Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
"Szkoła eksperymentowania" Darek Aksamit

"Szkoła eksperymentowania" Darek Aksamit

Ciekawość to pierwszy stopień do … wiedzy. Dzieci zadają dużo pytań. Chcą wiedzieć. Są chętne aby eksperymentować. Jak im to umożliwić. Skąd brać pomysły na rozwojową zabawę? Jak odpowiednio skomentować eksperyment, aby młody człowiek coś z niego wyniósł? Można posiłkować się książkami. Chociażby taka „Szkoła eksperymentowania” Darka Aksamita. Nauczymy się z niej nie tylko pewnych zagadnień z fizyki i chemii, ale też jak być dobrym naukowcem.

Szczególnie ta druga kwestia wydała mi się ciekawa, bo nie zawsze jest akcentowana w przypadku podobnych publikacji. Jeżeli chodzi o same eksperymenty to, może nie wszystkie robiłam z moimi dziećmi, ale zdecydowaną większość znałam. Natomiast komentarz autora jest bezcenny,. On nazywa dzieci wielkim słowem „naukowiec” i daje poczucie, że to wszystko to nie tylko zabawa. To poważne eksperymentowanie.

Pierwsza cześć książki jest właśnie o tym, jak być dobrym naukowcem. Jak stawiać hipotezy, jak je sprawdzać, jak nie popełniać błędów. Bo eksperymentujemy nie po to, aby coś udowodnić, ale aby sprawdzić. Sprawdzam, więc wiem – jak mówił klasyk. Dlatego drogę od hipotezy do wniosku trzeba przejść bardzo uważnie, a czasami nawet kilkukrotnie. A jak złapiemy naukowego bakcyla taki spacer będzie przyjemnością.

Po tym wprowadzeniu znajdziemy konkretne eksperymenty. Autor najpierw bierze na warsztat pojęcie gęstości, opowiada też trochę o właściwościach materii i stanach skupienia. Doświadczenia są świetnie rozpisana, a fachowe pojęcia wyróżnione. Aksamit zachęca do naukowej uważności i robienia notatek. Takie eksperymentowanie to coś więcej. Dziecko nie tylko uczy się nowych zagadnień z zakresu fizyki i chemii, ale uczy się planować, obserwować, korygować, myśleć. Uczy się cierpliwości, która jest potrzeba w poznawaniu świata.

Darek Aksamit w „Szkole eksperymentów” pokazuje, że doświadczenie to nie tylko przelewanie roztworów między probówkami, albo efektowne wybuchy, jak z kreskówek. Oczywiście, możemy tak tak się bawić, ale autor zachęca nas do profesjonalnego podejścia do sprawy i pokazuje, że ten profesjonalizm nie musi być nudny. Dzięki ciekawym przykładom pokazuje, jak naukowiec łatwo może popielnic błąd, ale też uczy jak tych błędów unikać. Ze „Szkołą eksperymentowania” nie badamy świata po omacku. Uczymy się, jak zdobywać odwiedzi na nasze pytania, a przy tym świetnie się bawimy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Szałwia. Uzdrawiająca moc" Agata Lewandowska

"Szałwia. Uzdrawiająca moc" Agata Lewandowska

Może i nie mam własnego ogródka, ale co roku stawiam w swojej kuchni doniczki z ziołami. Dom pięknie pachnie bazylią i majerankiem, a moje potrawy są doprawiane świeżymi przyprawami. W tym roku rzuciła mi się też w oczy szałwia. Zioło, które kojarzy mi się głównie z tabletkami na gardło, ale, jak mogłam się przekonać z książki Agaty Lewandowskiej (dietetyczki) pt. „Szałwia. Uzdrawiająca moc” ma dużo szersze zastosowanie.

Autorka oddała w nasze ręce mała acz treściwą książkę. Nie popisuje się formą, ale konkretnie opowiada nam o szałwii. O tym, ile dobrego morze zrobić to zioło. Uwierzcie mi, że tabletki na gardło to tylko jedno z wielu jej zastosowań. Lewandowska szeroko rozpisuje się o – jak sugeruje tytuł – uzdrawiającej mocy szałwii. Jednak dietetyczka też akcentuje, iż zioła należy stosować rozważnie. Zaznaczana pewne limity, ograniczenia, czy też skutki uboczne jakie może powodować stosowanie szałwii. Chociażby takie jak zatrzymanie laktacji, więc kobiety karmiące raczej powinny unikać jej stosowania.

No dobrze. Masz kępkę szałwii w doniczce albo w ogródku i co dalej. Jak to w ogóle spożyć? Co z tym robić? Poza teorią, poza rozprawą na temat właściwości szałwii. Agata Lewandowska zamieściła w swojej książce kilka porad praktycznych i przepisów, które pomogą nam wykorzystać to zioło w kuchni. Na śniadanie i na obiad. Vege i z mięsem. Autorka opowiada, jak łączyć szałwię, aby uzyskać pyszne dania.

Czy masz ochotę odkryć uzdrawiającą moc jedzenia? Szałwia to jeden z produktów, o których opowiada dietetyczka. Na stronie wydawnictwa wypatrzyłam chociażby publikację o pokrzywie, czosnku czy tymianku. Polecam spojrzeć. Polecam jeść świadomie. Tu akurat mamy dodatki, które wprowadzone do diety wpłyną i na smak potraw i na nasze zdrowie.


[Egzemplarz recenzencki]

"Mózgi" John Devolle

"Mózgi" John Devolle

Na okładce książki, którą chciałam wam dziś pokazać widnieje pytanie „Co się kryje w twojej głowie?”1 i autorowi wcale nie chodzi o głupie pomysły, jak czasami mamy przygadują dzieciom. Jemu chodzi o generator tychże – a także sprawcę innych rzeczy – o „komputer” sterujący nami, czyli mózg. John Devolle w popularnonaukowej publikacji „Mózgi” chce opowiedzieć nam co nieco o tym organie.

Jest to książka, po którą spokojne można sięgnąć już z młodszym przedszkolakiem. Devolle potrafi wyciągać esencję z branych na warsztat tematów. Kiedy otworzymy książkę od razu naszą uwagę zwrócą duże kolorowe rysunki. Do nich jest oczywiście komentarz, ale naprawdę krótki, Zdanie, dwa, trzy wystarczą temu autorowi, aby wyczerpać dane zagadnienie. Jak to się dzieje, że się ruszamy, możemy dotykać, smakować itp.? Czy zwierzęta też maja mózgi i czy są takie same jak nasze? Devolle nie rozgaduje się co, jak i dlaczego. On bardzo zwięźle przekazuje młodym czytelnikom najważniejsze informacje.

Jesteśmy fanami książek tego autorka, bo one nie nużą młodych czytelników. Znacie to, kiedy dziecko już podgląda drugą stronę, a wy chcecie jeszcze doczytać fragment. Tu tego nie zobaczycie. Ta książka jest bardzo szybka, energetyczna, a przy tym pełna wiedzy. Jej czytania to sama przyjemność.

1 John Devolle, „Mózgi”, tłum. Marta Piotrowicz-Kendzia, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, okładka.

[Egzemplarz recenzencki]

"Panzer III" Thomas Anderson

"Panzer III" Thomas Anderson

„Już wcześniej, w końcowym okresie I wojny światowej, czołgi okazały się efektywnym typem broni (…). W armii niemieckiej szybko zdano sobie sprawę z tego, że oto pojawił się wreszcie oręż zdolny do przełamania impasu pozycyjnych zmagań okopowych.”1 Broń pancerna stała się poniekąd wizytówką konfliktów z pierwszej połowy XX wieku. A w niektórych regionach – gdzie niemieckie naleciałości są silne – słowo „Panzer” jest używane jako synonim „czołgu”. Jeden z tomów z serii „Sekrety historii” jest w całości poświęcony Panzerkampfwagen III, jednemu z najbardziej dynamicznie rozwijanemu modelowi (jak wyczytałam w opracowaniu), a opowiada o nim Thomas Anderson, ekspert od broni pancernej.

Ta publikacja jest niczym album. Ilość zdjęć jest zachwycająca. Powinnam dodać, że dla mnie, bo nie wiem, jak wy to postrzegacie. Dla mnie jest to ogromy walor, szczególnie kiedy dużo rzeczy jest nowych. Bo takie książki świetnie wprowadzają w temat. Wiadomo, że musi ona zawierać szczegóły techniczne, jednak podzielenie tekstu na krótsze fragmenty i dodanie zdjęć sprawia, że czytelnik nie musi mierzyć się z lawiną informacji. Może on spokojnie brnąć przez tekst. Ma czas na analizę tego, co przeczytał.

Chyba trochę niefortunnie użyłam słowa „brnąć”, bo Thomas Anderson umie całkiem nieźle opowiadać. Wiadomo, że to nie jest reportaż, który pozwala na pewna swobodę, a nawet barwne historie. To bardzo konkretna publikacja, której bohaterką jest maszyna. Autor chce opowiedzieć o niej, jej ewolucji, zastosowaniach i jaką rolę odegrała na polu bitwy.

Nie wiem, czy opinia nowicjuszki jest wartościowa, ale zawsze od czegoś trzeba zacząć, a wielkim plusem tej książki jest, iż ona nie zniechęca. Ona dużo daje i nie męczy pomimo trudnego, technicznego tematu. Jest źródłem wiedzy o tych legendarnych już maszynach i każdy może z tego źródła czerpać. Więc jeżeli kiedykolwiek pojawi się u was cień zainteresowania bronią pancerną, wygląda na to, że do książek autorstwa Thomasa Andersona warto zajrzeć.

1 Thomas Anderson, „Panzer III”, tłum. Grzegorz Siwek, wyd. RM, Warszawa 2025, s. 8.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

"Roboty i AI" Paul Virr

"Roboty i AI" Paul Virr

Roboty to nie tylko wymysł twórców science-fiction. One żyją obok nas i już tak się do nich przyzwyczailiśmy, że nie zwracamy uwagi, jak bardzo pomagają nam w codziennym życiu. Być może odbiegają od wizji z popkultury, bo nie maja humanidoalnego kształtu, ale to nie zmienia faktu, że nam towarzyszą. Dziś spróbujemy spojrzeć w ich kierunku, a to za sprawą książki, jaka ukazała się w popularnonaukowej serii dla dzieci „Wielka Księga Zdolniachów” pt. „Roboty i AI”.

Jest to bogato ilustrowana publikacja, w której Paul Virr za pomocą krótkich fragmentów, akapitów przedstawia fakty na temat robotów i sztucznej inteligencji. Formuła, która świetnie sprawdza się już u przedszkolaków. Co prawda wydaje mi się, że wydawcy myśleli o starszym odbiorcy (w wieku wczesnoszkolnym), jednak konstrukcja tej książki sprawia, że jest uniwersalna pod względem wieku.

Świetne są też eksperymenty, które autor proponuje czytelnikowi. Chociażby budowa robotycznego ramienia. Nie powiem, że to łatwe przedsięwzięcie, ale jakież satysfakcjonujące, a zdobywanie wiedzy przez praktykę jest dużo bardziej efektywne.

Myślę, że ta książka znajdzie swoją grupę odbiorców. Na pewno są dzieci, które już od najmłodszych lat interesują się technologią, a może tworzą własne roboty z klocków i zastanawiają się, jak dodać im element ruchu, albo jakie mógłby mieć zastosowanie. Może publikacja taka będzie dobrym dopełnieniem zajęć z robotyki, na które rodzice chętnie zapisują swoje pociechy? Ja to tak tu zostawiam, a kto chce niech się inspiruje, kupuje lub wypożycza i czyta.

[Egzemplarz recenzencki]

"Łowcy duchów. Nawiedzone zakłady psychiatryczne, szpitale i więzienia" Jamie Davis, Samuel Queen

"Łowcy duchów. Nawiedzone zakłady psychiatryczne, szpitale i więzienia" Jamie Davis, Samuel Queen

Czy wierzycie w duchy? Czy to możliwe, że jakaś niespokojna dusza przywiąże się do jakiegoś miejsca czyniąc je nawiedzonym? Są osoby, które twierdzą, że potrafią udowodnić taką bytność. Do miłośników zjawisk paranormalnych należą Jamie Davis i Samuel Queen, którzy swoje doświadczenia opisali w książce „Łowcy duchów. Nawiedzone zakłady psychiatryczne, szpitale i więzienia”.

Przyznacie, że tytuł działa na wyobraźnię, a tym bardziej na wyobraźnię osoby, która dużo czyta. Taki szpital psychiatryczny czy więzienie mogły być tłem dla przerażających wydarzeń, a spuścizną po nich mogą być zbłąkane dusze. Ale ja tu powiem: „Stop!”, bo zdecydowanie nas ponosi. Ta książka nie ma być pożywką dla naszej rządnej makabry wyobraźni.

To właściwe coś w rodzaju przewodnika po nawiedzonych miejscach. Autorzy oczywiście prezentują historię danego obiektu, ale nie stronią też od informacji praktycznych np. ile kosztuje zwiedzanie, czy gdzie warto przenocować. Dobrze widzicie. Opisane obiekty to nie są pustostany. Ktoś bardzo dba, aby opłacało się je odwiedzać. Czy dba o pamięć dawnych mieszkańców, a może chce na niej zarobić?

Oczywiście autorzy opisują również swoje kontakty z duchami, a te opisy są raczej techniczne, bez dreszczyku emocji. Abstrahując od tego, czy wierzycie w duchy czy nie, stwierdzam, że ciekawiej się takie sceny ogląda niż czyta. W programie popularnonaukowym można operować dźwiękiem, kamerą, aby stworzyć odpowiedni nastrój. Tu zostało słowo, a autorzy za jego pomocą chcieli przekazać raczej konkrety niż budować napięcie.

Przewodnik po nawiedzonych miejscach? W sumie brzmi nieźle. Natomiast są to obiekty znajdujące się w USA. Czy taka książka będzie ciekawa dla polskiego czytelnika? Na pewno nie szukajcie w niej mocnych wrażeń. Po to odsyłam do literatury grozy. Obawiam się, że pomimo chwytliwego tytułu i fajnej okładki, zainteresuje ona raczej niszową grupę odbiorców.

"Jak to działa? Drzewo"

"Jak to działa? Drzewo"

„Czy to książka z dziurą?” Junior był ewidentnie zaskoczony po otwarciu przesyłki, ale swoim zwyczajem zaczął badać książeczkę. Co zauważył? „Mama, to drzewo!” - wykrzyknął z błyskiem w oku. „Poczytamy o drzewach?” I poczytaliśmy.

Książka „Jak to działa? Drzewo” to oryginalna kartnówka. Na środku okładki widnieje wielka dziura, ale jak tylko się przyjrzymy dostrzeżemy, że strony publikacji komponują się w obrazek drzewa, a dokładniej jabłoni. Przekładając je będziemy obserwować, jak roślina zmienia się w ciągu roku. Jak zakwita, rodzi owoce i gubi liście. Jak radzi sobie ze zmieniającą się pogodą i jest schronieniem dla różnych zwierząt.

Zaskoczenie, ale pozytywne. Uwielbiam ten moment, kiedy dzieci badają książkę i odkrywają kolejne detale. I ta publikacja nam to daje. Bo poza tym, że pociecha dowie się co nieco z botaniki to mamy tu wartości sensoryczno-poznawcze. Doskonałą zabawę polegającą na badaniu konturu drzewa i odrywaniu szczegółów na ilustracjach. Zapewniam was, że te wszystkie zwierzaczki w norkach i na drzewie spodobają się maluchowi.

W naszym domu jest bardzo dużo książek i mogłoby się wydawać, że już nic nie zaskoczy moich dzieciaków. A jednak. „Jak to działa? Drzewo” okazało się dla nich czymś nowym. Czymś, co oglądali i czytali z zaciekawieniem. Czymś, co dało im nowe możliwości zabawy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady" John Larkin

"Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady" John Larkin

Tę recenzje mogłabym zatytułować „Jak nie da się pożreć rekinom, czyli dylematy z d...”. Z d... bo przecież ten problem nas nie dotyczy. Ale może spojrzymy na tę kwestie inaczej. My po prostu mamy bardzo dobrą strategię unikania ataku rekina. Przyznacie, że tak postawiona sprawa brzmi o wiele lepiej. Ataki rekinów są jednym z dylematów jakimi zajmuje się John Larkin, autor książki „Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady”. Z charakterystycznym humorem rozkminia jeszcze teorie płaskoziemców, oczekiwania i zachowanie rodziców, a także daje rady jak zaliczyć zajęcia z kreatywnego pisania i oblicza prawdopodobieństwo porwania przez kosmitów.

Dziwna jest to książka. Z jednej strony zabawna, przekorna. Autor w ciekawy sposób opracował informacje, szczególnie na uznanie zasługuje atrakcyjne przedstawienie danych statystycznych. Niby można się pośmiać, jednak na dłuższą metę taki sposób opowiadania może być irytujący. Pozwolę sobie zacytować pierwsze zadanie z książki, bo jest ono reprezentacyjne dla stylu, w jakim została napisana: „Istnieje jedna, absolutnie niezawodna metoda, żeby uniknąć pożarcia przez rekiny. Nie włazić do oceanu.”1 Niby się śmieję, ale z tyłu głowy zastawiam się, czy ktoś nie traktuje mnie jak idiotki.

Nie mogę rozgryźć klucza, jakim kierował się autor przy doborze tematów. Wydaje się przypadkowy. Szczególnie rozdział o rodzicach, pełen dosłownego interpretowania ich odzywek, wydaje się nie pasować do reszty. Jest wyłącznie rozrywkowy, bez popularnonaukowych elementów. Dlaczego znalazł się w tej książce? Jak ją sklasyfikować? Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć te kwestie.

„Jak nie dać się pożreć rekinom...” to książka napisana z jajem. Nie przeczę, że jest wyjątkowo atrakcyjna i zabawna. Jednak czy taka formuła za bardzo eksploatowana za szybko się nie wyczerpuje? Pewnie to jest indywidualna kwestia i część czytelników będzie zachwycona ironią autora, a druga część bezie zirytowana jego go inteligentnymi acz oczywistymi odpowiedziami. Może to jest właśnie sukces dobrego żartu. Stworzyć go z czegoś oczywistego.

1 John Larkin, „Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady”, tłum. Mateusz Rulski-Bożek, wyd. Świetlik, Białystok 2025, s. 5.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pierwsza encyklopedia dla małych geniuszy"

"Pierwsza encyklopedia dla małych geniuszy"

Encyklopedia dla dzieci. Chyba w każdej dziecięcej biblioteczce znajdzie się publikacja tego typu. Na rynku można znaleźć ich mnóstwo i są chętnie kupowana na różne okazje – i przez bliskich dziecka, jak i przez instytucje, np. szkoły przedszkola. Jedną z nich jest „Pierwsza encyklopedia dla małych geniuszy” wydana nakładem wydawnictwa Świetlik. Czym czymś się wyróżnia?

Ta książka ma dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze opracowanie graficznie. „Pierwsza encyklopedia...” jest cudownie uporządkowana. Tu wszystko ma swoje miejsc i jest przejrzyście. Czy jest to duży obrazek jak w sekcji „ Łąka i jej mieszkańcy”, czy schemat „Ciało i narządy człowieka”, czy kolaż „Sporty letnie”, to kompozycja strony jest uporządkowana. Tekst i rysunki sobie nie przeszkadzają. Jedynie zwiększyłabym nieco czcionkę. Biorąc pod uwagę, iż tego typu publikacja może trafić w ręce i przedszkolaka, i ucznia zrobiłabym mały ukłon w stronę samodzielnego przeglądania, co większe literki jeszcze by ułatwiły.

Drugą rzeczą, która mi się szczególnie spodobała są mapki. Jest ich tu kilka i prezentują różne tematy np. zabytki Europy, miasta Polski (z charakterystycznymi obiektami), zwierzęta świata, a także zagadnienia geograficzne. I na owe mapki zwróciłam uwagę, bo to nie jest standard. Autorzy podobnych publikacji nie zawsze decydują się na tę formę prezentacji, a jest ona świetna – szczególnie dla wzrokowców – i pokazuje ogrom świata.

Tematycznie jest różnie. Jak to w podobnych książkach znajdziemy tu co nieco zwierzętach, o kosmosie, o samochodach, o jedzeniu, o ciele człowieka, o dinozaurach, o sporcie i in. Bo taka jest istota encyklopedii, pokazać wiedzę z różnych dziedzin. A w przypadku „Pierwszej encyklopedii dla małych geniuszy” udało się to zrobić w sposób przemyślany i estetyczny. Na prawdę dobrze to wygląda.

[Egzemplarz recenzencki]

"Planety" John Devolle

"Planety" John Devolle

Jeżeli miałabym wymienić 3 najpopularniejsze tematy książek dla dzieci, byłby to zwierzęta, dinozaury, planety. Książka Johna Devolle jest zatytułowana właśnie „Planety”. Czym wyróżnia się ona na tle innych publikacji o podobnej tematyce? Autor bardzo fajnie ujął przedmiot książki. Zaczął od... nudy. Tak kochani. Na pierwszej stronie bohater leży na kanapie i się nudzi, a John Devolle – w dalszej części – udowadnia mu, że świat, w którym żyje jest dynamiczny i wyjątkowy. Że nie ma takiego drugiego w całej galaktyce.

Autor nie opisuje poszczególnych planet szczegółowo. Skupia się na tym, dlaczego źle by się na nich mieszkało. Natomiast to wystarczy, aby krótko je przedstawić. Jest to coś charakterystycznego dla tego autora. Mamy jego książkę „Atomy” i tam wiedza przekazana jest w podobnym stylu – krótko, konkretnie, przystępnie i z pomysłem. Oczywiście nie brak tu ilustracji, w końcu to publikacja dla najmłodszych. Myślę, że przyciągną one ciekawskie maluchy.

W mojej ocenie książki Johna Devolle można spokojnie podsunąć już młodszym przedszkolakom. Tekstu jest niewiele, ale autor zawarł w nim kwintesencję tematu. Potrafi też zaintonować odbiorcę – tu proponuje szaloną podróż rakietą w poszukiwaniu najfajniejszych miejsc w galaktyce. To brzmi niesamowicie.

[Egzemplarz recenzencki]

"Skąd się wzięła Polska?" Boguś Janiszewski, Agnieszka Jankowiak-Maik

"Skąd się wzięła Polska?" Boguś Janiszewski, Agnieszka Jankowiak-Maik

Jestem orędowniczką książek z nurtu historia na wesoło, dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok publikacji „Skąd się wzięła Polska?”. Otwiera ją komiks w którym jej współautorzy, Boguś Janiszewski i Max Skorwider, kłócą się o to, gdzie była pierwsza stolica Polski. W tę rozmowę „wcina się” Agnieszka Jankowiak-Maik (Babka od histy) i zaczyna rozwiewać wątpliwość na temat początków naszego państwa.

Jak wskazuje tytuł książki, autorzy skupiają się na początkach państwowości. Opowiadają, jak w ogóle tworzyły się państwa. Przybliżają postać Mieszka I i próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie jemu udało się uformować stabilny twór. Nie zapominają, o przybliżeniu okoliczności Chrztu Polski, ale też wspominają słowiańskość np. dawne obyczaje czy bóstwa, które przecież nie zniknęły w dniu przyjęcia przez władcę nowej wiary.

Podoba mi się, że „Skąd się wzięła Polska?” skupia się na niewielkim wycinku historii. Autorzy chcą pokazać, jak to się stało, że rozproszone plemiona stały się państwem i kto tego dokonał. To wszystko. Dzięki temu totalnie odcinają się od tego, co przy nauce historii nudne, czyli ciągu wydarzeń i dat. Publikacja ta to raczej dość luźna, przesycona humorem rozprawa o Słowianach, Mieszku I i nowym, raczkującym państwie. Zachęcająca dla młodego czytelnika może być też forma, tzn. w ramach każdego rozdziału znajdziemy krótki tekst ubarwiony zabawnym komiksem. I tu mała uwaga. Okienka komiksu, dymki z tekstem tudzież pojedyncze scenki mogłyby być lepiej rozplanowane, rozmieszczone na stronie. Przyznam, że momentami nie wiedziałam w jakiej kolejności je czytać, albo do czego się odnoszą.

Takie książki czyta się całkiem przyjemnie. Żart goni ciekawostkę i odwrotnie. Nawet nie zorientujemy się, kiedy już wiemy jak to było z tym Mieszkiem.

[Egzemplarz recenzencki]

"Nawet skałę da się zjeść i inne sekrety chemii" Krzysztof H. Olszyński

"Nawet skałę da się zjeść i inne sekrety chemii" Krzysztof H. Olszyński

Znacie takie powiedzenie, że „jedzenie to sama chemia”? Jego autor trafił w punkt, a udowadnia to Krzysztof H. Olszyński w popularnonaukowej książce dla dzieci „Nawet skałę da się zjeść i inne sekrety chemii”. Bo procesy chemiczne towarzyszą nam również w kuchni (nawet kiedy nie jesteśmy tego świadomi), a wiele pierwiastków jest nam potrzebnych do tego, aby zdrowo rosnąć i się rozwijać. Jak łączyć produkty, aby wycisnąć z nich, jak najwięcej dobrego, aby były smaczne i wartościowe? Tego dowiemy się studiując chemię właśnie.

Autor zaznacza, że w swojej książce porusza tematy związane z chemią organiczną. Ja ujmę to jeszcze prościej. Będzie o człowieku i o jedzeniu. A właściwie to Olszyński wychodzi od wody, jako źródła życia. Podobno życie na ziem wyszło właśnie z wody, więc to idealny punkt wyjścia. Ale wy jeszcze nie wychodzie, plissss. Kolejne rozdziały to ogrom wiedzy praktycznej. Zresztą taka jest idea publikacji z serii „Po co mi ta nauka?”. Pokazać, że uczymy się, bo to się w życiu przydaje. Nawet kiedy zapomnimy nazwę jakiegoś procesu, ale zapamiętamy jego przyczynę i skutek, to dzięki temu zrobimy coś lepiej.

Olszyński wspaniale połączył naukę z promowaniem zdrowego stylu życia. Jasno i wyraźnie wyjaśnił, dlaczego ważna jest zróżnicowana dieta, co dobrego robią w naszym ciele witaminy i minerały i skąd je czerpać. Nie mędrkuje, nie poucza, ale w zabawny sposób, bazując na ciekawych przykładach i porównaniach wyjaśnia co z czym i dlaczego, albo bez czego.

Rewelacja. Dzieciaki uwielbiają same odkrywać świat i „sprzedawać” te nowinki rodzicom. Pamiętam, jak po lekcji o segregowaniu śmieci M. wprowadziła w domu swoje porządki i pilnowała nas, abyśmy stosowali się do zasad. Ale dziś nie o tym. Dążę do tego, że „Nawet skałę da się zjeść” daje dzieciom właśnie takie możliwości. Niech z nich korzystają. Niech same dojdą do tego, jak skomponować zdrowy talerz. Niech zmienią się w małego chemika i rozłożą swoje jedzenie, może nie od razu do atomów, ale chociaż przemyślą co daje organizmowi.

[Egzemplarz recenzencki]

"Atlas zwierząt. Przewodnik po zagrożonych gatunkach" Tom Jackson

"Atlas zwierząt. Przewodnik po zagrożonych gatunkach" Tom Jackson

Na trudny temat rzucił się Tom Jackson, autor m.in. „Atlasu dinozaurów” czy „Atlasu kosmosu”, ale dziś nie o nich. Jedna z jego publikacji nazywa się „Atlas zwierząt. Przewodnik po zagrożonych gatunkach”. Zostajemy zaproszeni do wyprawy dookoła świata. Odwiedzimy różne regiony, środowiska i popatrzymy na nie pod kątem problemów z jakimi się zmagają i gatunków, których z roku na rok jest coraz mniej. Co to w ogóle znaczy „zagrożony gatunek”? Dlaczego stało się tak, że niektóre zwierzęta wyginęły, albo są temu bliskie? Czy można je jeszcze uratować? Jak działalność człowieka wpływa na środowisko? To są główne tematy, jakie poruszono w tej książce.

W naszej biblioteczce jest mnóstwo książek o zwierzętach, ale tą przeglądałam ze szczególną ciekawością. Po pierwsze, spodobał mi się podział na regiony, który pięknie pokazuje i różnorodność gatunków, i to, że żaden skrawek Ziemi nie jest wolny od ekoproblemów. Po drugie, wiele zwierząt, jakie przedstawiono w tej publikacji jest mało znanych. A nawet kiedy wydaje nam się, że to tylko żółw, za chwilę dociera do nas, że to tylko jeden z wielu gatunków żółwi. Że ten żółw jest inny, wyjątkowy. I po raz kolejny wracamy do tematu bioróżnorodności., którą to autor pięknie pokazuje, ale też akcentuje to, iż jest zagrożona.

„Atlas zwierząt. Przewodnik po zagrożonych gatunkach” to bardzo ciekawa książka. Co prawda kierowana do dzieci, jednak wspaniale pokazująca, jaka „barwna” jest przyroda, a także, że warto o te „kolory” walczyć. Że każdy gatunek jest jedyny w swoim rodzaju, jest piękny i ważny. Że warto o niego dbać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Na skrzydłach wyobraźni. Walka człowieka i ewolucji z grawitacją" Richard Dawkins

"Na skrzydłach wyobraźni. Walka człowieka i ewolucji z grawitacją" Richard Dawkins

„Latać każdy może, jeden lepiej, a drugi gorzej...” Ej, chyba tym razem coś pokręciłam. No bo taka krowa – przykładowo – nie lata. Człowiek raczej też nie. Chociaż ten ostatni jest bardzo zdeterminowany, aby pokonać grawitację. W toku dziejów możemy znaleźć pomysłowe postacie, które miały naprawdę odlotowe pomysły, jak wznieść się w powietrze. O lataniu opowiada Richard Dawkins, popularyzator nauki, w swojej książce „Na skrzydłach wyobraźni. Walka człowieka i ewolucji z grawitacją”. I to jak opowiada, moi drodzy.

Autor omawia latanie w dwóch aspektach biologicznym (tudzież ewolucyjnym) i technologicznym. Dlaczego niektóre gatunki zawojowały przestworza, a inne z tego zrezygnowały? Co tak naprawdę dają skrzydła, a w czym przeszkadzają? I wreszcie wizjonerzy, czyli jak ludzie kombinowali, aby oderwać się od ziemi. Dlaczego pewne pomysły były skazane na porażkę? Co było krokiem milowym w walce człowieka z grawitacją?

Richard Dawkins czaruje stylem. Jego wykład jest po prostu fascynujący. Merytoryczny, a przy tym pełen ciekawostek, lekko filozoficznych rozważań, a to wszystko przetkane cudownym poczuciem humoru. Nie nazwałabym sobie pasjonatką biologii i teorii ewolucji, a tym bardziej technologii czy mechaniki. Ja po prostu lubię dobre książki popularnonaukowe – szczególnie te pięknie wydane – i dokładnie to dostałam. Bardzo przyjemną rozprawę, która otworzyła mi oczy na pewne zagadnienia, poszerzyła moją wiedzę, a przede wszystkim okazała się arcyciekawą lekturą.

Kocham takie książki. Dzięki nim przekonuję się, że i natura, i nauka są fantastyczne. Dzięki takim osobom jak Richard Dawkins chcę czytać, chcę się dowiadywać, bo wierzę, że to nie jest wcale skomplikowane. Po prostu staje się żądna wiedzy. A ta wiedza jest na wyciągniecie ręki.

[Egzemplarz recenzencki]

"Lilavati. Rozrywki matematyczne" Szczepan Jeleński

"Lilavati. Rozrywki matematyczne" Szczepan Jeleński

Jeżeli napiszę o rozrywkach matematycznych, to pewnie część osób mnie wyśmieje. A jednak. Opowiem wam dziś o książce „Lilavanti”, w której Szczepan Jeleński zebrał różne gry, anegdoty, problemy, w której udowadnia, że matematyka to nauka wspaniała, ciekawa i praktyczna. Dzięki nim można i stymulować mózg, ale również zabłysnąć w towarzystwie „magiczną sztuczką”, albo poznać nowe gry.

Już od pierwszych stron autor urzekł mnie formułą przypowieści. Prezentowane problemy są opisane w jako historyjki np. jak podzielić daną ilość dóbr, gdzie czekać na pocztę, jak zaginęły brylanty, ile śliwek mieści się w koszu. Rozwiązując je stajemy się kimś na kształt detektywa i samoistnie poznajemy cudowne właściwości liczb i figur geometrycznych. U nas jest taka tendencja, aby dzielić ludzi na ścisłowców i humanistów. Istnieje przekonanie, że czytanie jest domeną tych drugich, jakże mylne. Jeleński pokazuje, że w matematyce ważne są szczegóły, że początkiem rozwiązania problemu, zagadki jest wyłuskanie odpowiednich danych, następnie wybranie metody. Błędne założenie, może popsuć rozumowanie.

Inne kwestie, jakie autor porusza, również są arcyciekawe. Różnego rodzaju złudzenia (także optyczne), tajniki szachów, domina i gier karcianych oraz różne gry i zabawy matematyczne, a także odgadywanie, które przypomina występ iluzjonisty, ale oparte jest na nauce. Jeleński prezentuje zagadnienia związane z liczbami i logiką z różnych zakątków świata. Pokazuje, że ludzie od wieków bawili się matematyką, że to wyjątkowo twórcza nauka.

Sama nie wierzę, jak wspaniale bawiłam się z tą książką. Być może mamy coraz lepsze narzędzia, do robienia różnego rodzaju obliczeń, ale głowa w dalszym ciągu domaga się stymulacji, najlepiej w formie zabawy. I to proponuje, to daje nam Jeleński. Nawet kiedy podawał rozwiązanie i drogę do jego uzyskania nie poddawałam się. Ciekawa forma przedstawienia problemu sprawiła, że ja wręcz pragnęłam go sama rozwiązać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wszystko chce nas zabić i inne sekrety biologii" Krzysztof H. Olszyński

"Wszystko chce nas zabić i inne sekrety biologii" Krzysztof H. Olszyński

„Po co mi ta nauka?” to tytuł serii w jakiej została wydana książka „Wszystko chce nas zabić i inne sekrety biologii”. Tytuł skądinąd genialny, bo takie pytanie chyba zadał każdy będąc w wieku szkolnym. Każą nam się czegoś uczyć, ale nie wiadomo po co. Krzysztof H. Olszyński udowadnia, że wiedza z zakresu biologii jest ważna dla dobrego samopoczucia, stanu zdrowia i nawet może uratować życie.

Publikacja została podzielona na trzy części. W pierwszej poznamy czyhające na nas zagrożenia np. trujące rośliny i grzyby, albo niepozorne acz jadowite zwierzęta. Dowiemy się czym są trucizny oraz toksyny i jak działają np. jak rozpoznać zatrucie jadem kiełbasianym. W części drugiej poznamy sprzymierzeńców w walce o przetrwanie, czyli jakie zwierzęta, rośliny, a nawet mikroby sprawiają, że planeta Ziemia zdrowo funkcjonuje, lub pomagają w leczeniu chorób i nabieraniu odporności. Trzecia część oscyluje wokół tematu zdrowego trybu życia. Autor pisze o tym, jak ważna jest zbilansowana dieta, odpowiednia ilość snu i ruch.

Być może kiedy wymieniam obszary, jakie poruszono w tej książce nie brzmią one zbyt fascynujące, ale muszę przyznać, że Krzysztof H. Olszyński bardzo ciekawie je opracował. We „Wszystko chce nas zabić” nie brak anegdot i odniesień do badań i eksperymentów, co dla mnie jest najciekawsze. Taka historyjka rewelacyjnie obrazuje problem (lub jego rozwiązanie), a dobrze opisaną czyta się niczym zagadkę kryminalną. Z wypiekami na twarzy czekamy na wnioski. Podkreślić też muszę, że nawiązując do tytułu serii, autor w kolejnych podrozdziałach podkreśla, po co nam ta wiedza, jak możemy ją wykorzystać w praktyce. W książce znajdziemy nawet kilka eksperymentów do samodzielnego wykonania np. jak zrobić mleko kokosowe.

Czy to nie zbyt dramatyczne, że autor książki skupia się na zagrożeniach? Ja bym powiedziała, że chwytliwe. Odrobina grozy jest pociągająca, a dzięki niej udało się przekazać wiedzę z zakresu biologii, biotechnologii, a także opowiedzieć, jak dbać o zdrowie. Potrzebna treść przedstawiona w oryginalny sposób. Polecam.

[Egzemplarz recenzencki]

"Utrata kontaktu z rzeczywistością" Joachim Bauer

"Utrata kontaktu z rzeczywistością" Joachim Bauer

Swego czasu wirtualne światy to był przymiot autorów scence-fiction. Teraz fikcja zmienia się w rzeczywistość. Joachim Bauer – neurobiolog i psychoterapeuta – napisał książkę o wiele mówiącym tytule „Utrata kontaktu z rzeczywistością”. Czy my naprawdę chcemy uciec od rzeczywistości? Czy jeszcze potrafimy być „tu i teraz”? Czy widzimy granicę między światem prawdziwym, a wirtualnym? Czy ten drugi naprawdę nas niebawem pochłonie? Czy rozwój technologii jest równoznaczny z postępem, a może z zacofaniem?

Jako główne tezy książki można wymienić: po pierwsze, cofamy się do średniowiecza; po drugie, do prawidłowego rozwoju potrzebna jest interakcja, kontakt międzyludzki. Autor ciekawie zestawia mistykę cyfrową ze średniowieczną mistyką kościelną. Dla mnie jest to nowość. Nigdy w taki sposób nie patrzyłam na ten temat. Niezależnie od tego, czy zgadzacie się z Joachimem Bauerem, takie rozważania są niewątpliwie pewnego rodzaju wstrząsem. Prowokują do zastanowienie się, czy jesteśmy tak postępowi, jak nam się wydaje. Druga teza nie jest aż tak kontrowersyjna. Część z nas mogła doświadczyć izolacji w czasie pandemii i wie, jak działa ona na głowę. Albo spójrzmy na noworodki. Jak lgną one do drugiego człowieka. Jak potrzebują czuć jego obecność. To jest warunek zdrowego rozwoju.

Oczywiście to co napisałam w poprzednim akapicie to wielkie uproszczenie wywodu autora. Rozwija on swoje tezy w takich obszarach jak media społecznościowe, gry, sztuczna inteligencja, wirtualna rzeczywistość, nawiązując do staniu wiedzy z zakresu biologii i neurobiologii, danych statystycznych, a także rozważań współczesnych filozofów. Można powiedzieć, że sam nieco filozofuje, jednak stara się nadać swojej publikacji merytorycznego charakteru.

Nie ma co ukrywać, że temat jest chwytliwy, co przekłada się na to, iż „Utratę kontaktu z rzeczywistością” bardzo dobrze się czyta. Oczywiście nie bez znaczenia jest bardzo prosty język, jakim posługuje się Joachim Bauer. Momentami może zbyt „łopatologiczny”, rodem z pracy magisterskiej, jednak myślę, że jest to – w tym przypadku – pożądany efekt. Zaznaczyć jednak muszę, że autor strasznie się powtarza. Mamy wrażenie, że kolejne rozdziały, to kolejne dowody na poparcie jego tez. Że ta książka się nie rozwija. Plusem jest to widzimy, w jakich sferach jest problem, z której strony „czai się zagrożenie” i jak jest rozległe. Minusem wspomniana wcześniej monotonia. Także językowa.

Kontrowersje związane z rozwojem sztucznej inteligencji nie cichną. To jest nasze „tu i teraz”. To jest coś z czym musimy się zmierzyć. Warto wysłuchiwać różnych stron, aby wyrobić sobie własne zdanie. Warto zastanowić się, czy w ogóle jesteśmy w stanie sprzeciwić się korporacjom i żyć offline. Czy potrzebnie – a może nie – napędzamy tę machinę?

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży" Feliks Koneczny, Joanna Szarek, Jarosław Szarek

"Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży" Feliks Koneczny, Joanna Szarek, Jarosław Szarek

W szkole podstawowej bardzo lubiłam historię. W liceum to się zmieniło i spadła ona z piedestału – na samo dno, mogę dodać. Co się stało? Inny nauczyciel. Moja pani z podstawówki potrafiła cudownie opowiadać. Pan prowadzący ten przedmiot w szkole średniej zostawiał nas z podręcznikami i kazał samodzielnie przedzierać się przez meandry dziejów. A jak wszyscy wiemy, podręczniki niekoniecznie są napisane w fascynujący sposób. Chociaż znajdziemy autorów, historyków, którzy potrafią wspaniale pisać. Miałam przyjemność trafić na taką książkę. Jej tytuł to „Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży”. Pierwotnie została napisana przez Feliksa Konecznego, a wzbogacona o rozdziały na temat historii współczesnej dzięki Joannie i Jarosławowi Szarkom.

Jest to historia Polski napisana w naprawdę przystępny sposób. Oczywiście nie unikniemy dat, nazwisk, miejsc. Tak się po prostu nie da. Jednak, co jest bardzo ważne, autorzy – decydując się na układ chronologiczny – starają się pokazać ciąg przyczynowo-skutkowy. Opisać, co wywołało daną decyzję, jaki miała ona spowodować skutek i czy to się udało, a jeżeli nie to dlaczego. Myślę, że takie podejście pozwoli czytelnikom zrozumieć dynamikę pewnych procesów. Szczególnie, że mówimy o politycznych rozgrywkach, a te często są niejasne nawet dla dorosłego czytelnika, a co dopiero dla młodego, uczącego się człowieka.

Mówi się, że życie pisze najlepsze opowieści. Feliksowi Konecznemu (oraz Joannie i Jarosławowi Szarkom) udało się pokazać, że historią jest fascynująca. Pełna intryg, zimnych analiz i trudnych decyzji. Ale też, że nie brak w niej dynamicznych zwrotów akcji. Zaryzykuję stwierdzenie, że autorzy tej publikacji próbowali z historii Polski zrobić powieść. No dobra, bez dialogów, więc raczej nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Natomiast nie podlega dyskusji to, iż to świetni „opowiadacze”. I ja wszystkim dzieciakom życzę nauczycieli historii z taką umiejętnością opowiadania właśnie. A w razie czego zawsze można sięgnąć do książki „Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Islandia. Tam, gdzie elfy mówią dobranoc" Paulina Tondos

"Islandia. Tam, gdzie elfy mówią dobranoc" Paulina Tondos

Przeglądam sobie Instagram i jedna z bookstagramerek zagaduje swoich obserwatorów, co czytają w upały. Mimochodem spoglądam, co mam pod ręką, a tam... O ironia losu, u nas temperatura 34 stopnie Celsjusza, gorące powietrze stoi w miejscu, a ja czytam książkę o mroźnej Islandii, gdzie średnia temperatura w lipcu to ok 12 stopni Celsjusza. A jakie emocje towarzyszyły czytaniu tej publikacji? Obojętne, chłodne, czy gorące?

Przede wszystkim Paulina Tondos podeszła do tematu bardzo kompleksowo. Książkę podzielono na takie działy jak: geografia historia, wierzenia, życie codzienne; w ich ramach znajdziemy pomniejsze podrozdziały, a w nich ogrom wiedzy. Paulinie Tondos udało się opisać każdy aspekt Islandii. Od geologii, pogody, flory i fauny przez historię, wierzenia, ale też sposób życia i mentalność jej mieszkańców. Po przeczytaniu publikacji „Islandia. Tam, gdzie elfy mówią dobranoc” ta leżąca na „końcu świata” wyspa wydaje się dużo bliższa.

Właściwe nie powinnam mieć tej książce nic do zarzucenia. Może Paulinie Tondos przytrafiła się jakaś niefortunnie sformułowana myśl, ale to drobiazg przy materiale, który nam prezentuje. Jednak są takie książki, po których nic nie jest takie samo i – o ironio – inny autor „ze stajni” wydawnictwa Bezdroża sprawił, że moje oczekiwania wobec książek podróżniczych wzrosły. O ironio (po raz drugi) był to Martin Martinger z przewodnikiem „Dzikie Bieszczady”. Tu muszę zamieścić sprostowanie, że książka „Islandia...” przewodnikiem nie jest. Wracam do tematu. Chodzi mi pewną subtelną energię w narracji, sprawiającą, że tekst żyje. Martin Martinger napisał krótkie opisy ciekawych punktów w Bieszczadach, a ja czytałam je z wypiekami na twarzy. Paulina Tondos przekazuje mi mnóstwo informacji o Islandii, a ja bardzo jej dziękuję, że je opracowała, ale przy tym nie czuję większych emocji. Pomimo, że autorka wplata własne doświadczenia, robi to tak nieśmiało, że nie czuję, że i dlaczego kocha to miejsce. Jest „sucho” przez co przeczytałam z ciekawością – nie zaprzeczę – ale bez efektu „wow”. No może fragment o „wulkanowej turystyce” mną wzburzył.

Dodać muszę, że książka jest bogato ilustrowana. Wszystko fajnie, czytelnicy tego typu publikacji wręcz oczekują zdjęć. Jest tylko jedno małe „ale”. Kojarzycie tzw. „podprowadzające” np. zawodników sportów walki. Ładnie wyglądają, ale za bardzo nikt nie wie po co tam są. I tak jest z tymi ilustracjami. Piękne widoki, ale kompletnie nie powiązane z treścią. Zdobią książkę, owszem, ale nie wiem, dlaczego czytając od budownictwie na Islandii – nagle – trafiam na zdjęcie zaśnieżonego lasu i (chyba, bo ilustracja nie jest podpisana) zorzy.

To, że coś nie jest idealne nie znaczy, że jest złe. Książka „Islandia. Tam, gdzie elfy mówią dobranoc” jest bardzo dobra. Stylowi pisania Pauliny Tondos trochę brakuje energii, śmiałości, ale do zadania, którego się podjęła podeszła bardzo skrupulatnie. Chciała polskim czytelnikom zaprezentować Islandię i to zrobiła. Powiem to jeszcze raz, ta publikacja to ogrom wiedzy o wyspie lodu i ognia.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wyszło jak zwykle..." Krzysztof Pyzia

"Wyszło jak zwykle..." Krzysztof Pyzia

Czy potrafimy się z siebie śmiać jako naród? Czy potrafimy spojrzeć na swoja historię z przymrużeniem oka? Wyciągnąć smaczki, ploteczki, głupotki, złapać się za głowę i powiedzieć z uśmiechem: „I ja od niego się wywodzę?”. Krzysztof Pyzia właśnie w ten sposób przedstawia historię Polski w publikacji „Wyszło jak zwykle...”. Opisuje wstydliwe fakty i „odbrązawia” legendy. A robi to z jakże cudownym dystansem. Poklepuje obgadywanego po ramieniu i pociesza go piłkarskim: „Nic się nie stało!”.

Ależ się uśmiałam przy czytaniu „Wyszło jak zwykle...”. Krzysztof Pyzia ma wspaniały dar wymyślania zabawnych komentarzy. Chociażby historia o zagubionym mieczu służącym do koronacji i słowa autora książki: „To chyba musiało stać się po jakiejś popijawie...”1 Albo podsumowanie działań Henryka Walezego: „Przyznam, że nie tak sobie wyobrażałem, jak wyglądała w przeszłości »Francja-elegancja«...”2 Czy też komentarz do bio Władysława IV: „Jak by powiedzieli nasi przodkowie, kurwiarz, aczkolwiek sympatyczny.”3 Te teksty są chyba bardziej śmieszne od samych anegdot.

Trzeba też przyznać, że Krzysztof Pyzia ma dar do do opowiadania. Nie tylko rozbawia nas zabawnymi komentarzami, ale tworzy hipotetyczne dialogi. Ot zjazd gnieźnieński „oczami” autora „Wyszło jak zwykle...”: „Otóż w pewnym momencie cesarz z naszym Bolesławem tak solidnie się nawalili, że Bolek zaczął mówić, że szanuje cesarza. Ten z kolei powiedział, że również go szanuje, a nawet uważa za swojego brata. I w tym zamroczeniu alkoholowym założył na głowę Bolesława swój diadem.”4

Albo słówko i liberum veto:

„ - Zrywa pan sejm?

- Tak!

- A dlaczego?

- Nie interesuje się, marszałku, bo kociej mordy dostaniecie!”5

Czytanie tej publikacji to świetna zabawa, chociaż w pewnym momencie można mieć wrażenie, że ciągle seks i imprezy. Cóż, skoro taka była nasza historia. Autor nie oszczędza też współczesnych czasów, jednak miałam wrażenie, że im dalej tym anegdoty były krótsze i zacierała się kompozycja książki. Zaczyna przeważać ujęcie problemowe np. rozdział o naszych wieszczach narodowych, albo o słownych wpadkach polityków, gdzie na początku Krzysztof Pyzia raczej przedstawiał sylwetki królów, książąt i innych wpływowych na przestrzeni dziejów. Bywają fragmenty, w których nie wiem do czego autor zmierza, jak chociażby rozdział o profesji chłopca do bicia, której podobno u nas nie było. Albo długi wywód, w którym tłumaczy polskie zwroty na angielski w sposób dosłowny. Śmieszne to tylko, co to ma do historii Polski?

Można powiedzieć, ze życie jest ciekawsze niż scenariusz filmowy. W tym przypadku mamy komedię. „Wyszło jak zwykle...” można zaliczyć do publikacji popularnonaukowych, a przy tym jest idealna na poprawę humoru. Czy jesteście ciekawi skąd wzięły się żarty o teściowych, albo powiedzenia „do usranej śmieci” czy „nóż w kieszeni się” otwiera? Krzysztof Pyzia ma pewne podejrzenia co do ich genezy.

1 Krzysztof Pyzia, „Wyszło jak zwykle...”, wyd. Bellona, Warszawa 2024, s. 29.

2 Tamże, s. 66.

3 Tamże, s. 68.

4 Tamże, s. 76.

5 Tamże, s. 180.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger