Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
"Zabić drozda" Lee Harper

"Zabić drozda" Lee Harper

Lata 30 XX wieku, małe amerykańskie miasteczko. Jean Louise – zwana Smykiem – zaczyna swoją opowieść: „Mając niespełna trzynaście lat, mój brat Jem doznał skomplikowanego złamania ręki. (…) Z biegiem lat mogąc popatrzeć z perspektywy na wydarzenia, które doprowadziły do tego wypadku, nieraz je omawialiśmy. Moim zdaniem, zapoczątkowali to wszystko Ewellowie, ale Jem, starszy ode mnie o cztery lata, twierdził, że to się zaczęło grubo wcześniej. Że to się zaczęło w czasie tamtych wakacji, gdy po raz pierwszy przyjechał do nas Dill, bo to przecież Dill nam podsunął myśl, że dobrze byłoby doprowadzić do tego, by »Dziki« Radley się ujawnił.”1

I w tym momencie zaczyna się ta poruszająca historia. Cieszę się, że usiadłam do niej z czystą głową. Nie oglądałam adaptacji filmowej, nawet nie zerknęłam do opisu. Dałam się prowadzić Jean Louise za rękę i z jej perspektywy patrzeć na brata, ojca, szkołę, kolegów, miasteczko. Nie szukałam, nie czekałam. Właściwie nawet przez chwilę zastawiałam się, o czym Lee Harper chce opowiedzieć, ale szybko uznałam, że to przyjdzie samo. I przyszło. Atticus Finch z jego mądrością dołączył do grona moich ulubionych bohaterów literackich. A przede wszystkim widać, jak ta mądrość wspaniale kształtuje jego dzieci. Może nieco psotne i nieco pobrudzone od szwendania się tu i tam, ale jakże bystre i empatyczne.

Kulminacyjny punkt, czyli proces sądowy, w którym Atticus ma bronić czarnoskórego oskarżonego o gwałt na białej kobiecie urasta do rangi symbolu. John Grisham wyniósł na wyżyny popularności thriller prawniczy, jednak i Lee Harper nie powstydzi się spektakularnych opisów i popisów z sali sądowej. Czy Atticus Finch stoi na przegranej pozycji broniąc czarnoskórego? Na pierwszy rzut oka tak. Jednak to, co prawnik robi wykracza daleko poza salę sądową. I nie mam na myśli tu jego czynów, bo on po prostu podchodzi skrupulatnie do swojej pracy, a pewne konsekwencje, wnioski jakie ta praca wywoła.

Zabić drozda” jest książką, która często pojawia się w zestawieniach typu „Książki, które musisz przeczytać”. Lubię odhaczać sobie takie checklisty, wiec lektura tej powieści od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie. Powiem wam, że jestem oczarowana, jak Lee Harper z historii o tym, jak chłopiec złamał rękę wydobyła wątki tolerancji, kryzysu sumienia, a to wszystko – dzięki młodej narratorce – napisała w konwencji powieści o dorastaniu. Z jednej strony „Zabić drozda” czaruje dziecięcą beztroską, z drugiej „wali po głowie” spostrzeżeniami na temat tego, jak świat jest zorganizowany ze wszystkimi uprzedzaniami, a także „wypada i nie wypada”.

1 Lee Harper, „Zabić drozda”, tłum. M aciej Szymański, 2025, wyd. Rebis, loc. 1-7 [e-book].

"Gdy powrócą kanarki" Laura Barrow

"Gdy powrócą kanarki" Laura Barrow

Właściwie one nie chciały wracać do rodzinnych stron. Poniekąd zmusiła je do tego młodsza siostra i pakt z dzieciństwa. Mają nadzieję, że szybko wywiążą się z obietnicy i wrócą do swojego życia. Życia, które do końca ich nie satysfakcjonuje, ale nie jest tamtym. Odkopana kapsuła czasu jednak nie pozwala wygasić wspomnień. Szczególnie wspomnień o tamtym dniu, kiedy zaginęła jedna z nich, czwarta siostra. Jej bliźniczka ciągle ma nadzieję, że ona jeszcze wróci, albo chociaż dowie się, co się z nią stało. Czy w kapsule czasu znajdą klucz do rozwiązania tej zagadki?

Savannah, Sue Ellen i Rayanne są połączone więzami krwi, a przy tym każda z nich jest inna i wybrała inną drogę. Mamy wrażenie, że ich wspólny pobyt w rodzinnym domu zmienił go w tykającą bombę. Każde zdarzenie może być pretekstem do wyrzucenia wzajemnych żali. Jest też Bunia, babcia która wychowała dziewczyny. Kobieta specyficzna, mocno utwierdzona w swoich przekonaniach, a nawet lekko apodyktyczna, jeżeli apodyktycznym można być lekko. Chyba jeszcze nie straciła władzy nad dorosłymi już wnuczkami, chociaż te próbują jej umknąć.

Poprzedni fragment brzmi, jak zapowiedź tragedii, jednak powieść „Gdy powrócą kanarki” wcale nie jest aż tak dramatyczna, jak mogłoby się wydawać. Trzon dramatyzmu tkwi w okolicznościach zaginięcia jednej z sióstr, to była niewątpliwa tragedia dla tej rodziny i nie dziwię się, że trudno jej członkom o tym zapomnieć. Pomniejszy dramatyzm widzimy też w niektórych życiowych wyborach bohaterek, a raczej w tym jak desperacko chcą pokazać, że sobie dobrze radzą, że są szczęśliwe mimo wszystko.

Laura Barrow poprzez spotkanie daje im możliwość zrzucenia masek. Tak, tak. Oczywiście na początku każda z nich przyjmuje swoja pozę. Jednak przebywanie ze sobą jest zapalnikiem do szczerości. Czy będzie ona oczyszczająca, czy jeszcze podzieli siostry?

Czy rodzina to siła? Na pewno tak widzi to Bunia. Nie zapominajmy jednak, że siłę też się buduje, rozwija. Sflaczałe mięśnie z czasem stracą swoja moc. Jaką drogę wybiorą bohaterki powieści „Gdy powrócą kanarki”? Pójdą „na noże” czy skorzystają z bufora, jakim może być dotrzymanie paktu z dzieciństwa. Kim będą po tym spotkaniu?

[Egzemplarz recenzencki]

"Podziemia" Don DeLillo

"Podziemia" Don DeLillo

Z perspektywy Polaków zamkniętych w radzieckiej strefie wpływów, Ameryka była „zieloną wyspą”, krajem dostatku i spełniania marzeń. Czy kolejne pokolenia dalej ją gloryfikują? Czy moda na „Amerykę” ciągle trwa? Chyba już przemija, a ci którzy posmakowali dobrobytu szukają bardziej egzotycznych uciech, a na dawniej uwielbiany kraj patrzymy z zawiścią, a może i pogardą. W tym kontekście jakże podniecająca jest dekonstrukcja amerykańskiego mitu jaką oferuje nam amerykański pisarz Don DeLillo. Mowa tu o powieści „Podziemia”. Wydaje mi się, że jest ona mało znana w Polsce, ale ci, którzy ją znają mówią jednym głosem: „Arcydzieło”.

Przygodę z tą książką rozpoczynamy obszernym prologiem. Rok 1951 i mecz baseballu. Energia, radość, euforia, a obok nich strach, niepewność wywołana informacją o próbnym wybuchu bomby atomowej przeprowadzonym w ZSRR. Piłka złapana podczas tego meczu będzie nam towarzyszyła w wędrówce przez Amerykę drugiej połowy XX wieku. A właściwie będziemy się cofać, bo z lat 50 przeskoczymy do 90, aby krok za kroczkiem wracać do przeszłości. Bohaterowie będą młodnieć, a zniszczone przedmioty nabiorą świetności i blasku. Przyznacie, że jest to nietypowa forma. Ja chyba pierwszy raz spotkałam się z tak napisaną powieścią.

Dodać do tego należy pięknie dopracowane sceny. Don DeLillo poświęca każdej z nich wiele uwagi, a czytelnik może się w nie zagłębiać zapominając o „bożym świecie”. W tym przypadku słowa oddziałują na wszystkie zmysły. Poza wyrazistymi postaciami i ich emocjami oraz wartościami będziemy mogli zobaczyć, poczuć, a nawet literacko dotknąć.

„Podziemia” to powieść wielowątkowa. Na początku trochę czułam się, jakbym czytała zbiór opowiadań, przez to całkowite oddanie poszczególnym scenom. Z czasem losy bohaterów zaczynają się przecinać, zazębiać i sieć tkana przez Dona DeLillo zaczyna nabierać kształtu. Kontekst w jakim pisarz pokazuje nam Amerykę 2 połowy XX wieku jest szeroki. Pisząc o tych czasach autorzy skupiają się na zimnowojennej problematyce. Można odnieść wrażenie, że nuklearne zagrożenie wręcz paraliżowało amerykańskie społeczeństwo. A u DeLillo codzienne sprawy też nabierają wielkiej wagi. Złapana na meczu piłka staje się wielkim skarbem, a radość z jego posiadania potrafi przyćmić wszystko. W „Podziemiach” przemykają się też globalizacja oraz popkultura i ich ikony. Symbole które rozpalały wyobraźnię i stały się znakiem rozpoznawczym kolejnych dekad, a także zmian, jakie przyniosły.

Powieść „Podziemia” może trochę odstraszać. Po pierwsze objętością – mój egzemplarz ma ponad 900 stron. Po drugie początkiem, w którym trudno złapać czytelnikowi jakiegoś bohatera czy linię fabularną, której będzie się trzymał. Musimy sobie uświadomić, że głównym bohaterem tego przedsięwzięcia jest Ameryka. Kraj złożony, barwny. Kraj nadający bieg dziejom i przez to kultowy. Don DeLillo proponuje nam, aby spojrzeć na niego z różnych perspektyw. Nie tylko wielkich problemów, ale też codziennych trosk i radości.

[Egzemplarz recenzencki]

"Droga" Cormac McCarthy

"Droga" Cormac McCarthy

„Kraina była splądrowana, złupiona, spustoszona. Ograbiona z najmniejszego okruszka.”1 Tę krainę przemierzają nieliczni wędrowcy napędzani resztkami woli przeżycia. Takimi wędrowcami są oni – ojciec i syn. Samotny duet, który musi o siebie zadbać. Ten starszy, bardziej doświadczony rozpaczliwie pragnie chronić syna. Ten młodszy, przerażony acz miłosierny, chyba zachował więcej człowieczeństwa. Wędrują szukając bezpiecznej przystani, ale na dłuższą metę nigdzie nie jest bezpiecznie.

Ojciec i syn, ich więź są centrum powieści „Droga” Cormaca McCarthy'ego. Można powiedzieć, że tą więź wymusiły okoliczności. Świat, w którym żyją nawiedziła ogromna katastrofa i pozostały z niego wyłącznie zgliszcza. To postapokaliptyczne tło pięknie podkreśla emocje. Wzajemną miłość, poświęcenie, ale też strach i to często nie jest strach o siebie, a o syna (w przypadku ojca) lub o innego wędrowca (w przypadku syna).

W świecie wykreowanym przez Cormaca McCarthy'ego najbardziej przeraża nie zniszczenie, brak czegokolwiek, skrajne ubóstwo, a ludzie. A dokładnie to, że przestali sobie ufać, nie mogą na siebie liczyć. Największa groza pojawia się, nie kiedy obserwujemy zniszczony krajobraz, nie kiedy bohaterowie marzną pod zgniłym kocem, a kiedy na horyzoncie pojawia się człowiek. Pod koniec książki syn zastanawia się, jak rozpoznać dobrych ludzi. Nie wiadomo. Ci, którzy przetrwali katastrofę posuwają się do najpodlejszych czynów, aby przeżyć w tym jałowym świecie. Dołączenie do większej grupy obarczone jest ogromnym ryzykiem.

Któż nie słyszał o tej powieści? „Droga” jest co jakiś czas przywoływana, dzięki oszczędności przekazu i ogromnemu ładunkowi emocjonalnemu. Ta książka po prostu robi wrażenie. O mistrzostwie Cormaca McCarthy'ego świadczy to, że czytelnicy wybaczyli mu, iż w powieści nie ma ani słowa o przyczynach, charakterze katastrofy, jaka nawiedziła świat. Pisarz skupił się na bohaterach i ich miejscu w tym świecie. Jest skromnie, treściwie, acz poruszająco. Chcemy wyrwać wędrowców z książki i pozwolić im chociaż chwilę posiedzieć w cieple. Zastawiamy się, jakim typem wędrowca my jesteśmy i gdzie zmierzamy. Jako jednostki i jako świat.

1 Cormac McCarthy, „Droga”, przeł. Robert Sudół, wyd. Literackie, Kraków 2008, s. 122.

"Pasażer" Cormac McCarthy

"Pasażer" Cormac McCarthy

Kiedy sięgałam po „Pasażera” Cormaca McCarthy'ego byłam przekonana, że będzie to powieść akcji albo thriller z wartką akcją. Wrak samolotu, brak czarnej skrzynki oraz ciała jednego z pasażerów. Federalni, którzy interesują się nurkiem, który go badał. Silna relacja owego z nieżyjącą siostrą – superinteligentną matematyczką z problemami psychicznymi. Przyznacie, że ta sprawa „śmierdzi”, ale też wydaje się przeciekawa. Dość szybko zorientowałam się, że powieść „Pasażer” to kompletnie inna jakość. Znana mi z Instagrama @efemerycznosc_chwil trafnie określiła ją jako „thriller kontemplacyjny/egzystencjalny”1. Co przez to rozumieć?

„Pasażer” to proza melancholijna, przepełniona tęsknotą, skłaniająca do refleksji. Jest to wielka ucieczka. Od służb, od przeszłości, od życia. Głównego bohatera spowija otoczka beznadziejności, którą wielu próbuje rozbić, ale on, swoją inteligencją, wykuwa skuteczną tarczę. Książka jest również filozoficzną rozprawą. Cormac McCarthy rozprawia się z ludźmi, ale też Ameryką, przy pomocy wartkich dialogów i ciętych ripost.

Wspomniałam wcześniej o wartkich dialogach, a ta powieść głównie z dialogów się składa. Specyficznych, a właściwe specyficznie zapisanych. Tak, że głosy poszczególnych postaci zlewają nam się w jeden. Efekt jest wręcz teatralny. Jakby w kolejnych rozdziałach zmieniała się scenografia, a poszczególni aktorzy wchodzili wygłaszać swoje kwestie. My, czytelnicy, natomiast dostajemy coś na kształt „transkrypcji”.

Ależ to jest dziwna powieść. Sama nie wiem, co mam o niej myśleć. Jej rytm jest wartki, chociaż poszczególne rozdziały są raczej statyczne i, aby śledzić jej sens, nie można uronić żadnego słowa. Jest to niewątpliwie wielka i głęboka literatura, ale ma w sobie coś popkulturowego. Wachlarz tematów, jakimi raczy nas Cormac McCartthy jest tak szeroki, że ramion nie starcza, ale robi to nadzwyczaj sprawnie. Trudno sobie wyobrazić pracę, jaką musiał wykonać, aby je opracować. A zrobił to rewelacyjnie. Warstwa językowa, terminologia porażają precyzją. Jest to też powieść bardzo amerykańska. Tego nie sposób ocenić. Potencjalny czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć, czy taką literaturę lubi.

1 https://www.instagram.com/p/CuG1ayyts_W/?utm_source=ig_web_copy_link&igshid=MzRlODBiNWFlZA== [dostęp: 22.07.2023]


[Egzemplarz recenzencki]

„Wciąż o tobie śnię” Fannie Flagg

„Wciąż o tobie śnię” Fannie Flagg

Fannie Flagg to ikona amerykańskiej powieści obyczajowej. Jeżeli nazwisko wydaje się wam obce to szepnę o pewnych smażonych pomidorach, może coś zaświta. Pisarka wyróżnia się tym, że nawet o trudnych tematach potrafi pisać z lekkością, humorem, a nawet szczyptą ironii, a przy tym traktuje je z szacunkiem. Tym razem opowiem o jej (trochę) mniej znanej książce pt. „Wciąż o tobie śnię”.

Jej bohaterką jest Maggie, która zdobyła tytuł Miss Alabamy. Jest to osoba piękna i pełna wdzięku. Z wdziękiem przyjmowała to co zaoferowało jej życie. Z wdziękiem rozpamiętuje swoje dobre i złe decyzje. Postanawia również z wdziękiem odejść. Dlaczego kobieta sukcesu zdecydowała się na taki krok?

Powieść „Wciąż o tobie śnię” możemy podzielić na dwie części. Najpierw poznajemy najważniejsze postacie i obserwujemy przygotowania Maggie do „dnia zero”, potem na scenę wkracza wątek kryminalny. Spotkałam się z opiniami, że początek książki jest nudny i dopiero sprawa tajemniczego domu ją ożywia. Podobne sądy słyszałam o „Bastionie” Stephena Kinga – mój kolega powiedział coś w stylu: „Tego nie da się czytać. Tam każdy ma swój profil psychologiczny”. Fannie Flagg nie przedstawia swoich postaci z takim rozmachem jak słynny autor horrorów, ale i tak możemy je „prześwietlić”. Rozpamiętując przeszłość, ale też patrząc na ich obecne rozterki poznajemy – poza Maggie – maleńką przedsiębiorczą Hazel, ciągle niezadowoloną Ethel, walczącą z nadwagą Brendą i bezwzględną w interesach Babs. Mamy wrażenie, że autorka opisuje je z przymrużeniem oka, a nawet – jak karykaturzysta – wyolbrzymia ich cechy. Dzięki temu stają się wyraziste i wyjątkowe.

Wrócę jeszcze na chwilę do Maggie. Piękna, podziwiania, a jednak nieszczęśliwa. Wygrana w konkursie piękności nie okazała się furtką do spełnienia marzeń. Perfekcyjna Miss, tak samo jak przeciętny człowiek, musiała zmierzyć się z codziennością, a ta po zaznaniu blasku chwały może być przytłaczająca. Poczucie” przegrania” swojego życia pcha w kierunku „ostateczności”. Meggie chce popełnić samobójstwo, ale kiedy patrzę na jej przygotowania zastanawiam się, czy na pewno. Czy nie potrzebuje pretekstu, który da jej kopa do pozytywnego działania? Myślę, że każdy może poczuć więź z taką postacią, bo każdy z nas bywa zrezygnowany. Ma wrażenie, że podjął złe decyzje i brak mu energii na ich naprawianie. Czuje się samotny pomimo grona bliskich.

Dziwne uczucie, kiedy smutna książka daje zastrzyk pozytywnej energii. Takie jest „Wciąż o tobie śnię”. Taka jest proza Fannie Flagg. Autorka oddała w nasze łapki mądrą, dojrzałą powieść. Książkę-słoneczko, bo słoneczko dobrze nastraja, poprawia humor i... po prostu jest miło jako świeci, a mi bardzo miło czytało się tę historię.

"Zaułek koszmarów" William Lindsay Gresham

"Zaułek koszmarów" William Lindsay Gresham

W powieści „Zaułek koszmarów” odwiedzimy wędrowny jarmark. Zobaczymy wachlarz osobliwości, będziemy podziwiać niezwykłe umiejętności i kuglarskie sztuczki. Będziemy pławić się w kolorach, brokacie i tej cudnej jarmarcznej tandecie. Musimy tylko uważać, żeby w ferworze zabawy nikt nas nie okantował. W takim miejscu nie brak krętaczy.

Bohaterem książki jest bardzo dociekliwy, ambitny i inteligentny szachraj – Stan Carlisle. Jest jednym z członków wędrownej trupy, ale mierzy wyżej. Jak sam mówi: „Trzymam świat za gardło i wystarczy, że potrząsnę, a dostanę co zechcę!”1 U Stana głód sukcesu jest ogromny. Czy pamięta, że je się, żeby się najeść, a nie przejeść?

Stan jest hochsztaplerem z prawdziwego zdarzenia. Łaknie sukcesu, nie bacząc na konsekwencje, jakie on za sobą niesie. Łapie się każdej okazji mogącej przynieść sławę. Z zegarmistrzowską perfekcją realizuje swoje pomysły. Czy ambicje pomogą mu odnieść sukces? Czy obwoźny kuglarz ma prawo aspirować do dobrego towarzystwa? Stan kojarzy mi się z przysłowiową ćmą. Sukces miło grzeje, ale bardzo łatwo się sparzyć.

W tej historii widać wyraźnie fascynację autora Freudem. Próbuje on poddać analizie pragnienia głównego bohatera, zagląda do jego dzieciństwa, snów itp. Możemy się zastanowić, co ukształtowało tego człowieka i wywołało taką ogromną potrzebę poklasku.

„Zaułek koszmarów” został napisany w „jarmarcznych” barwach. Z pozoru wszystko się błyszczy i mieni, a za tym chowa się pijaństwo, zepsucie, smutek. Będziemy mieli okazję zajrzeć za kulisy i przyjrzeć się rożnym osobistościom. Spróbować przejrzeć je, a także sekrety ich warsztatu. Ten „bonus” jest równie ciekawy, jak historia Stana. Ile fascynujących charakterów przewija się w tej powieści – zarówno wśród kuglarzy, jak ich widzów. Nie wspomnę o tym, że chyba każdego trochę interesuje, jak wykonuje się „cyrkowe” numery. Czytanie w myślach, wywoływanie duchów, znikające przedmioty – William Lindsay Gresham wyciąga na światło dzienne arkana sztuk magicznych.

Na uwagę zasługuje również konstrukcja i język powieści. Każdy rozdział to jedna z kart tarota. Z „Wprowadzenia” dowiadujemy się, że nie są one po kolei, ale czytelnik wyraźnie widzi, jak treść rozdziału jest powiązana ze znaczeniem konkretnej karty. Nie jest to wyłącznie ładna otoczka. To skrupulatnie przemyślana konstrukcja.

Język jakim William Lindsay Gresham napisał „Zaułek koszmarów” ewoluuje. Od pełnej błędów mowy prostego gościa obwoźnego jarmarku, po wyrafinowaną mowę arystokratycznego odbiorcy, a nawet poetyckie czy metafizyczne dialogi serwowane w trakcie pokazu, ale też jako opisy ukazujące stan ducha głównego bohatera.

Na koniec chciałabym wspomnieć o filmowej adaptacji z 2021 roku w reżyserii Guillermo del Toro. Pisząc ten tekst widziałam jedynie zwiastun filmu, więc nie wiem na ile jest wierna, ale zachwyciła mnie jedna rzecz – dobór aktorów. Dokładnie tak wyobrażałam sobie postacie z książki, szczególnie oczy Stana. Autor obdarzył go pięknymi niebieskimi oczami. Kiedy zerknęłam na obsadę filmu uświadomiłam sobie, że właśnie oczy Bradleya Coopera przywołałam w wyobraźni.

Pokochałam tę powieść. Za treść, za kompozycję, za morał – za wszystko. Jarmarczne klimaty są bardzo wdzięczne, jako tło dla różnych historii – pełne akcji, złudzeń, zakamarków – ale też wymagają, żeby uchwycić przewijające się między wozami wędrownej trupy kontrasty. William Lindsay Gresham doskonale je uchwycił. Autor odwiedził swój własny „zaułek koszmarów”2. Teraz wciąga do niego kolejne pokolenia czytelników.

1 William Lindsay Gresham, „Zaułek koszmarów”, przeł. Ryszard Oślizło, wyd. Mova, Białystok 2022, s. 125.

2 Patrz: Nick Tosches, „Wprowadzenie” [w:] tamże, s. 7–14.


Książka "Zaułek koszmarów" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl. Sprawdźcie też inne nowości w ofercie księgarni.

"Pianola" Kurt Vonnegut

"Pianola" Kurt Vonnegut

Postęp technologiczny ma ułatwiać człowiekowi życie. Chociażby taka pralka – sprzęt niezbędny w każdym gospodarstwie domowym. Ja nie wyobrażam sobie tkwić nad miską i rozwieszać ociekających wodą ciuchów. Przyzwyczaiłam się do wygody. Kurt Vonnegut w swojej debiutanckiej powieści „Pianola” analizuje, do czego rozwój technologii może doprowadzić. Wspólnie zastanówmy się, czy brak obowiązków uczyni nas – ludzi – szczęśliwymi.

W świecie wykreowanym w powieści maszyny wiodą prym. Testy określają predyspozycje danej osoby, a potem automatycznie jest ona przydzielana do najbardziej adekwatnego dla niej zajęcia. Większość sfer życia została zautomatyzowana. Specjalne komputery dbają o jakość i szybkość pracy. Coraz mniej jest ludzi niezastąpionych, a maszyny wypierają ich z kolejnych zawodów. Po prostu są dokładniejsze i bardziej efektywne. Tych, którzy jeszcze mają pracę można zaliczyć do elitarnej kasty.

„Pianola” została napisana w latach 50-tych XX w. i pewnie niektóre rozwiązania technologiczne mogą wydawać się nam prymitywne, ale nie o nie chodzi w tej powieści, a o myśli, o wizje postępu serwowane przez autora. Jako jej morał zaznaczyłam sobie cytat: „Nie w wiedzy tkwi kłopot, ale w jej zastosowaniu.”* Naukowcy czy też wynalazcy budzą mój podziw. Jednak ciężko przewidzieć, jak zostaną wykorzystane ich odkrycia. Chociażby rozszczepienie atomu i energia jądrowa (pisarz wyraża się o niej w „Pianoli” dość lekceważąco), która okazała się alternatywą dla paliw kopalnych, ale też przerażającą bronią.

Debiut Kurta Vonneguta skupia się na rozwoju przemysłu i jego skutkach społecznych. Oczywiste jest, że właściciel fabryki chce wytworzyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Zautomatyzowanie produkcji ma w tym pomóc. W programach typu „Jak to jest zrobione?” świetnie widać, jaka część procesu jest wykonywana przez maszyny, a jaka ręcznie. W „Pianoli” komputeryzacja zatacza gigantyczne kręgi. Maszyny wyparły ludzi ze znacznej większości zawodów W efekcie mamy niezadowolone, nie mające co ze sobą zrobić masy i mała grupkę elit drżących o to, aby ktoś nie wymyślił urządzenia wykonującego ich zajęcia.

Bardzo lubię pióro tego pisarza, ale nigdy nie próbowałam czytać jego dzieł chronologicznie. Przypominam, że opowiadam o jego debiucie. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy w „Pianoli” to, że jest w niej dużo mniej absurdu i cynizmu niż w późniejszych powieściach Kurta Vonneguta. Nie żeby była go pozbawiona, ale nie kuje tak bezczelnie w oczy. Dość słabo są tu też dopracowane postacie i warstwa fabularna. Możemy się spierać, że w książce chodzi o pewne tezy, a nie o opowieść, jednak warto zastanowić się, czy te twierdzenia można by przedstawić w mniej rozwlekłej formie. Fakt jest taki, że pomimo wad, uwielbiam czytać Vonneguta. Jego patrzenie na świat, sposób analizowania go i przerysowana forma prezentacji tych myśli zachwycają mnie i przerażają.

Pewnie wielu z was narzeka, kiedy ma iść do pracy. Dlatego, jeśli będziecie mieli okazję, zachęcam do przeczytania chociaż fragmentów „Pianoli”. Co prawda nie pomoże wam ona szukać drogi w samorozwoju, ale pozwoli spojrzeć inaczej na sam fakt bycia przydatnym.

*Kurt Vonnegut, „Pianola”, przeł. Wacław Niepokólczycki, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, s. 149.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Przypomnijmy sobie o czym była baśń o Sinobrodym. Wielki Pan przywozi na zamek swoją świeżo poślubioną małżonkę i tak do niej mówi: - Słuchaj Marzena, to jest twój dom. Możesz korzystać ze wszystkich pokoi, poza tym na końcu korytarza. Co by się nie działo, nie otwierasz tych drzwi. Jasne? Żonka odpowiada: - Jasne, dziubeczku!. Zadowolona Marzenka żyje sobie beztrosko w pięknym pałacu, aż do dnia, kiedy zwycięża jej ciekawość. Pomimo zakazu, otwiera komnatę, a w niej znajduje poprzednie żony swojego Dziubeczka, martwe.


Fabuła

Rabo Karabekian, podobnie jak Sinobrody, coś ukrywa. Nie jest to tak krwawy sekret, chociaż kto wie. Kto normalny zamyka spichrz na ziemniaki na kilka potężnych zamków. Rabo żyje spokojnie w swojej twierdzy otoczony przez dzieła sztuki, do dnia, kiedy w jego życie wkracza żywotna wdówka, Circe Berman. Kobieta namawia go do napisania autobiografii, a sama zabiera się za myszkowanie po domu. Tylko tajemniczy spichrz na kartofle pozostaje dla niej niedostępny.


Książka napisana jest w formie czegoś na pograniczu autobiografii i dziennika.

Rabo zamierza streścić nam swoje życie, ale skoki w przeszłość przeplatane są wydarzeniami codziennymi, czy też dygresjami autora. W ramach obu linii czasowych zachowano chronologię, a wszelkie przemyślenia i komentarze dotyczą aktualnie relacjonowanego epizodu. Do tego autor nie ukrywa przed nami o jakich latach opowiada. Proste zabiegi typu, wracając do czasów Wielkiego Kryzysu, okazują się najlepsze.


Sinobrody to dziwna książka, nawet jak na Kurta Vonneguta.

W akapicie Fabuła opisałam wam bardzo pobieżnie wokół czego kręci się akcja. Nie możemy, jednak rozliczać tej powieści w kategoriach obyczajówka, sensacja, przygoda. Proza Kurta Vonneguta to odrębny gatunek, który charakteryzują abstrakcja, groteska, czarny humor. Sinobrody jest tak oryginalnym tworem, że, pomimo że czuć w nim Vonnegutowski styl, to nie wydaje mi się aż tak groteskowa. Pomimo absurdalnych sytuacji, wszystko co przeczytałam odczuwałam bardzo na serio. Myślę, że jest to zasługą głównego bohatera i zarazem narratora, czyli Rabo Karabekiana. Co jest nietypowe, dla Vonnegutowskiej postaci, wydaje się on osobą rozsądną i zadowoloną. Może i mieszka w muzeum i jest lekko oderwany od rzeczywistości, ale z samotnością dobrze sobie radzi. Kiedy pisze swoją autobiografie, ma bardzo duży dystans do tego co przeżył. Nawet najdziwniejsze wydarzenia okrasza takimi komentarzami, że tylko delikatnie się uśmiechamy i gratulujemy mu tego dystansu.


Zapytacie się to o czym ta książka właściwie jest?.

O wszystkim po trochu. Dużo w niej sztuki. Rabo to niemalujący już malarz, ale cały czas pasjonujący się sztuką. Ma imponującą kolekcję obrazów, a pochwalić się może również kolekcją sławnych przyjaciół z kręgu ekspresjonistów abstrakcyjnych.

Co poza tym? W książce są wyraźne aluzje do polityki i wojny, ale nie dominują. Znajdziemy w niej też trochę samotności, przyjaźni, okrucieństwa, egocentryzmu, pasji. Tak naprawdę przychodzi mi do głowy wiele rzeczowników, ale nie będę ich wymieniać. Myślę, że każdy kto zacznie czytać tę powieść znajdzie w niej jakąś myśl, której się uczepi. Wspomnę tylko o moim ulubionym fragmencie, kiedy to malarz zostaje zapytany, dlaczego maluje abstrakcję, skoro umie malować normalnie. Odpowiedź wbiła mnie w fotel.

Podsumowanie

Och, jaka to jest specyficzna książka. Chyba tak specyficzna jak nurt malarski, który się w niej przewija, czyli ekspresjonizm abstrakcyjny. Wyobraźcie sobie, ekspresja i abstrakcja w jednym. Ciekawość pcha, żeby sprawdzić o co w tym chodzi.


Recydywista - Kurt Vonnegut

Recydywista - Kurt Vonnegut


Tłem dla powieści Recydywista Kurta Vonneguta jest afera Watergate. Afera, która wstrząsnęła amerykańską sceną polityczną, doprowadzając ostatecznie do impeachmentu ówczesnego prezydenta Richarda Nixona. Jak możecie się już domyślić jest to książka z politycznego nurtu prozy Kurta Vonneguta.

- Możliwe, że będziemy musieli zostać bogatymi ludźmi, choćbyśmy nawet tego nie chcieli.1
Matka noc - Kurt Vonnegut

Matka noc - Kurt Vonnegut


Motto powieści pt. Matka noc brzmi: Jesteśmy tym, kogo udajemy, i dlatego musimy bardzo uważać kogo udajemy.1 Niech każdy z nas zastanowi się w spokoju ile w jego zachowaniu jest szczerości, a ile pozy. Czy wasz plan na siebie jest korzystny? Co na tym zyskujecie, a co tracicie? Howard W. Campell jr., bohater powieści, okazał się zarówno niezłym pisarzem jak i aktorem. Do tego stopnia, że świat nie potrafi się zdecydować czy to zdrajca czy bohater wojenny.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger