"Głód" Graham Masterton

"Głód" Graham Masterton

Ed Hardesty, bohater powieści Grahama Mastertona pt. „Głód”, jest właścicielem wielkiej farmy. Zajmuje się uprawą pszenicy. Najbliższe plony nie zapowiadają się dobrze. Zboże na polach zaczyna gnić. Zaraza rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i szybko okazuje się, że dotknęła również innych rolników. Ba, z rożnych zakątków kraju docierają informacje o chorujących owocach i warzywach. Co zrobią ludzie, kiedy zasoby jedzenia będą mocno ograniczone?

Przyznam, że sięgając po tę powieść spodziewałam się historii przesyconej prymitywizmem. Czegoś w stylu: Kończy się żarcie, a ludzie odczłowieczają się, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby. Generalnie sieczka, sieczka i więcej sieczki. Dostałam natomiast całkiem przyzwoity thriller katastroficzno-polityczny.

Zacznijmy od przymiotnika „polityczny”. Klęska nieurodzaju to nie tylko straty dla plantatorów. To tragedia dla wszystkich ludzi. Nic dziwnego, że w sprawę szybko angażują się rządzący. Czy okażą się mężami stanu i zadbają o kraj, a może zaczną od zabezpieczenia własnych potrzeb? Czy znajdziemy wśród nich wyjątkowych cwaniaków? Jak zachowają się wpływowi ludzie podczas widma klęski głodu? W tym miejscu powinnam dodać, że Graham Masterton lubi wplatać w swoje powieści wątki seksualne, więc w towarzystwie prominentów znajdzie się i cycasta dama.

Zastanawiałam się, czy określenie „katastroficzna” pasuje do tej książki. Nie wiem dlaczego kojarzy mi się ono raczej z jakiegoś typu wypadkiem w ruchu. Chyba za dużo filmów o awariach w samolotach. W „Głodzie” mamy innego rodzaju katastrofę – żywieniową, ale to w końcu też katastrofa. Można chyba stwierdzić, że powieść zahacza o apokaliptyczne klimaty. Brak jedzenia, to w pewnym sensie koniec świata. 21 dni, które rzekomo człowiek może przeżyć bez pożywienia to niewiele, żeby znaleźć jakiś zamiennik dla upraw rolniczych, a gdzie jeszcze produkcja i dystrybucja. Czy ludzkość przetrwa mastertonowską klęskę głodu? Jak będzie z nią walczyć? Czy uda się zachować spokój w społeczeństwie?

Jestem ciekawa, czy wam tez nazwisko głównego bohatera, Hardesty, kojarzy się z angielskim słowem „harvest” (żniwa, zbiory). Bardzo chciałabym się zapytać autora, czy do tego chciał nawiązać. Przyznacie, że taka analogia miałaby sens.

„Tam jest tylko pszenica i niebo, nic więcej.”* Mówi jedna z bohaterek, która jest znudzona życiem na farmie. Pragnie blichtru wielkiego miasta. Szybko przekona się, że „tylko pszenica” jest więcej warta niż koncerty, zakupy, błyskotki. Wydawnictwo Replika wybrało dobry moment na kolejne wydanie „Głodu”. Pandemia, wojna za naszą wschodnią granicą, inflacja itp. zmieniły świat i ludzi. Mogliśmy na własne oczy zobaczyć, jak niewiele trzeba, żeby opustoszały półki w supermarketach. W takich „okolicznościach przyrody” czytanie tej powieści było bardzo niepokojącym doświadczeniem.

* Graham Masterton, "Głód", tłum. Piotr Kuś, wyd. Replika, Poznań 2022, s. 125.

"Na gorącym uczynku. Duchy artystów" Joanna Jurgała-Jureczka

"Na gorącym uczynku. Duchy artystów" Joanna Jurgała-Jureczka

Kogo Joanna Jurgała-Jureczka przyłapała „na gorącym uczynku”? Duchy. Znana do tej pory z pisania o rodzie Kossaków badaczka podjęła się nowego projektu. Aby go zrealizować przywołała duchy artystów. Nie w sensie dosłownym, chociaż wątki spirytystyczne pojawiają się w książce. Pisarka poszperała w ich życiorysach i niczym rasowy poszukiwacz skarbów, odnalazła perełki. A perły nie są kryształowe.

Rzucę kilka nazwisk, które powinniście kojarzyć ze szkoły: Mickiewicz, Wyspiański, Konopnicka, Przerwa-Tetmajer, Sienkiewicz. Wielkie nazwiska, prawda? Zapewne na lekcjach języka polskiego mówiliście o ich dziełach. Jakie to wszystko piękne i doniosłe. Zapewne wasz nauczyciel wzniósł te postacie na piedestał i podkreślał jak wielcy Polacy to byli. Nie ujmując talentu, dokonań itp. można zapomnieć, że to byli ludzie, a nie bożki, że jak ludzie mieli swoje problemy, słabostki, pragnienia, że podejmowali raz mądre, raz głupie decyzje. Joanna Jurgała-Jureczka przypomina o tym, a wręcz skupia się na ich ludzkiej naturze.

Można powiedzieć, że „Na gorącym uczynku. Duchy artystów” to plotkarska publikacja. Pierwszy tekst traktuje o Marii Konopnickiej i na jego przykładzie uzasadnię skąd moja opinia. „(…) polska poetka, ta, która pisze przecudne wiersze, że ojczyzna to ziemia święta; ta, która pyta – kochasz ty dom, rodzinny dom...”1 Prawdziwa „matka-Polka” (ósemka dzieci). Joanna Jurgała-Jureczka, zamiast wzdychać nad jej talentem, pyta prosto z mostu: „Czy Maria Konopnicka była seksowna i zmysłowa? (…) czym przywabiała? W jaki sposób flirtowała i kokietowała?”2

Czy wypada, czy nie wypada rozgrzebywać – jak autorka książki cytuje za tygodnikiem „Rola” - prywatno-rodzinno-szlafrokowe sprawy?3 Nie jest to do końca eleganckie, jednakże osoby publiczne są często na to skazane, a w tej publikacji mamy z takimi do czynienia. W tym miejscu muszę podkreślić, że autorce „Na gorącym uczynku” udało się zachować należny bohaterom książki szacunek. Nie ma w niej atmosfery taniej sensacji, co dla mnie jest ogromnym plusem. Nie chcę się z nikogo śmiać, czy umniejszać jego osiągnięć. Lubię za to poznawać ludzkie oblicze twórców, a do tego chłonąć klimat, obyczajność epoki w jakiej żyli.

Zostanę jeszcze na moment przy stylu w jakim napisano książkę. Ma ona w sobie coś takiego, że wydaje się dla każdego – no to mi się zrymowało. Nieważne, czy interesujesz się szeroko pojętą sztuką. Nie musisz. To nie ma być powtórka z języka polskiego. Czy to ważne, że o postaciach historycznych? Często życie pisze ciekawsze historie, niż te rodzące się w umysłach pisarzy.

Teksty o poszczególnych osobach składają się z krótkich akapitów. Zazwyczaj wpływa to pozytywnie na szybkość czytania, i pewnie jest tak również w tym przypadku, jednak mi nieco zaburzało to płynność. Troszkę rwały mi się opowiadane historie. Nie znaczy to, że nie czytałam ich z przyjemnością – była ona ogromna. Natomiast wydaje mi się, że połączenie niektórych fragmentów sprawiłby, że tekst byłby bardziej potoczysty.

„Inne wieją wiatry, które uchylają firany w pokojach ludzi, którzy są na topie. Chcemy zobaczyć co jest w środku”4 Dlaczego mamy czytać wyłącznie o współczesnych celebrytach? Może jestem dziwna, ale mnie dużo bardziej interesują ci, którzy mimo upływu lat żyją dzięki swoim pracom, a nie sezonowe gwiazdki. „Na gorącym uczynku” idealnie wpisuje się w te zainteresowania.

1 Joanna Jurgała-Jureczka, „Na gorącym uczynku. Duchy artystów”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 15.

2 Tamże, s. 16.

3 Tamże, s. 31.

4 Tamże, s. 32.

„Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” S.J. Scott

„Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” S.J. Scott

Wszyscy wiemy, że ruch to zdrowie. Myślę, że każdy kto doświadczył siedzącej pracy poczuł jej konsekwencje. Mnie od tkwienia przy biurku bolały plecy. Dolegliwość ta w cudowny sposób przeszła, po tym jak zostałam mamą. Dziecko zapewnia mi porządną porcję aktywności fizycznej. Niektórym jednak trudno jest się zmotywować. Brak czasu, niewiedza, wstyd zła pogoda – powodów do niećwiczenia znajdziemy mnóstwo. S.J. Scott pragnie pokazać, jak walczyć z tymi przeszkodami, aby sport stał się naszym nawykiem. Bo nawyk wchodzi w krew i nie trzeba się specjalnie namęczyć, żeby go zrealizować.

W książce „Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)” - szybka dygresja: okropne są te długaśne podtytuły – podpowiada, jak walczyć z najpopularniejszymi wymówkami od treningu. Każdy rozdział to jakaś przeszkoda i metody jej „przeskoczenia”. Autor zachęca nas do przeanalizowania swojej motywacji i zidentyfikowania problemów. Następnie daje recepty na ich rozwiązanie. Często proponuje kilka taktyk dla pokonania jednej przeszkody, możemy więc przetestować, która najlepiej na nas zadziała.

Wszystko fajnie, ale zapewne zapytacie się, kim jest ten facet, że pozwala sobie dawać tego typu rady. Oddaję mu głos: „(…) nie jestem trenerem osobistym, lecz uważam się za kogoś kto od 25 lat lat z powodzeniem rozwija nawyk codziennego trenowania.”1 Następnie następuje wyliczenie aktywności, które S.J. Scott uprawia. Dodać również wypada, że jest on autorem kilku książek o tzw. zdrowych nawykach. „Celem moich książek jest pokazywanie, jak ciągły rozwój właściwych nawyków może prowadzić do lepszego życia.”2 Na pierwszy rzuty oka może sprawiać wrażenie amatora, który znalazł sposób na zarobienie kasy, ale skoro mu się udaje pielęgnować dobre nawyki i robi to bez wysiłku, dlaczego ma nie dzielić się swoimi metodami. Pisze do rzeczy, więc może warto pochylić się nad jego książką.


Co jest bardzo ważne w tego typu publikacji, S.J. Scott nie wywiera presji na czytelniku. Nie „wciska” skomplikowanych planów treningowych, nie namawia na „więcej, szybciej, mocniej”. Autor zachęca do aktywności w ogóle. Prosi odbiorcę, żeby nakreślił własne cele. Nie jest ważne, czy chcesz schudnąć, czy zmobilizować się do codziennego spaceru. Obie drogi są dobre, bo są twoje, a S.J. Scott chce ci pomóc konsekwentnie nimi kroczyć.

Książkę czyta się przyjemnie. Została napisana w ciepłym i prostym stylu. Przyczepię się tylko trochę do tzw. lokowania produktu. Może najpierw cytat: „Nawiąż kontakty na żywo. Odwiedź serwis MeetUp.com i poszukaj grup zainteresowań związanych ze zdrowiem i fitnessem.”3 W sumie nie ma nic złego w podsuwaniu czytelnikowi gotowych narzędzi, jednak chyba wolałabym, żeby w tekście zostało użyte ogólne sformułowanie, a przykłady aplikacji, adresy do portali itp. zostały dodane w przypisie czy aneksie. Jasne jest, że autor korzysta ze stron popularnych w jego własnym kraju. One niekoniecznie będą przydatne dla odbiorcy z zagranicy.

Poradnik „Ćwicz każdego dnia” oceniam jako przydatny. Ja już kilka lat temu zidentyfikowałam aktywności fizyczne, które lubię i przyznaję, że chcieć to móc. Z czasem klub fitness przekształciłam na zabawę w parku czy otwartej siłowni, żeby nie musie organizować opieki dla dzieci. Wiem, że to nie to samo, ale mnie to rozwiązanie satysfakcjonuje i pozwala pozostać w formie. Nie szukajcie wymówek, zacznijcie ćwiczyć.

1 S.J. Scott, „Ćwicz każdego dnia. 32 sposoby na kształtowanie nawyku trenowania. (Nawet jeśli nie lubisz ćwiczyć)”., przeł. Piotr Cieślak, Joanna Sugiero, wyd. Sensus, Gliwice 2022, s. 8.

2 Tamże.

3 Tamże, s. 42.

"Za przyjaźń!" Anna Sakowicz

"Za przyjaźń!" Anna Sakowicz

Cztery przyjaciółki i spotkanie po latach. Nawet jeżeli jest przypadkowe, to można uznać je za dobrą okazję do wspomnień i do wzniesienia toastu: „Za przyjaźń!”. Anna Sakowicz wykorzystała takie spotkanie, jako motyw w swojej powieści o takim samym tytule jak wspomniany toast. Nie mogłam przejść obok niej obojętnie, bo zawiera kilka elementów, które ja bardzo lubię w literaturze obyczajowej. Jakie? Niżej rozwinę ten temat i krótko przedstawię wam tę publikację.

Po pierwsze przyjaźń. I w życiu, i w książkach jest dla mnie bardzo ważna. Być może dlatego, że sama spotkałam świetne dziewczyny, z którymi przyjaźnię się już wiele lat, tak lubię, kiedy pisarze poruszają ten wątek. W powieści Anny Sakowicz przyjaciółki są cztery. Znają się jeszcze ze szkoły, ale z biegiem czasu ich drogi się rozeszły. Przez przypadek wszystkie w tym samym czasie pojawiają się w rodzinnej miejscowości. Każdą przywiały inne sprawy, każda niesie swój bagaż doświadczeń.

To spotkanie jest okazją do kolejnej rzeczy, jaką bardzo lubię w literaturze – wspomnień. Dziewczyny muszą pogadać o tym co się u niech wydarzyło przez te wszystkie lata, ale również przywołują wspólne perypetie z dzieciństwa. Poznamy też skrywaną przez długi czas tajemnicę. Już od początku „w powietrzu wisiały niedopowiedzenia i kłamstewka (…)”*, a to bardzo fajnie buduje napięcie.

Chwilę chciałam się zatrzymać na tym, w jaki sposób Anna Sakowicz przedstawia różne epizody z życia bohaterek. Mianowicie, często przejmuje pałeczkę trzecioosobowy narrator. Super sprawdza się to, kiedy przywoływane są wspomnienia z dzieciństwa i młodości bohaterek. Wygląda to mniej więcej tak, że któraś z kobiet coś sobie przypomina, a narrator szczegółowo opisuje daną scenę. Natomiast, kiedy koleżanki opowiadają co przydarzyło się podczas lat rozłąki, chyba naturalniej byłoby oddać im głos, rozbudować dialog itp. Wyobraźmy sobie, że jedna z bohaterek kocha Francję (wymyśliłam to, żeby nie spojlerować). Wydaje mi się, że lepiej brzmi, kiedy sama opowie dlaczego, jak często tam jeździ itp., a nie zdystansowane: „J. raz w roku odwiedzała Paryż. Często przesiadywała w kawiarence. Itd.” Generalnie książka napisana jest poprawnie. Chodzi mi o delikatne wrażenie nienaturalności w tych momentach.

W bonusie, do ciekawego tematu, otrzymałam rewelacyjnie wykreowanych bohaterów. Oczywiście prym w powieści wiodą cztery przyjaciółki, ale ja pokochałam miejscowego pijaczka o imieniu Pietrek. Postać zarówno komiczna i tragiczna. Nie przejmuje się konwenansami, wali prosto z mostu, nie krępuje się, kiedy ma zdobyć monetę na piweczko, a za tymi humorystycznymi akcentami kryje się kolejna historia. Dla mnie był odskocznią, takim odświeżeniem w tej książce – chociaż u niego samego krucho z higieną.

„Za przyjaźń!” Anny Sakowicz to bardzo sympatyczna powieść. Autorka wybrała wdzięczny temat i na jego kanwie uplotła porządną historię. Wiecie, jak to jest. Kiedy coś wyjątkowo lubicie, obawiacie się, żeby to nie zostało popsute, bo wtedy rozczarowanie jest podwójne. W przypadku tej książki podwójna była radość z czytania.

* Anna Sakowicz, „Za przyjaźń!”, wyd. Luna, Warszawa 2022, s.31.

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

Nie ukrywam tego, że nie podobają mi się okładki z półnagimi facetami. Uważam, że są nieciekawe i trudno znaleźć pana, który byłby w moim guście. Jak doszło do tego, że złamałam swoje zasady i zamówiłam taką książkę. Przez mojego męża. Akurat przeglądałam ofertę w księgarni i zaczęłam ubolewać, jakie banalne okładki maja romanse. Napatoczył się mój luby i musiał wysłuchać narzekań. Co dziwne temat go zainteresował i po chwili już „śmieszkowaliśmy” z golasów prężących się na frontach miłosnych powieści. Kiedy natrafiliśmy na książkę Dominiki Smoleń „Strażak. Igrając z ogniem” (wydaną w serii „Faceci do wynajęcia”), zaczęły się żarty o „płonących konarach” itp. Spłakałam się ze śmiechu, a – w efekcie – publikacja wydała mi się tak sympatyczne, że postanowiłam ją przeczytać.

Zacznijmy od tego, o czym jest ta historia. Krystian jest strażakiem. W związku ze swoja pracą postanowił nie angażować się w związki. Twierdzi, że jest ona zbyt niebezpieczna i nie chce skazywać ukochanej osoby na ciągłe zamartwianie się o niego. A może jest to wymówka, bo nie spotkał „tej jedynej”? Jego myśli zaprząta Kinga, nowa sąsiadka. Czy złamie dla niej swoje zasady? Początkowo tego nie planuje, jednak kiedy w domu dziewczyny wybucha pożar rzuca się bez wahania na ratunek. Może wizja straty rozkruszy zatwardziały charakter.

Tytułowy strażak skutecznie ugasił żar z jakim sięgałam po tę powieść. Rozdziały zostały podzielone na on i ona, a opowiadać zaczyna Krystian. Powiem wam, iż często ubolewałam, że autorki romansów tworzą okropne postacie kobiece, tym razem to facet bardziej mnie wkurzał – było to nawet miłą odmianą. Już od początku nasłuchamy się, jak on uwielbia pomagać ludziom – co podkreśla dość często (zgłoś się do „Avengersów” chłopie) oraz jaka jego praca jest niebezpieczna, przez co nie ma mowy o żadnych stałych związkach. Ten drugi argument początkowo niezbyt mnie przekonywał, ale zważając na przeszłość tej postaci można go – ewentualnie – usprawiedliwić. Także, chłop marudzi, ale niech mu będzie.

Dominika Smoleń mogła zbudować na swoim pomyśle bardzo fajną powieść, ale chyba poszła trochę na łatwiznę, stawiając na sprawdzone rozwiązania. Pisarka ma świetny pretekst do budowania relacji między bohaterami. On ją ratuje, potem trochę pomaga i zbliżają się do siebie – takie uczucie może się naturalnie rodzić, a czytelnik może to obserwować i wzdychać. Pisarka jednak uparła się na „miłość od pierwszego spojrzenia”. Kinga i Krystian ledwo powiedzieli sobie „dzień doby” i już nie mogą przestać o sobie myśleć, a kumpel strażaka usilnie wmawia mu zauroczenie. Za szybko. Oj, za szybko.

Dialogi wydały mi się sztuczne, a słowa postaci nie zawsze przemyślane. Z jednej strony autorka chce pisać lekko i na luzie, z drugiej wtrąca patetyczne teksty – mówiłam już, że Krystian na każdym kroku podkreśla, że uwielbia pomagać ludziom. Nasz strażak wyraźnie zaznacza, że nie zamierza się angażować, ale nie przeszkadza mu to mówić: „Słodka kawa dla słodkiej kobiety?”1, albo „Nie jestem w stanie przestać o tobie myśleć, więc chcę zobaczyć, dlaczego aż tak bardzo mi imponujesz. Może wtedy, jak to ustalę, uda mi się bardziej skupić na byciu strażakiem niż na tym, jak niezwykłe są twoje oczy.”2 Co prawda obie kwestie padają – jeżeli dobrze policzyłam – na ich czwartym spotkaniu, jednak przypomnijmy sobie: pierwsze to jedynie pozdrowienia przed domem, drugie to akcja ratunkowa, trzeci raz, kiedy Krystian odwiedza Kingę w szpitalu, więc sami widzicie, że ci ludzi są ciągle dla siebie obcy.

Pomimo, że książkę czyta się szybko, akcji przydałby się dodać więcej życia. Jako przykład posłużę się momentem, kiedy wpływa zgłoszenie o pożarze w domu Kingi. Nie czułam w tej scenie pośpiechu strażaków pędzących na ratunek, nie czułam atmosfery zagrożenie (a przecież wcześniej Krystian zapewniał nas, że to ogromnie niebezpieczny zawód), nie czułam na policzkach ciepła ognia trawiącego dom bohaterki. Dzięki takim opisom, a nie zwykłym słowom tworzy się atmosferę. Nie wystarczy powiedzieć było strasznie, ten strach, to zagrożenie czytelnik musi poczuć.

Moim zdaniem, Dominika Smoleń trochę zmarnowała potencjał swojego pomysłu. Jest to taka książka, która spodoba się raczej zatwardziałym miłośnikom tego typu powieści. Osobom, które kręci pewna niezwykłość tych opowieści, budowana m.in. na nagle rodzącym się uczuciu. Dla mnie jest to sztuczne i ta sztuczność mnie drażni. Może jednak ty uważasz, że to urocze i ta powieść przypadnie ci do gustu.

1 Dominika Smoleń, „Strażak. Igrając z ogniem”, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 76.

"Odwiedź nas w Ameryce" Matthew Baker

"Odwiedź nas w Ameryce" Matthew Baker

Czy kojarzycie serial „Black Mirror”? Każdy jego odcinek to ciekawa wizja przyszłości, uwzględniająca rozwój technologii, problemy społeczne itp. Jego autorzy puścili wodzę fantazji, przeanalizowali pewne tendencje i „pogdybali” do czego świat może zmierzać. Swego czasu trochę oglądałam ten serial i zrobił na mnie duże wrażenie. Teraz jego wspomnienie wróciło do mnie za sprawą opowiadań Matthew Bakera „Odwiedź nas a Ameryce”.

Tytuł zbioru może sugerować, ze to książka o Amerykanach. Ja się z tym nie zgadzam. Wydaje mi się, że – podobnie, jak w serialu „Black Mirror” - autor podejmuje pewne dyskusyjne tematy, nurtujące świat tzw. Zachodu. Przykładowo: eutanazja („Rytuał”), przeludnienie („Zagubione dusze”), imigranci („Zjawisko”), konsumpcjonizm („Świadectwo Waszej Królewskiej Mości”).

Można powiedzieć, że opowiadania mają futurystyczny wydźwięk, chociaż nie czyta się ich jak fantastyki. Odbiorca ma raczej wrażenie, że wkracza w inną rzeczywistość, obserwuje inną społeczność. Czasami wartości, którymi kierują się jej członkowie to obrócenie naszych o 360 stopni – jak np. w opowiadaniu „Rytuał”, gdzie rodzina jest oburzona, kiedy wiekowy wujek nie chce dobrowolnie poddać się eutanazji, albo, kiedy zapłakana bohaterka „Świadectwa Waszej Królewskiej Mości” wyznaje, że wstydzi się być bogata i mieć środki na kupowanie tych wszystkich zbędnych dóbr. Czasami znajdują oni nietypowe rozwiązania kontrowersyjnych problemów, np. ciekawa alternatywa dla kary śmierci w opowiadaniu „Najwyższy wymiar kary”. Czasami autor chce dać czytelnikowi do myślenia np. w opowiadaniu „Zagubione dusze” zastanawia się, czy natura zacznie sama regulować ilość ludzi mieszkających na Ziemi.

Bywa, że razem z bohaterami staniemy przed absurdalnym zadaniem (Co będzie musiał zrobić Brock, żeby urządzić idealne wesele? „Sponsor”); będziemy musieli posunąć się do desperackich czynów, jak pragnąca, za wszelką cenę dziecka Emily z opowiadania „Zagubione dusze”; zmierzymy się z trudnymi emocjami np. wcielimy się w rolę matki, która musi rozstać się z synem, kiedy ten decyduje „zmienić się” w strumień danych.

Matthew Baker próbuje delikatnie bawić się formą – delikatnie bo teksty zawarte w tym zbiorze napisane są w satyryczno-obyczajowo-futurystycznej konwencji (w tej kolejności). Uważny czytelnik wyłapie jednak pewne smaczki: zbliżanie się do charakteru przewodnika w „Odwiedź nas w Ameryce”; zabawa nazwami popularnych marek w opowiadaniu „Sponsor”; opowiedzenie ludzkiego życia od Z do A w „Historia czytana wspak”.

Bardzo podoba mi się rodzaj satyry, jaki zaprezentował Matthew Baker w swoich opowiadaniach. Światy, które wykreował wydają się istnieć na wyciągnięcie ręki, przez to to co się w nich dzieje nie wydaje się nam absurdalne, a ludzkie. Nie mamy wrażenie, że ktoś nas straszy, poucza. Raczej pokazano nam inny scenariusz. Na podkreślenie zasługuje również fakt, że poruszane tematy i przesłania jasno wyłaniają się z poszczególnych tekstów. Autor nie kombinuje. Pisze jasno, przystępnie, ale inteligentnie.

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

Zasadniczo jemy po to, żeby dostarczyć swojemu ciału składników odżywczych. Popatrz, proszę, przez chwilę na swoją dietę i zastanów się, czy każdy organ otrzymuje to co lubi najbardziej. Nie patrzcie się na mnie jak na wariatkę. Pomyślmy o tym, czy nasze ciało się najada. Właśnie skończyłam czytać książkę Drew Ramsey – psychiatry, który leczy zarówno lekami jak i dietą - „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem.” Publikację, która idealnie wpisuje się w mój światopogląd, iż „zdrowie tkwi w jelitach”. Nie jestem przeciwna lekom. Raczej „na skórze” moich najbliższych brutalnie przekonałam się, że nie ma cudownych pigułek na każdą dolegliwość. Za to odpowiednio zbilansowana dieta może być mocnym sprzymierzeńcem w walce z chorobą. Drew Ramsey pisze coś podobnego: „W mojej klinice dowiedliśmy, że w połączeniu z lekami, psychoterapią lub innymi metodami leczenia dieta może odgrywać kluczową rolę w łagodzeniu objawów tych dwóch powszechnych zaburzeń [depresji i lęku]".1

Najprościej mówiąc jest to książka o tym, jak karmić mózg, aby był zdrowy. Ja wam tego nie zdradzę, bo nie mielibyście powodu sięgać po „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne”, a najlepiej poczytać rozprawę specjalisty. Napiszę wam za to, co znajdziecie w tym poradniku i dlaczego tak mi się on spodobał.

Najpierw teoria, potem praktyka. Autor przywołuje badania odnośnie prezentowanych teorii oraz – jakżeby inaczej – składniki poprawiające pracę mózgu oraz produkty, w których je znajdziemy. Tekst został napisany „po amerykańsku”. Co przez to rozumiem? Jest przejrzysty, zrozumiały i – miałam takie wrażenie – autor kilkukrotnie przywołuje te same informacje. Trochę jakby wątpił w inteligencje czytelnika. Pewnie niektórzy się teraz obraża, ale moje ogólne wrażenie jest pozytywne. Czasami miałam ochotę trącić autora i szepnąć mu: „Facet, to już było”, jednak muszę być uczciwa i przyznać, że książkę czytało się bardzo dobrze.

Moimi faworytami są grafiki. Ten kto wpadł na to, żeby wzbogacić o nie książkę jest geniuszem. Są to proste rysunki z najważniejszymi informacjami. Przykład: Wielki napis „Witamina C”, a pod nim rozrysowane: działa tak, musisz spożywać jej tyle, znajdziesz ją tu, tu i tu. Świetne podsumowanie, ale również ogromna pomoc, dla osób chcących pracować z tą książką. Kiedy szybko chcesz sobie coś przypomnieć, nie musisz czytać całych partii tekstu. Zerkasz na grafikę i masz to co najistotniejsze.

O co chodzi z częścią praktyczną? Drew Ramsey proponuje plan sześciotygodniowy, który ma pomóc nam w przyjrzeniu się swojej diecie i wprowadzeniu w niej, dobrych dla naszego mózgu, zmian. Skupia się on nie na konkretnych produktach, a grupach produktów np. owoce morza, orzechy i nasiona, zielone warzywa. Zamysł jest taki, żeby nie „wciskać” w siebie czegoś, co nam nie smakuje, a raczej znaleźć jakieś pyszności w każdej z kategorii. Sekcja ta jest wzbogacona o przepisy więc można się inspirować. Co mnie jednak zaskoczyło, są tu też wskazówki dla osób, które nie lubią, nie chcą gotować.

Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się, że będzie to książka o ogólnym dobrym samopoczuciu. Dostałam natomiast porcję wiedzy o wpływie jedzenia na mózg człowieka. „Każdy, kto ma mózg, powinien wiedzieć, co jeść, aby zadbać o jego prawidłowe funkcjonowanie.”2 Niby takie oczywiste słowa, ale czy na pewno wiemy, jak zadbać o „kierownika” naszego ciała, aby nie był głodny. Bo głodny to zły. Głodny nie może efektywnie wykonywać swojej pracy.

1 Drew Ramsey, „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 14.

Ilustrowane wydanie Paddingtona

Ilustrowane wydanie Paddingtona

Uwaga, mam relacyjną wiadomość. Myślę, że większość z was kojarzy misia Paddingtona. Ba, czytałam wasze komentarze pod moimi opiniami o niektórych książkach z jego przygodami i wiem, że bardzo go lubicie. No to słuchajcie jaka bomba. Wydawnictwo Znak emotikon, które od jakiegoś czasu systematycznie wznawia kolejne tomy z opowiadaniami o niedźwiedziu z mrocznego zakątka Peru, wypuszcza na rynek wersję ilustrowaną. Po przeczytaniu tej informacji nasz dom ogarnęła wielka radość. Moja czterolatka bardzo lubi Paddingtona, ale widziałam, że te egzemplarze „tylko do czytania”, to było dla niej za mało. To nie było coś, co sama ściągała z półki. Kiedy dostała w swoje łapki Paddingtoma z obrazkami powiedziała: „W końcu jakieś porządne książki przyszły.”

W książkach znajdziemy ilustracje, które wykonał Robert W. Alley. Może to nazwisko niewiele wam mówi (a może wręcz przeciwnie), ale kiedy zerkniecie na jego rysunki wszystko będzie jasne. Właśnie tą wersję misia Paddingtona miałam w swoich wspomnieniach. Przesłodki, uśmiechnięty niedźwiadek w kapeluszu. Czy córeczce się spodobały? Bardzo. Jest ich dużo, są milutkie i kolorowe, przedstawiają praktycznie cały tekst. Zauważyłam, że ta ostatnia cecha jest dla niej bardzo ważna. Na razie zna pojedyncze litery – o czytaniu nie ma mowy – a dzięki bogactwu ilustracji jest w stanie sama odtworzyć bajkę – na czym kilkukrotnie ją przyłapałam.


Które opowiadania o Paddingtonie poszły na pierwszy ogień? Opowieść o tym, jak miś spotkał Państwa Brown, czyli „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru”. Moim zdaniem najważniejsza przygoda bohatera książek Michaela Bonda. Obserwujemy, jak już od pierwszych minut znajomości miś wprowadza zamieszanie w życiu poukładanych londyńczyków, a przy okazji staje się członkiem ich rodziny.

Druga z książeczek nie bez powodu jest zielona. Tematem jest ogrodnictwo – jej tytuł to „Paddington w ogrodzie”. Niedźwiedź z Peru, Judyta i Jonatan dostają po skrawku ziemi w przydomowym ogrodzie. To, jak urządzi go Paddington będzie skutkiem afery, w którą zamieszani będą miś, budowlańcy i słoik marmolady.


Wspaniale publikacje. Jeżeli macie w swoim otoczeniu jakiś przedszkolaków, musicie koniecznie przypatrzyć się ilustrowanym wydaniom Paddingtona. Zabawne historyjki zostały przepięknie ozdobione. Widziałam, ten blask w oczach dziecka, kiedy zaczęło przeglądać książeczki, więc jest to nie tylko moja opinia, ale również – myślę, że mogę tak powiedzieć – ekspertki. Od siebie natomiast dodam, że publikacje są porządnie wydane: kwadratowy format (24x24,5 cm), który jest dużo bardziej poręczny niż popularne A4; twarda oprawa, grubość stron pozwalająca na wygodne przekładanie (nieco grubsze niż w „zwykłych” książkach); i te kolory cieszące oko. Polecam.

"Niewidzialny" Bogusz Dawidowicz

"Niewidzialny" Bogusz Dawidowicz

Jest taka grupa czytelników, która – zanim zdecyduje się na zakup książki – lubi przeczytać jej fragment. Ważne jest, żeby takiego odbiorcę „zaczarować” od pierwszych słów. On nie będzie czekał, aż akcja się rozkręci. Jedną z książek, która zaintrygowała mnie, jak tylko zaczęłam ją czytać jest „Niewidzialny” Bogusza Dawidowicza. Pozwolę sobie zacytować jej pierwszy akapit: „Spoglądał na nią. Na jej piękne, martwe ciało. Wodził pełnym zachwytu wzrokiem po tym boskim dziele. Kreacji prawie idealnej. Prawie, bo już bez tej iskry, która by ją rozświetliła i stworzyła obraz godny perfekcji.”1 Po takim początku musiałam się dowiedzieć, co się wydarzyło w tej powieści.

Tomasza, głównego bohatera, możemy określić mianem dziwka. Otyły, samotny informatyk. Nie lubi oglądać telewizji za to woli dobrą książkę, albo komiks. Kontakty z ludźmi to dla niego przykra konieczność, ale – jak wielu z nas – szuka bratniej duszy. Ponieważ najpewniej czuje się w sieci, buszuje po portalach randkowych. W końcu ją znajduje – swoją „Czarną Perłę”. Co zrobi zakompleksiony nerd, żeby zdobyć miłość swojego życia? Czy lata, które go ukształtowały może oddzielić grubą kreską i zacząć wszystko od nowa, jako nowy, lepszy „ja”?

Powieść można podzielić na dwie części. Między nimi jest mocny punkt kulminacyjny, ale akurat nim będę się najmniej zajmować w tym tekście.

Część pierwsza, czyli poznanie bohaterów. Chciało by się napisać zaprzyjaźnianie z nimi, jednak chyba byłoby to nadużycie z mojej strony, bo za bardzo nie ma z kim. Oni nie rozstawiają szeroko ramion, aby przytulić czytelnika, ale też nie są odpychający. Nie mamy ich za co podziwiać, ani czego im zazdrościć. Kim oni są? To ten pryszczaty dziwak w rozlazłych dresach; ten pijaczek, który mieszka klatkę obok; ta wiecznie szukająca szczęścia koleżanka z pracy; ten znajomy, który nie zamierza dorosnąć i ujmuje sobie lat „wyrywając” młode panny. Mamy w otoczeniu takich ludzi, ale za bardzo nie pochylamy się nad nimi. Robi to natomiast Bogusz Dawidowicz. Próbuje ich zajść od strony psychologicznej. Zastanowić się, czy to jednostki normalne, a może zdegenerowane lub skrzywdzone.

Okej, poznajemy wszystkich. Tomasz realizuje swój plan i nadchodzi punkt kulminacyjny i trzeba wypić to piwo, którego się nawarzyło. Krótko mówiąc – w drugiej części – bohater książki będzie musiał zmierzyć się ze skutkami swoich czynów, swoich wyborów.

„Maciek miał kolczyk w lewym uchu, bransoletkę na prawym nadgarstku, gruby srebrny łańcuch na szyi i połyskliwą koszulkę zespołu z Premier League opinającą wydatny brzuszek.”2 Wygląd jednego z bohaterów przywołałam nie bez powodu. Bardzo fajnie oddaje on tło powieści. Tą taniość, jaką reprezentują postacie. Nie w kreacji literackiej, bo tutaj autor się spisał, ale w sposobie bycia.

Dynamizm w tej powieści to problematyczna sprawa. On praktycznie nie istnieje i jest to zarówno plusem jak i minusem. Pierwszej części ślimacze tempo służy. Śledzimy nieśpieszny rozwój wypadków i czujemy przyjemną ekscytację w oczekiwaniu na to do czego doprowadzą. Natomiast drugą część „Niewidzialnego” przydałoby się ożywić. Puścić rollercoaster wydarzeń. Gdyby nie zmieniające się procenty w rogu czytnika, czułabym się jakbym miała przed sobą jakąś niekończącą się historię. Autor tak się rozgadał, tak opisywał najdrobniejsze szczegóły, że właściwe nie wiedziałam do czego zmierza. Do tego pojawia się wątek polityczny, którego celowości za bardzo nie rozumiem.

Co do rozgadania się. Odniosłam wrażenie, że Bogusz Dawidowicz lubi się popisywać. Nie wierzycie mi. Oto dowody: „Poza tymi czterema kątami mieli też ogród działkowy na suburbiach.”3 Sprawdziłam w internetowym słowniku języka polskiego i takie słowo faktycznie istnieje, aczkolwiek – tak mi się wydaje – raczej nie używa się go. Zwykły człowiek powiedziałby po prostu „przedmieście”. Ja znałam je wyłącznie z języka angielskiego, a to i tak przez przypadek, bo pojawiło się w piosence, która mi się spodobała i sprawdziłam znaczenie.

Chcecie więcej. Okej, coś się znajdzie: (…) sympatyczny, silący się na fraternizację ton.”4 Tu już musiałam dowiedzieć się, co to słowo znaczy. Cóż, wystarczyło napisać „silący się na przyjazny ton” czy też „udający przyjazny ton”.

Podczas czytania „Niewidzialnego” towarzyszyły mi uczucia podobne, jak przy oglądaniu filmu „Joker” z 2019 roku. Główny bohater przerażał mnie i fascynował. Zastawiałam się skąd wzięło się jego szaleństwo, a przede wszystkim do czego ono doprowadzi. Czy zawładnie Tomaszem, a może znajdzie się ktoś, kto wyciągnie do niego pomocną dłoń. Nie wszystko w tej powieści mi się podobało, ale może ona godnie nosić miano thriller psychologiczny.

1 Bogusz Dawidowicz, „Niewidzialny”, wyd. e-bookowo, 2021, s. 4.

2 Tamże, s. 121.

3 Tamże, s. 125-126.

4 Tamże, s. 262.

"Dobry opiekun" Charles Graeber

"Dobry opiekun" Charles Graeber

„Jeśli nie można by ufać szpitalowi, komu by można?”* Personelowi medycznemu powierzamy to co mamy najcenniejsze – nasze zdrowie i życie. Większość z nas nie ma wiedzy, aby leczyć się samodzielnie (oczywiście mam na myśli przypadłości poważniejsze niż przeziębienie). Musimy oddać się w ręce specjalistów i wierzyć, że zrobią oni wszystko, żeby nam pomóc. Właściwie jesteśmy skazani na ich łaskę i niełaskę.

Nie będzie to tekst z gatunku „narzekamy na służbę zdrowia”. Cały czas zostajemy w tematyce książkowej. Tym razem literatura faktu i szpitalne klimaty. Książka „Dobry opiekun” opowiada o Charlesie Cullenie. Przez szesnaście lat pracował jako pielęgniarz – w różnych placówkach – i w tym czasie zabijał. Zabijał tych, o których miał się troszczyć.

Czytając tę publikację oblewał mnie zimny pot. Będąc w szpitalu nie bierzemy pod uwagę, że ktoś może nam zaszkodzić. Ufamy personelowi, mając nadzieję, że jego poczynania wpłyną pozytywnie na nasz stan zdrowia. Wierzymy, że opiekują się nami osoby wykwalifikowane i stabilne psychicznie. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że trafimy na zakałę pielęgniarstwa, jaką był Charles Cullen. Chociaż chyba przesadziłam nazywając go zakałą. Na pewno mówimy o szaleńcu, o człowieku niezrównoważonym, jednak z książki Charlesa Graebera wyłania się obraz osoby nieszczęśliwej, wręcz krzyczącej o pomoc. Alkohol, kolejne próby samobójcze, igranie z życiem swoim oraz swoich podopiecznych – to wygląda jak rozpaczliwa próba zwrócenia na siebie uwagi.

Charles Cullen odsiaduje jedenastokrotne dożywocie, co świadczy o skali jego poczynań. Rodzi się pytanie, czy nie można było powstrzymać go wcześniej. Czytając ”Dobrego opiekuna” przychodzi mi do głowy powiedzenie „mądry Polak po szkodzie”. Autor książki opisuje próby złapania mordercy, wskazuje dziury w systemie, a osoby, które miały do czynienia z Cullenem mówią na przykład o niepokoju, jaki odczuwały w jego obecności. Jednak to wszystko to są wnioski wyciągnięte po fakcie. Mnie zaszokował fragment, kiedy bohater przebywa w ośrodku psychiatrycznym i dostaje zapytanie, czy może wróciłby do pracy. Niby pewne problemy osobiste nie dyskryminują go jako dobrego pielęgniarza, niby ktoś wystawił opinię, że mężczyzna jest zdrowy, ale jednak sytuacja wywołuje zaniepokojenie. Podobnych epizodów, kiedy nieścisłości są „jakoś” tłumaczone, znajdziemy w książce więcej.

Charles Graeber podszedł do pisania „Dobrego opiekuna” bardzo rzetelnie. Informacje czerpał z policyjnych raportów, rozmów z osobami, które znały Cullena oraz z samym mordercą. Jaki jest efekt jego pracy? Książkę czyta się niczym kryminał. Zawiera informacje biograficzne, ale jest pełna emocji oraz akcji. Do tego rozdziały są krótkie, co też sprzyja łatwości w odbiorze.

Publikacja jest niewątpliwie ciekawa. Charlesa Cullena można uznać za nietuzinkową postać. Osoby interesujące się kryminalistyką i seryjnymi mordercami na pewno będą chciały przyjrzeć się mu bliżej. Myślę jednak, że książka znajdzie szersze grono odbiorców. Każdy kto lubi poczytać historie kryminalne powinien się w niej odnaleźć. Tylko tym razem będzie straszniej, bo to w końcu literatura faktu.

* Charles Graeber, „Dobry opiekun”, tłum. Jacek Spólny, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 38.

"Sanatorium Cudów" Izabella Agaczewska

"Sanatorium Cudów" Izabella Agaczewska

W książce „Sanatorium Cudów” Izabelli Agaczewskiej pada określenie „Normalsi”. Zanim opowiem wam o tej publikacji, zastanówmy się, jakie cechy musi spełniać „Normals”. Czy wystarczą dwie ręce, dwie nogi i głowa na swoim miejscu. A może musi wykazywać się jakimiś umiejętnościami, albo odpowiednio wysokim IQ? Główny bohater książki, Aleksander, trafiając do sanatorium nie zostaje przydzielony na piętro „Normalsów”. Jego problem kwalifikuje go do „Dziwolągów”. Jak się okazało, w toku fabuły, dziwny nie okazał się gorszy.

Autorka jest oligofrenopedagogiem, czyli pracuje z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Książkę napisała ponieważ chce oswajać czytelników z ułomnościami, z jakimi może mierzyć się inny człowiek, chce uczyć empatii. „Sanatorium Cudów” ma baśniowo przygodowy charakter. Bohaterzy znajdują cudowną krainę, w której mogą spełniać swoje marzenia nie bacząc na chorobę, która ich dotknęła. Izabella Agaczewska przy pomocy postaci z opowieści prezentuje czym jest mutyzm, autyzm, zespół Downa i porażenie mózgowe. Chyba najbardziej intrygujący jest przypadek Aleksandra. Trudne doświadczenie zamknęło słowa w jego ustach, ale również zablokowało marzenia. Wychowawczyni zachęca dzieci: „Pozwólcie, by marzenia uwolniły was od lęku i niepewności. Ogranicza was tylko wasza wyobraźnia i czas.”* Aleksandrowi jednak trudno się przełamać.

Jak już wspomniałam w książce jest również element przygody – poszukiwanie cudownej krainy, relacje z innymi dzieci z sanatorium oraz scena finałowa, która diametralnie zmienia sytuację Aleksandra. Jeżeli chodzi o tę ostatnią, to jest naprawdę brawurowa. Przyznam, że jest to ten rodzaj brawury, który mi nie do końca odpowiada w książkach dla dzieci. Zapewne piszę teraz nie do końca zrozumiale dla wszystkich, ale nie chcę przedstawiać tej konkretnej sytuacji. Powiem tyle, że zawsze przy takich scenach zapala mi się „alert”, czy wszelkie środki ostrożności zostały należycie zaakcentowane. Natomiast muszę przyznać, że autorce udało się pokazać, że każdy może być bohaterem. Nieważne, jak jest postrzegany. Za to gratulacje.

Czytając „Sanatorium Cudów” poryczałam się. Serio. Wzruszyła mnie książka dla dzieci. Izabella Agaczewska pięknie przygotowała lekcję empatii. Wspaniale zaakcentowała, że za chorobami stoją ludzie. Że oni czują, myślą, marzą. No właśnie, marzenia. To jest ten drugi piękny element w tej opowieści. Ja zawsze wierzyłam, że to one dodają skrzydeł, że nawet kiedy jest źle marzenia pozwalają utrzymać się na powierzchni. W „Sanatorium Cudów” znalazłam potwierdzenie mojej teorii. Izabella Agaczewska pokazała, że nasze pragnienia nie są głupie, że mają moc terapeutyczną.

* Izabella Agaczewska, „Sanatorium Cudów”, Kraków 2022, s. 29.

„Wojowniczka miłości” Glennon Doyle

„Wojowniczka miłości” Glennon Doyle

Istnieje takie powiedzenie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Czy w każdym przypadku. Zastanawia mnie, od czego to zależy, że niektóre osoby czerpią z przykrych doświadczeń i stają się silniejsze, a inne staczają się po nich jak po równi pochyłej. Glennon Doyle, autorka książki „Wojowniczka miłości” zalicza się do tej pierwszej grupy. Swoje przeżyła i tymi doświadczeniami chce się podzielić ze światem. Chce dać kobietom siłę potrzebną do zmiany sposobu myślenia. Myślenia o czym, zapytacie się. O sobie.

W tytule książki pada słowo „wojowniczka”. Z kim lub z czym walczy Glennon Doyle? Hmm... Jak to ująć? Autorka sprzeciwia się dążeniu do perfekcji. Nie tylko w wyglądzie. Również w realizacji tzw. życia idealnego. Sprzeciwia się oczekiwaniom, stereotypom które narzuca nam środowisko, otoczenie. Zadaje pytania: „Jak mogę rozwijać się i być wolna, a jednocześnie być kochana? Czy będę damą, czy będę w pełni człowiekiem? Czy mam ufać temu, co się we mnie pojawia i wciąż rosnąć, czy zagłuszyć to wszystko, aby się dopasować?”1 W innym miejscu zastanawia się: „Dlaczego tak wyglądam? Dlaczego jestem tak ubrana z włosami w kolorze, który nawet nie przypomina mojego własnego? Dlaczego zawsze muszę próbować być wyższa, bardziej blond, szczuplejsza i bardziej pijana?”2

I tu już mam pierwszy zgrzyt w z związku z tą książką. Gelnnon Doyle nie przekonała mnie, że walczy z czymś, z czym trzeba walczyć. Czy to nie jest trochę tak, ze walczymy z naturą? Człowiek jest istotą społeczną, więc normalnym jest, że chce dostosować się do grupy, że chcemy znaleźć partnera, że boi się samotności. Inną kwestią jest, kiedy w swoich poczynaniach tracimy zdrowy rozsądek. Kiedy robimy coś wbrew sobie. To jest złe. Ale samo dążenie do wymarzonego ideału jest oznaką siły.

Drugi zgrzyt ma z główną bohaterką. Glennon Doyle pisze o sobie jakby z boku. Do tego stopnia, że miałam wrażenie, iż czytam o osobie, która nie przeżywa swojego życia, ale jest jego biernym uczestnikiem. Jej wspomnienia przetykane są pewnymi refleksjami, co z tego kiedy dystans między „ja” a „działanie” jest ogromny.

Z zachowania bohaterki bije też pewien infantylizm. Na tyle mnie on drażni, że nie jestem w stanie jej zaufać. „(…) uczę się życia domowego, uważnie oglądając reklamy telewizyjne, w których występują żony.”3 pisze Glennon Doyle. Yyyy..., chyba nie ma się czym chwalić. Mi również daleko do perfekcyjnej pani domu, ale staram się sięgać po lepsze źródła. Chociaż ten fragment można by nawet uznać za zabawny. Był w jednym filmie bądź książce wątek kobiety, która pragnęła życia z katalogów i to pragnienie skrupulatnie realizowała. Nie pamiętam gdzie to widziała, ale pomysł został opracowany fantastycznie. Jeżeli komuś coś świta będę wdzięczna za tytuły.

Wracamy do „Wojowniczki miłości”. Wcześniejszy cytat był nawet słodki, ale teraz przyszedł czas na moją wisienkę na torcie, na tę krople, która przelewa czarę. „Przybieram na wadze dwadzieścia siedem kilogramów, bo dziecko uwielbia ciasteczka z kawałkami czekolady i lody z bakaliami, a dostarczanie mi ich każdego dnia jest dla mnie bardzo ważne.”4 Ten fragment może być interesujący w związku z problemami z odżywianiem, jakie dotknęły autorkę. Prezentuje on jej stan umysłu w danym momencie. Tylko pisanie o tym, na tak wielkim luzie budzi mój ogromny sprzeciw. Widzę przed sobą „słodką trzpiotkę” z pudełkiem lodów, która nagle postanawia zbawić świat i nie mam ochoty słuchać jej mądrości. A w duchu dziękuję, córce, że ona w życiu płodowym wolała obżerać się jabłkami.

Jeżeli chodzi o fabułę „Wojowniczki miłości” jest nawet ciekawa. Bohaterka jest kobietą, która walczy z samą sobą, która nie może odnaleźć się w życiu. Do tego historia małżeństwa zaliczającego wzloty i upadki. Bez traum, bez „freudowskich” analiz. Z jednej strony „zwyczajne życie”, ale z drugiej bardzo zdystansowane od życia. Filozofia, którą Glennon Doyle prezentuje w swojej książce, nie przemawia do mnie. Uważam, że w codzienności wystarczy nam zdrowy rozsądek, a nie rewolucja. Być może, gdyby autorka, i zarazem bohaterka, była bardziej zaangażowana w powieść, gdyby nie wydała mi się taka bierna poderwałaby moje cztery litery z fotela. Tymczasem, ja dalej siedzę sobie wygodnie.

1 Glennon Doyle, „Wojowniczka miłości. Wspomnienia”, przeł. Irmina Lubowiecka, wyd. Sensus, Gliwice 2022, s. 19.

2 Tamże, s. 52.

3 Tamże, s. 82.

4 Tamże, s. 86.

"Skóra" Kathe Koja

"Skóra" Kathe Koja

Opisy to nie są ulubione fragmenty książki większości czytelników. Zazwyczaj chwalona jest wartka akcja, dobrze wykreowani bohaterowie, wciągająca fabuła. Da radę czytać bez szczegółowej znajomości garderoby postaci, czy wyglądu otoczenia, które zamieszkują. A co kiedy opis staje się istotą powieści, kluczem do jej zrozumienia? Wtedy nie możemy potraktować go „po macoszemu”. Musimy maksymalnie się skupić i rozbujać swoją wyobraźnię. Czy jest to proste?

Tess to rzeźbiarka. Tworzy w metalu. Spawając znaleziony na wysypisku złom tworzy swoje „dzieła sztuki”. Bibi jest tancerką. Bardzo odważną tancerką. W występach chce przekraczać granice, nie zważając nawet na ból i własne bezpieczeństwo. Poznanie Tess zainspiruje Bibi do stworzenia mrocznego, krwawego przedstawienia.

Istotą tej książki jest „performance” - właśnie to angielskie słowo najbardziej pasuje mi na określenie tego, co prezentują bohaterowie powieści „Skóra”. Aby w pełni cieszyć się jej czytaniem musimy te przedstawienia „zobaczyć”. Przyznam, że dla mnie nie było to łatwe i rzucam to na własny styl czytania. Kathe Koja dwoi się i troi, aby opisy były jak najbardziej plastyczne. Dba o oddanie klimatu występów, szczegółowo prezentuje ich kolejne etapy itd. Jednak dla mnie, ciągłe wyświetlanie tych scen było dość męczącą pracą. Kiedy śledzi się akcję to ona biegnie sama, emocje – jeżeli są dobrze zobrazowane – również same wylewają się ze stron, ale opisy – tu czytelnik musi się bardziej wysilić.

„Skóra” okazała się nie dla mnie z jeszcze jednego powodu. Nigdy nie rozumiałam tzw. sztuki współczesnej. Nie lubię tego pojęcia, bo uważam, że krzywdzi ciekawych artystów, ale do rzeczy. Zdarzają się takie ekspozycje, sytuacje artystyczne, które są tworzone, albo dla zszokowania, albo dla samowyrażenia się artysty – i tylko on rozumie, co chce przez to powiedzieć. Takie są dla mnie „performensy” z książki Kathe Koji. Chodzi w nich o zaszokowanie, o „fejm”, nie o sztukę. Ujmę to inaczej, nie o piękno i wrażliwość, które mi się ze sztuką kojarzą.

„Skóra” okazała się powieścią dziwną i – dla mnie – niezrozumiałą. U Kathe Koji uwielbiam mroczna, brudną atmosferę, którą jest tu obecna. Jednak temat, jakim są granice sztuki, i forma w jakiej został „ugryziony” były dla mnie za trudne.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger