Matury zdane i... „Hulaj dusza,
piekła nie ma”. Piątka przyjaciół planuje wspólne wakacje.
Cudowny czas nicnierobienia, ale też pożegnania przed wyjazdem na
studnia. Jadą do odciętego od cywilizacji Domku z Drewna i Szkła.
Adam, jego właściciel i przyrodni brat jednego z chłopaków z
paczki, mieszka w nim od kilku lat ograniczając do minimum kontakty
ze światem zewnętrznym. Starszy o kilka lat i nieco dziwny chłopak
fascynuje młodych ludzi a szczególnie lękliwą Fio. Dlaczego
wybrał takie życie? Jak wpłynie on na swoich gości? Przed grupką
przyjaciół lato „(…) duszne i lepkie, mające osiąść na nas
jak pajęczyna, której nie sposób z siebie zrzucić – ani wtedy,
ani nigdy później.”

W powieści „Muchomory w cukrze”
Marta Bijan próbuje stworzyć gęstą, niepokojącą atmosferę. Nie
przypadkowo stwierdziłam, że próbuje, bo udało jej się to
częściowo. Autorka chce tego dokonać przy pomocy narratorki, która
ma wiele lęków i zmaga się z problemami psychicznymi. Sama Fio
mówi o sobie” „Niepokój został moim żarliwym kompanem, razem
z tęsknotą.”
Mogłoby się wydawać, że taka narratorka będzie gwarantem
beznadziejności, ku której chętnie pochylają się nastolatkowie.
Dodać musimy też swego rodzaju dekadentyzm, którego symbolem są
bracia przyrodni Kostek i Adam. Oboje z filozoficznym zacięciem,
osnuci dymem papierosowym rozprawiający o sztuce i sensie ludzkiej
egzystencji. Można by stwierdzić, że to postacie, które trafią w
gust tzw. „młodego dorosłego”, jednak jest w nich jakaś poza,
która drażni, coś co odbiera im charakter. Nawet Adam, który
okazuje się ekstremalnym świrem, nie jest tak intrygujący, jak
powinien być.
Czytanie tej książki było dla mnie
nużące. Najpierw zrzuciłam to na karb wieku, wszak egzamin
maturalny mam już dawno za sobą, ale ostatecznie stwierdziłam, że
to wina akcji. Marta Bijan zaczyna całkiem dobrze. Mogłaby lepiej
przedstawić nam bohaterów, ale potrafi zaintrygować czytelnika
Domkiem z Drewna i Stali oraz jego właścicielem. Zakończenie
„Muchomorów w cukrze” też jest rewelacyjny. Jednak droga do
finału jest nieciekawa. Bohaterowie jedzą, piją, odpoczywają,
rozmawiają – jak to podczas wakacji. Brak w tym wszystkim
zapowiedzi finału. Narratorka rzuca kilka razy, że gdyby wiedziała,
iż tak to się skończy...; że to zmieniło ich na zawsze... itp.
Te frazy są jedyną obietnicą tego, że czeka na nas jakaś bomba.
Dla mnie to zdecydowanie za mało.
W powieści „Muchomory w cukrze”
spodobały mi się dwie rzeczy. Genialne, dynamiczne zakończenie
oraz to jak Marta Bijan uchwyciła lęk przed dorosłością. To jak
bohaterowie cieszą się na studencką swobodę, ale boją się
rozstania z przyjaciółmi i dobrze znanym otoczeniem. Nie urzekły
mnie natomiast inne myśli, jakie autorka próbuje wpleść w tę
powieść. Wyczuwam w nich nastoletnią pozę, a mnie ona już nie
zachwyca. Również klimat książki mnie nie osaczył – a
powinien. Zabrakło mi lepiej dopracowanych postaci i mroku. Można
było wycisnąć z tej powieści i jej bohaterów zdecydowanie
więcej.