Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
"Mgły minionych dni" Aleksandra Ząbek

"Mgły minionych dni" Aleksandra Ząbek

Polubiliśmy się z technologią. Czujemy, jak wiele ona ułatwia, jak usprawnia nasze działania i jak szybko odpowiada na nasze pytania. Jednak czy nas nie osacza i wyjaławia? Czy nie nikną przez nią emocje, albo czy nie lokujemy ich w niej – bezpiecznej i przewidywalnej, zamiast w niekontrolowanym drugim człowieku? Przy okazji powieści science-fiction Aleksandry Ząbek pt. „Mgły miniony dni” zapraszam was do Siyako, miasta okablowanego i zachipowanego. Tu ludzie są programowani niemal od urodzenia. Boty, sztuczna inteligencja i in. to ich chleb powszedni. A ci, którzy je dostarczają mają władzę. Kontrolują całe miasto. Czy w takim miejscu może tlić się zalążek buntu. Owszem. Sara przewodzi grupie Tricksów prowadzącej ofensywne działa przeciw korporacyjnym rządom. Podczas jednej z imprez poznaje Kade'a, syna monopolisty rządzącego miastem. Jak dziewczyna wykorzysta tę znajomość?


Nie lubię tytułów książki ze słowem „mgła” (w moim odczuciu mają w sobie coś tandetnego), jednak „Mgły minionych dni” Aleksandry Ząbek brzmią nieco nostalgicznie. Jakby autorka chciała spojrzeć z przyszłości na moment, w którym jesteśmy teraz. Jakby machała do nas i wołała: „Obierzcie inną drogę”. Czy już zrobiliśmy pierwszy krok ku techototalitaryzmowi. Czasami mam poczucie, że tak, bo często trudno funkcjonować w oderwaniu od chociażby Internetu. Mówi nam się, że musimy mieć kolejną aplikację w telefonie, bo bez niej nie załatwimy spawy, że jednym kanałem kupna/rezerwacji/dialogu jest sieć. Wpycha nas się do niej, czasami pomimo naszych chęci.


U Aleksandry Ząbek ludzie są totalnie „zasieciowani” i nie przyczynił się do tego Spider Man, a technologiczne korporacje, które oferują koleje produkty, a społeczeństwo po nie sięgają, zazwyczaj w imię wygody. Im częściej po coś sięgamy, tym bardziej ktoś zarabia. Logiczne prawda. Jednak czy etyczne? To pytanie jest coraz częściej stawiane. Szczególnie w kontekście młodych użytkowników.


W tym okablowaniu giną relacje, emocje. Ja mam takie prywatne wrażenie, że my już tego doświadczamy. Jakiś czas temu przeszłam późną porą przez centrum mojego miasta. Obserwowałam młodych ludzi, którzy się bawią. Niby byli w grupie, ale jacyś tacy odosobnieni, skupieni na sobie. Jakby nie dostrzegali otoczenia. Oczywiście można to zrzucić nie tylko na technologię, ale też inne zjawiska np. zanik dużej rodziny. Jednak to właśnie technologia przenosi relację w inny wymiar. Chociażby w dialogu wydłuża czas reakcji, pozwala na przemyślenie wypowiedzi, albo dyskretne odreagowanie swojej frustracji. Pozwala na przerwę, której zwyczajna rozmowa nie daje. Wróćmy natomiast do książki. W tym emocjonalnie wyjałowionym świecie relacja Sary i Kade'a wydaje się jakby nie na miejscu, a może lepiej napisać nienaturalna. Dwoje młodych ludzi i ich fascynacja – tak piękna i świeża – nie pasuje do obrazu nowoczesnego miasta.


Jeśli dobrze sprawdziłam autorka debiutuje tą książką. Widzę, że dobrze czuje się w cyberpunkowej konwencji. Skrzętnie buduje świat powieści i prowadzi fabułę wiedząc do czego zmierza. Bardzo umiejętnie używa języka. Ząbek bezbłędnie czuje, kiedy powinna trzymać się zimnego techoopisu, kiedy dodać dynamiki, a kiedy może sobie pozwolić na pewną poetyckość, finezję. Dzięki temu fantastycznie balansuje pomiędzy emocjami, wrażeniami, jakie chce wywołać tą powieścią. To jak się w niej zaprezentowała jest bardzo obiecujące.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Przebudzona" Choi Eunyung

"Przebudzona" Choi Eunyung

Ihyon nagle się budzi. Jest w szpitalu, otacza ja rodzina. Wszyscy się cieszą i mówią, że dziewczynka przeszła trudną operację, ale niebawem będzie mogła wrócić do domu. Że jest już zdrowa. I wraca, ale wszystko wydaje się jej obce. Nie pamięta, aby miała siostrę bliźniaczkę, inaczej zapamiętałą mamę i wydawało się jej, że mieszkali w bloku, a nie w domku jednorodzinnym. Czy to dezorientacja i efekty uboczne po operacji mózgu? A może dziewczynka ma dobre przeczucia i to tak naprawdę świat się zmienił?

W powieści przebudzona Choi Eunyung porusza temat długości życia i nieśmiertelności. Główna bohaterka choruje na bardzo rzadką chorobę, a jej bliscy znajdują nietypowy sposób, aby jej pomóc. Dziewczynka zostaje zamrożona. To co robią właściwie jest eksperymentem, który dobrze się kończy i daje przyczynek do dalszych badań nad tą metodą. Natomiast zaznaczyć muszę, że autorka wkracza na futurystyczny grunt, ale skupia się nie na samej metodzie, a na wyzwaniach jakie stoją przed osobą, która się jej podda. Ihyon będzie musiała nauczyć się żyć na nowo, w kompletnie innej rzeczywistości. Można powiedzieć, że nagle trafi do przyszłości.

Myślałam, że w „Przebudzonej” znajdę więcej elementów sciencie-fiction, natomiast – jak już wspominałam – ta książka skupia się na człowieku i jego odczuciach. Oczywiście autorka zarysowuje tło i pokazuje, jak w przyszłości ludzie będą walczyć chociażby z takimi wyzwaniami jak zanieczyszczenie środowiska. Wierzy, że ich podejście się zmieni i zaczną myśleć coraz bardziej globalnie.

Rozumiem intencję Choi Eunyung , rozumiem dlaczego tak skupiła się na Ihyon, jej wspomnieniach i odczuciach. Różni twórcy akcentują, że nieśmiertelność ma swoją cenę. Tu jest ona opisana w radosnej konwencji, bo w końcu dziewczynka zdrowieje, jednak to i tak postawiło jej życie do góry nogami. Tak niewiele brakowała, a skazałoby ją na samotność. Uwierzcie, że ta historia jest naprawdę ciekawie wymyślona. Brakuje mi w niej dosłownie jednej informacji. Jak właściwie metoda pomogła wyzdrowieć Ihyon. Czy w czasie, który spędziła w kapsule poprawiła się jakość powietrza, znaleziono lek, a może sama hibernacja sprawiła, że coś się zadziało w organizmie?

Pisząc tę recenzję zastanawiałam się, ile szczegółów z fabuły zdradzić. Początkowo nie chciałam pisać, w jaki sposób bliscy pomogli Ihyon. Jednak stwierdziłam, że ten element z zamrożeniem wzbudził właśnie moją ciekawość. Uznałam, że zdradzę tyle, ile wydawca. Mam nadzieję, ze to była dobra decyzja. Natomiast jeżeli dziecko samo nie przeczyta opisu, nie róbcie tego. Książka ma charakter śledztwa. Ihyon poznaje i analizuje otocznie. Szuka wskazówek, co jest prawdą – jej wspomnienia czy teraźniejszość. Pozwólmy czytelnikom robić to wspólnie z nią.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dwuświat. Księga IV Odnowa" W. & W. Gregory

"Dwuświat. Księga IV Odnowa" W. & W. Gregory

Nadchodzi Odnowa. Czy to oznacza lepszy czas dla Wszechziemi? Inco i Floris zaczęły się przenikać. Niechętnie, ale pewne decyzje już zapadły i zmiany są nieuniknione. Która władczyni okaże się silniejsza. Ambitna Absolutta, a może wierząca w swoją boskość Ae? Czy któryś z dwóch tak różnych porządków okaże się lepszy?

„Odnowa” jest finałowym tomem cyklu „Dwuświat”, który Wojciech Wolnicki wydał pod pseudonimem W. & W. Gregory. Cyklu, który darzę ogromną sympatią, ale zgadzam się z autorem, że to już czas. Czuć było, że to bohaterowie przejmują kontrolę, nad historią i bardzo chcą rozwijać swoje własne wątki. Należało to „uciąć”, co Wolnicki zrobił. Zatrzymał się „o krok” od wejścia w telenowelę fantasy.

Myślę, że „Odnowa” to dobra okazja do podsumowani a tego cyklu. Dwuświat, czyli dwie krainy leżące obok siebie. Floris i Inco są jak jing i jang, jak ogień i woda. Długo funkcjonowały obok, ale w końcu granica pękła i jedno zaczęło wpływać na drugie. Można mieć nadzieję, że inne podejście pomoże rozwiązać problemy danej społeczności, że znajdą „złoty środek”. Jednak są czynniki, które ciągle to blokują. Wymienię chociażby rolę głów państw, ale też innych „przy korycie”, albo uwarunkowania kulturowe. Oczywiste rozwiązania wcale nie są tak łatwe do wprowadzenia.

Finał cyklu jest zaskakujący, aczkolwiek nie jest czymś nowym w konwencji fantastyki. Dość pesymistycznie rozwijał podobny wątek Jacek Piekara w jednym ze swoich starszych opowiadań, które miałam okazje czytać w zbiorze „Witajcie w moim piekle”, ale – jestem pewna, że - przeglądając antologie science-fiction i fantasy na pewno znaleźlibyśmy inne wariacje na ten temat. Wolnicki daje i odbiera nadzieję, w zależności od tego, jak zinterpretujemy finał. Czy człowiek niszczy, czy tworzy? Jak ty to widzisz?

Długo odwlekałam przeczytanie tej książki. Miałam przekonanie, że jak to zrobię na zawsze pożegnam się z Inco i Floris. I wiece co? Pożgania też są dobre. „Odnowa” jest udanym zakończeniem historii Dwuświata, Cyklu, który w pierwszym tomie oczarował mnie kontrastami, a potem wracałam do poznanych bohaterów i patrzyłam, jak zmieniają się w toku przygody. Ta tetralogia jest zdecydowanie warta poznania.

[Prezent]

"Piaseczniki" George R. R. Martin

"Piaseczniki" George R. R. Martin

Napisać opowiadanie. Czy to banał czy wyzwanie? Ja skłaniałabym się ku temu drugiemu. A szczególnym wyzwaniem będą opowiadania z szeroko pojętej fantastyki. Jak w krótkiej formie zamknąć kompletny świat. Jak ukazać wszelkie jego niuanse, przedstawić bohaterów i problematykę? Jest się od kogo uczyć. Właśnie skończyłam czytać zbiór opowiadań autorstwa George'a R. R. Martina pt. „Piaseczniki” i jestem zachwycona, jak kompletne światy on opisuje. A przecież to aż 7 tekstów na niecałych 300 stronach.

Dodać jeszcze muszę, że Martin kreuje kompletnie różne uniwersa. Od inspirowanego fantasy o inkwizytorach (aczkolwiek formalnie to raczej science-fiction) opowiadania „Droga Krzyża i Smoka”, przez niesamowity horror „Piaseczniki”, po niemal space operę z psychologicznym sznytem pt. „Szybki pomocnik”. Sama nie wierzę, co ja napisałam. Space opera na dwudziestu kilku stronach? To tak można? Widać można.

Są to też złożone teksty pod względem psychologii postaci, ich poczynań itp. Martin sięga głęboko i momentami pisze enigmatycznie. W tych opowiadaniach kryje się (bardzo) dużo. Pozostawiają szerokie pole do interpretacji i nie tylko puenty, ale samej istoty, tematu tych historii. Dla przykładu przywołam „W domu robaka”, które możecie przeczytać zarówno w tym zbiorze, jak i samodzielnie wydane. Opowiadanie o ludziach mieszkający pod ziemią i czczących Białego Robaka. Opowiadanie na pograniczu horroru i powieści post apokaliptycznej. Czy jest to tekst o wojnie, o władzy, o sensie wiary, o przetrwaniu? Martin tego nie precyzuje. On zostawia utwór i czytelnika w samotności, każąc im samodzielnie nawiązać relację. Czy im się to uda? Może być różnie. Jedna osoba będzie się delektować treścią i próbami jej interpretacji, druga będzie zirytowana brakiem jaśniejszych wskazówek.

Martin po raz kolejny pokazuje ogromny talent. Zachwyca wyobraźnią i umiejętnością budowania niesamowitego klimatu. „Piasecznki” to siedem tekstów i siedem niepowtarzalnych uniwersów. Wyjątkowo kompletnych światów, które mamy okazję odwiedzić i niejako poczuć. Poczuć ich zapach, temperaturę, fakturę. Zmierzyć się z dylematami ich mieszkańców. A to wszystko zamknięte w krótkiej formie. W opowiadaniach czasami dziwnych, niejasnych, ale pomysłowych i dobrze napisanych. Czy je rozgryziesz?

[Egzemplarz recenzencki]

"Kaori" Marta Sobiecka

"Kaori" Marta Sobiecka

Robot-niańka wybucha na oczach swojego podopiecznego. Czy to błąd fabryczny, a może ktoś celowo wydał mu takie polecenie. Śledztwo prowadzi Kaori Nakamura z wydziału cyberprzestępczości. Policjantka patrząca z nieufnością na rozwój technologiczny. Marta Sobiecka właściwie przydziela jej trzy sprawy, bo pojawia się też wątek poboczny porwanego chłopca, a także Kaori angażuje się w poszukiwania siostry swojego partnera, która nie wróciła po koncercie. A to wszystko dzieje się w Japonii już chyba trochę zmęczonej ogromem nowinek technologicznych na jej ulicach.

Kaori” można określić jako cyberpunkowy kryminał. Prym wiodą wątki kryminalne – o których wspomniałam w poprzednim akapicie – jednak Sobiecka umiejętnie wplata w tę książkę kwestie socjologiczne komentując aktualne problemy społeczne. Zawierzenie technologii, samotność, rodzicielstwo, pozycja zawodowa kobiet. Natomiast tło jest i japońskie, i cyberpunkowe, a to się bardzo dobrze łączy, a na pewno wpisuje się w nasze wyobrażenie o tym państwie. Te wszystkie neony, hologramy, gadżety, a także umiłowanie pracy to jest obraz Japonii, jaki widzę w mediach. Dlatego świat, jaki Sobiecka tworzy w tej książce wydaje nam się bardzo bliski. Cyberpunkowy pierwiastek w „Kaori” może i jest subtelny (ale niewątpliwie jest), przez co książka ta może spodobać się zarówno fanom kryminałów, jak i science-fiction.

A czy mnie się spodobała? Ja bardzo lubię oba wspomniane wcześniej typy powieści, więc wiele wskazywało na to, że „Kaori” trafi w mój gust. Sobiecka od razu kupiła mnie „lekkim piórem”, a nietypowe tło nadało kryminalnej zagadce ciekawy wydźwięk. Przyznam, że dobrze czułam się w świecie, jaki wykreowała autorka, chociaż cieszyłam się, że nie jestem jego częścią, bo zauważyłam w nim wiele niepokojących zjawisk, a granice moralnego postępowania przesunęły się na niekorzyść zwykłego obywatela. Pojawiło się coraz więcej możliwości popełnienia przestępstwa, ale czy policja ma więcej narzędzi prewencji i ścigania? A może lepiej zadać pytanie, czy są one efektywne? Wracając do moich wrażeń. Mam tylko jedną niewielką uwagę. Odniosłam wrażenie, że główna bohaterka poświęca się tylko jednej sprawie naraz. Kiedy szuka siostry partnera, jakby zapominała, że prowadzi śledztwo i vice versa. Finalnie autorka fajnie wszystko spina, ale w trakcie fabuły można by zadbać o większy „multitasking”.

Podsumujmy. „Kaori” to udane połączenie kryminału i science-fiction. Cyberpunkowe elementy, jakie autorka książki zawarła w powieści, nie przytłaczają czytelnika, a nadają historii specyficzny smaczek i czynią ją wyjątkowo atrakcyjną. Dyskusja o sztucznej inteligencji i socjologicznych oraz kulturowych skutkach rozwoju technologicznego trwa, więc powieść ta została wydana w dobrym czasie.

[Egzemplarz recenzencki]

"Śmiała" Brandon Sanderson

"Śmiała" Brandon Sanderson

Spensa powraca z niebytu. Czy mądrzejsza i silniejsza? Na pewno inna, dojrzalsza. Na pewno lepiej rozumie kim jest i świat w jakim przyszło jej żyć. Czy to akceptuje? Spensa wraca w środek wojny, w której stanie przed dylematami moralnymi, a także naturalnym instynktem przetrwania. Jak poradzi sobie młoda dziewczyna, która nota bene jest bronią.

Powieść „Śmiała” czyli ostatni tom cyklu „Skyward” autorstwa Brandona Sandersona – co ja mogę wam o niej powiedzieć? Niech ten tekst będzie podsumowaniem całego – jakże interesującego – cyklu science-fiction. Właściwie spodobały mi się w nim trzy rzeczy. Po pierwsze, złożone uniwersum, które rozrasta się z każdym tomem. To ułatwia czytelnikowi poruszanie się po nim. Jak bardzo było to potrzebne widać w ostatnim tomie, gdzie nad niektórymi rozwiązaniami musimy się chwilę zastanowić. Po drugie, świetnie wykreowane, złożone postacie, które zmagają się z różnymi dylematami, a autor pokazuje, że nie ma jednoznacznych wyborów, że życie jest nieprzewidywalne. Po trzecie umiejętnie prowadzona akcja. Znajdziemy tu spektakularne sceny akcji, jak i moment na oddech, refleksję, przemyślenie.

„Skyward” to moje pierwsze spotkanie z prozą Brandona Sandersona. Muszę przyznać, że bardzo obiecujące. Mnie nieco uwierał młodzieżowy charakter tego cyklu, jednak nie mogłam przejść obojętnie obok tak cudownie wykreowanego uniwersum. Zdecydowanie polecam.

[Egzemplarz recenzencki]

"Neom" Lavie Tidhar

"Neom" Lavie Tidhar

Tytułowy „Neom” z powieści Laviego Tidhara to dziwne miejsce. Zaawansowany technologicznie „raj”, ale jego mieszkańcy okazują pewien sentymentem, cześć dla starych artefaktów. W tym miejscu splatają się losy chłopaka, który marzy o podróży w kosmos, pracującej bez wytchnienia Miriam, policjanta Nasira i tajemniczego robota. Istot szukających szczęścia, sensu życia - każda z nich na swój sposób.

Zapytacie się dlaczego słowo raj ubrałam w cudzysłów. Miałam wrażenie, że mieszkańcy Neom nie wybrali tego miejsca, a się do niego przyzwyczaili. To jest jedyne życie, jakie znają i taką kolej rzeczy zaakceptowali. Neom jest pełen kontrastów. Już megamiasto na jałowej pustyni brzmi tajemniczo, a nawet jak coś nie na miejscu. A kiedy przyjrzymy się temu miejscu zobaczymy miasto pełne nierówności, a rozwój, który jest jego przymiotem, wyda nam przygnębiający, ograniczający.

Na pewno na odbiór tej historii wpływa jej tempo, które jest wyjątkowo spokojne. Lavie Tidhar pisze wyraziście, zrozumiale, a przy tym jest w tym jakaś poezja, głębia, refleksja. Nazwijcie to tak, jak wam najbardziej odpowiada, istotne natomiast jest, że autor osiąga wręcz melancholijny efekt. Co – muszę przyznać z pełnym szacunkiem – jest niepowtarzalne.

Zachwyca też jak szczegółowy świat udało się mu opisać w tak krótkiej – około 200 stronicowej książce. Właściwie rozciąga się ona na cały wszechświat, bo bohaterowie wspominają o podróżach na odległe planety. Poszczególne sceny są tak dobrane, aby nie tylko pokazać pewne moralne problemy, czy też tragedie związane z rozwojem technologii, ale też aby zaprezentować to uniwersum z jego różnymi obliczami.

„Neom” to powieść niezwykle esencjonalna, a ja to bardzo cenię. Jest to też książka wyjątkowo efektowna. Pamiętam, że kiedy oglądałam film „Diuna” nie mogłam przestać zachwycać się ścieżką dźwiękową, tym jak zbudowała ona klimat tego filmu i jak korespondowała z obrazem. W przypadku „Neom” nie mogłam oprzeć się atmosferze, jaką Lavie Tidhar zbudował słowem. To była bardzo sensualna lektura. Narzucająca własny rytm, wręcz zniewalająca czytelnika.

[Egzemplarz recenzencki]

"Zguba w kosmosie" Stuart Gibbs

"Zguba w kosmosie" Stuart Gibbs

Podróże w kosmos rozpalają wyobraźnię. Wydają się fantastyczną przygodą. Bohaterowie cyklu „Baza księżycowa Alfa” Stuarta Gibbsa mieszkają na Księżycu. Autor podszedł do miejsca akcji wyjątkowo przekornie. Życie w bazie to nuuudaaaa. Mało miejsca, mało atrakcji, mało towarzystwa i wstrętne jedzenie. Jednak nie znaczy to, że życie na Księżycu nie jest pełne wyzwań. Cóż, jego po prostu trzeba się nauczyć. Jednak prawdziwe wyzwanie staje przed mieszkańcami, kiedy ginie dowódczyni misji, Nina Stack. Dwunastoletni Dashiell jest ostatnią osobą, która ją widziała.

Powieść „Zguba w kosmosie” ma charakter fantastyczno-kryminalny, a nawet fantasyczno-naukowo-kryminalny. Niewątpliwie atrakcyjne jest miejsce akcji. Nie tylko dlatego, że to kosmos, ale właśnie dlatego, że jest to obiekt stosunkowo bliski i zbadany. Umiejscowienie tam fabuły wymaga zachowania reguł. Powoduje pewne ograniczenia, jak i możliwości. I Stuart Gibbs skrzętnie to wykorzystuje. Być może nieco rozwiewa „kosmiczny sen”, ale robi z to z taką dawką humoru, że właśnie przez owe niedogodności łatwo nam zapamiętać, jakie warunki panują na Księżycu.

Akcję książki napędzać ma wątek kryminalny. Rozwiązuje go bystry dwunastolatek. Dashiell to po prostu nastolatek (z całą gamą nastoletnich przypadłości i zmartwień), nie supermózg, czy najpopularniejszy koleś na Księżycu, ale całkiem inteligentny chłopak. Wykazuje się sprytem i umiejętnością dedukcji. Zawsze lubiłam takich bohaterów, bo pokazują oni, że każdy może się wykazać. Niejako podbudowują pewność siebie, co jest bardzo ważne.

Gibbs może poszczyć się naprawdę fajnym stylem. Pisze lekko i zabawnie, a do tego tworzy wciągającą historię. Akcja goni akcję, a w tym wszystkim znajdziemy sporo naukowych informacji.

Fascynująca jest zarówno historia kryminalna, jak i tło, na którym się rozgrywa. Muszę przyznać, że „Zguba w kosmosie” to bardzo udana powieść dla młodszej młodzieży.

"Mickey7" Edward Ashton

"Mickey7" Edward Ashton

„W ciągu ostatnich ośmiu lat umierałem sześć razy. Można by pomyśleć, że się do tego przyzwyczaję.”1 Tytułowy Mickey z powieści Edwarda Ashtona ma nietypową fuchę. Bierze udział w ekspedycji mającej na celu kolonizację nowej planety, a poleciał w roli tzw. wymienialnego. Dostaje on najgorsze, najbardziej ryzykowne zadania. Testuje się na nim rozwiązania mające pomóc ludziom przystosować się do nowego środowiska. Jeżeli Mickey zginie jest odtwarzany na nowo. Na początku książki poznajemy jego siódmą wersję. W wyniku wypadku podczas zwiadu Mickey7 zostaje uznany za zmarłego i „rodzi się” Mickey8. Jednak Siódmy wraca do bazy, a zwielokrotnienie jest niezgodne z regulaminem. Który z nich ma większe prawo by istnieć?

Edward Ashton przedstawia ciekawą koncepcję nieśmiertelności. Mogłoby się wydawać, że jest ona niejako pożądana, ale w powieści „Mickey7” nie jest ona przywilejem, a karą. Na stanowisko wymienialnego raczej nikt nie zgłasza się dobrowolnie. Znajdują się też grupy ludzi – a nawet całe ideologie – gardzące tą procedurą. Pojawia się też pytanie, na ile kolejne wersje Mickeya są pierwszym Mickeyem. Obserwując Siódmego i Ósmego odnosimy wrażenie, że to kompletnie inne osoby, a jednak są tą samą osobą.

„Mickey7” to niewątpliwie powieść science-fiction, ale trudno mi ją sklasyfikować bardziej precyzyjnie. Na pewno nie jest to książka akcji. Owa jest, ale dość skąpa i to nie ona napędza fabułę. Pojawiają się też ciekawe kwestie etyczno-filozoficzne, ale nie dominują. Charakter tej książki determinuje główny bohater i zarazem narrator, czyli Mickey7. Jest on z wykształcenia i zamiłowania historykiem i z takiej, kronikarskiej, perspektywy referuje nam swoje doświadczenia, a także nawiązuje do innych wypraw kolonizacyjnych. Przytacza ich sukcesy i porażki. Daje to całkiem ciekawy obraz tego procederu.

Interesująca książka. Przyznam, że spodziewałam się mocniejszych akcentów etycznych. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, Edward Ashton stawia dobre pytania, ale obojętność bohatera gdzieś tłumi ich wydźwięk. Myślałam również, że akcja będzie bardziej dynamiczna, tymczasem autor podszedł do fabuły wyjątkowo spokojnie. Jednak książkę czytało mi się całkiem dobrze, a historie poprzednich ekspedycji nawet mnie wciągnęły Mogę napisać, że jest to lekkie science-fiction poruszające pewne moralne zagadnienie w całkiem przystępnej formie.

1 Edward Ashton, „Mickey7”, przeł. Paweł Dembowski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2024, s. 46.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dreyn. Walczy by żyć" Kass Ceran

"Dreyn. Walczy by żyć" Kass Ceran

Czy pamiętacie jeszcze Seella Vanssee. Kass Ceran w brawurowy sposób przestawiła nam tego bohatera w powieści „Dreyn. Urodzony by walczyć”. Książka i sam Vanssee zyskali wielu fanów, chociaż Seell nie jest typową pozytywną postacią, a raczej rozrabiaką, który najpierw działa potem myśli, i kieruje się własnym kodeksem moralnym. Ale koleś ma swój urok, dlatego wielu ucieszy wiadomość, że powstał drugi tom jego przygód. Nosi on tytuł „Dreyn. Walczy by żyć”.

Kass Ceran zaserwowała nam całkiem udaną kontynuację. Eksplorujemy wszechświat wielu Galaktyk i poznajemy zamieszkujące go rasy. Na pochwałę zasługuje balans, jaki zachowała autorka w opisywaniu wykreowanego świata. Czujemy jaka to przemyślana kompozycja, a przy tym nie jesteśmy zalewani detalami. Nikt nam łopatologicznie niczego nie musi tłumaczyć. Sami jesteśmy w stanie odnaleźć się w jego realiach.

Powieść w dalszym ciągu zachwyca dynamiką i ilością intryg. Sam Seell Vanssee może wydawać się – jakby to ująć – bardziej ludzki. Ten bohater przeszedł pewną ewolucję, jednak dalej zachował swój nieokrzesany charakter. O Vanssee'em mogę powiedzieć tyle. On nie jest do lubienia. To nietuzinkowa postać, która nadaje powieści (i całemu cyklowi) wyjątkowy, awanturniczy klimat.

Wybaczcie, że dziś krótko, że nie wchodziłam w szczegóły fabuły, ale przy drugim tomie łatwo zdradzić za dużo. Dlatego zostawiam was z informacją, że Vanssee powraca w dobrym stylu, a tych którzy go jeszcze nie znają, a lubią powieści science-fiction pełne akcji i intryg, zachęcam do zaopatrzenia się (od razu) w oba tomy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wściek" Magdalena Salik

"Wściek" Magdalena Salik

Na gruncie science-fiction wyrosły pomniejsze typy powieści m.in. ekothriller i technothriller. Elementy obu z nich znajdziemy w książce „Wściek” Magdaleny Salik. Można powiedzieć, że treści ekologiczne, to jak sami niszczymy nasz „dom” są ostatnio bardzo modne w literaturze, dlatego zaskoczyło mnie jak inna powieścią okazał się „Wściek”. Jak wyróżnia się pomysłem, językiem, kompozycją i jak oryginalny efekt autorka uzyskała dzięki pierwszoosobowej narracji.

Akcja książki dzieje się w niedalekiej przyszłości. Właściwie widzimy to w detalach takich jak automatyzacja pewnych sfer, wzrost znaczenia sztucznej inteligencji czy ewolucji języka. Ten świat jest inny, ale jakże nam bliski. Jedną z bohaterek książki jest Marie, która pracuje nad wskrzeszeniem wymarłych gatunków, a może to robić dzięki wsparciu bogatych wizjonerów, którzy – nie ukrywajmy tego – mają w tym własny interes. Jej mąż, Dagan, jest aktywistą ekologicznym. Jednym z tych, którzy pikietują, przypinają się do kombajnów itp., a przy tym jest zręcznym mówcą i potrafi koncentrować na sobie uwagę, także w mediach społecznościowych. Mamy tu też młode pokolenie rewolucjonistów. Jednostki, które nie staja na pierwszej linii walki jak Dagan, a wykorzystują znajomość matematyki, informatyki, filozofii, ekonomii, aby stworzyć projekt globalnej rewolucji. Czy społeczeństwo jest na nią gotowe? A może wolimy schować się za hipokryzją elit i rzekomym proekologicznym działaniem?

Nie będę owijać w bawełnę, „Wściek” to inteligentna książka. Określiłabym ją mianem thrillera, jednak wymyka się powszechnemu wyobrażeniu o tego typie powieściach. A przynajmniej jest czymś innym niż popularne książki tego rodzaju. Magdalena Salik czaruje niejednoznacznością. Odchodzi o zero-jedynkowej narracji ten jest dobry, a ten zły. Każdy z bohaterów wyznaje pewne wartości, a my możemy zadecydować, do kogi nam najbliżej. A te sympatie zapewne zmienią się w toku fabuły. Tworzy to niepowtarzalną atmosferę, gdzie i my, i bohaterowie nie wiemy, komu możemy zaufać. Zastanawiamy się, kto nami manipuluje i co chce ugrać.

Magdalena Salik w wielu momentach pozostawia czytelnikowi pole do interpretacji. Zachęca go do „rozgryzania” fabuły. To może być zarówno plusem jak i minusem, a obok specyficznego języka i nietypowych narzędzi walki sprawia, że powieść jest pewnego rodzaju wyzwaniem. O co chodzi z tym językiem? Predykcje, solucje, impossybilzm, że tak rzucę kilka słów, które najlepiej zapamiętałam. W książce widać ewolucję języka. Jak zalewają go anglicyzmy, a także informatyczno-techniczny slang. Dodajmy do tego fascynację bohaterów matematyką, ekonomią itp. To mogło zabić tę książkę, ale jakimś cudem efekt jest wprost przeciwny. Nie jest łatwo, ale zabieg ten dodaje powieści realizmu i pokazuje, jak zmieniają się fronty działań. Autorka przewiduje, gdzie należy szukać, aby znaleźć solucje bieżących problemów.

Przyznam, że liczyłam na bardziej wyrazisty finał, bo chyba zabrakło mi wyobraźni, żeby zwizualizować sobie skutki poczynań bohaterów. A może tak skupiłam się na nich, ich reakcjach, że reszta świata przestałą istnieć? Mogło tak być szczególnie, że Magdalena Salik dopracowuje ich portrety psychologiczne, przez co zajmują bardzo dużo miejsca w opowiadanej historii.

„(…) adaptacja dla bogatych, wykluczenie dla biednych i wielkie kłamstwo dla wszystkich.”1 Oczywista oczywistość powiecie. Zwykły „szarak” chętnie szafuje hasłami o bezduszności, interesowności korporacji i coraz częściej zadaje sobie pytanie: „Komu to się tak naprawdę opłaca?”. A przy okazji rozkłada ręce i mówi: „Co ja mogę?”. Po przeczytaniu powieści „Wściek”, ja zdałam inne pytania. Czy jesteśmy gotowi na rewolucję i jej skutki? Czy tak naprawdę jej chcemy? Kto ma prawo ją zainicjować? Jakie ofiary ona poniesie? Czy rewolucjonista działa w interesie ogółu, a może nie jest wolny od osobistych celów?

1 Magdalena Salik, „Wściek” wyd. Powergraph, Warszawa 2024, s. 187.

[Egzemplarz recenzencki]

"Upgrade. Wyższy poziom" Blake Crouch

"Upgrade. Wyższy poziom" Blake Crouch

Gdybyście mogli coś w sobie ulepszyć, co by ty było? Twardsze kości, dokładniejszy wzrok, szybkość, a może lepsza pamięć? Logan Ramsay, bohater powieści „Upgrade. Wyższy poziom”, złapał wirusa, który zmienił jego genom: czuje się on bystrzejszy, szybciej się uczy, szczegółowo pamięta niemal każdy moment swojego życia, ma krótszy czas reakcji. Logan jest przerażony, ale też zaintrygowany zmianami, jakie zachodzą w jego ciele. Okazuje się, że jest on częścią większego planu, mającego na celu wyniesienie ludzkości na wyższy poziom i ocalenie świata od ekologicznej katastrofy. Analizując sytuację bohater dochodzi do wniosku, że ryzyko i koszty takiej operacji są ogromne, a może ona przynieść nawet przeciwny efekt. Nie uratować, a zniszczyć świat.

Blake Crouch napisał bardzo zgrabne połączenie thrillera science fiction z powieścią akcji. Żeby to science fiction was nie przestraszyło napiszę, że książka porusza tematy, które już bezpośrednio nas dotykają. „(…) dziewięćdziesiąt procent ludzkości czyta rano nagłówki o rozpadającym się świecie, po czym o nich zapomina i robi swoje (…)”1 Z łatwością czerpiemy z tego, co mamy pod ręką nie myśląc o kosztach, jakie ponosi Ziemia za nasz przyjemności. Właśnie z takim egoizmem walczą twórcy programu mającego ulepszyć ludzkość. „Byliśmy zgrają naczelnych, które zebrały się do kupy i którym – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – udało się stworzyć wspaniałą cywilizację. Paradoks jednak – co tragiczne – polegał na tym, że kompleksowość systemu, który stworzyliśmy, znacznie przekroczyła zdolność naszych mózgów do tego, by nim zarządzać.”2 Plan polega na tym, żeby ulepszyć całe społeczeństwo, aby mogło spojrzeć racjonalnie, bez osobistych sentymentów na globalne problemy. Łatwizna, prawda? Natomiast upgradowany Logan, dzięki swojemu superumysłowi dostrzegł ciemne strony tego rozwiązania.

Główny bohater zadaje dużo pytań, na temat tego kim się staje. Czy dalej jest człowiekiem? Co właściwie definiowało go jako człowieka? Wygląd, uczucia, sposób myślenia? Czy to, że się zmienia sprawia, że należy do innego, nowego gatunku?

Trzecim obszarem rozważań w powiesić „Upgrade” jest odpowiedzialność naukowców, rządów, korporacji itd. za odkrycia naukowe. Akcja książki dzieje się w takim momencie, że badania związane z genetyką są właściwie zakazane, to czarna strefa. Poszły one tak daleko, iż różne mutacje przybrały przerażające skutki. Władze powiedziały "Stop". Czy słusznie? Czy można zdolnym podcinać skrzydła? Nie ma zbrodni, nie ma kary – chciałoby się powiedzieć. Dlaczego ktoś ma być prewencyjnie zdegradowany za coś, czego jeszcze nie zrobił? Z drugiej strony, wydarzenia, które doprowadziły do takiej polityki były wywołane szlachetnymi pobudkami, a skończyły się globalną katastrofą.

Blake Crouch zachował świetne proporcje „science” i „action”. Podstawą dla zbudowania fabuły, jej szkieletem są kwestie związane z genetyką i modyfikacjami DNA. Nie jestem w stanie ocenić czy, są one opisane zgodnie z prawdą, natomiast ta specyficzna nomenklatura nie przytłacza, a pozwala sprawnie śledzić fabułę. Im dalej, tym powieść ma szybsze tempo stajać się rasową powieścią akcji. Jak już wspomniałam te dwa pierwiastki świetnie się dopełniają.

Wizjonerska i aktualna zarazem. Taka jest powieść „Upgrade”. Blake Crouch pyta się w niej zarówno o odpowiedzialność za degradację środowiska, jak i o istotę człowieczeństwa. Czy ludzkość jest skazana na zagładę? Czy kolejne próby jej uratowania muszą skończyć się jeszcze większym bałaganem? Czy będąc sobą, ludźmi możemy być odpowiedzialni?

1 Blake Crouch, „Upgrade. Wyższy poziom”, przeł. Paweł Wieczorek, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2024, s. 113.

2 Tamże, s. 197.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dreyn. Urodzony by walczyć" Kass Ceran

"Dreyn. Urodzony by walczyć" Kass Ceran

Czy powieści fantastyczno-sensacyjne są domeną mężczyzn? Mam przed sobą dowód, że nie. Jak się okazuje powieść „Dreyn. Urodzony by walczyć” została napisana przez kobietę, a jest to publikacja mroczna i mocna. Kass Ceran ewidentnie wie, co to intryga, bitka i awantura.

„Dreyn” to właściwie cykl science-fiction (na dzień dzisiejszy, czyli 5.02.2024 zostały wydane dwa tomy). Znajdziemy w nim wiele galaktyk, planet, nacji. Ten świat musi pozbierać się po inwazji Vikonów. Pozostałością po niej są składy broni, a ta jest zawsze w cenie. Wielu chce położyć na niej swoje łapy. Seell Vanssee to najemnik i – podobno – jest najlepszy w swojej robocie. Różne strony próbują go zwerbować i uciekają się do wszelakich dostępnych metod. Vanssee jest brutalny, arogancji, nieprzewidywalny. To taki typ, który nawet spętany próbuje rozdawać karty.

Ów główny bohater jest najbardziej intrygującym elementem powieści autorstwa Kass Ceran. Niewiele o nim wiadomo: Skąd pochodzi? Jakie ma umiejętności?. Odkrywamy to razem z nim (bo on sam niewiele pamięta ze swoje przeszłości) oraz jego pracodawcami i przeciwnikami.

Autorka zaserwowała czytelnikom wspaniałą, wartką akcję. Dobre tempo, sceny walki, tarapaty w jakie ładuje się główny bohater – to wszystko pozwala nam poznać możliwości technologiczne wykreowanego świata. Takie wciągniecie w wir wydarzeń na pewno spodoba się miłośnikom powieści sensacyjno-przygodowych. W moim odczuciu odbiło się odrobinę na klarowności fabuły. Dużo bohaterów, nowe miejsca i nazwy – ja potrzebuję dłuższej chwili, żeby połapać się w konstrukcji uniwersum i umiejscowić sobie w nim te elementy. W tym przypadku miałam z tym małe problemy. Kiedy zaczynałam rozumieć pewne okoliczności Vanssee już coś „odwalał” i pojawiała się nowa zmienna.

„Dreyn. Urodzony by walczyć” to ciekawa propozycja nie tylko dla fanów literatury science-fiction. Ci z was, którzy cenią wartką akcję, skomplikowane intrygi, dynamiczne sceny walki i bohaterka, który potrafi rozpętać awanturę. Muszą poznać Seella Vanssee. Niby rozrabiaka jakich wielu, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że jest jedyny w sowim rodzaju.

[Egzemplarz recenzencki]

"Różaniec" Rafał Kosik

"Różaniec" Rafał Kosik

"Miasta-pierścienie krążyły nanizane na dawną orbitę Ziemi jak różaniec" [1]. W powieści pt. "Różaniec" Rafał Kosik zaprasza nas do jednego z koralików owego różańca - Warszawy z przyszłości. Technologia przejęła tu wiele sfer życia m. in. wymiar sprawiedliwości. Chociaż nie jest to do końca dobre określenie, bo... g.A.I.a - zaawansowana sztuczna inteligencja - zbiera dane, analizuje je i ocenia, kto może stać się potencjalnym przestępcą. Takie osoby są eliminowane. Ot, problem przestępczości rozwiązany. "Nie ma jednostek bez społeczności, ale społeczność może się obyć bez pojedynczych ludzi. Dobro jednostki jest mniej ważne od dobra społeczności" [2]. Mamy tu system kary bez winy. "(…) zdehumanizowane zarządzanie cywilizacją" [3], gdzie algorytm szuka najbardziej optymalnego dla grupy rozwiązania.

System teoretycznie działa, ale pewne dylematy (a wręcz niesprawiedliwość) są aż nadto widoczne. To na nich Rafał Kosik buduje pełną akcji powieść. Jej główny bohater nazywa się Harpad i ma dar polegający na tym, że może łączyć się z serwerami g.A.I.a i odczytywać wartość potencjalnego zagrożenia (PZ). Nie jest to jakiś heros, ale z powodu jego umiejętności interesują się nim różne grupy - zarówno te chcące manipulować systemem, jak i z nim walczyć.

Jak już wspomniałam "Różaniec" to pełna akcji powieść science-fiction. Politycy, gangsterzy, buntownicy - Harpad trafia w sieć (a nawet kilka sieci) utkaną z planów, ambicji, interesów, idei. Czyta się to wybornie. Akcja wciąga nas i robi mętlik w głowie. I nie chodzi tu nawet o to, kto jest dobry, a kto zły, a o to, co kto chce ugrać i do czego się w tej grze posunie.

To tempo mocno spowalnia w ostatniej części, na ostatniej prostej do finału. Zakończenie nawet mi się podobało. Dla mnie, niespodziewanie, jest to głos w dyskusji znacznie szerszej niż prawo, sprawiedliwość. Mianowicie, kto właściwie projektuje normy społeczne. Czy trzeba je bezrefleksyjnie brać za pewnik?

Wróćmy jeszcze do końcówki powieści. Dołączam do tych czytelników, którzy nie mogą wybaczyć autorowi tego, jak uciął wiele wątków. Te wszystkie postaci, które Rafał Kosik tak pięknie rozwijał w trakcie powieści, te wszystkie wątki, które rozpalały czytelnika nagle przestały być ważne. Chcę wierzyć, że autor zrobił to z rozmysłem, aby zaakcentować coś, czego ja nie dostrzegłam. Jednak nawet jeżeli tak jest, to przy tak rozbudowanej warstwie sensacyjnej trudno będzie usprawiedliwić się przed czującym niedosyt czytelnikiem.

Miłośnicy książek science-fiction mogą mieć zarzuty, że Rafał Kosik niewystarczające prezentuje powieściowe uniwersum. Autor postawił siebie w wygodnej pozycji tzn. nikt z bohaterów nie rozumie, jak ten świat działa, więc jak on ma to opisać. Główny bohater oczywiście ten świat eksploruje, ale wiele rozwiązań spływa na niego nagle. Jak sam mówi: (…) nie wiem, skąd to wiem" [4]. Czy to ma uwypuklić to, iż to system rozdaje karty. Być może. Aczkolwiek, z punktu widzenia czytelnika, tych nagłych oświeceń jest za dużo. To trochę odbiera laury zasługi głównemu bohaterowi.

Powieść "Różaniec" czytało mi się wybornie, co jest zasługą wartkie, wciągającej akcji. Zakończenie również jest niczego sobie. Natomiast brakuje tu zamknięcia, wyjaśnienia pewnych wątków. Może z punktu widzenia finału i przesłania książki nie jest to tak istotne. jednak moje czytelnicze nogi wkroczyły za sprawą Rafała Kosika na pewne ścieżki, które zaprowadziły je donikąd.

Książka ciekawa, ale po obiecującym początku liczyłam na równie spektakularne zakończenie.

[1] Rafał Kosik, "Różaniec", wyd. Powergraph, Warszawa 2017, s. 100.

[2] Tamże, s. 62.

[3] Tamże, s. 60.

[4] Tamże, s. 413.

"Dwuświat. Księga III Tymczas" W. & W. Gregory

"Dwuświat. Księga III Tymczas" W. & W. Gregory

Już dwa razy miałam okazję polecać wam cykl „Dwuświat” autorstwa W. & W. Gregory – przy okazji recenzji powieści „Przedwojnie” i „Pokun”. Na tym się nie skończy, bo właśnie polecę wam go po raz trzeci. Księga III zatytułowana „Tymczas” została wydana. Czy Inco i Floris znajda w końcu nić porozumienia? Czy rządzący powściągną żądzę władzy i zadbają o lud? A może pokuny wszystkich zjedzą i tak zakończy się ta historia?

Może najpierw przypomnę o co w ogóle chodzi w tym cyklu. W. & W. Gregory stworzył dwie krainy oparte na przeciwieństwach. Inco jest wyjątkowo zaawansowane technologicznie. Jego obywatele żywią się odpowiednie skomponowanymi batonami, mają domy naszpikowane „mądrymi” urządzeniami, a porządku pilnują roboty zwane humanami. Floris wydaje się przy nim zacofane. Rolniczy lud żyjący w zgodzie z naturą, który oddaje modły bogini Patri. Każde z tych miejsc ma swoje problemy. Inco mierzy się z brakiem mężczyzn, a za tym idzie mnóstwo problemów społecznych. Floris zmaga się z biedą oraz wyzyskiwaniem ludu przez rządzących państwem kapłanów. Te dwa społeczeństwa długo żyły niezależnie od siebie, ale w konsekwencji przewrotu w Inco granice zaczęły się zacierać, a ludzie przemieszczać się w poszukiwaniu tego, czego potrzebują najbardziej.

Poprzedni akapit bardzo ogólnie traktuje fabułę, bo jest to wielowątkowy cykl. W pierwszej części autor wyszedł od historii Jasmin, która była w trojaczej ciąży, aby sukcesywnie dokładać kolejne postacie i poszerzać naszą perspektywę. W efekcie dość szybko odmalował rozbudowany świat i zagospodarował jego zakamarki akcją. Imponuje mi to jak panuje nad swoimi bohaterami i nadpisuje ich kolejne przygody, chociaż ja, jako czytelnik, chciałabym aby zaczął „zaganiać ich do jednej zagrody”. Co mam na myśli? „Tymczas” wydał mi się nieco przegadany. Fabularnie nie mogę się do niczego przyczepić. Po prostu dzieje się tu za dużo, a bohaterowie nieco rozpierzchli się po świecie z powieści.

Ja polubiłam „Dwuśwait” za krytykę pewnych mechanizmów kontroli oraz postępu cywilizacyjnego. Od początku ciekawszym miejscem wydawało mi się Inco, gdzie rozwój, ingerencja w naturę przyniosły wręcz opłakane skutki. To co się tam dzieje – kolejne reformy itp. - ma wręcz karykaturalny wydźwięk i dzięki temu jest tak jaskrawe w swoim wyrazie. Floris, jako państwo wyznaniowe jest synonimem zacofania. Człowiek łatwo może stać się w nim ofiarą zabobonów.

W obu krainach toczy się nieustanna walka o władzę. Zarówno świeckie oficjelki, jak i bogobojni kapłani nie maja skrupułów, aby bronić swojego stołka. U W. & W. Gregory nie znajdziecie „mężów stanu” - ani „żon stanu”. Dwuświat to skorumpowane uniwersum, gdzie „ja” jest ponad „my”, a rzadkie przebłyski człowieczeństwa zaskakują nas zamiast pokrzepiać.

Mam wrażenie, że „Dwuświat” jest mało znanym cyklem na polskiej scenie fantastyki. A szkoda, bo jego autor dołożył wszelkich starań, aby zbudować prezentowane uniwersum. Są to powieści na pograniczu science-ficion i fantasy, które szczególnie przypadną do gustu miłośnikom wielowątkowych dystopii. Polecam je waszej uwadze.


[Egzemplarz recenzencki]

"Wyśniona" Frank Bell

"Wyśniona" Frank Bell

Pamiętacie biblijny potop, kiedy to Bóg wymierzył ludziom karę i świat zniknął pod falami wody. Poniekąd człowiek zaczyna karać siebie po raz kolejny. Dochodzą do nas pogłoski o topniejących lodowcach i podnoszącym się poziome wody. Gdzie uciekać kiedy dojdzie do najgorszego? Bohaterowie powieści Franka Bella pt. „Wyśniona” skryli się w podziemnej Oazie. Ocaleli, zorganizowali struktury władzy, system pozyskiwania zasobów związany z miedzią (bo ona okazała się najbardziej dostępna w tym rejonie), a także bardzo zaawansowany sposób edukacji oparty na śnie. Brzmi nieźle. Najważniejsze, że znalazło się miejsce, w którym można przeczekać katastrofę. Jednak jakoś trzeba żyć. Niezadowolenie ludzi rośnie, a rządzący nie uciekną od żadnych metod, aby utrzymać władzę.

W „Wyśnionej” mamy pozornie klasyczny obraz świata po apokalipsie. Przerażeni ludzie żyjący w nędznych warunkach i panujący nad nimi despoci. To co jest nowe i ciekawe to system w jakim szkoli się młodych mieszkańców Oazy. Podłącza się ich do tzw. Kompletu, dzięki któremu przenoszeni są do wirtualnego świata. Uczą się tam, zdobywają punkty, mogą kreować siebie odblokowując kolejne opcje i tworząc własne ikony. Brzmi jak fascynująca interaktywna zabawa. Tak naprawdę młodzi poddawani są daleko idącej propagandzie. Jednak są wśród nich tacy, którzy są odporni na „pranie mózgu”. Jednym z nich jest Paweł Swain. Ucieka, aby szukać informacji o swoim ojcu, a przez przypadek staje się symbolem nowej rewolucji. Czy nastolatek będzie w stanie wygrać z bezwzględnym dyktatorem i jego armią lembasów?

Frank Bell oczarował mnie lekkim piórem. „Wejście” w świat powieści science fiction nie zawsze jest dla czytelnika łatwe. Musimy go poznać „od podszewki”, a to wymaga czasu, którego nie mamy, bo chcemy cieszyć się fabułą książki. Frank Bell bardzo sprawnie wciąga nas w wir przygody, stawia przed bohaterami kolejne problemy, zadaje trafne pytania, odsłaniania kolejne elementy postapokaliptycznej rzeczywistości. Przyznam, że dość szybko (literacko) zadomowiłam się w tym miejscu.

Owa lekkość stylu oraz konsekwentne posuwanie fabuły do przodu sprawiła, że autorowi udało się zamaskować pewne niedoróbki. Ja weszłam w taki stan, że czytałam i nie interesowało mnie, iż czegoś nie zrozumiałam. Jednak po ochłonięciu muszę przyznać, że mniej więcej w połowie książki wkrada się pewien chaos. Frank Bell przenosi ciężar „dźwigania” akcji z młodych cywili (bo właściwie mamy tu dwóch ważnych dla fabuły nastolatków) na barki rządzących. Pozawala to na spojrzenie na wydarzenia z różnych perspektyw, ale jako czytelnik miałam poczucie, że (nagle) odkrywam tę powieść z bohaterami, których słabo znam.

Zakończenie czytania „Wyśnionej” pozostawiło mnie z kilkoma niewiadomymi. Szczególnie doskwiera mi, że nie do końca zrozumiałam motywację rządzących. Nakłady, które ponieśli, aby skonstruować Komplety wydają mi się niewymierne wobec celów, jakie im przyświecały. Również nie do końca rozumiem, jak działają wszystkie elementy zaprojektowanego na potrzeby powieści świata. Dlatego, pomimo wspaniałej przygody, którą mogłam przeżyć na stronach tej książki, dostaje ona ode mnie małego minusa.

Przyczepię się też do kilku kwestii językowych. Właściwie pisarz science fiction ma w tym obszarze dużą swobodę, ale... Spójrzcie sami. Uczniowie korzystający z Kompletu pojawiają się w nim jako ikony, które można ulepszać. Z czym kojarzy się słowo ikona w odniesieniu do informatyki? Z obrazkiem na pulpicie komputera, w który klikamy, aby otworzyć program. Przenosząc się do kompletu uczestnik tworzy raczej swój awatar.

Przykład numer dwa. Mieszkańcy Oazy zamieszkują... kantory. To słowo wywołało u mnie ogromną konsternację, bo na początku byłam przekonana, iż bohater mieszka w dzielnicy handlowiec. Sprawdziłam znaczenia słownikowe i nie zmalałam powiązania pomiędzy kantorem a lokalem mieszkalnym. No chyba, że ktoś jest pracoholikiem i nocuje w biurze.

A czy wiecie czym są lembasy? To chlebek elfów znany z tolkienowskiego Śródziemia. Co robi on w Oazie Franka Bella? Nie ma go tu, ale funkcjonuje to słowo. Oznacza ono strażnika. Jak autor to powiązał? Trudno powiedzieć. Jednak największy żal mam, że nie wyjaśnił dlaczego jest ono obraźliwe.

Ostatnia kwestia związana jest z tym, jak zbudowana jest Oaza. Ma ona 50 pięter. Liczonych od wejścia ku dołowi. Problem zaczyna się, kiedy sobie uświadamiamy, że zjeżdżając w dół (przykładowo z piętra 30 na 25) wychodzimy do góry.

Ktoś powie, że się czepiam. Być może. Jednak wiecie jak to jest z muchą, która wpadnie do mieszkania. Nie jest groźna, ale jej bzyczenie wkurza.

Frank Bell wydaje się bardzo obiecującym autorem science fiction. „Zabłysnął” dobrym pomysłem i lekkim piórem. Jego powieść „Wyśniona” nie jest idealna, ale na mnie wywarła bardzo dobre wrażenie. Będę z niecierpliwością wypatrywać, co pisarz ten nam jeszcze pokarze.


[Egzemplarz recenzencki]

"Stacja pośrednia" Clifford D. Simak

"Stacja pośrednia" Clifford D. Simak

Pomyślcie o miejscu, w którym mieszkacie. Czy czujcie się z nim jakoś szczególnie związani? Kochacie swoje miasto, albo swój kraj? Bohater powieści „Stacja pośrednia” Clifforda D. Simaka żyje w rozdarciu pomiędzy tożsamością ziemianina, a bliskością jaką odczuwa z mieszkańcami innych galaktyk. Enoch Wallace „miał swój świat, znacznie większy, niż potrafiliby sobie wyobrazić ludzie poza stacją.”1 Rozwiewając wasze domysły napiszę, że bohater ten nie podróżuje między planetami. On zarządza stacją kosmiczną, która takie podróże umożliwia. Jest to jedyny taki punkt na Ziemi. Projektem zarządza Centrala Galaktyczna i nawet rządzący ziemskimi państwami oraz organizacje międzynarodowe nie wiedzą o jego istnieniu. Z pracą jaką wykonuje Enoch wiążą się pewne przywileje. Przykładowo, mężczyzna prawie się nie starzeje. Jednak tak osobliwa persona prędzej czy później przyciągnie uwagę służb.

Clifford D. Simak napisał nieco patchworkową powieść. W trakcie czytania trudno było mi wyłapać, co jest tu myślą przewodnią. Po skończonej lekturze wyróżniłabym dwa wątki: problem tożsamości i lojalności (Enoch staje przed dylematem, czy ważniejsza jest dla niego Ziemia czy Galaktyka) oraz sensowność i koszty prowadzenia wojny. Zanim omówię je szerzej wspomnieć muszę, że autor słabo to wszystko spina. Co prawda wysnuwa kilka trafnych tez, jednak miałam wrażenie, że wszelkie elementy jakie składają się na książkę „Stacja pośrednia” nie tworzą „jednolitej faktury”, a wycisnąć z nich można by więcej.

Przejdźmy do najwyraźniejszych problemów tej historii. W moim odczuciu problem tożsamości głównego bohatera jest najciekawszym w całej powieści. Enoch z racji wykonywanego zajęcia jest odludkiem. Dawno pochował bliskich, a więcej kontaktów utrzymuje z kosmitami niż z mieszkańcami Ziemi. Jednak potrzebuje rodzimej planety. „Potrzebował słońca, gleby i wiatru, by pozostać sobą.”2 Kiedy przychodzi podjąć mu trudne decyzje, mające zaważyć o losie Ziemi oraz stacji, którą prowadzi jest rozdarty. Nie wie kto jest dla niego ważniejszy, wobec kogo ma pozostać lojalny.

Jedna z tych decyzji dotyczy powstrzymana wojny, która wisi w powietrzu. „Stacja pośrednia” została po raz pierwszy wydana w 1963 roku i widać w niej wpływy tzw. „zimnej wojny”. Bohater powieści uważa, że kolejny konflikt zbrojny jest nieunikniony, a możliwości technologiczne , jakie posiada wojsko, doprowadzą do zniszczenia planety. Jego przyjaciel z kosmosu proponuje mu – dość drastyczny – sposób na rozwiązanie tej sprawy. I tą propozycją Clifford D. Simak „skopał” cała koncepcję przeinteligentnych obcych. Zaznaczyć muszę, że „Stacja pośrednia” to opowieść z „gatunku”: super rozwinięte pod każdym względem stowarzyszenie planet i my, niegodni Ziemianie, niewiedzący nawet, że jesteśmy obserwowani i zaraz stracimy okazję do niego dołączyć. I ten genialny przedstawiciel Centrali Galaktycznej proponuje coś, czego sens barbarzyński Ziemian obala w kilku akapitach. Koszty pomysłu kosmity są prawie tam duże, jak koszty wojny. W obu przypadkach Ziemię ogarnie niewyobrażalny chaos, a z jakiegoś (sobie tylko wiadomego) powodu kosmita uważa, że po jego propozycji ludzie odrodzą się jako lepsi.

Autor trochę pogrąża cały pomysł obcego finałem książki, bo proponuje jeszcze inne rozwiązanie, które to kosmita dobrze znał. Dlaczego go nie przedstawi Enochowi? Rozwiązanie jest nieco dziwne jak na powieść science-fiction, a ja się muszę przyznać, że nie do końca zrozumiałam w jaki sposób działa owa rzecz. Nie wchodząc w szczegóły napiszę tylko, że Clifford D. Simak łączy w niej elementy science z mistycznymi. W ogóle jak chodzi o działanie kosmicznych przedmiotów i kosmiczną wiedzę, autor poszedł na łatwiznę. W wielu kwestiach obcy nie silą się nawet tłumaczyć Enochowi, co jak funkcjonuje, bo i tak tego nie zrozumie. Nie wątpię w to, że ciężko pojąc wiedzę dużo bardziej rozwiniętej cywilizacji oraz, że Clifford D. Simak chciał podkreślić barbarzyństwo ludzi. Jednak z punktu widzenia czytelnika irytuje mnie to rozwiązanie.

„Stacja pośrednia” to lekka i całkiem przyjemna w czytaniu powieść science-fiction. I na ”lekka” skończyłabym wymienianie plusów. Jest zbyt prosta i naiwna, żeby mnie oczarować. Dochodzi do tego fabuła „posklejana” w dziwny sposób. Brakuje mi tu przyczynowości i celowości wszystkich wątków. Clifford D. Simak zaliczany jest do klasyków science-fiction, a klasyków zawsze warto czytać. Jednak – jak się okazuje – nawet najwięksi mają na swoim koncie przeciętne prace.

1 Clifford D. Simak, „Stacja pośrednia”, przeł. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2023, s. 121.

2 Tamże, s. 122.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kagańce i obroże" Bartłomiej Kurkowski

"Kagańce i obroże" Bartłomiej Kurkowski

Miłośników zwierząt domowych widać na każdym kroku. Nietrudno spotkać sąsiada spacerującego z psem lub wypatrzeć kota dumnie wylegującego się na parapecie. W powieści Bartłomieja Kurkowskiego pt. „Kagańce i obroże” wybucha epidemia uderzająca m.in. w domowe pupile. Padają psy i koty, zarówno te domowe jak i dzikie, ale również króliki i wiewiórki. Naukowcy opracowali nowy gatunek odporny na wirusa, hybrydę zwierzęcia i człowieka. Nazwano go po prostu „pupil”. Pupil ma towarzyszyć człowiekowi tak jak wcześniej pies bądź kot. Czy zajmie pustkę w sercach ludzi opłakujących stratę przyjaciela? Czy będzie pokornie słuchał człowieka? Jak ludzie przyjmą nowe istoty?

Sięgnęłam po „Kagańce i obroże” bo zaintrygował mnie opis. Liczyłam na historię pełną kwestii etycznych związanych z eksperymentami na komórkach, sztucznym zapłodnieniem i prawami zwierząt. Nie do końca to dostałem, więc jestem lekko rozczarowana, jednak sam koncept wymyślony przez Bartłomieja Kurkowskiego jest na tyle ciekawy, że warto o tej powieści opowiedzieć.

Istotną kwestią dla czytelnika jest to, że autor nie opowiada jednej spójnej historii. Jest tu kilka epizodów rozciągniętych na ok 50 lat po wybuchu epidemii, w których mamy różnych bohaterów, a każda z nich ma zobrazować inny problem związany z pupilami oraz ewolucję ich statusu w społeczeństwie. „Koszty” stworzenia istoty, tresura, różne podejścia ludzi do nich (od niechęci, obrzydzenia do uwielbienia , a nawet pewnego rodzaju zoofilii), wykorzystywanie ich do różnych celów, rzekoma pomoc hycli, którzy odbierają pupile właścicielom nie bacząc na ich uczucia (a przy okazji co nieco użyją), a także rosnące znaczenie pupili na rynku pracy – tak ogólnie można nakreślić tematy kolejnych opowieści.

Dość duży akcent autor kładzie na ostatnią kwestię, czyli bezrobocie. Pupile są tańsi, bardziej posłuszni, bardziej pracowici przez co „zabierają” ludziom miejsca pracy, co prowadzi do niezadowolenia społecznego. Trudno nie dopatrzyć się analogii do imigrantów. I mam tu na myśli zarówno Polaków na obczyźnie, jak i nasze własne podwórko. Co prawda w żadnym przypadku sytuacja nie osiągnęła takiego wymiaru, jak w powieści Bartłomieja Kurkowskiego, jednak słyszy się o różnych incydentach, a także trwa dyskusja o nadawaniu imigrantom pewnych przywilejów.

Najsłabszym elementem książki jest opis samego pupila rodem z filmu klasy B: „Czekanie osładzało mu towarzystwo kelnerki. Uszatki o blond loczkach, szarych, króliczych uszkach i pokrytej makijażem bladej cerze.”1 Te uszka i ogonki przywodzą na myśl seksualne fantazje napędzane obrazem „króliczka Playboy'a”. Bartłomiej Kurkowski mógł się bardziej postarać opisując również inne cechy. Mimochodem wspomina: „Poza nosem uszaci mają wystarczająco dużą przewagę nad ludźmi. Trzeba się nagimnastykować, jeżeli z nimi zadzierasz.”2 Dodajmy więc nieco tych zwierzęcych cech – węch, siła, pazury, zwinność – żeby wyjść poza „mokry sen” i dodać postaciom charakteru.

Moje wątpliwości wzbudza też konieczność stworzenia pupila. Była epidemia i zwierzęta umarły. Świat stoi u progu katastrofy ekologicznej, a wszyscy przejmują się, że nie mogą mieć w domu kotka. Rozumiem, że autor chciał postawić akcent na relacji hybryda-człowiek, jednak samo powstanie nowej istoty mogło zostać lepiej umotywowane. Mam wrażenie, że świat w wizji Bartłomieja Kurkowskiego nie skupia się na istotnych kwestiach.

Język zastosowany w powieści nie jest tym co ja lubię. Jest zbyt wulgarnie. Większość postaci wyraża się wręcz ordynarie i w nie wszystkich przypadkach jest to uzasadnione. Kreujesz osiłka wyrażającego się: „eeee ty, k....”, ok. Jednak odpuść wtedy „normalnym” postaciom. Daj czytelnikowi odpocząć od bluzgów. Wprowadź kogoś na poziomie dla zrównoważania. W przypadku książki „Kagańce i obroże” jest to o tyle łatwe, że bohaterowie się zmieniają. Czytelnik nie musi być katowany przekleństwami.

Bartłomiej Kurkowski mocno skupił się na ewentualnym wyparciu ludzi przez inne, lepsze (?) istoty. Trochę po macoszemu potraktował inne wątki. Taki miał pomysł, taka jest jego wizja popandemicznej rzeczywistości. Jego książka ma swoje wady, jednak gdybym wcześniej wiedziała to co wiem i tak bym ją przeczytała, bo zwyczajnie lubię powieści, w których widać skutki społeczne postępu nauki.

1 Bartłomiej Kurkowski, „Kagańce i obroże”, wyd. Novae Res, Gdynia 2022, s. 78.

2 Tamże, s. 94.


[Egzemplarz recenzencki]

"Kontakt" Carl Sagan

"Kontakt" Carl Sagan

Film „Kontakt”, z Jodie Foster w głównej roli, zaliczany jest do klasyki science-fiction, podobnie, jak pierwowzór, czyli powieść autorstwa Carla Sagana o tym samym tytule. Pewnie część osób teraz się skrzywi i powie, że się nie znam, ale ja nigdy za tym filmem nie przepadałam. Jednak ekranizacja to nie książka, więc zdecydowałam się ją przeczytać. I odkryłam, czego mi brakowało – energii. Ci co znają tę powieść pewnie się zaśmieją, bo nie jest zbyt wartka, ale to nie o tempo akcji chodzi, a o energię głównej bohaterki. Ależ to inteligentna i zadziorna babka z pasją, a tego w kreacji Jodie Foster nie dostrzegłam (wybaczcie fani filmu). Dlatego dzisiaj będę was właśnie do przeczytania „Kontaktu” zachęcać. A może macie już wyrobioną opinię?

Przypomnijmy sobie, o czym, jest ta książka. Doktor Eleanor Arroway nasłuchuje, ale nie jest szpiegiem. Badaczka szuka pozaziemskiej cywilizacji. Próbuje wyłapać sygnały, które takowa mogłaby generować. „Jest tam jednak tak wiele miejsc do sprawdzenia i takie mnóstwo częstotliwości, na jakich obce cywilizacje mogą nadawać, że wymagany jest systematyczny i cierpliwy program obserwacyjny.”1 Batalią będzie stworzenie go, bo czy poszukiwanie kosmitów to nauka, czy paranauka. A samo przeszukiwanie nieba wydaje się szukaniem igły w stogu siana. Jednak Eleanor coś odbiera. Głupi żart, przesłanie od boga, a może wiadomość od obcej cywilizacji? Sygnał jest początkiem lawiny. Lawiny pracy polegającej na rozkodowaniu go, ale też lawiny reakcji społecznych, spekulacji, negocjacji (bo powieść przypada na czas rywalizacji USA z ZSRR). Co wniesie on w życie Ziemian?

Czego możecie się spodziewać po „Kontakcie”? Carl Sagan to astronom i popularyzator nauki – zapamiętajcie, bo zaważyło to na charakterze powieści. Po drugie, akcja rozgrywa się między pracownikami naukowymi. Tak, informacji teoretycznych jest sporo. Będę szczera, zrozumiałam je połowicznie, ale to mi wystarczyło, żeby śledzić fabułę. Co jakiś czas autor „wpuszcza” bohatera, któremu też trzeba teorię wytłumaczyć, więc nie czułam się samotna. Do tego Carl Sagan nieźle przełamuje te – skądinąd nieco nużące dla laika – fragmenty. Można powiedzieć, że przeplata rozdziały o charakterze naukowym trochę luźniejszymi np. dokładnie przedstawia nam jakąś postać. Mnie chyba najbardziej spodobały się właśnie kreacje bohaterów, a szczególnie Eleanor. Energia, jaka z niej bije zaraża czytelnika chęcią poznania. Inspirują mnie takie postacie, dają paliwo potrzebne do działa. Za „łagodniejsze” fragmenty można uznać też opisy skutków odebrania sygnału – zachowania, decyzje naukowców, polityków, kaznodziejów (tak wątek religijny też się pojawia), a także zwykłych obywateli. Nie ma się co dziwić, kwestia przybyszów z kosmosu pobudza wyobraźnię.

Mimochodem już wspomniałam, że akcja powieści nie jest szczególnie wartka, ale mi to nie przeszkadzało. Carl Sagan zadał wiele ciekawych pytań i na nie odpowiedział. W „Kontakcie” znajdziemy rozważania na przeróżne kwestie, niekoniecznie związane bezpośrednio z astronomią. Wiadomość od obcych prowokuje „odkrycie się” człowieka. Zatrzymanie się w niektórych miejscach i zastanowienie się, jak ja to widzę, było świetnym ćwiczeniem intelektualnym, ale też sposobem na uporządkowanie swoich poglądów.

„Kontakt” jest jedną z tych powieść, którym trzeba dać czas. Dokładnie przeczytać każdy akapit i go przemyśleć. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale takie książki się piękne odwdzięczają. One nie umykają z głowy, tylko zostają z nami i generują wnioski. Pewnie będziemy musieli trochę przymknąć oko na rozwój technologiczny, jaki zaprezentował nam tu Carl Sagan. Książka pierwszy raz została opublikowana w 1985 roku i... Ujmę to tak, znajdziemy i mniej, i bardziej trafne pomysły. Niemniej biorę to wszystko „na klatę”, bo autor okazał się propagatorem nauki z prawdziwego zdarzenia. Powieść, którą napisał, bawi, uczy i rozwija.

1 Carl Sagan, „Kontakt”, przeł. Mirosław P. Jabłoński, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2023, s. 57.

[Egzemplarz recenzencki]

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

Spensa – bohaterka cyklu „Skyward” Brandona Sandersona – ciągle poszukuje odpowiedzi. Kim jest? Kim są i co planują jej wrogowie? Dlaczego wszechświat jest akurat tak zorganizowany? Dlaczego neguje się agresję, ale walka ciągle trwa? Czy trzeci tom pt. „Cytoniczka” przyniesie wytłumaczenia, a może pojawi się w nim jeszcze więcej problemów?

Brandon Sanderson rzuca Spensę w zupełnie nowe środowisko. Tło, które zaproponował jest dla mnie nieco trudne w odbiorze. Rządzą się w nim całkiem inne zasady fizyki, działa ono w szczególny osób na istoty, które w nim przebywają. Do tego mam wrażenie, że wygląda to trochę inaczej w zależności od postaci. Czytelnicy muszą zaaklimatyzować się w tym miejscu. Ciekawe jest to, jak w kolejnych częściach cyklu Brandon Sanderson poszerza pole akcji. Najpierw jedna planeta, potem wypuszcza bohaterkę na inną, na której pokazuje różnorodność zaprojektowanego świata, wrzeszczcie „otwiera” inne wymiary. Robi to stopniowo, jednak każda kolejna książka jest pewnego rodzaju szokiem dla czytelnika. Musi odrzucić to co już wie i otworzyć głowę na nowe.

Spensa, niczym Dorotka krainę Oz, przemierza tzw. niebyt. Szuka w nim historii, które maja nauczyć ją przeszłości i dzięki temu zrozumieć teraźniejszość Autor „pochował” te wspomnienia w interesujący sposób, a my razem z bohaterami musimy je poskładać i zinterpretować. Przyznam, że liczyłam na bardziej konkretne odpowiedzi, ale Brandon Sanderson nie tłumaczy nam wszystkiego „łopatologicznie”. Jednak nie jest źle. Dowiadujemy się dużo o miejscu akcji i istocie jego problemów.

W „Cytoniczce” pisarz zadbał o balans między akcją, a genezą tej historii i przedstawieniem postaci (bo trzeba zaznaczyć, że te, które już znamy z poprzednich części zeszły na dalszy plan, mamy natomiast wachlarz całkiem nowych bohaterów). Łatwo wyśledzić fragmenty, gdzie odbywa się walka, ktoś się przedstawia, albo Spensa znajduje kolejny kawałek układanki. Mnie odpowiada taka przejrzysta struktura. W pewien sposób ułatwia to poruszanie się po powieściowym uniwersum.

Zaskoczyło mnie dokąd doprowadziła nas ta historia. Zaczynając przygodę z cyklem „Skyward” w życiu nie przypuszczałam, że będzie miał tak szeroki kontekst. Odpowiada mi tempo, jakie Brandon Sanderson nadał tej opowieści. Nie czuję się wrzucona „na głęboką wodę”, a stopniowo wprowadzana w jej odmęty. Jestem w takim momencie, że już nie oceniam, a ufam autorowi. Wiem, że gdziekolwiek mnie zaprowadzi, odnajdę się w tym miejscu.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger