ciągle ta sama liga, jednak – nie oszukujmy się – eksplodujący kibelek ciężko przebić.

Jak widzicie poprzeczka była postawiona wysoko, ale też dzieci miały ogromne chęci dalej bawić się z tym cyklem. Trochę utknęły między tymi trzema wątkami. Czytając książki dla dzieci widzę, że początek jest kluczowy. Albo młody czytelnik ułoży sobie w głowie, co czyta, albo książka straci jego uwagę. I tu tego punktu zaczepienia nie udało nam się znaleźć. Dalej bawiły nas fragmenty, sceny, a także ilustracje. Moje dzieciaki totalnie zakochały się w babuniu, która zniechęca czytelników do dalszego czytania „Tatamana...” i wypatrywały jej na kolejnych stronach.

Dorosłym może się nie podobać, że właśnie dorośli pokazanie są w tym cyklu jako głupki, a dzieci jako bystre i odpowiedzialne. Ale takie odwrócenie ról jest po prostu zabawne. Ale co z tym braciszkiem? Arttu Unkari w wyjątkowo oryginalnym stylu piszę o relacjach między rodzeństwem. Nie mogę powiedzieć, ze morał jest tu klarowny, albo ktoś przeszedł wyjątkową przemianę. Natomiast w tym całym szaleństwie widać kto i dlaczego poczuł się pokrzywdzony. A urazy rosły, aż...

Jeżeli kusi was ten cykl, raczej zacznijcie od pierwszego tomu. Tego o kupie. Dzięki temu lepiej połapiecie się w postaciach i relacjach między nimi. ”Tataman i koszmarny braciszek” lepiej potraktować jako kontynuację, kiedy już będziecie pewni, że humor i estetyka książki to wasze klimaty. A zresztą, kto nie lubi się pośmiać. Dajcie szansę tym bohaterom na pewno zaskoczą was nieogarnięciem.

[Współpraca]

"Cienie Turynu" Carlo Fruttero, Franco Lucentini

"Cienie Turynu" Carlo Fruttero, Franco Lucentini

Piękni, bogaci i znudzeni. Tak mogę podsuwać bohaterów powieści „Cienie Turynu”. Ginie tam właśnie członek wyższych sfer. (Podobno) szanowany architekt. Śledztwo prowadzi komisarz Santamaria. Będzie musiał wniknąć w lokalną burżuazję. Osoby bogate i elegancie, ale też zmanierowane i zepsute. Czy ciemna strona Turynu kryje się wśród jego elit?

„Cienie Turynu” czyli połączenie kryminały z powieścią obyczajową, z dużą dozą satyry i ironii. Tu zbrodnia rodzi się z bogactwa, a duet autorów Carlo Fruttero i Franco Lucentini chce tych bogatych dokładnie prześwietlić. Pokazać, że za fasadą elegancji siedzą zazdrość i nienawiść, a to bardzo moce uczucia.

Jeżeli mieliście okazje widzieć egzemplarz „Cieni Turynu” na żywo, to wiecie, że to obszerna książka. Istnieje taki stereotyp, że Włosi się nie spieszą. I tak też jest w tym przepadku, autorzy maja czas na opowiedzenie o bohaterach, mieście, społecznym kontekście. Mają czas na zbudowanie atmosfery. Może to być nieco irytujące, ale też podkreśla miałkość życia burżuazji i jej sztuczne poczucie wyższości.

Nie mogę zaprzeczyć, ze jest to ciekawa książka, a autorzy wykazali się błyskotliwością i zmysłem obserwacji. Jednak mnie ta powieść nie urzekła. Właściwie mogę przyczepić się tylko do jednej jedynej rzeczy. Miałam w życiu taki epizod, że trochę uczyłam się języka włoskiego. Dość szybko zauważyłam, że jest to język opisowy – jak sama to określam – że trzeba użyć dużo słów, żeby o czymś opowiedzieć. Uchwycono to tez w tłumaczeniu. Miałam wrażenie, że autorzy gadają i gadają, Kolejne słowa, sceny, opisy z których nie zawsze coś wynika. I to nie jest moja energia. „Cienie Turynu” to świetna książka, z którą kompletnie nie mogłam złapać porozumienia. Przez co mocno ubolewam.

[Współpraca]

"Ludzie. Rysowanie w 10 krokach" Justine Lecouffe

"Ludzie. Rysowanie w 10 krokach" Justine Lecouffe

Moja córka zawsze lubiła rysować i z wiekiem jej prace zaczęły nabierać całkiem wyraźnych kształtów. Często mi się skarży, że najwięcej problemów ma z rysowaniem ludzi. A to nos wyjdzie jej za duży, a to usta nadają nie taki wyraz twarzy. Ponieważ znaliśmy już serię poradników „Rysowanie w 10 krokach” od wydawnictwa Publicat, zaproponowałam jej, aby sprawdziła, czy ta książka pomoże jej doszlifować warsztat. Czy okazała się przydatna?

Jak wskazuje nazwa cyklu od stworzenia naszych rysunków dzieli nas tylko 10 kroków. Dużo czy nie dużo? Jak czujecie? Autorka tej książki zaczyna od małych elementów, aby przejść do tych większych, bardziej złożonych. Czyli najpierw ćwiczymy pojedyncze fragmenty twarzy, potem całą. Najpierw pojedyncze części ciała, a na końcu całe postacie. Nie chcę mówić tu o stopniowaniu trudności. Raczej o szlifowaniu detali, co ułatwi nam świadome narysowanie człowieka, z zachowaniem proporcji i itp. Nie musimy trzymać się planu lekcji. Możemy poświęcić czas temu, co dla nas ważne przy danym projekcie.

Rysowanie ludzi to właśnie proporcje, a dzięki temu poradnikowi dowiesz się, jak je zachować. Wystarczy go przekartkować, a w oczy rzuca nas się schematy i podziały. W tym poradniku nauczymy się robić szkic i przeradzać go w postać. I uwierzcie mi, te kilka kresek, które na początku może wydawać się nieporadne, czy śmieszne, rewelacyjnie pomaga zapanować nad rysunkiem. A w kolejnych krokach widzimy jak przeradzają się one w kompletną postać.

Jedne, co bym zmieniła to czcionka. Nieco większa, albo/i mniej fikuśna. Generalnie nie jest to poradnik dedykowany stricte dla dzieci. Każdy, kto chce nauczyć się rysować ludzi może z niego skorzystać. I wierzę, że będzie to owocne. Natomiast czuję też, że taka forma jest praktyczna już dla młodszych adeptów rysowania. Każdy krok jest pokazany, ale w tym przypadku nie możemy pominąć dopisanych wskazówek. Ja jako sprawnie czytająca dorosła, miałam lekki oczopląs, a co dopiero dziecko 9,10, 11 lat, które ciągle tą umiejętność szlifuje. Dla młodych (a także gorzej widzących) użytkowników może być to pewna bariera.

Pytałam się was, czy 10 kroków to dużo. Dla mnie nie. Pracując z tym jak i z innymi poradnikami na temat rysowania od wydawnictwa Publicat, byłam w szoku jak sprawnie można wyczarować piękne rysunki.

[Współpraca]

"Sekretne przejście" Pascal Prévot

"Sekretne przejście" Pascal Prévot

Mały Sherlock ma kumpla Gucia. Gucio jest raczej strachliwym chłopcem. Jak na złość pani wychowawczyni zaplanowała wycieczkę do średniowiecznego zamku. Wycieczkę z nocowaniem. Kiedy Gucio słyszy dźwięki za lustrem jest przerażony, że w zamku grasuje duch. Ale detektywi nie wierzą w duchy. Starają znaleźć się racjonale wyjaśnienie dla dziwnych odgłosów i dowiedzieć się, jakie tajemnice skrywa stary zamek.

W kolejnym tomie przygód Małego Sherlocka autor nawiązuje do legend arturiańskich, a zamczysko jest dla tego świetnym tłem. Jest trochę strasznie, bo istnieje podejrzenie, że może grasować tu duch, ale bohaterowie wierzą w racjonalne wyjaśnienie. Oczywiście Gucio cały czas dygocze jak osika. Zresztą to jest postać znana z tego że się boi i przez wszystkie tomy „Małego Sherlocka” nikt się z jego strachu nie śmieje. Bohaterowie cierpliwie mu pokazują, że warto pytać dlaczego coś się dzieje, a nie uciekać.

Oczywiście – jak w poprzednich książkach z tego cyklu – nie brak tu przygody i detektywistycznych wyzwań. Aby dowiedzieć się kto lub co jest duchem z zamku i czego szuka, musimy rozwiązać z bohaterami kilka zadań. O tym aktywizowaniu czytelnika piszę już do znudzenia, ale nie można tego pominąć opowiadając o książkach spod znaku „Mały Sherlock”. To wspaniałe zagranie, które sprawia, że czytelnik staje się częścią drużyny. Razem z bohaterami prowadzi śledztwo, a może nawet przyczynia się do jego rozwiązania.

A ja konsekwentnie polecam wam te książki. Moje dzieci ciągle do nich wracają. Pomimo, że wielu z nich znają już zakończenie, ciągle ekscytują się przygodami młodych detektywów i sposobami, w jaki rozwiązują zagadki. Lubią te postacie i lubią podejmować z nimi kolejne wyzwania. Jestem zachwycona, jaką radość sprawia im ten cykl.

[Współpraca]

"Rój" Weronika Mathia

"Rój" Weronika Mathia

Tu nie chodziło o morderstwo – pomyślałam sobie czytając powieść „Rój” Weroniki Mathia. Aczkolwiek morderstwo jest przyczyną odkopania starej historii. Kamila – ofiara – w pewnym momencie mówi, że ona nigdy nie wyszła z lasu, w którym miała miejsce tragedia, w której brała udział. Wtedy byłą nastolatką, a teraz jest dorosłą kobietą. Czy w innych aktorach tego smutnego spektaklu przeszłość też ciągle żyje?

Początek tej książki był trudny. Poznajemy kilka głównych postaci, które teoretycznie nie maja ze sobą nic wspólnego. Na pierwszy ogień idzie emerytowany policjant, który martwi się bo jakiś czas temu miał romans z ofiarą, a w śledztwo jest zaangażowana jego córka pracująca w prokuraturze. Ostrowski chce wykorzystać dawne znajomości, aby trzymać „rękę na pulsie”. Kolejni bohaterowie to Marek i Łucja. Ojciec i córka. Oboje w żałobie po stracie żony o mamy. Na kilka dni przed śmiercią Kamili wprowadzili się do kamienicy, w której ta mieszka. Łucja dowiedziała się, że była ona koleżanką jej zmarłej mamy. Kiedy ojciec z córką nagle znikają, policja zastanawia się dlaczego. Jest jeszcze Natalia, pszczelarka Kobieta smutna. W pełni oddaje się pracy, aby odgonić czarne myśli.

Weronika Mathia przy okazji śmierci Kamili chce tak właściwie opowiedzieć historie z przeszłości. Robi to – i co ciekawe- to nie bezpośredni uczestnicy nam o niej opowiadają. Właściwie odkrywamy ją przy pomocy ich bliskich. Kolejne odkrycia, kolejne decyzje sprawiają, że sytuacja wymyka się spod kontroli, a tragiczna przeszłość dopomina się o zemstę. Odkrywamy historię smutną, niedojrzała i pełną nienawiści. Okoliczności, w których zostaje skrzywdzony ktoś kompletnie niewinny, a ciężar tej krzywdy jest przygniatający.

Całkiem zręczny pajączek z tej pisarki. Pajęczyna zależności ładnie nabiera kształtu i początkowa dezorientacja czytelnika szybko ustępuje zaciekawieniu i zaangażowaniu w łączeniu niteczek. Właściwie nie uczestniczymy w śledztwie, pomimo że pierwszym poznanym bohaterem jest policjant. Profesjonalne techniki muszą ustąpić wspomnieniom, a nawet opowieści. A to wszystko jest dobrze przemyślane. Tak aby utrzymać uwagę czytelnika. Kolejny fragment to kolejny puzzel, do dołożenia. To że chodziło o opowieść – w moim odczuciu - podkreśla też finał. Dość skromny jak na standardy kryminałów, acz ciekawy – nawet lekko dwuznaczny – i z psychologicznym wykończeniem.

"Śledztwo z pazurem. Prima aprilis" Anne-Marie Desplat-Duc, Anne Dumergue

"Śledztwo z pazurem. Prima aprilis" Anne-Marie Desplat-Duc, Anne Dumergue

Prima aprilis, czyli święto żartownisiów. Lubicie je, a może jesteście zażenowani żarcikami, które są na tę okoliczność przygotowywane. Komisarz Oslo nie czuje się najlepiej tego dnia. Od rana przydarzają mu się sytuacje, która są dla niego przykre. Kolejne żarty nie bawią, a drażnią policjanta. Ale praca czeka. Trzeba opanować emocje i zając się śledztwem. Sprawa wygląda poważnie. Staw w Psiej Wólce prawie wysechł. Ryby są ściśnięte i mają coraz mniej powietrza. Kto i dlaczego spuścił wodę? Czy to ma jakiś związek z prima aprilis?

Jedna rzecz wyjątkowo mi się podobała w tym tomie „Śledztwa z pazurem”. Autorzy na początku książki świetnie podkreślili to – co ja często powtarzam – że żart jest śmieszy, kiedy bawi obie strony. Psikusy skierowane w stronę Olso, komisarz odbiera jako złośliwości i chyba słusznie, bo to święto jest pewną zasłoną dla konkurującego z nim Rexa, aby dogryźć rywalowi.

Czego się dowiedziałam z tej książki to, że we Francji pierwszego kwietnia przykleja się na plecy naklejki w kształcie ryb. Ta ciekawostka sprawiła, że staw, jako miejsce akcji, stał się wyjątkowy. Dlaczego akurat ryby stały się ofiarami... No właśnie, czego? Żartu, bezmyślności, egoizmu, a może niewiedzy? Czy Oslo znajdzie sprawcę i sprawi, że woda wróci do stawu?

[Egzemplarz recenzencki]

"Cozy stickers. Przytulne miejsca"

"Cozy stickers. Przytulne miejsca"

Dziś propozycja dla osób, które lubią aranżować własne przestrzenie. W wyklejance „Cozy stickers. Przytulne miejsca” znajdziemy 10 scen , które należy urządzić. Czy wasze przytulne miejsce będzie pełne bibelotów, a może skromne? Zróbcie to tak, żebyście czuli się w nim dobrze.

Jak już wspomniałam w zestawie jest 10 scen: jest dom, sklep, szklarnia, park i in. Co ciekawe nie są to płaskie tła, a coś rodzaju rzuty równoległego, przełożenie z 2D na 3D. Daje to całkiem ciekawy efekt przestrzenny i trochę inaczej trzeba podejść do przyklejania sprzętów.

W zestawie znajdziemy też naklejki. Co jest fajne, są one zapakowane w oddzielnej kopercie – nie trzeba wyrywać ich ze środka, jak w większości publikacji tego typu - a także ponumerowane. Po co te numery? Już tłumaczę. Autorzy książeczki przygotowali też inspiracje, podpowiedzi, jak można urządzić dane wnętrze, a potrzebne elementy znajdziemy właśnie pod odpowiednim numerem.

Trzecim i ostatnim gadżetem jest pęseta, która ma pomagać w naklejaniu. I podobno faktycznie jest przydatna – według opinii mojej córki.



A jak już wywołałam M., to muszę napisać, że jest wprost zachwycona tą publikacją. Przede wszystkim lubi takie wyzwania, a po drugie w przypadku „Cozy stickers” efekty są naprawdę oszałamiające. Mnogość elementów sprawia, że pusty pokój przeradza się w naprawdę przytulne wnętrze. Aż chce się wskoczyć do tych aranżacji.


"Lili mała czarodziejka. Akcja ratunkowa" Alicia Teba

"Lili mała czarodziejka. Akcja ratunkowa" Alicia Teba

Czym różni się czarodziej od sztukmistrza? Przekona się o tym Lili – mała czarodziejka, strażniczka lasu i bohaterka książki autorstwa Alicii Teba. W okolicy, ktrą zamieszkuje, pojawia się cyrk. Dziewczynka bardzo chce zobaczyć przedstawienie, Szczególne występ magika Markonio. Ale, delikatnie mówiąc, sztuczki cyrkowca nie robią na czarodziejce większego wrażenia. Ale prawdziwy szok przychodzi, kiedy Markonio wyciąga królika z kapelusza. Zamiast oklaskiwać magika Lili nie może przestać patrzeć na przerażone zwierzę. Dziewczynka postanawia je uratować. W końcu ten tom jej przygód nosi tytuł „Akcja ratunkowa”.

Z opisu książki wiemy, że jej bohaterka jest strażniczką lasu. Możemy się domyślać, że w tym cyklu znajdziemy historie uwrażliwiające na przyrodę i los zwierzą. W tym tomie cyrk. Na przykładzie popularnej sztuczki z wyciąganiem królika z kapelusza, Alicia Teba zwraca naszą uwagę na życie zwierząt cyrkowych. Zwierząt żyjących w klatkach. Takich które muszą dużo ćwiczyć – nierzadko pod batem tresera – a także być narażonymi na hałas i światła. Królik jest tu świetnym przykładem. To zwierzę delikatne i płochliwe. Występ na cyrkowej arenie musi być dla niego wyjątkowo stresujący.

I tu pojawia się Lili i jej heroiczna akcja. Oczywiście autorka nie każe nam zaraz otwierać klatek i wypuszczać zwierząt, ale na końcu książki są wskazówki, co możemy zrobić żeby polepszyć ich los. Co jest fajne, autorka podkreśla, że w naszych działaniach jest magia. I to jest ciekawe w aspekcie, który poruszyłam we wstępie. Lili wie, co to prawdziwa magia, jest czarodziejką. Markonio robi tylko efektowne sztuczki. A ty kim zostaniesz: czarodziejem/czarodziejką czy sztukmistrzem?

[Współpraca]

"Po deszczu" Chiara Mezzalama

"Po deszczu" Chiara Mezzalama

Pewnego dnia Elena nie wytrzymała. Wyszła z domu i musiała ochłonąć. Wiadomość o zdradzie męża wydawała się dla niej końcem świta. Dlaczego wybrał młodszą kobietę? Dlaczego już nie pragnie Eleny? Do tego niedługo przyszedł niemal prawdziwy koniec świata. Najpierw suche lato, a potem nagła ulewa. Tyber nie jest w stanie przyjąć ilości wody, którą oferują mu chmury. Występuje z brzegów. Zalewa Rzym i okoliczne miasteczka. Zmagając się z żywiołem rodzina próbuje się odnaleźć. Jedno jest pewne. Nic już nie będzie takie samo.

Czytając opis powieści „Po deszczu” Chiary Mezzalama zaintrygowało mnie połączenie międzyludzkich relacji z katastrofą klimatyczną. Muszę przyznać, że autorka miała całkiem ciekawe skojarzenie. Trafiamy w sytuację, w której nic nie jest stabilne. Właściwie walą się dwa światy. Ten prawdziwy i ten prywatny. Najpierw kobieta nie jest w stanie poradzić sobie z tym tego, co przyniósł jej los, potem rzeka. Chcą unieść ten ciężar, ale nie dają rady. Wychodzą z siebie. Co prawda Mezzalama nie traktuje powodzi wyłącznie symbolicznie. W tej książce młode pokolenie jasno wytyka starszemu błędy i zaniedbania. Pojawiają się postacie, które chcą żyć inaczej i zbliżyć się ku naturze. Są swego rodzaju kierunkowskazami. Natomiast dla mnie i tak najciekawsze było ukazanie dynamiki relacji międzyludzkich z całą gamą emocji, wątpliwości i wyrzutów. A analogia między rzeką i kobietą, stała się aż nadto oczywista.

Właściwie „Po deszczu” to nie jest ciężka historia, pomimo poruszanej tematyki. Mezzalama potrafi pisać z lekkością. Nie mylić z błahością. To jest proza poważna i przemyślana. Natomiast też proza bardzo przystępna. Ja co prawda wskazuję na pewną symbolikę, ale ktoś inny wcale nie musi jej widzieć. Tę książkę można czytać lirycznie, ale też przyziemnie, „na serio”. Każda opcja jest dobra, każdy odbiór wartościowy.

[Współpraca]

"Wszystko, co chcesz wiedzieć. Dookoła świata" Molly Oldfield

"Wszystko, co chcesz wiedzieć. Dookoła świata" Molly Oldfield

Dzieci są z natury ciekawskie. Zadają dużo pytań. A Molly Oldfield okazała się tak odważna, że chce spróbować na te pytania odpowiedzieć. Zachęca dzieci z całego świata, aby je podsyłali i w swoim podcaście próbuje szukać odpowiedzi, z pomocą ekspertów lub samodzielnie. Pytania są różne. Dotykają wszelkich dziedzin wiedzy, ale też szeroko pojętego życia. „Wszystko, co chcesz wiedzieć. Dookoła świata” to publikacja, która zbiera pytania, na jakie odpowiadała Molly Oldfield. Czy ciekawość dzieci została zaspokojona?

Książka ma fajną formułę ułatwiającą czytanie codziennie. Do każdego dnia w roku jest przypisane pytanie. Nie brakuje oczywiście zagadnień związanych z danym miesiącem np. w kwietniu o Wielkanocy, a a w grudniu o Mikołaju. Taka konstrukcja pomaga tworzyć czytelnicze rytuały. Krótki fragment codziennie czy raczej dłuższe „posiedzenie” od razu? Oldfield raczej zachęca, aby wracać do tej książki i ciągle czegoś się dowiadywać.

Twórcy książki starali się posegregować zagadnienia możliwie tematycznie i jakoś ładnie je zaprezentować. Przykładowo widzimy piękną grafikę z łodziami, a nad nimi pytania dlaczego łodzie się unoszą, co oznaczają wywieszone flagi, a także pytanie o Grenlandię. To się fajnie spina, a oprawa graficzna jest pewnym kierunkowskazem, co można znaleźć w tej książce. Bo nie wykluczam, ze temat łodzi może być dla kogoś nudny, ale jak zobaczy ilustrację z wikingami to będzie musiał/a przeczytać i nich „teraz zaraz”.

Molly Oldfield udowadnia, że nie ma głupich pytań. Na każde odpowiada na serio i możliwie merytorycznie. Czuć szacunek z jakim traktuje dzieci i ich ciekawość. I to jest piękne. Pozwala przekraczać pewne granice, wyluzować się i bardzo naturalnie – właśnie tak jak dzieci – przyjąć to, jak skonstruowany jest świat. Zachęcam do wspólnego czytania „Wszystko, co chcesz wiedzieć”. Może dzięki dzieciom ty też, drogi dorosły, dowiesz się czegoś ciekawego.

[Współpraca]

"Śledztwo z pazurem. Panika w gnieździe" Anne-Marie Desplat-Duc, Anne Dumergue

"Śledztwo z pazurem. Panika w gnieździe" Anne-Marie Desplat-Duc, Anne Dumergue

Czy wiecie, że do „Klubu detektywów” dołączył nowy członek. Ma na imię Oslo i jest policjantem z Psiej Wólki. Jest nieco nerwowy i roztargniony – i boi się mrówek – ale ze swoją partnerką, Panną Kicią, tworzą całkiem skuteczny duet. „Panika w gnieździe” to sprawa, w której turkawki czują się zagrożone. Ktoś podgryza drzewo, na którym jest ich gniazdo. Kto jest winny? Jak go powstrzymać? To sprawa dla policji.

W tym tomie też widzimy jak Oslo próbuje odbudować swoją reputację. Rywalizuje on z innym policjantem o imieniu Rex i tamten właśnie zaliczył sukces. Oslo to strasznie przygnębiło. Uczepia się sprawy turkawek i wręcz desperacko bada ślady, aby znaleźć sprawcę. Panna Kicia nieco go nakierowuje i – ślad po śladzie – docierają do winnych.

Serię „Klub detektywów” polubiliśmy za sprawą cyklu „Mały Sherlock”. Teraz pojawił się Oslo i „Śledztwo z pazurem”. Są to szybkie historyjki ulokowane w świecie zwierząt. Dzięki temu, że są tak krótkie można już przedszkolaka wprowadzić w świat kryminałów dla dzieci. Do tego fajnie nadają się do samodzielnego czytania przez starszaka. Proste imiona bohaterów, większa czcionka i dużo ilustracji pomagają w szlifowaniu tej jakże ważnej umiejętności. Jak na razie jesteśmy na „tak”. A niebawem opowiemy wam o kolejnych przygodach Oslo.

[Współpraca]

"Cafe Chaos. Fasolowa katastrofa" Catherine Wilkins

"Cafe Chaos. Fasolowa katastrofa" Catherine Wilkins

Czy pamiętacie jeszcze Hope Kruszonkę? Jej rodzice prowadzą kawiarnie, która mogłaby się nazywać „Cafe Chaos” jak został zatytułowany cykl o ich przygodach. Wszyscy są zaangażowani w prowadzenie lokalu z czego potrafi zrobić się niezłe zamieszanie. Tym razem narozrabiała mama. Co prawda ona raczej nie popełnia błędów i mogłoby się wydawać, że zero to niewiele, ale 1000 zamiast 100 puszek fasoli (z krótkim terminem ważności) robi różnicę. Jak sprzedać taka ilość fasoli? Fasolowa katastrofa, czy fasolowe szaleństwo?

Tym razem na Hope nie ciąży tak duża presja, jak w pierwszym tomie „Rodzinka nie do ogarnięcia”. Wydaje się, że rodzice zrozumieli, że problemy kawiarni nie mogą kierować życiem dzieci. Jednak Hope i tak się angażuje. Kiedy dowiaduje się, że szkołą odwołuje pokaz mody, który organizuje Skyla, widzi w tym okazję do zarobku. Jak pamiętają czytelnicy poprzedniego tomu, dziewczynki nie za bardzo się lubią i to się nie zmienia. Aczkolwiek, w dość napiętej atmosferze, udaje im się sobie pomóc – chociaż one tak tego by nie nazwały.

Do tego Hope odkrywa u siebie nowy talent. Jest to taki typ bohaterki, który nie wierzy w siebie. W „Fasolowej katastrofie” trochę po omacku szuka w czym jest dobra. Instynktownie wyczuwa, co to może być, ale boi się w to brnąć. Po cudownym monologu siostry o wartości porażek, o tym czego nas uczą, Hope nabiera odwagi. Jak wypadnie? Przekonajcie się

W „Fasolowej katastrofie” dokona się też wielkie pojednanie. Nie Hope i Skyli – co to, to nie – ale bardzo ucieszy ono rodzinę. Co jeszcze? Mnóstwo zamieszania i miłości, inteligentny humor i fasola, fasola i fasole, która wyzwala kreatywne instynkty. Nie wiem, czy smaczna, ale „Fasolowa katastrofa” to na pewno energiczna i zabawna lektura.

[Współpraca]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger