"Rój" Weronika Mathia
Tu nie chodziło o morderstwo – pomyślałam sobie czytając powieść „Rój” Weroniki Mathia. Aczkolwiek morderstwo jest przyczyną odkopania starej historii. Kamila – ofiara – w pewnym momencie mówi, że ona nigdy nie wyszła z lasu, w którym miała miejsce tragedia, w której brała udział. Wtedy byłą nastolatką, a teraz jest dorosłą kobietą. Czy w innych aktorach tego smutnego spektaklu przeszłość też ciągle żyje?
Początek tej książki był trudny. Poznajemy kilka głównych postaci, które teoretycznie nie maja ze sobą nic wspólnego. Na pierwszy ogień idzie emerytowany policjant, który martwi się bo jakiś czas temu miał romans z ofiarą, a w śledztwo jest zaangażowana jego córka pracująca w prokuraturze. Ostrowski chce wykorzystać dawne znajomości, aby trzymać „rękę na pulsie”. Kolejni bohaterowie to Marek i Łucja. Ojciec i córka. Oboje w żałobie po stracie żony o mamy. Na kilka dni przed śmiercią Kamili wprowadzili się do kamienicy, w której ta mieszka. Łucja dowiedziała się, że była ona koleżanką jej zmarłej mamy. Kiedy ojciec z córką nagle znikają, policja zastanawia się dlaczego. Jest jeszcze Natalia, pszczelarka Kobieta smutna. W pełni oddaje się pracy, aby odgonić czarne myśli.
Weronika Mathia przy okazji śmierci Kamili chce tak właściwie opowiedzieć historie z przeszłości. Robi to – i co ciekawe- to nie bezpośredni uczestnicy nam o niej opowiadają. Właściwie odkrywamy ją przy pomocy ich bliskich. Kolejne odkrycia, kolejne decyzje sprawiają, że sytuacja wymyka się spod kontroli, a tragiczna przeszłość dopomina się o zemstę. Odkrywamy historię smutną, niedojrzała i pełną nienawiści. Okoliczności, w których zostaje skrzywdzony ktoś kompletnie niewinny, a ciężar tej krzywdy jest przygniatający.
Całkiem zręczny pajączek z tej pisarki. Pajęczyna zależności ładnie nabiera kształtu i początkowa dezorientacja czytelnika szybko ustępuje zaciekawieniu i zaangażowaniu w łączeniu niteczek. Właściwie nie uczestniczymy w śledztwie, pomimo że pierwszym poznanym bohaterem jest policjant. Profesjonalne techniki muszą ustąpić wspomnieniom, a nawet opowieści. A to wszystko jest dobrze przemyślane. Tak aby utrzymać uwagę czytelnika. Kolejny fragment to kolejny puzzel, do dołożenia. To że chodziło o opowieść – w moim odczuciu - podkreśla też finał. Dość skromny jak na standardy kryminałów, acz ciekawy – nawet lekko dwuznaczny – i z psychologicznym wykończeniem.


Właśnie takie książki, w których kryminalna intryga jest tylko pretekstem do wyciągnięcia na wierzch nieprzetrawionej traumy i relacji międzyludzkich, zostają w głowie najdłużej. Podoba mi się Twoje sformułowanie o pajączku i tkanej pajęczynie – dokładnie tak działa tu Mathia, świetnie budując ten psychologiczny ciężar i poczucie, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie zostaje za nami. Świetna, wnikliwa recenzja, aż ma się ochotę po tę pozycję sięgnąć.
OdpowiedzUsuńBrzmi całkiem intrygująco :) Ciekawie odkrywa się i łączy puzzle takich powieści :)
OdpowiedzUsuń