Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
"Nasz nauczyciel robot" Hanne Gjerde

"Nasz nauczyciel robot" Hanne Gjerde

Dyskusja w sprawie zasadności zadań domowych nie cichnie. Czy motywują uczniów? Czy są potrzebne? I czy w dobie Internetu i sztucznej inteligencji w ogóle mają sens? Mało kto natomiast mówi, jak wykorzystać te narzędzia w edukacji. Jak ją dopasować do obecnych potrzeb. Hanne Gjerde w w powieści młodzieżowej „Nasz nauczyciel robot” prezentuje daleko idącą wizję nowoczesnego nauczyciela. Arndt Ingar jest zaawansowaną maszyną korzystającą ze sztucznej inteligencji, aby nauczać, ale też uczyć się o uczniach. Ma rozpoznawać ich trudności, problemy, dylematy. Ma ich prześwietlić na wylot, aby jego klasa osiągnęła najlepszy wynik na egzaminach.

AI nie wydaje się „nauczycielem roku”. Aż dziw, że przy jego nieograniczonym zasobie do wiedzy nie korzysta z jakichś ciekawych metod nauczania czy też sposobów motywacji. „Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć” - powtarza AI, a to w jaki sposób przymusza dzieciaki do ćwiczeń jest – delikatnie mówiąc – kontrowersyjne. Jego metody to krótka droga do buntu. Nie buntu przeciwko szkole, ale nadużyciom. Młodzież z tej książki jest świadoma tego, że ma prawo do prywatności i nienaruszalności cielesnej. Mocno akcentują to, że AI je narusza.

Robotowi brakuje też ludzkiego wyczucia taktu i empatii, przez co trudno mu wykonać jedną z ról dobrego nauczyciela. Jedna z bohaterek jest zdolną dziewczyną, ale jej myśli biegną ku problemom w domu, zamiast ku nauce. AI widzi spadek jej motywacji i ocen, ale jego rady brzmią bezdusznie, bez słowa pocieszenia i wsparcia. Brak też mu wyczucia, kiedy na forum klasy porusza prywatne tematy uczniów. To znowu budzi ich sprzeciw. Jasno mówią, że tak nie wolno, że to kolejne naruszenie prywatności. Integruje to klasę w walce z AI.

„Nasz nauczyciel robot” to też wątek kryminalny. Uczniowie zastawiają się, co się stało z ich starą nauczycielką. Nie wierzą dyrektorowi, że tak nagle wyjechała. Zaczynają grążyć i wpadają na trop producenta robotów. Zaglądają do jego „fabryki”, a to co tam znajduję raczej im się nie podoba. Sam Steve, czyli konstruktor nauczyciela robota, to bardzo ciekawa postać. Ten bohater pokazuje, jak ważne jest indywidualne podejście w szkole i diagnozowanie problemów. Nie ma uniwersalnej metody dla każdego, bo każdy zmaga się z czymś innym. Steve przekształcił swoją frustrację w projekt, który ma na te rożne potrzeby odpowiadać. Z jakim skutkiem? Czy zachował się etycznie?

Hanne Gjerde skutecznie zaakcentowała wyzwania współczesnej szkoły. Jak to w powieściach młodzieżowych to uczniowie są tymi bardziej świadomymi i to oni przejmują pałeczkę mówią, co jest nie tak i naprawiając rzeczywistość. Ja obawiam się, że trochę tak też jest w życiu. Mam wrażenie, że gros nauczycieli nie chce zobaczyć tego, jak zmieniły się okoliczności ich pracy. To młodzież musi się dowiadywać, jak szukać wiedzy, jak korzystać z nowoczesnych narzędzi. To nie droga na skróty. To realia. Przyznam, że sama boję się AI, ale takie książki, jak „Nasz nauczyciel robot” trochę mnie przekonują, że można ją „nauczyć” i stosować w dobrych celach. W młodych siła.

[Egzemplarz recenzencki]

"Atramentowe serce" Cornelia Funke

"Atramentowe serce" Cornelia Funke

Dziś opowiem wam o książce, którą wiele osób traktuje z sentymentem. Mowa o „Atramentowym sercu” Cornelii Funke. Autorka realizuje w niej bardzo ciekawy koncept, w którym – dzięki umiejętności jednego z bohaterów – czytanie wkracza na inny wymiar. Historie dosłownie zaczynają się przenikać i biec nowym torem. Czytelnicy i bohaterowie bezpośrednio na siebie wpływają. Fikcja nabiera realnych kształtów. Wciąga, przeciąga postaci między światami. U zdolnego introligatora Mo, który jest obdarzony tym niezwykłym darem, miłość do czytania staje się niemal przekleństwem. Musi być ostrożny, aby nie sprowadzić na swoją córkę jakiejś tragedii. Ale wywołane już zło o nim nie zapomina i dopomina się o więcej i więcej.

W krótkim bio Cornelii Funke na portalu Lubimy czytać nazwano ją „niemiecką Rowling”1. Czy „Atramentowe serce” robi takie samo wrażenie jak „Harry Potter”? Mamy mroczny świat. Mamy młodą bohaterkę, która musi zmierzyć się ze złem, a w tej potyczce odkrywa rodzinne sekrety i to jak niezwykli są jej bliscy. Jednak o ile „Harry Potter” zachwyca zarówno dziesięciolatka, jak i dwudziesto, a nawet trzydziestolatka to obawiam się, że „Atramentowe serce” jednak nie wychodzi poza ramy powieści młodzieżowej.

I to jest naprawdę kawał dobrej powieści młodzieżowej, jednak Funke zastosowała wszelkie możliwe uproszczenia, jakie często takim książką towarzyszą. Z naiwnością głównej bohaterki na czele. Scena kiedy Smolipaluch namawia towarzyszy na wyłączenie zabezpieczeń, bo będzie pokazywał magiczne sztuczki jest dla mnie swego rodzaju książkowym zakalcem. Rozwiązanie proste, naiwne, z oczywistym zakończeniem. Czy świadomi niebezpieczeństwa, jakie im grozi bohaterowie nie powinni być bardziej wyczuleni?

Jak już wspomniałam powieść ma raczej mroczny klimat i ten mrok dobrze koresponduje z baśniowością, o jaką zatroszczyła się autorka. Natomiast za tym wszystkim idzie też pewna teatralność z chyba oszczędną dekoracją. Z jednej strony mamy dość długie sceny, jakby Funke chciała wykorzystać już raz rozstawioną scenerię. Serio długie. Kilka razy złapałam się na podglądaniu, czy już mogę opuścić dany fragment, bo wiem do czego on zmierza, a dalsze jego rozwlekanie nie wniesie nic. Czytając „Atramentowe serce” miałam wrażenie, że akcja nie może się rozpędzić. Po lepszych momentach następowały bardzo statyczne. I przyznam, że utrudniało to wciągnięcie się w wir przygody.

Ale wróćmy do tej dekoracji (i do nieszczęsnego porównania Funke do Rowling). Świat opisany w „Atramentowym sercu” jest raczej prosty. Wiem, że brzmi to źle, więc już rozwijam tą myśl. To nie jest misterna konstrukcja. Mamy ograniczoną grupę bohaterów, którzy działają w pewnej przestrzeni. Talent Mo teoretycznie powinien poszerzyć te granice, jednak tylko teoretycznie. Funke nie czuje potrzeby rozbudowywać świata z powieści. Ona zaskakuje bohaterów pewnymi okolicznościami i karze im, a także czytelnikom, rozgryźć zasady jakie w nim panują. Obserwować, myśleć, kombinować. Czy i komu uda się wyciągnąć z nich jakieś korzyści? To tu się rozgrywa walka. Między miłością i chciwością.

A w środku niej stoi jedna z ciekawszych postaci, Smolipaluch. Na przekór baśniowej konwencji nie jest ani zły, ani dobry. Jest przerażony i zagubiony. Gotów zaprzedać duszę, żeby wrócić do swojego świata. Tak mu źle, że został z niego „wycięty” i „wklejony” gdzie indziej. Właściwie reszta postaci jest zbudowana na pewnych schematach. Zły i chciwy Koziorożec. Odważna - acz bardzo w tej odwadze naiwna – Meggie. Spokojny, opiekuńczy, skromny i wystraszony swoim talentem Mo. Ekscentryczna, nade wszystko kochająca książki ciocia Elinor, która kiedy trzeba staje na wysokości zadania. Te postacie są całkiem wyraziste na tle fabuły, ale jest ich niewiele.

Dużym plusem „Atramentowego serca” jest sam pomysł na fabułę – tajemnicza moc przenosząca postaci pomiędzy książkami – a minusem statyczność. Efektu „wow” u mnie nie było, ale sam koncept jest tak ciekawy, że muszę przyznać, że powieść ta jest godna uwagi. Może Funke poszła na pewne ułatwienia, ale i tak pięknie zrealizowała swój pomysł. Jestem ciekawa, jak odebrałabym tę książkę, gdybym była młodsza. Czuję, że porwałby mnie mroczno-baśniowy klimat. Zawsze takie lubiłam. Pewnie dołączyłabym do grona fanów tej historii.

1 https://lubimyczytac.pl/autor/3542/cornelia-funke [dostęp: 22.05.2026].

[Egzemplarz recenzencki]

"Pola i Lili. Sukces" Olivia Tuffin

"Pola i Lili. Sukces" Olivia Tuffin

Pola dostaje wspaniałą propozycję. Ma reprezentować w zawodach znaną stajnię. Dziewczyna jest zachwycona, szczególnie że na letni okres może zabrać ze sobą Lili i jej źrebaka Sekreta. Na miejscu dowiaduje się, że w stajni Jonesów wydarzyło się coś tragicznego. Córka właścicielki nie chce się zbliżać do koni, a obsługa instruuje Polę, aby nie wspominała o poprzedniej dżokejce, Lenie.

Trzeci tom cyklu „Pola i Lili” zatytułowany jest „Sukces”. Czy to oznacza, że Pola osiągnie sukces w zawodach, a może w życiu prywatnym, albo jeszcze w innym obszarze? Przyznacie, że jest to obiecujący tytuł, tak jak obiecujące są bohaterki cyklu. Do tego dodać muszę, że Olivia Tuffin potrafi zadbać o dramatyzm. Autorzy kryminałów mogliby brać z niej przekład, jak wprowadzać tajemnicę, ale jej sztucznie nie przedłużać. Co się wydarzyło w stajni Jonesów? Dlaczego Ola odcina się od koni, a w Lenie jest tyle jadu? Autorka idealnie zgrywa napięcie i tempo, aby dostarczyć nam emocji i radości z czytania.

Nietypowe tło cyklu – czyli stadnina i pokazy konne – też są bardzo atrakcyjne. Przenoszą nas do innego świata. Ludzi pełnych pasji, zaangażowanych w to co robią. Świata rywalizacji, która nie zawsze przebiega czystko, jednak u Tuffin to miłość do koni zwycięża. Pola jest bohaterką, która pokazuje, że zajmować się tym, co się kocha to już sukces.

Muszę pochwalić ten cykl dla młodszej młodzieży. Kocham pasję, jaka wylewa się z jego kartek. Czy to będzie pasja do koni, do rysunku, do tańca zawsze będę podziwiała ludzi z pasją. Autorka książek fantastycznie o tym opowiada, nie zapominając, że potrzebna jest też nutka dramatyzmu, aby opowieść była ekscytująca. Doskonale się to czyta.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pola i Lili. Ucieczka" Olivia Tuffin

"Pola i Lili. Ucieczka" Olivia Tuffin

Pola jest nietypową nastolatką. Nie w głowie jej modne ciuchy, telefony czy chłopcy. Ona woli opiekować się końmi. Ma taka możliwość pomagając w stajni „Czerwony Gaj”. Jednak dodatkowa praca odbija się na wynikach w nauce. Pola zostaje wysłana na obóz wyrównawczy do Walii. Ale i tam coś odciąga ją od nauki. Wypatrzyła piękną klacz. Nieco nerwową, zestresowaną i niezadbaną, jednak Lili – bo ta ma ona na imię – ma w sobie coś co sprawia, że nie sposób jej nie podziwiać. Kiedy Pola poznaje jej historię bardzo chce jej pomóc.

Czy takie książki, o miłości do zwierząt maja jeszcze rację bytu? Czy taka bohaterka jak Pola wzbudzi zainteresowanie? Mam nadzieję, że tak bo Olivia Tuffin – autorka książki – zadbała o to, aby nadać tej historii odpowiedniego dramatyzmu. W sumie to nie było to takie trudne, bo opowieść o koniu źle traktowanym przez swoją egoistyczna właścicielkę musi poruszyć serca. Lili jest opisana jako ta łagodna i mądra, a Ewa – jej pierwotna właścicielka – jako ta zła. Jest niemiła, patrzy na innych z pogardą i ustawia ich „po kątach”, a kieruje nią wyłącznie chęć posiadania. W opozycji do niej mamy Polę – biedną, ale o dobrym sercu. Czy znajdzie sposób, aby pomóc klaczy?

Jest to powieść dla młodszej młodzieży. Jeszcze trochę w niej dziecięcej naiwności, jednak bohaterowie biorą sprawy w swoje ręce i podejmują niemal dorosłe decyzje. Napisałam, że Pola jeszcze nie myśli o chłopakach, jednak Tuffin przemyciła i ten wątek. Być może dziewczynka trafiła na podobnego freaka. Na razie rodzi się wspaniała, lojalna przyjaźń.

Są tu momenty, które bym nieco doszlifowała, jednak pierwszy tom przygód Poli i Lili pt. „Ucieczka” zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Cenię niesztampowe bohaterki, które pokazują, że nie trzeba iść za tłumem. Książki promujące pasję i indywidualność. A właśnie to reprezentuje Pola. Właśnie to wyłania się z tej wciągającej i pełnej miłości do zwierząt powieści.

[Egzemplarz recenzencki]

"Moje babcie nie ubierają się u Chanel" Beata Lewicka

"Moje babcie nie ubierają się u Chanel" Beata Lewicka

Wakacje z babciami. Dla trzynastoletniej Gabi to jak zesłanie. Ale jakoś trzeba to przetrwać szczególnie, że rodzice nie pozostawiają jej wyboru i zasłaniają się zawodowymi obowiązkami. Jednak babcie zadziwiają dziewczynę. To nie panie w „moherach”, a prężenie działające aktywistki ogarniające, czym są media społecznościowe. Już pierwszego dnia dziewczyny ruszają na manifestację. Wspiera ją popularna celebrytka, która przekazuje cenną broszkę na licytację. Natomiast ta zostaje skradziona. Gabi i jej babcie postanawiają dołożyć wszelkich starań, aby odnaleźć stracony przedmiot.

Dla nastolatki zazwyczaj ważniejsza jest więź z przyjaciółmi i i ich akceptacja, a relacje z rodzicami czy też babciami i dziadkami ulegają rozluźnieniu. Czy przepaść pokoleniowa jest tak duża, iż nie da się jej przeskoczyć? Bohaterka książki Beaty Lewickiej „Moje babcie nie ubierają się u Chanel” nie doceniła seniorek. Zaskoczyły ją swoją energią i dopasowaniem do świata. Czy babcie mogą nagrywać live'y, chodzić na manifestacje, działać i błyszczeć. Owszem. U Lewickiej stare i młode pokolenie może się świetnie dogadywać i współpracować.

Z jednej strony autorka rozprawia się ze stereotypem moherowej babci, ale robi to przy pomocy bardzo nietypowych bohaterek, zapominając o dużej grupie ludzi zasłaniających się słowami „bo w moim wieku...”. Przy babci Krysi i babci Stasi każdy wypada blado i nudno. Te kobiety porażają energią i fantastycznie wykorzystują to, co oferuje świat. I do realizacji swoich celów, jak i rozwijania pasji. To są świetne bohaterki, które zarówno „zasypują” pokoleniową przepaść, ale też mogą zmotywować starsze pokolenia, dodać odwagi do czerpania z życia. Problem w tym, że powieść Lewickiej ma młodzieżowy charakter i – językiem, młodą narratorką i jej dylematami – jest skierowana do nastolatków. Wątpię, że ta historia porwie dorosłego czytelnika. Może doceni fragment, postacie, rozwiązania fabularne, ale całościowo... Taki odbiorca raczej szuka czegoś innego. Natomiast babcie są niewątpliwe postaciami z potencjałem. Chciałabym je zobaczyć w odsłonie dla dorosłego czytelnika.

Bardzo polubiłam również Gabi. To świetna, mądra dziewczyna z pasją. Dzięki przygodzie, jaką przeżyła z babciami dotarło do niej, jaka jest i co lubi. Można powiedzieć, że przewartościowała swoje życie. Dotarło do niej, że nie musi być taka jak wszyscy, że nie musi zniknąć w tłumie, że jest świat poza social mediami i jest on wyjątkowo atrakcyjny. W tym miejscu muszę dodać, że Lewicka bardzo fajnie, „bezpiecznie” wplotła w tę historię wątek pierwszych fascynacji, zauroczeń. Czuję, że młode czytelniczki będą nim zachwycone i odnajdą się w nim.

Gabi interesuje się modą, a Lewicka sprytnie to wykorzystała, aby wpleść w treść ciekawostki z tej „branży”. Wyszło jej to bardzo zgrabnie, a ja muszę docenić taki wybór obszaru zainteresowań główniej bohaterki. Ta książka zachęca do szukania swojego stylu, a nie kopiowania koleżanek i masowego kupowania koszulek z sieciówek. Ona kieruje uwagę na najwybitniejszych. Chociażby taka Coco Chanel, która „siedzi” w tytule. Ikona stylu i elegancji, ale – przy odrobinie pomysłowości – te ikoniczne projekty można połączyć z casualowym outfitem, co doda mu charakteru.

Podsuwajcie tę książkę swoim nastolatkom. To trudny wiek, a Lewicka w lekki i zabawny sposób pokazuje, że warto być sobą, że oryginalność jest trendy, że wcale nie musicie dostosowywać się do grupy, bo gdzieś tam jest świr, który nadaje na tych samych falach. No, a co z babciami? One są wulkanami energii, którą nam imponują. Nie boją się świata. Zamiast tego czepia z niego garściami i tego uczą swoją wnuczkę i wszystkich czytelników tej książki.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Lilja złodziejka. Skarb trzech królów" Janne Kukkonen

"Lilja złodziejka. Skarb trzech królów" Janne Kukkonen

„Lilja złodziejka” Janne Kukkonena to komiks, który stał się bestsellerem w rodzimej Finlandii. Dzięki wydawnictwu Kultura Gniewu pojawił się i na polskim rynku. Jak przyjmiemy tę zadziorną dziewczynkę, która pragnie wielkich złodziejskich zleceń. „Skarb trzech królów” to jeden z zeszytów tego przygodowego fantasy.

Mistrz cechu złodziei patrzy z politowaniem na małą Lilję i jej wielkie ambicje. Nie zamierza dać jej poważnego zlecenia, ale dziewczynka sama bierze sprawy w swoje ręce. Za wszelką cenę chce zaimponować kamratom i zdobyć ich szacunek. Miesza się w sprawy, jakie mędrcom się nie śniły. Czy Lilja doprowadzi do końca świata?

Kukkonen stworzył przygodowe fantasy z przytupem. Ta historia to przede wszystkim świetny scenariusz, w którym przygoda goni przygodę. Ta historia to też wyrazista główna bohaterka. To jej impulsywna decyzja jest zapalnikiem wszelkich wydarzeń, ale taka jest Lilja impulsywna, charakterna, no i zwinna. Spryt i niewielkie gabaryty pozwalają jej wyjść niemal z każdej opresji. Być może niektóre sceny, gdzie musi ona zmierzyć się z przeciwnikami mógłby być lepiej przedstawione. Mam na myśli, jak ona tego dokonała, bo czytelnicy widzą narysowany ogromny rozgardiasz (z wszelkimi komiksowymi „bam”, „trach”, „siup”), z którego mała bohaterka sprytnie umyka. Ale tu, po raz kolejny, muszę dodać, że taka jest Lilja. Gdzie się pojawi, robi straszne zamieszanie. Nie działa metodycznie, a spontanicznie.

Kiedy działają złodzieje? W nocy. I to, a także nieco bura złodziejsko-zamkowa-średniowieczna konwencja rzutuje na kolorystykę. To jest mroczny komiks dziejący się wieczorową i nocną porą. Natomiast Kukkonen sprytnie ożywia ją żółtym i pomarańczowym blaskiem pochodni. Efekt jest bardzo fajny. Czytelnik czuje, jak to wszystko współgra ze scenariuszem. Właściwie trudno mówić tu o gładkich kreskach i miłych buziach, bo wkraczamy w zbójecki świat, gdzie każdy ma w sobie pierwiastek cwaniaczka. I to też autor fantastycznie oddał rysując postacie, których – poza Liją i jej opiekunem – nie obdarzamy kredytem zaufania. Już na pierwszy rzut oka widać, że są chytre i dwulicowe.

Na stronie wydawcy komiks oznaczony jest jako 9+. I tego plusa bym wyjątkowo podkreśliła. To nie jest beztroska przygodówka dla dzieci. Bohaterka jest młodziutka, ale wydarzenia, w których uczestniczy są dość mroczne i – nie boję się użyć tego słowa – brutalne. Lilja funkcjonuje w bezwzględnym i chciwym świcie. I nie ma dla niej taryfy ulgowej. Jej przeciwnicy kompletnie nie przejmują się, że mają do czynienia z dzieckiem i nie omieszkają jej szantażować, aby osiągnąć swoje cele. Do tego, trup ściele tu się gęsto. W czasie tej przygody wielu stracie głowę, a i główna bohaterka przekona się, jakie to uczucie pozbawić kogoś życia.

Nie sposób nie chwalić Janne Kukkonena. „Skarb trzech królów” to naprawdę ciekawa historia, a jej główna bohaterka – złodziejka Lilja – jest jej niekwestionowaną gwiazdą. To taka bohaterka, którą się lubi, której się kibicuje i którą się zapamiętuje. Natomiast trudno jest ocenić, dla kogo ta historia powstała. Balansuje ona na granicy przygodowego komiksu dla dzieci (czy też młodzieży), a średniowiecznego fantasy. Być może to jest sekret sukcesu tej publikacji. Robi wrażenie i na dorosłych i na wchodzących w dorosłość, spragnionych mocnych ważeń, czytelnikach.

[Egzemplarz recenzencki]

"W cieniu królowej wilków" Kiran Millwood Hargrave

"W cieniu królowej wilków" Kiran Millwood Hargrave

Chciałabym zaprezentować wam powieść napisaną przez Kiran Millwood Hargrave pt. „W cieniu królowej wilków”. Otwiera ona nowy cykl fantasy „Księgi Geomanty”, a jej fabuła czaruje bardzo silną siostrzaną więzią i relacją z naturą. Głowna bohaterka ma na imię Ysolda. Zazdrości swojej siostrze Hari wyjątkowego daru, rozumienia języka drzew. Ysolda stara się słuchać ich głosu, ale nie może go usłyszeć. Czy to jej nieokrzesana natura jest przeszkodą? Jednak to właśnie przez ów dar Hari staje się celem Jeźdźców, którzy szukają wyjątkowych osób. Ysolda, nie zważając na ostrzeżenia, wyrusza na poszukiwania zaginionej siostry.

Hargrave konsekwentnie i całościowo kreuje świat oparty o pierwotne więzi. W szerokim kontekście widoczne jest to poprzez silne relacje z naturą i tu na pierwszy plan wyłania się cała koncepcja języka drzew, ale też oparty na rytmie przyrody tryb życia ludu z jakiego pochodzą Ysolda i Hari. Ludu skromnego i pokornego. Mającego poczucie, że to dzięki Matce Ziemi w ogóle żyją. W mniejszej skali widać to w siostrzanej relacji. Bohaterki są jak woda i ogień. Mają różne temperamenty, ale są dla siebie najbliższe na świecie. Ta więź jest motorem do rozpoczęcia przygody.

Chyba nawet lepiej było by użyć liczby mnogiej, bo przygód w tej książce nie brakuje. Autorka zachwyca pomysłowością w wymyślaniu wyzwań dla swojej bohaterki i nie boi się zwrotów akcji. To wszystko jest gwarancją dobrego tempa i angażującej fabuły. Do tego w jej trakcie możemy sukcesywnie uzupełniać mapę świata z powieści, dowiadywać się jakie prawa nim rządzą i jakie relacje w nim panują. To wszystko czyni „W cieniu królowej wilków” bardzo obiecującą przygodową powieść fantasy dla młodzieży.

[Egzemplarz recenzencki]

"Zguba w kosmosie" Stuart Gibbs

"Zguba w kosmosie" Stuart Gibbs

Podróże w kosmos rozpalają wyobraźnię. Wydają się fantastyczną przygodą. Bohaterowie cyklu „Baza księżycowa Alfa” Stuarta Gibbsa mieszkają na Księżycu. Autor podszedł do miejsca akcji wyjątkowo przekornie. Życie w bazie to nuuudaaaa. Mało miejsca, mało atrakcji, mało towarzystwa i wstrętne jedzenie. Jednak nie znaczy to, że życie na Księżycu nie jest pełne wyzwań. Cóż, jego po prostu trzeba się nauczyć. Jednak prawdziwe wyzwanie staje przed mieszkańcami, kiedy ginie dowódczyni misji, Nina Stack. Dwunastoletni Dashiell jest ostatnią osobą, która ją widziała.

Powieść „Zguba w kosmosie” ma charakter fantastyczno-kryminalny, a nawet fantasyczno-naukowo-kryminalny. Niewątpliwie atrakcyjne jest miejsce akcji. Nie tylko dlatego, że to kosmos, ale właśnie dlatego, że jest to obiekt stosunkowo bliski i zbadany. Umiejscowienie tam fabuły wymaga zachowania reguł. Powoduje pewne ograniczenia, jak i możliwości. I Stuart Gibbs skrzętnie to wykorzystuje. Być może nieco rozwiewa „kosmiczny sen”, ale robi z to z taką dawką humoru, że właśnie przez owe niedogodności łatwo nam zapamiętać, jakie warunki panują na Księżycu.

Akcję książki napędzać ma wątek kryminalny. Rozwiązuje go bystry dwunastolatek. Dashiell to po prostu nastolatek (z całą gamą nastoletnich przypadłości i zmartwień), nie supermózg, czy najpopularniejszy koleś na Księżycu, ale całkiem inteligentny chłopak. Wykazuje się sprytem i umiejętnością dedukcji. Zawsze lubiłam takich bohaterów, bo pokazują oni, że każdy może się wykazać. Niejako podbudowują pewność siebie, co jest bardzo ważne.

Gibbs może poszczyć się naprawdę fajnym stylem. Pisze lekko i zabawnie, a do tego tworzy wciągającą historię. Akcja goni akcję, a w tym wszystkim znajdziemy sporo naukowych informacji.

Fascynująca jest zarówno historia kryminalna, jak i tło, na którym się rozgrywa. Muszę przyznać, że „Zguba w kosmosie” to bardzo udana powieść dla młodszej młodzieży.

"Same dobre wróżby" Sasza Hady

"Same dobre wróżby" Sasza Hady

Internet okazał się dobrą przestrzenią do rozwoju relacji międzyludzkich. Różnego rodzaju komunikatory ułatwiają nawiązywanie znajomości. Poniekąd są komfortowe dla tzw. introwertyków, którzy mogą wejść w relację, kiedy czują się na to gotowi i mają czas na przemyślenie swoich wypowiedzi. No właśnie, przemyślenie. Czy znajomość w sieci nie jest wyłącznie kreacją? Czy taka osoba poznana w realu wyda nam się równie atrakcyjna? Eliza i grupa jej przyjaciół, znający się wyłącznie z Discorda będą mogli się o tym przekonać. Na komunikatorze wygląda na to, że ich przyjaźni nie ma słabych stron. Czy w domku na odludziu, okaże się równie mocna? Sasza Hady, autorka powieści „Same dobre wróżby”, właśnie o tym napisała książkę.

Sprawczynią całego „zamieszania” jest Eliza. To ona wybłagała u rodziców zgodę na wyjazd i załatwiła lokum. Dziewczyna „czuje miętę” do jednego z internetowych przyjaciół, a ten wyjazd ma być próbą zbliżenia się do chłopaka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dojdzie on do skutku. Aż nagle wszystko zaczyna się walić. Elizę odwiedza dawno niewidziana kuzynka, ich „przyzwoitka” łamie nogę, a Nyle – sympatia głównej bohaterki – zaczyna mieć wątpliwości, co do sensu tego spotkania.

Już od pierwszych stron widać, że autorka kreuje cudownych, inteligentnych, a przede wszystkim wyrazistych bohaterów. Tak wyrazistych, że – w moim odczuciu – chowają się za introwertyzmem. Zmagają się z nieśmiałością, czy też różnego rodzaju dysfunkcjami i może faktycznie są introwertycznego usposobienia, jednak to pojęcie urasta u Saszy Hady wręcz do stylu życia. Coś w rodzaju: „Jestem wegetarianką nie jem mięsa”, „Jestem introwertyczką nie gadam z ludźmi”.

„Same dobre wróżby” to pełna humoru i nastoletnich intryg powieść młodzieżowa. Autorka potrafi zaskoczyć ciekawym zwrotem akcji, a także zachęcić tajemnicą. Dzięki czemu fabuła nie jest przewidywalna, ciągle jest w niej coś do odkrycia, coś co intryguje czytelnika. Pod pozorami lekkiej historii pisarka porusza bardzo ciekawą kwestię. Mianowicie jej bohaterowie, z własnego wyboru, opuszczają swoja strefę komfortu. Porzucają kreacje skryte za sieciowymi awatarami. Czy taka relacja ma szansę przetrwać? Czy „na żywo” będą dla siebie równie atrakcyjni, znośni? Dla wielu młodych osób życie w sieci, wykreowany wizerunek jest bardzo ważny. Jestem daleka od demonizowania mediów społecznościowych, ale też daleka od wychwalania. Cieszy mnie, że postacie z powieści wybrały „real”, przełamały lęki, bo ta historia pokazuje, jak ważny jest balans pomiędzy tymi sferami.

Zastanawia mnie, jaką żywotność mają powieści młodzieżowe. Być może problematyka okresu dojrzewania się nie zmienia, ale język, styl życia już tak. Pewne określenia, moda są typowe dla danego pokolenia. Wszystkie „crushe”, „nudesy” mogą, chociaż nie muszą, brzmieć dla starszego czytelnika, jak w obcym języku, nie wspomnę o grupach muzycznych, popularnych mangach, czy stylach w sztuce (bo mamy tu i artystę).

Mamy tu kawał lekkiej, ale inteligentnej literatury młodzieżowej. Czuję, że ta książka spodoba się czytelnikom. Nie opowiada ona o tych popularnych, a o zwykłych-niezwykłych. O ludziach nieśmiałych, szukających zrozumienia, bratniej duszy. O ludziach, którzy tak jej pragnęli, że wyszli ze swojej strefy komfortu. A to wszystko zaprezentowane w luźnym, pełnym humoru, ale ciekawym stylu.

[Egzemplarz recenzencki]

"Lilavati. Rozrywki matematyczne" Szczepan Jeleński

"Lilavati. Rozrywki matematyczne" Szczepan Jeleński

Jeżeli napiszę o rozrywkach matematycznych, to pewnie część osób mnie wyśmieje. A jednak. Opowiem wam dziś o książce „Lilavanti”, w której Szczepan Jeleński zebrał różne gry, anegdoty, problemy, w której udowadnia, że matematyka to nauka wspaniała, ciekawa i praktyczna. Dzięki nim można i stymulować mózg, ale również zabłysnąć w towarzystwie „magiczną sztuczką”, albo poznać nowe gry.

Już od pierwszych stron autor urzekł mnie formułą przypowieści. Prezentowane problemy są opisane w jako historyjki np. jak podzielić daną ilość dóbr, gdzie czekać na pocztę, jak zaginęły brylanty, ile śliwek mieści się w koszu. Rozwiązując je stajemy się kimś na kształt detektywa i samoistnie poznajemy cudowne właściwości liczb i figur geometrycznych. U nas jest taka tendencja, aby dzielić ludzi na ścisłowców i humanistów. Istnieje przekonanie, że czytanie jest domeną tych drugich, jakże mylne. Jeleński pokazuje, że w matematyce ważne są szczegóły, że początkiem rozwiązania problemu, zagadki jest wyłuskanie odpowiednich danych, następnie wybranie metody. Błędne założenie, może popsuć rozumowanie.

Inne kwestie, jakie autor porusza, również są arcyciekawe. Różnego rodzaju złudzenia (także optyczne), tajniki szachów, domina i gier karcianych oraz różne gry i zabawy matematyczne, a także odgadywanie, które przypomina występ iluzjonisty, ale oparte jest na nauce. Jeleński prezentuje zagadnienia związane z liczbami i logiką z różnych zakątków świata. Pokazuje, że ludzie od wieków bawili się matematyką, że to wyjątkowo twórcza nauka.

Sama nie wierzę, jak wspaniale bawiłam się z tą książką. Być może mamy coraz lepsze narzędzia, do robienia różnego rodzaju obliczeń, ale głowa w dalszym ciągu domaga się stymulacji, najlepiej w formie zabawy. I to proponuje, to daje nam Jeleński. Nawet kiedy podawał rozwiązanie i drogę do jego uzyskania nie poddawałam się. Ciekawa forma przedstawienia problemu sprawiła, że ja wręcz pragnęłam go sama rozwiązać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Nikt'tu" Paweł Maj

"Nikt'tu" Paweł Maj

Jak wyobrażacie sobie przybyszów z kosmosu? Paweł Maj, autor książek dla dzieci i młodzieży, nazwał ich Nikt'tu i opisał jako... kosmiczne galaretki z supermocami. Wiem, że brzmi to jak powieść klasy B, ale nią nie jest. Paweł Maj napisał książkę o sile przyjaźni, współpracy i mocy jaką z niej czerpiemy.

Nie do końca umiem określić grupę docelową dla tej publikacji, bo bohaterowie mają 16,18,20 lat, ale patrząc na charakter powieści skierowałabym ją do czytelników w wieku 13-16 lat. Nie ma tu dylematów charakterystycznych dla okresu dojrzewania, natomiast każda z postaci doświadczyła jakiejś formy wykluczenia. Oko musi zmierzyć się ze stratą, Ariel jest ofiarą przemocy domowej, a Nina musi znosić obraźliwe komentarze ze strony jednego z profesorów. Tę trójkę wybierają Nikt'tu i dzielą się z nimi wyjątkowym umiejętnościami.

W początkowej fazie powieści Paweł Maj skupia się na przedstawieniu trójki Ziemian, nawiązaniu kontaktu (relacji) z przybyszami z kosmosu oraz oswajaniu nowych mocy. Lubię kiedy postacie są dobrze nakreślone, natomiast nie zaszkodziłoby, gdyby autor szybciej wprowadził akcję. Nadałoby to książce fajnego dreszczyku.

Akcja w końcu nadchodzi. Przybiera ona charakter polowania, więc spokojnie można by ją rozciągnąć w fabule. Niemiej spodobało mi się ostateczne starcie i morał jaki z niego płynie - o potędze współpracy. W zestawieniu z bohaterami w typie outsidera Paweł Maj uzyskał bardzo budującą dla szukającego aprobaty grupy nastolatka treść.

Nie ukrywam, że chciałabym, aby autor rozwinął wiele z elementów fabuły, ale czuję, że on zrealizował swój cel i powiedział to, co chciał tą książką powiedzieć.

[Egzemplarz recenzencki]
"Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży" Feliks Koneczny, Joanna Szarek, Jarosław Szarek

"Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży" Feliks Koneczny, Joanna Szarek, Jarosław Szarek

W szkole podstawowej bardzo lubiłam historię. W liceum to się zmieniło i spadła ona z piedestału – na samo dno, mogę dodać. Co się stało? Inny nauczyciel. Moja pani z podstawówki potrafiła cudownie opowiadać. Pan prowadzący ten przedmiot w szkole średniej zostawiał nas z podręcznikami i kazał samodzielnie przedzierać się przez meandry dziejów. A jak wszyscy wiemy, podręczniki niekoniecznie są napisane w fascynujący sposób. Chociaż znajdziemy autorów, historyków, którzy potrafią wspaniale pisać. Miałam przyjemność trafić na taką książkę. Jej tytuł to „Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży”. Pierwotnie została napisana przez Feliksa Konecznego, a wzbogacona o rozdziały na temat historii współczesnej dzięki Joannie i Jarosławowi Szarkom.

Jest to historia Polski napisana w naprawdę przystępny sposób. Oczywiście nie unikniemy dat, nazwisk, miejsc. Tak się po prostu nie da. Jednak, co jest bardzo ważne, autorzy – decydując się na układ chronologiczny – starają się pokazać ciąg przyczynowo-skutkowy. Opisać, co wywołało daną decyzję, jaki miała ona spowodować skutek i czy to się udało, a jeżeli nie to dlaczego. Myślę, że takie podejście pozwoli czytelnikom zrozumieć dynamikę pewnych procesów. Szczególnie, że mówimy o politycznych rozgrywkach, a te często są niejasne nawet dla dorosłego czytelnika, a co dopiero dla młodego, uczącego się człowieka.

Mówi się, że życie pisze najlepsze opowieści. Feliksowi Konecznemu (oraz Joannie i Jarosławowi Szarkom) udało się pokazać, że historią jest fascynująca. Pełna intryg, zimnych analiz i trudnych decyzji. Ale też, że nie brak w niej dynamicznych zwrotów akcji. Zaryzykuję stwierdzenie, że autorzy tej publikacji próbowali z historii Polski zrobić powieść. No dobra, bez dialogów, więc raczej nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Natomiast nie podlega dyskusji to, iż to świetni „opowiadacze”. I ja wszystkim dzieciakom życzę nauczycieli historii z taką umiejętnością opowiadania właśnie. A w razie czego zawsze można sięgnąć do książki „Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Zmieniam się" Iza Jąderek

"Zmieniam się" Iza Jąderek

Okres dojrzewania to burzliwy czas i młody człowiek może mieć wątpliwości, czy wszystko przebiega jak należy. Porównuje się do swoich znajomych, co czasami może rodzić jeszcze więcej pytań. Gdzie szukać na nie odpowiedzi? Teoretycznie Internet jest pełen informacji, które można uzyskać po kilku kliknięciach, a młodzież purusza się po nim, jak ryba w wodzie. W praktyce łatwo trafić na mało wiarygodne, a nawet niebezpieczne źródła. To może nieco bardziej tradycyjnie. Sięgnijmy po jakiś poradnik. Miałam okazję zapoznać się z książką Izy Jąderek „Zmieniam się”, która jest kierowana do dzieci wchodzących w wiek dojrzewania, czyli 10-12 lat.

Autorka publikacji jest psycholożką i seksuolożką – tak pokrótce, bo z bio dowiecie się więcej o jej wykształceniu. Natomiast ja zwróciłam uwagę na te dwa elementy, bo odniosłam wrażenie, ze w tych obszarach czuje się najlepiej. Pierwsze rozdziały książki dotyczą tego, jak zmienia się ciało w takcie dojrzewania. Po nich następuje fragment o emocjach, aby następnie przejść do seksualności (również tożsamości seksualnej): pierwszych miłości, flirtów, a także cielesnych zbliżeń (włącznie z antykoncepcją). Jeden z rozdziałów poświęcony jest „skutkom” seksu, czyli ciąży.

W tym miejscu się na moment zatrzymamy, bo te rozdziały zostały fenomenalnie napisane. Bije z nich otwartość, szacunek do czytelnika niezależnie od płci, a także poszanowanie jego, jego emocji i wyborów. Myślę, że młody człowiek może poczuć się po nich zrozumiany, mądrzejszy i uspokojony. Iza Jąderek ściąga z barków rodziców część odpowiedzialności. Wprowadza tematy, które dla dorosłych bywają krępujące w rozmowie. Aczkolwiek ja życzyłabym sobie, żeby jej otwartość udzieliła się i im i pomogła odpowiedzieć na ewentualne pytania dzieci. Z punktu widzenia rodzica muszę napisać, że nie podoba mi się, że autorka w kilku (dosłownie w dwóch lub trzech) miejscach obcesowo podważa – nazwijmy to – autorytety: „Dorośli często oceniają takie zachowanie: potrafią krzyczeć (…) mówić, że tak nie wolno (…). To nie jest prawda.”1 Myślę, że można by to ująć w bardziej subtelny sposób, bo skoro to nie prawda, to może w innych tematach dorośli też się mylą. Albo, jak prawdą nie jest coś, co mówi mi osoba, której ufam? Może to autorka książki się myli? W mojej ocenie ten dobór słów jest wyjątkowo niefortunny.

Ostatnie dwa rozdziały dotyczą higieny. I higieny ciała, jak i higieny cyfrowej. W przypadku tej pierwszej dość ciekawe mogą być fragmenty o higienie miejsc intymnych. Generalnie sprzedawcy kosmetyków mogą namącić w głowie, jednak w przypadku innych części ciała szybko można zorientować się, co nam służy, a co nie, albo jak często czujemy potrzebę brania prysznica. W przypadku miejsc intymnych niewiele mówi się o samej technice, więc warto się z tymi fragmentami zapoznać.

Tematu zagrożeń płynących z Internetu nie zamierzam bagatelizować. Tu chyba każdej grupie wiekowej przydałoby się porządne szkolenie. Natomiast chcę ocenić jego przedstawienie przez Izę Jąderek. Moje pokolenie straszono tajemniczym dilerem narkotyków, który pierwszą działkę daje za darmo i te wspomnienia obudziła autorka. Miałam wrażenie, że temat wciągnięto do książki „pro forma”. Niby wszystko prawda, ale jest trochę po łebkach i nieciekawie. Tak, warto o tym mówić i ostrzegać, ale myślę, że młodzi ludzie tyle o zagrożeniach w sieci się nasłuchali, że tu potrzeba pomysłu i rozwinięcia tematu.

Jak oceniam poradnik „Zmieniam się” autorstwa Izy Jąderek? Bardzo dobrze. Kilka razy zdarzyło mi się pomyśleć, że chciałabym, aby w taki sposób rozmawiano o dojrzewaniu, seksualności i cielesności z moimi dziećmi. Autorka czaruje otwartością i tolerancją, a to procentuje. Co prawda rozdziały o higienie i zagrożeniach w sieci wydały mi się nieco nudne, ale nie mogę skrytykować samego faktu ich umieszczenia. W końcu bezpośrednio dotykają młodych ludzi i jeśli komuś pomogą to jak najbardziej na plus.

1 Iza Jąderek, „Zmieniam się”, wyd. Zwierciadło, Warszawa 2024, s. 134.

[Egzemplarz recenzencki]

"Zalety bycia niewidzialnym" Stephen Chbosky

"Zalety bycia niewidzialnym" Stephen Chbosky

Charlie, bohater powieści „Zalety bycia niewidzialnym”, wkracza w okres dojrzewania. Dowiaduje się czym jest przyjaźń, pierwsze zauroczenia, ale też imprezy i używki. Jest nieco zagubiony, naiwny, jeszcze dziecinny, ale ciekawy życia. W listach do Przyjaciela pisze o swoich doświadczeniach, przemyśleniach. A my, czytelnicy, obserwujemy proces wsiąkania w ten, jeszcze nie dorosły, ale aspirujący do dorosłości świat.

Epistolarna forma, jaką wybrał Stephen Chbosky, sprawia, że powieść emanuje szczerością i wrażliwością. Nie jest to płynna fabuła, a zlepek wspomnień głównego bohatera. Charlie czasami pisze o błahych sprawach, jak rozmowa z nauczycielem o postępach w nauce, a czasami porusza bardzo moce tematy, np. jest świadkiem przemocy. Momentami skacze z tematu na temat, albo pokrętnie, po dziecięcemu formułuje myśli. Czytelnik może trochę żałować, że pewnych wątków nie poznał lepiej, ale nie może odmówić autorowi naturalności, jaką uzyskał dzięki listom właśnie.

Stephen Chbosky w powieści „Zalety bycia niewidzialny” porusza bardzo szeroki zakres tematów. Miałam wrażenie, że postacie przewijające się w książce doświadczają więcej niż przeciętni nastolatkowie. Pojawiają się też te „bolesne” sprawy jak gwałt, używki, tożsamość seksualna, przemoc, wykluczenie. To, że główny bohater jest świadkiem takich zdarzeń sprawia, że książka przybiera nieco niepokojący klimat. Myślę, że czytelnikom to się spodoba, bo nawet odrobina fatalizmu napędza ciekawość i „podkręca” emocje.

Mnie zauroczył wątek przyjaźni. Zawiązanej bardzo naturalnie. Trochę, jak przedszkolaki, które podchodzą do siebie na palcu zabawach i po sekundzie bawią się w najlepsze. Podobnie zrobił Charlie, a tak bezpretensjonalnie rozpoczęta znajomość przerodziła się właśnie w przyjaźń. Szczerą, swobodną, z pełnym kredytem zaufania.

Zanim sięgnęłam po tę powieść spojrzałam na opinie. Bardzo cieszy mnie, że książka, która ma raczej niewdzięczna formę, jaką są listy, zbiera tak dobre noty. To znaczy, że czytelnicy doceniają też te trochę bardziej ambitne lektury. A szeroki zakres problemów, jakie porusza Stephen Chbosky ich interesuje, a może nawet dotyka. Jeżeli tak jest mam nadzieję, że znajdą swojego Przyjaciela, który ich wysłucha.

[Egzemplarz recenzencki]

"Delegacja do Spraw Beznadziejnych" Mateusz Cieślik

"Delegacja do Spraw Beznadziejnych" Mateusz Cieślik

Bohaterką cyklu „Urząd do Spraw Dziwnych” Mateusza Cieślika jest Sara Kos. Dziewczyna zostaje skazana na wygnanie, bo śmiertelnie zagraża całemu światu animów. Czy owa izolacja wystarczy, aby zniwelować niebezpieczeństwo? A może antagonista wyciągnie po dziewczynę swoje łapy? Wymyśleni przez autora oryginalni urzędnicy szukają optymalnego, możliwie humanitarnego sposobu, aby wygrać tę batalię. Drugi tom cyklu ma tytuł „Delegacja do Spraw Beznadziejnych”. Czy w sprawach beznadziejnych można cokolwiek zaradzić? Warto próbować.

Zakochałam się w świecie wymyślonym przez Mateusza Cieślika. Bardzo luźno skojarzył mi się z Harrym Potterem, chociaż jest to kompletnie inna jakość. Być może stało się tak za sprawa antagonisty, który rośnie w siłę i nawet największe mózgi wśród urzędników nie wiedzą, jak zaradzić nadchodzącej tragedii. Sam pomysł na Urząd jest genialny. Urzędnicy nie kojarzą się z wojownikami, a raczej z ludźmi, którzy spokojnie przekładają papierki. Jak się okazuje tu mamy potężnych magów, którzy charakteryzują się niebanalnym wyglądem. Świat animów i ludzi istnieje obok siebie, aczkolwiek Mateusz Cieślik prowokuje przenikanie się ich. Czy będą sobie zagrażać, czy się wspierać?

Młoda bohaterka, jej patrzenie na świat i relacje jakie nawiązuje powodują, że książka wydaje się nieco dziewczęca, co autor próbuje równoważyć ciągle wiszącym nad nią niebezpieczeństwem, mrocznym klimatem oraz dobrym tempem akcji. Trudno mi powiedzieć, czy mu to się udaje. Mam wrażenie, że kobiece bohaterki znacznie bardziej determinują płeć czytelników. A mi, jako dziewczynie, łatwiej taką postać zrozumieć.

Doceniam wyobraźnie, jaką popisał się Mateusz Cieślik. Rewelacyjny, intrygujący świat to połowa sukcesu dobrej powieści fantasy, a ten który on wymyślił taki właśnie jest. Jego eksploracja to sama przyjemność. Właściwie „Delegację do Spraw Beznadziejnych” czytało mi się całkiem dobrze. Minusa daję za redakcję. Część sformułowań na siłę sprowadzono do zdań prostych, co sprawia, że tekst „rwie się”. No i wisienka na torcie: „Skutki przedwczesnego zaprzysiężenia patrona z protektorem mogą (choć nie muszą) być katastrofalne w skutkach.”1 Jak to się mogło uchować nie wiem. Mam nadzieję, że czytanie tej książki tak katastrofalne w skutkach nie będzie.

1 Mateusz Cieślik, „Delegacja do Spraw Beznadziejnych” wyd. beYA, Gliwice 2024, , s. 69.

[Egzemplarz recenzencki]

"Yorim. Próba Medveh" Tuk Folio

"Yorim. Próba Medveh" Tuk Folio

Za sprawą powieści „Yorim. Próba Medveh” mamy przyjemność poznać trzech młodych chłopców wyruszających na Wielką Próbę. Przystępując do niej muszą pamiętać, że wziąć w niej udział można tylko raz. Czy bohaterowie książki są do niej dobrze przygotowani? Okazuje się, że nie najlepiej. Już pierwsze godziny w magicznym lesie Medveh są dramatyczne w skutkach, ale też okazują się początkiem wielkiej przygody, która zmieni tych młodzieńców.

Literatura nie jest zależna od płci, ale powieść napisana przez Tuka Folio jest wyjątkowo chłopięca. Wydawca sugeruje, że to propozycja dla czytelników od 10 do 14 lat i ja się z nim zgadzam. Młodzi bohaterowie niejako zawłaszczają tę historię. Ich decyzje, zachowanie np. młodzieńcza buta czy słowne potyczki nadają książce niepowtarzalny klimat, który najlepiej zrozumie podobny bohaterom czytelnik. Do tego każda z postaci ma inny temperament, predyspozycje, więc wierzę, iż każdy znajdzie tu swojego ulubieńca.

„Yorim. Próba Medveh” to przygodowe fantasy. Mamy tu kompleksowo wykreowany świat pełen magii i różnych stworzeń, ras itp. Akcja ma dość dobre tempo, chociaż nie pędzi do przodu „na łeb, na szyję”. Wydaje się spokojna, ale każdy rozdział coś wnosi i subtelnie wciąga nas w wir przygody. Przy powieściach fantasy dyskusyjną sprawą są opisy. Czy są wystarczające i nie spowalniają akcji? Odpowiadając na drugą część pytania napiszę, że zazwyczaj tak jest. Tuk Folio stanął przed trudnym zadaniem – opisać świat z powieści, a przy tym nie zanudzić młodego czytelnika, który raczej ceni tempo. Muszę przyznać, że autor ten potrafi pisać „plastycznie”, a w swoich opisach oddawać atmosferę odwiedzanych miejsc. Momentami natomiast czułam się, jakbyśmy patrzyli na inne rzeczy. Czytałam o czymś, a bardzo chciałam, żeby pisarz przybliżył mi coś innego np. nie mogłam wyobrazić sobie danej postaci. W niektórych przypadkach na pomoc przyszły ilustracje. Można powiedzieć takie „na bogato” - dopracowane i na śliskim papierze. Cieszą oko i pomagają poznać Eleanię i zamieszkujących ją bohaterów.

W ogóle powieść została pięknie wydana. Poza ilustracjami zadbano chociażby o ozdobne detale na początku rozdziałów, żywą paginę z oraz twardą oprawę. Książka zawsze jest dobrym prezentem, ale taka, która wspaniale się prezentuje to niemal pewniak. „Yorim. Próba Medveh” powinna uszczęśliwić młodych czytelników fantasy. Wartościowa opowieść o sile przyjaźni i determinacji osadzona w niezwykłym świecie, gdzie oręż i magia się wspierają. Gdzie młodzi bohaterowie chcą wyciągnąć, jak najwięcej z tego, co przyszykował dla nich los. Zdecydowali poddać się próbie i przekonają się, do czego ona ich doprowadzi.

[Egzemplarz recenzencki]

"Klan wojowników" Paulina Popiela

"Klan wojowników" Paulina Popiela

Amelia jest Ziemianką. Została porwana ze swojej planety, a potężny wojownik Tytus Woodrok wybrał ją sobie na żonę. Wiele kobiet jej zazdrości, dlatego Amelia jest obiektem nienawiści Ona sama – lekko mówiąc – nie jest zachwycona swoją sytuacją. Trudno mówić o miłości w tym związku. Okazuje się, że dziewczyna nie może się czuć bezpieczna pomimo potęgi swojego męża. Ten ma sekret, który może pogrążyć ich wszystkich. Amelia zostaje wplątana w jego intrygi, a w efekcie para musi uciekać. Razem na dobre i złe – tak swobodnie pozwolę sobie przytoczyć słowa przysięgi małżeńskiej. Czy w przypadku tej pary ona obowiązuje?

Powieść „Klan wojowników” to romantyczne fantasy o charakterze „hate to love”, czyli „kto się czubi, ten się lubi”. Paulina Popiela wpadał w pułapkę, jaką są dla pisarzy i pisarek tego typu powieści. Żeby naturalnie doprowadzić bohaterów do miłości trzeba porządnie pokazać ich nienawiść. Amelia zapewnia, że nienawidzi swojego męża, ale, z drugiej strony, „(…) każda marzy o takim facecie, który ma w sobie mrok.”1 Chyba już się domyślacie, jak to wygląda. Nie lubię go, ale te seksowne oczy. Obleśny dziad z niego, ale drżę, kiedy na mnie patrzy. Mogłabym tak długo, ale nie to chodzi. Wybaczcie miłośnicy tego typu książek, ale u mnie takie pisane wywołuje przewracanie oczami.

Amelia też nie wydaje się nam silną, charakterną babką, która może zostać wojowniczką, a głupiutką nastolatką. No tak, ma siedemnaście lat, co wiele wyjaśnia. Jednak ja miałam wrażenie, że ona nie do końca ogarnia sytuację w jakiej się znalazła. Domyślam się, że autorka chciała dodać nieco luzu, humoru do swojej powieści i to nie była dobra decyzja, w mojej ocenie. Kiedy chcemy kreować okrutnych wojowników ma być strach, a nie „fun”.

Trochę żałuję, że zobowiązałam się napisać recenzje tej książki, bo trafiłam na literaturę, której nie lubię. Nie chcę podcinać Paulinie Popieli skrzydeł, jednak nie bardzo mam co w tym przypadku pochwalić, bo książka „Klan wojowników” nie podobała mi się. Ja powieści romantycznych czytam mało, bo zazwyczaj nie spełniają moich oczekiwań. Dużo od nich wymagam, a jako fankę naturalizmu drażni mi ich cukierkowość. Autorka próbuje rozwinąć akcję, ale wychodzi jej to średnio. Pani Paulino, proszę nie brać tej opinii do siebie. Proszę znaleźć swoją niszę czytelników i dla nich pisać.

1 Paulina Popiela, "Klan wojowników", wyd. beYA, Gliwice 2023, s. 16.

[Egzemplarz recenzencki]

"Muchomory w cukrze" Marta Bijan

"Muchomory w cukrze" Marta Bijan

Matury zdane i... „Hulaj dusza, piekła nie ma”. Piątka przyjaciół planuje wspólne wakacje. Cudowny czas nicnierobienia, ale też pożegnania przed wyjazdem na studnia. Jadą do odciętego od cywilizacji Domku z Drewna i Szkła. Adam, jego właściciel i przyrodni brat jednego z chłopaków z paczki, mieszka w nim od kilku lat ograniczając do minimum kontakty ze światem zewnętrznym. Starszy o kilka lat i nieco dziwny chłopak fascynuje młodych ludzi a szczególnie lękliwą Fio. Dlaczego wybrał takie życie? Jak wpłynie on na swoich gości? Przed grupką przyjaciół lato „(…) duszne i lepkie, mające osiąść na nas jak pajęczyna, której nie sposób z siebie zrzucić – ani wtedy, ani nigdy później.”1

W powieści „Muchomory w cukrze” Marta Bijan próbuje stworzyć gęstą, niepokojącą atmosferę. Nie przypadkowo stwierdziłam, że próbuje, bo udało jej się to częściowo. Autorka chce tego dokonać przy pomocy narratorki, która ma wiele lęków i zmaga się z problemami psychicznymi. Sama Fio mówi o sobie” „Niepokój został moim żarliwym kompanem, razem z tęsknotą.”2 Mogłoby się wydawać, że taka narratorka będzie gwarantem beznadziejności, ku której chętnie pochylają się nastolatkowie. Dodać musimy też swego rodzaju dekadentyzm, którego symbolem są bracia przyrodni Kostek i Adam. Oboje z filozoficznym zacięciem, osnuci dymem papierosowym rozprawiający o sztuce i sensie ludzkiej egzystencji. Można by stwierdzić, że to postacie, które trafią w gust tzw. „młodego dorosłego”, jednak jest w nich jakaś poza, która drażni, coś co odbiera im charakter. Nawet Adam, który okazuje się ekstremalnym świrem, nie jest tak intrygujący, jak powinien być.

Czytanie tej książki było dla mnie nużące. Najpierw zrzuciłam to na karb wieku, wszak egzamin maturalny mam już dawno za sobą, ale ostatecznie stwierdziłam, że to wina akcji. Marta Bijan zaczyna całkiem dobrze. Mogłaby lepiej przedstawić nam bohaterów, ale potrafi zaintrygować czytelnika Domkiem z Drewna i Stali oraz jego właścicielem. Zakończenie „Muchomorów w cukrze” też jest rewelacyjny. Jednak droga do finału jest nieciekawa. Bohaterowie jedzą, piją, odpoczywają, rozmawiają – jak to podczas wakacji. Brak w tym wszystkim zapowiedzi finału. Narratorka rzuca kilka razy, że gdyby wiedziała, iż tak to się skończy...; że to zmieniło ich na zawsze... itp. Te frazy są jedyną obietnicą tego, że czeka na nas jakaś bomba. Dla mnie to zdecydowanie za mało.

W powieści „Muchomory w cukrze” spodobały mi się dwie rzeczy. Genialne, dynamiczne zakończenie oraz to jak Marta Bijan uchwyciła lęk przed dorosłością. To jak bohaterowie cieszą się na studencką swobodę, ale boją się rozstania z przyjaciółmi i dobrze znanym otoczeniem. Nie urzekły mnie natomiast inne myśli, jakie autorka próbuje wpleść w tę powieść. Wyczuwam w nich nastoletnią pozę, a mnie ona już nie zachwyca. Również klimat książki mnie nie osaczył – a powinien. Zabrakło mi lepiej dopracowanych postaci i mroku. Można było wycisnąć z tej powieści i jej bohaterów zdecydowanie więcej.

1 Marta Bijan, „Muchomory w cukrze”, wyd. Young, Białystok 2023, s. 12.

"Wszyscy mamy źle w głowach. Nie wszystko się ułoży" Martyna Pawłowska-Dymek

"Wszyscy mamy źle w głowach. Nie wszystko się ułoży" Martyna Pawłowska-Dymek

Zima, zima... Pada śnieg..., a w szkołach kończy się semestr. Czy oceny będą zmartwieniem prymusów z 2B? O czym ty gadasz kobieto, jaka 2B? - zapytacie się. Już tłumaczę. Martyna Pawłowska-Dymek napisała i wydała kolejną część perypetii ambitnych licealistów być może znaną wam już jako cykl „Wszyscy mamy źle w głowach”. Drugi tom zakończony Sylwestrem okazał się dość dramatyczny, więc po kolejny sięgałam z obawą. Szczególnie, że jego tytuł to „Nie wszystko się ułoży”, a ja bym tak chciała, żeby sprawy tych świetnych dzieciaków w końcu się poukładały.

Co by tu napisać o fabule? Podoba mi się, jak autorka w kolejnych częściach subtelnie „wypycha” na pierwszy plan inne postacie. W „Nie wszystko się ułoży” miał swoje pięć minut nawet „mistrz drugiego planu” (czy czytelnicy domyślą się, o kogo może chodzić?). Jest to ciekawe, bo pozwala nam lepiej poznać całą klasę, a przy tym tak doskonale zaplanowane, że pisarce udaje się rozwijać też rozpoczęte już watki. Martyna Pawłowska-Dymek umiejętnie zmienia perspektywę, delikatnie wycisza i zamyka otwarte epizody i wprowadza nas w nowe. Brawo.

„Nie wszystko się ułoży” rozpoczyna się wątkiem Bartka i Zuzy, który w wielkim stylu zamyka drugi tom. Tego pierwszego bohatera będzie też więcej w kontekście narodzin jego siostry, a ta druga bohaterka będzie musiała się namęczyć przy poprawianiu ocen. Widzę, że autorka lubi szkolny zespół muzyczny „Szatnia”, bo i jemu poświęcono dużo miejsca. Nie mogło zabraknąć szalonej Kasi, która wplątała się w specyficzną relację. Kasia jest taką fajną postacią, która „oświetla” osoby, z którymi przebywa. Ten kto jest blisko niej aktualnie bryluje w powieści. Martyna Pawłowska-Dymek wprowadza też wątki seksualności, które nieodmiennie towarzyszą okresowi dojrzewania.

Nie wiem, czy można zaufać mojej opinii o tej powieści, bo ja kocham całą 2B. Każdemu z bohaterów mocno kibicująę, a i besztam ich kiedy robią głupoty. Martyna Pawłowska-Dymek świetnie ukazała ludzi u progu dorosłości. Postacie z tego cyklu są inteligentne, ambitne, a swoim zachowaniem godnie aspirują do miana dojrzałego. Ale my nie zapominamy, że to ciągle są dzieciaki, które czasami miotają się ze swoimi emocjami i wyborami.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż to, że piszę już o trzecim tomie cyklu „Wszyscy mamy źle w głowach” świadczy o tym, że nie tylko ja kocham 2B. W końcu dla kogoś Martyna Pawłowska-Dymek pisze te książki. Ja będę je na każdym kroku polecać. Dobrze napisane, dojrzałe powieści dla młodzieży.


[Egzemplarz recenzencki]

"Wszyscy mamy źle w głowach. Stracone szczęście" Martyna Pawłowska-Dymek

"Wszyscy mamy źle w głowach. Stracone szczęście" Martyna Pawłowska-Dymek

Dzięki Martynie Pawłowskiej-Dymek i jej cyklowi książek „Wszyscy mamy źle w głowach” na moment wróciłam do liceum. Usiadłam w ławkach z klasą 2B i na kilka godzin stałam się jej częścią. Pierwszy tom „Nic z tego nie zrozumiecie” oceniłam pozytywnie, dlatego nie wahałam się ani chwili, żeby znowu wkroczyć w „szkolne mury” i poznać kontynuację historii ambitnych licealistów. Teraz przyszedł czas, żeby opowiedzieć wam, czy byłą ona udana. Panie i Panowie, oto opinia o powieści „Stracone szczęście”.

Martyna Pawłowska-Dymek konsekwentnie rozwija rozpoczęte w pierwszym tomie wątki. Powieść zaczyna się od święta Wszystkich Świętych (ci, którzy czytali „Nic z tego nie zrozumiecie” wiedzą, dlaczego jest tak istotne dla niektórych uczniów 2B), a kończy się w Sylwestra. Powiedziałabym, że wydarzenia opisane w tej części pasują do smętno-jesiennej aury. Jest smutniej i mroczniej. Autorka „rzuciła” trochę trosk na barki młodych bohaterów, przez co powieść jest również bardziej poruszająca. Szczególnie, że skoro zdecydowaliście się sięgnąć po drugi tom to zapewne polubiliście się z tymi postaciami (przynajmniej u mnie tak było).

Można powiedzieć, że Martyna Pawłowska-Dymek pograła sobie z czytelnikami w serialowym stylu, ale to dobrze. Umówmy się, że nikt nie ma ochoty czytać, o kolejnych klasówkach czy imprezowaniu ze znajomi, a tym zazwyczaj zajmują się licealiści. W książkach obyczajowych szukamy wyrazistych postaci z ich radościami, dylematami i problemami, więc zadaniem pisarza jest je stworzyć. Moim zdaniem, autorce udało się ciekawie rozwinąć rozpoczęte wątki, a te nowe również są „niczego sobie”.

W pierwszym tomie cyklu prym wiodła Kaśka. Nowa uczennica, która kryła jakąś tajemnicę. Wiemy, że wyrzucono ją z poprzedniej szkoły, ale nie wiemy za co. W „Straconym szczęściu” udział poszczególnych postaci został zrównoważony. Do Kasi i jej charakteru już trochę się przyzwyczailiśmy - ale nie martwcie się, Martyna Pawłowska-Dymek „sprowokowała” swoją bohaterkę do wyjawienia sekretu - więc czas poznać lepiej innych uczniów z 2B.

W tym miejscu chciałabym wyróżnić jedną z postaci. Tę, która wydała mi się najciekawsza. Jest to Zuza, jedna z klasowych piękności. Zwróciłam na nią szczególną uwagę, bo jej odbiór przez czytelnika zależy od perspektywy. Czasami widzimy typowego „pustaka”, żeby za moment obcować z mądrą, ale wrażliwą i pogubioną dziewczyną. Kiedy uważniej przyjrzymy się tej bohaterce, zobaczymy osobę, która wręcz histerycznie woła o akceptację i uwagę. Zobaczymy tą piękną, popularną, która jest spętana presją wizerunku. Pomimo, że w 2B znajdziemy wiele wyrazistych osobowości, właśnie ta wydała mi się najciekawsza, z psychologicznego punktu widzenia.

Polubiłam ten cykl ponieważ Martyna Pawłowska-Dymek pokazuje w nim, że młodzi ludzie mogą dojrzale podchodzić do życia. Nie zapomina o hormonach itp., ale nie „odmóżdża” swoich bohaterów. Oni zasługują na miano „młodych dorosłych”. Reprezentują aktywności i problemy młodych ludzi, jednak starają się być rozważni nawet po momentach nierozwagi. Myślę, że Martyna Pawłowska-Dymek pisząc te powieści stała się też trochę drogowcem, który maluje dla kierowców wskazówki, jak bezpiecznie dotrzeć do celu.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger