Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
"Chłopki" Joanna Kuciel-Frydryszak

"Chłopki" Joanna Kuciel-Frydryszak

Swego czasu chyba pół Polski czytało „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, a Internet zalewała fala zachwyconych opinii. I ja pomyślałam sobie: „Wow. Świetny temat. W końcu ktoś opowiada o tym, jak zmieniła się sytuacja kobiet w Polsce w ciągu zaledwie 100 lat.” Przyszedł moment, że „Chłopki” trafiły do mojego kręgu znajomych i rodziny i zauważyłam coś ciekawego. Nie było śladu po entuzjastycznych opiniach, które znałam z sieci. Zauważyłam objętość, nudę, a nawet oburzenie z powodu tego, co Kuciel-Frydryszak napisała. Czy treść „Chłopek” to „oczywista oczywistość” i nie warto niej mówić? Czy autorka obala mit naszych mamuś i babć?

Oczywiście, że warto pisać o sytuacji kobiet na przestrzeni dziejów. Jednak okazało się, że autorka wkroczyła na bardzo delikatny, a nawet grząski grunt i chyba nie przebrnęła przez niego z gracją. Różne źródła podają, że ok 3/4 ludzi w okresie II RP mieszkało na wsi. Czyli mowa o naszych rodzinach. Kuciel-Frydryszak pisze o życiu tych ludzi, a dokładniej o sytuacji kobiet z tej grupy społecznej. Prezentuje ją w szerokim aspekcie – co uznaję za plus – jednak „Chłopki” to książka napisana ewidentnie pod konkretna tezę. Autorka chce pokazać piekło, jakie kobiety wówczas przeżywały.

I znając fakty poniekąd ciężko z tą tezą dyskutować. Była bieda i był patriarchat. Jednak Kuciel-Frydryszak pisząc „Chłopki” popełnia – w moim odczuciu – jeden zasadniczy błąd. Pozwala sobie komentować. A moi drodzy to jest reportaż, a nie rozpalająca wyobraźnię powieść obyczajowa o biednej, dzielnej dziewczynie walczącej z przeciwnościami losu. To jest reportaż, ale nie o jakichś odległych ziemiach, innej kulturze, które możemy bezczelnie oceniać przy kawie z koleżankami, bo nas nie dotyczą. To jest właśnie tekst o nas, o ludziach których często znaliśmy. Dlatego wymaga szczególnej ostrożności.

Czy ktoś kiedyś wykorzysta nasze historie, moje kochane rówieśniczki, i napisze książkę o kobietach, które desperacko próbowały połączyć macierzyństwo z pracą na etacie, o rodzinach które brały kredyt na 20, 30 lat, bo chciały stworzyć swoje wymarzone miejsce do życia? Czy ktoś kiedyś będzie analizował jakie nierozważne było tworzenie tak małych rodzin? Czasy są jakie są, a my musimy się do nich dostosować i tak samo było w przeszłości. Kuciel-Frydryszak pisze o piekle kobiet, ale czy te kobiety same postrzegały swoją sytuację jako piekło? Teraz już raczej będzie mowa o córkach tamtych kobiet, które często z podziwem i szacunkiem wspominają swoje mamy. I chyba jest to dla nich smutna lektura, bo nie tak patrzyły na swoje rodzinne domy.

Poruszę jeszcze jeden aspekty czysto techniczny. Mianowicie autorka przywołuje w „Chłopkach” mnóstwo historii, które są bardzo do siebie podobne, co zapewne miało stworzyć wrażenie masowości pewnych zjawisk, jednak sprawia też, że czytanie tej książki jest nieco monotonne. Jakbyśmy w kółko czytali o tym samym.

Co bym dodała do „Chłopek”? Zabrakło mi części stricte historycznej. Czegoś o II RP i jej sytuacji społecznej? Kuciel-Frydryszak skupia się na historiach, na ludziach, co jest nieco popowe, ale chyba też pod masowego czytelnika ta książka została napisana. Jak wiemy odniosła ona sukces, czego autorce serdecznie gratuluję. Natomiast w moich opiniach dzielę się swoimi emocjami i spostrzeżeniami, a w tej konkretnej chciałam ująć odczucia bliskich mi kobiet, które nie są aktywne w sieci, a które książkę tę potraktowały bardzo osobiście. One inaczej zapamiętały swoje mamy, inne emocje towarzyszyły relacjom z ich życia.

"Influencerka" Ellery Lloyd

"Influencerka" Ellery Lloyd

Media społecznościowe stały się „słupem reklamowym”. Marki wypatrują profili, które mogłyby zaprezentować ich produkty. Można uważać, że to (pozornie) łatwy zarobek, a fala prezentów jaka się wiąże z takim zajęciem jest niebywale atrakcyjna. Duet pisarski ukryty pod pseudonim Ellery Lloyd w powieści „Influencerka” chce pokazać inną stronę tego zjawiska. Nieco mroczną.

Główną bohaterką książki jest Emmy popularna brytyjska influencerka parentingowa. Na swoim profilu pokazuje macierzyństwo "bez filtra". Nie wstydzi się bałaganu, podkrążonych oczu itp., a obserwatorki się z nią utożsamiają. Pokazując swoją rodzinę Emmy stworzyła prawdziwe imperium. Kobieta kocha popularność, napawa się nią. Planowanie strategii promocji jej profilu jest dla niej niczym paliwo, a może narkotyk. Instaświat staje się ważniejszy niż ten realny. Codzienny rozgardiasz jest doskonale zaplanowanym kadrem, a zabawne anegdoty nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ale biznes się kręci przyciągając miłośników i hejterów. Z tych drugich instamama niewiele sobie robi. Czy to błąd, że bagatelizuje niebezpieczeństwo?

Przypuszczam, że powieść ta miała być thrillerem, ale zdominowały ją opisy infuencersikch praktyk. Kompozycja przypomina mi książkę „Idealna” Magdy Stachuli. Mamy tu narrację pierwszoosobową, a głos został oddany trzem bohaterom: Emmy, jej mężowi i komuś, kto ma do Emmy wielki żal. Jaki już wspomniałam Ellery Lloyd poświęca dużo miejsca opowiadając, jak internetowi twórcy kreują rzeczywistość, a także jakie zagrożenia niesie ujawnianie wizerunku. Emmy jest karierowiczką, ma pomysł na siebie i go konsekwentnie realizuje, co odbija się na jej stosunkach z rodziną i przyjaciółmi. Temu wszystkiego towarzyszy fatalistyczny klimat podkręcany zarówno przez kolejne problemy i wyzwania, jakie są stawiane przed instamamą, jak i przez fragmenty, kiedy odzywa się jej wróg. Końcówka książki ma już charakter typowego thrillera. Tragedia wisi na włosku. Pytanie, czy się utrzyma czy spadnie na Emmy i jej bliskich?

Jest to niewątpliwie książka aktualna i znajdą w niej coś „ku przestrodze” zarówno ci, którzy influencerstwem się zajmują, jak i obserwatorzy. Bardzo podoba mi się, że bohaterka jest instamamą. Macierzyństwo to taki czas, kiedy szukamy odskoczni od ogromu obowiązków. Często media społecznościowe są ucieczką. Niektóre panie inspirują się samozwańczymi ekspertami, a inne same się nimi stają. Chętnie dzielą się zdjęciami swoich dzieci i dobrymi radami. Można się zachłysnąć miłymi komentarzami, poczuć więź z innymi użytkownikami. Nie wspominając o gratisach otrzymywanych od marek w zamian za reklamę. Jednak warto zadać sobie pytanie, czy warto, czy faktycznie więcej zyskujemy, a może tracimy coś ważnego. Chociażby prywatność.

„Influencerkę” przeczytałam z zainteresowaniem. Szczególnie podobała mi się kreacja Emmy, która jest kochana przez swoich obserwatorów, a jednak czytelnik nie poczuje do niej sympatii. Raczej czeka aż „noga jej się powinie”. Banalnie brzmi, że to książka „ku przestrodze”, jednak ma w sobie ten element. Pokazuje, że media społecznościowe, a raczej działania jakie podejmują ich użytkownicy, powinny mieć ograniczony kredyt zaufania.

"Popłynę przed siebie jak rzeka" Shelley Read

"Popłynę przed siebie jak rzeka" Shelley Read

Najtrudniej pisze mi się o książkach, które mi się podobały. Wady łatwo jest wytknąć. A zalety? Czy kogoś przekonuje to, że jakaś osoba wzruszyła się, miała ciary itp.? Kiedyś moja przyjaciółka chciała mi podarować książkę, przy której się popłaczę. Poprosiła panią w księgarni, żeby zaproponowała jej coś ekstremalnie wzruszającego. Dostała „Pamiętnik” autorstwa Nicholasa Sparksa. Ładne to – nie powiem – ale do wyciskacza łez wszechczasów chyba tej powieści daleko. Natomiast dziś nie o „Pamiętniku” chcę wam opowiedzieć, a o publikacji, której udało się ze mnie te łzy wycisnąć. Spłakałam się podczas jej czytania, jak przysłowiowy bóbr. Napisała ją Shelley Read, a jej tytuł to „Popłynę przed siebie jak rzeka”.

Akcja tej powieści toczy się w Kolorado, w dolinie rzeki Gunnison, a jej początek to schyłek lat 40 XX wieku. Jej bohaterką jest siedemnastoletnia Victoria, która wraz z ojcem i bratem prowadzi farmę ze wspaniałym brzoskwiniowym sadem. Dziewczyna jest jedyną kobietą w rodzinie, gdyż jej matka zginęła w wypadku. Niewinne pytanie o drogę staje się początkiem namiętnej i dramatycznej historii miłosnej, która na zawsze zmieni życie Victorii. Wilson Moon, włóczęga o najprawdopodobniej indiańskich korzeniach, zajmie jej myśli i sprawi, że pokorna dziewczyna stanie się zdolna do szalonych rzeczy. Miłość i pożądanie sprawią, że Victoria pozna słodko-gorzki smak dorastania i odpowiedzialności.

Historia, którą opowiada Shelley Read, ma moc przyciągania. Młoda kobieta, pozornie wolna, ale ograniczana mocą obyczajów. Małe miasteczko, gdzie mieszkańcy stanowią prawo i ponad prawem stoją. Jest to społeczność zamknięta, pełna uprzedzeń, które czynią ją wręcz niebezpieczną.

Victoria jest postacią pełną sprzeczności. Samotna, bezbronna, zagubiona, pokorna, jednak okoliczności czynią ją odważną, twardą, samodzielnie myślącą. Wspomniałam, że dziewczyna wychowywała się bez matki, ale nie miałam wrażenie, że obecność rodzicielki cokolwiek by zmieniała. Zagubienie Victorii wynika z braku wiedzy, który to spowodowany jest pewnymi tabu. A owe tabu są uwarunkowane kulturowo, społecznie. Nawet, kiedy bohaterka książki otrzymuje pomoc, to jej ofiarodawca zachowuje się nieśmiało, dyskretnie, cicho. Musi minąć dwadzieścia lat, aby na scenie pojawiły się osoby szczere i otwarte.

Myślę, że analogia rzeki i życia ludzkiego jest dość jasna i czytelnik może sobie swobodnie interpretować losy bohaterki powieści w tym kontekście. Jest tu jednak jeden ciekawy element. Pisząc „Popłynę przed siebie jak rzeka” Shelley Read inspirowała się budową tamy, która zmieniła bieg rzeki Gunnison, przez co miasto Iola zostało zatopione. Jak woda radzi sobie z tamą, jakie mogą być skutki jej budowy, co jest tą symboliczną tamą dla Victorii, co tak drastycznie zmieniło bieg jej życia?

To porównanie rzeki i ludzkiego żywota udało się autorce ładnie opracować również dzięki temu, że w tej książce przyroda ma swoje miejsce. Dyskretne, acz wyraźne. Nie tylko brzoskwiniowy sad, ale też okoliczne lasy stają się – myślę że tu nie przesadzę – cząstką głównej bohaterki. Ta kontemplacja natury świetnie wpisuje się w fabułę. Sprawia, że nabiera ona delikatności, aczkolwiek nie wytrąca mocy przekazu, za co wielkie ukłony dla Shelley Read. Natomiast ma wpływ na tempo akcji. Były w tej powieści momenty, gdzie chciałam szybciej poznać skutki wyborów Victorii i moja natura niecierpliwej czytelniczki się gotowała, jednak uczciwie muszę przyznać, że spokój jaki zachowała autorka „Popłynę przed siebie jak rzeka” procentuje tworząc niepowtarzalny klimat.

Napiszę to jeszcze raz. Spłakałam się podczas czytania tej powieści, a to bardzo rzadko mi się zdarza. Siedemnastoletnia bohaterka wykreowana przez Shelley Read zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie jeden postradałby zmysły w takich okolicznościach. Na jaką osobę wyrosła Victoria? Jakie wnioski dla nas, dla ludzi z tej opowieści płyną? Być może cześć z nich jest uniwersalna, ale forma w jakiej zostają nam przedstawione jest piękna i poruszająca.

[Egzemplarz recenzencki]

"Za granicą" Wojciech Chmielarz

"Za granicą" Wojciech Chmielarz

Jaki jest wasz ulubiony wakacyjny kierunek? Bohaterowie powieści Wojciecha Chmielarza „Za granicą” wybrali się do Chorwacji. Chyba wielu Polaków decyduje się na urlop w tamtym rejonie. Nie jest to za daleko – można dojechać samochodem – a gwarantuje nam pewną egzotykę: inny krajobraz, plaże, a przede wszystkim piękna pogoda. Na te atrybuty skusili się również Daria i Marek. Tydzień w małej chorwackiej miejscowości to miał być czas dla rodziny. Niestety obowiązki zawodowe „doganiają” Marka na urlopie, a jego żona zaprzyjaźnia się z Verą, młodą Szwedką. Panie zbliżają się do siebie, atmosfera iskrzy coraz bardziej. W Darii budzi się pragnienie przygody, a bogate szwedzkie małżeństwo sprawia wrażenie chętnego do „zaproszenia” Polki do zabawy. Wakacyjna przygoda, a może niebezpieczne zapomnienie się w promieniach słońca. „Jedno jest pewne – nie wszyscy wrócą do domu.”1

„Za granicą” można określić jako thriller psychologiczny. Wojciech Chmielarz stworzył bohaterkę znudzoną życiem. Właściwie Daria uświadamia to sobie dopiero kiedy poznaje Verę, piękna młodą dziewczynę, która ma wszystko. Bogatego męża, piękne ciało i wygląda na to, że potrafi korzystać z tego co oferuje świat. Daria natomiast utknęła w rutynie praca-dom. Desperacko próbuje połączyć macierzyństwo z karierą zawodową, a to jest czasochłonne. Dociera do niej, że pragnie przygody. „Chciałabym coś zrobić! (…) Coś, żeby poczuć, że nie jestem nudna.”2 Wakacyjna beztroska wzmaga to pragnienie. Chorwacka aura pcha kobietę ku przygodzie. Czy nie zrobi korku za daleko?

Podoba mi się problematyka, którą Wojciech Chmielarz podjął w tej powieści. Wakacyjne tło uwypukla codzienną nudę i ładnie widać na nim zazdrość, jaką wywołują w nas ludzie, którzy żyją – w naszym mniemaniu – ciekawej. Natomiast nie do końca przekonują mnie bohaterowie książki. Mam wrażenie, że autor wymusza pewien ich obraz. Szczególnie postać sprawcy/sprawczyni tragedii, jaka się w powieści wydarzy. Osoba ta tak się zmienia, że musiałaby być genialnym aktorem (bądź aktorką). Normalnie Tom Hanks mógłby się od niej uczyć. Albo wspomniana już Daria. Jej ewolucja od nadopiekuńczej mamy (bo małżeństwo Polaków jest na wakacjach z czteroletnim synkiem) do zostawiania dziecka z obcymi ludźmi jest ekspresowa. Rozumiem, co autor chce pokazać, ale brakuje mi w tym procesu. Bohaterowie nagle zmieniają się, w kompletnie inne osoby.

Za to w innych sprawach można zarzucić Wojciechowi Chmielarzowi powolność. Najczęstszym zarzutem, jaki pada wobec tej powieści, jest... Nazwijmy to „zbyt długie wprowadzenie do akcji/tragedii/zbrodni (zwał, jak zwał)”. Faktem jest, że przez dobrą połowę książki niewiele się dzieje. Plaża, obiadek, kilka swingerskich aluzji, kłótnia, ploteczki. Nie jest to zbyt porywające, ale chyba potrzebne, aby zrealizować pomysł pisarza. Pomiędzy dwoma małżeństwami musi nawiązać się pewna relacja, a na to niestety potrzeba czasu.

Kiedy czytelnik już przebrnie przez wakacyjną sielankę i pojawi się wątek kryminalny, cały jego wysiłek zostanie zrekompensowany. To co zrobił Wojciech Chmielarz w drugiej połowie powieści jest niesamowite. Wydarzenia, które opisuje, i to jak je opisuje, wywołały u mnie wręcz namacalny niepokój. Nie byłam w stanie odłożyć książki, bo oszalałabym ze strachu o jej bohaterów. Oszalałabym, gdym nie dowiedziała się, jak to wszystko się skończy.

Przyczepię się za to do pewnej rozwlekłości opisu i wyciągania przez autora niepotrzebnych informacji i postaci. Przytoczę fragment: „W końcu kobieta zaprowadziła ich do domu podzielonego na dwa apartamenty. Ten na górze przeznaczony był dla Anki i Piotra, którzy nie przyjechali, co Daria i Marek wyjaśnili dokładnie właścicielce – jak się okazało, niepotrzebnie, gdyż doskonale znała sytuację. Zmarnowali, więc po prostu kilka minut. Przez chwilę zastanawiali się, czy nie zamienić mieszkań i nie wziąć tego na górze, ale uznali, że lepiej im będzie na dole.”3 W tej gadaninie dla czytelnika istotne jest, że gospodyni zaprowadziła Polaków do ich apartamentu. Wielcy nieobecni, czyli Anka i Piotr, powinni w ogóle „wylecieć” z powieści, bo kompletnie nic do niej nie wnoszą. Daria kilka razy telefonuje do przyjaciółki, ale – w kontekście opisanej historii – jest to zwykłe „pitu, pitu”. Podobnych fragmentów znalazłoby się więcej. Żeby nie iść w drobnicę przywołam jeszcze lęki, które ma Daria (kobieta panicznie boi się, że umrze i zostawi męża i synka samych) oraz ich genezę. Kompletnie nie wiem, dlaczego Wojciech Chmielarza zdecydował się na „obarczenie” nimi swoje bohaterki i co chciał tym osiągnąć. Właściwie, kiedy akcja się zagęszcza odchodzą one w zapomnienie.

Trudno mi wystawić ocenę powieści „Za granicą” mam wrażenie, że bilans plusów i minusów wychodzi na zero. Trochę pokreśliłabym tę powieść. Wywaliłabym parę zdań i drobnych scenek, bo w thrillerach nie uznaję czczej gadaniny. Wszystko ma być po coś. Chciałabym też nie mieć poczucia, że pewne wrażenia autor wywołuje „na siłę”. Mówiąc prościej, zabrakło mi w fabule naturalności. Ale te rumieńce, to poruszenie, ten ścisk w brzuchu, to przyspieszone tętno – o to chodzi w thrillerach. Im bardziej Wojciech Chmielarz zagęszczał akcję, tym bardziej mnie ogarniało czytelnicze szaleństwo.

1 Wojciech Chmielarz, „Za granicą”, wyd. Marginesy, Warszawa 2023, okładka.

2 Tamże, s. 163.

3 Tamże, s. 33.

[Egzemplarz recenzencki]

 „Zemsta. Meghan, Harry i wojna Windsorów” Tom Bower

„Zemsta. Meghan, Harry i wojna Windsorów” Tom Bower

Ślub księcia Harrego z Meghan Markle miał być początkiem nowej ery dla brytyjskiej monarchii. W ducie z księciem Williamem i jego żoną Kate mieli tworzyć fantastyczną czwórkę i być symbolem nowoczesności „korony”. Ale niepokorna amerykanka miała własny pomysł na siebie i nie chciała podporządkować się sztywnym wymogom. Piękny sen o byciu księżniczką przerodził się w koszmar.

Tom Bower zaprasza czytelników na dramat niejednego aktora, a jego główną bohaterką będzie Meghan Markle. Autor reportażu pt. „Zemsta. Meghan, Harry i wojna Windsorów” chce nam bliżej przedstawić kobietę, która usidliła księcia i doprowadziła do rozłamu w rodzinie królewskiej. Efekty śledztwa przeprowadzonego przez Toma Bowera nie spodobałyby się zainteresowanej. Meghan zostaje pokazana jako kobieta, której ambicje przerosły talent. Miała wysokie wymagania. Chciała być sławna, bogata, obsypywana prezentami i pochwałami. Podczas gdy jej życie zawodowe wyjątkowo mozolnie posuwało się do przodu, a raczej zbliżało do martwego punktu. Aż poznała jego. Nieco zagubionego, łaknącego miłości i zrozumienia, księcia Harry'ego. Miał być jej bramą do sławy i dobrobytu. Wydawało jej się, że jest gotowa na tytuł księżnej, że zostanie drugą Dianą, jednak życie ściągnęło ja brutalnie na ziemię.

Po przeczytaniu „Zemsty” chyba nie można powiedzieć nic dobrego o Meghan Markle. Autor książki podkreśla same negatywne zjawiska: pozerstwo, kłamstwa, manipulacje, materializm, mobbing i stara się je podeprzeć konkretnymi sytuacjami oraz wypowiedziami „bliskich” Meghan i Harrego. Szczerze mówiąc to na nikim nie zostawia suchej nitki, bo Windsorów przedstawia jako biernych na ataki prasy, nie mających pomysłu, jak „utemperować” młodych i jak im pomóc. Chociaż przyznać trzeba, że o nich nie pisze tak ostro, jak o samej Meghan

Jest to książka „brudna”. Miodek, dla tych, którzy lubią taplać się w pomówieniach i ploteczkach. Przyznam, że czyta się ją wybornie. Dzięki Tomowi Bowerowi czytelnik trafia w świat intryg oraz konwenansów i ze złośliwą przyjemnością patrzy na walkę młodej księżnej o utrzymanie się na powierzchni. Chce mu się śmiać z jej niezrozumienia pewnych sytuacji. Upaja się pogardą, jaką żywi do niej za jej miłość do luksusu. Krótko mówiąc, może sobie poużywać.

Jak już wspomniałam, „Zemstę” czyta się wybornie. Tom Bower potrafi zainteresować czytelnika. Jednak kiedy przyjrzymy się dokładnie jego pisarstwu zauważymy wiele powtórzeń, czego ja osobiście nie lubię. Przykładowo, kilkukrotnie podkreśla, że królowa poszła młodym na rękę i pozwoliła na szybsze wprowadzenie Meghan do rodziny. Czasami autor trochę „kręci”. Na przykład, kiedy opisuje przygotowania do ślubu raz sugeruje, że Meghan nie chciała zaprosić ojca, po czym pisze, że była zrozpaczona, iż go nie było. Faktem też jest, że najgłośniej krzyczą pokrzywdzeni. Dlaczego mamy wiele wypowiedzi odrzuconego ojca, a nie ma cytatów matki, która była obok córki? Wnioski wysnute z niektórych wypowiedzi, też nie zawsze były dla mnie oczywiste. Dodam również, że nie przepadam za tak agresywnym stylem, za tak jednoznacznym kreowaniem bohaterów reportażu. Zawsze zapala mi się lampka ostrzegawcza.

Tom Bower ulega stereotypom chociażby przedstawiając Harrego, jako pijaka i łobuziaka, z jakim to wizerunkiem nie zgadza się sam książę, co rozwija w książce „Ten drugi”. Zresztą zestawianie tych dwóch publikacji jest bardzo interesujące i niejako daje całokształt tego co się wydarzyło. Niejako, bo właściwie prawdy nigdy nie poznamy. Przypuszczam też, że każda ze stron ma swoją wersję prawdy. Natomiast w „Zemście” padają bardzo ważne słowa: „Niewiele osób rozumiało, w jaki sposób książę i księżna definiują prywatność.”1 Dzięki zapoznaniu się z materiałem zebranym przez Toma Bowera można to zrozumieć, a pewne ich posunięcia, uznawane jako dwulicowość, zaczynają nabierać sensu.

1 Tom Bower, „Zemsta. Meghan, Harry i wojna Windsorów”, przeł. Olga Dziedzic, Paulina Surniak, wyd. Marginesy, Warszawa 2023, s. 314.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ha-Ga. Obrazki z życia" Agata Napiórska

"Ha-Ga. Obrazki z życia" Agata Napiórska

Patrzę na okładkę książki. Spogląda z niej na mnie kobieta. Ubrana jest skromnie, lecz z szykiem. Misternie ułożona fryzura świadczy o dbałości o wygląd. Jednak to nie włosy przyciągają wzrok, a piękne ogromne oczy, od których nie sposób się oderwać. Spoglądam na tytuł książki „Ha-Ga. Obrazki z życia” i już wiem, że rysunkowe ludziki umieszczono obok niej nie przypadkowo. Mam w rękach biografię polskiej artystki i satyryczki, Anny Gosławskiej-Lipińskiej.

Czy Ha-Ga to ciekawa postać na polskiej scenie rysunku? Uchodziła za skromną i nieśmiałą, ale... Czy ktoś kto przyjaźnił się z Tuwimem i Gombrowiczem (chociaż relację z tym drugim lepiej chyba określić jako „to skomplikowane”) jest banalny? Czy ktoś, kto wyciągnął męża z obozu koncentracyjnego jest nieśmiały? Czy ktoś, kto regularnie tworzył i publikował satyryczne grafiki jest szary? Na każde z tych pytań odpowiadam stanowczo „nie”. Anna Gosławska-Lipińska być może nie była głośną, kontrowersyjną postacią, ale zasłynęła talentem, klasą, inteligencją. Urodzona w czasie I wojny światowej rysowniczka komentowała w swoich pracach zmieniający się świat.

Agata Napiórska, która jest autorką książki, napisała bardzo rzetelną biografię. Ależ bogaty materiał źródłowy został zgromadzony – listy, prace bohaterki biografii, zdjęcia, wspomnienia. W tym miejscu trzeba zaznaczy, że z Ha-Gą bezpośrednio wiąże się historia prasy polskiej (ilustratorka była mocno związana z czasopismem „Szpilki) i na tym polu Agata Napiórska „odrobiła zadanie domowe”.

Biografia została napisana w tradycyjny sposób, czyli chronologicznie. Jej autorka nie kombinuje z formą. Zachowuje dystans wobec opisywanej postaci i konsekwentnie przedstawia kolejne fakty z jej życia, które to przeplata (wspomnianymi już) materiałami źródłowymi, np. mnóstwo tu cytatów z prywatnej korespondencji. Agata Napiórska wiele z tych materiałów wyczytuje, np. powiązuje twórczość Ha-Gi z jej życiem osobistym.

Anna Gosławska-Lipińska zmarła w 1975 roku. Ja urodziłam się prawie 10 lat później, a jednak Ha-Ga była obecna też w moim domu. Poza tym, że jej prace pojawiały się na łamach prasy, ilustrowała również książki dla dzieci, a autorka jej biografii mniema, że to był właśnie „żywioł” rysowniczki. Jakkolwiekby nie było, od razu po przekartkowaniu książki wiedziałam, że skądś znam te rysunkowe ludziki. Sprawdzam i wiem, musiałam mieć w domu książeczki z wierszami Brzechwy lub Tuwima z ilustracjami Ha-Gi. Pomyślałam sobie, że jest to niesamowite, czytać biografię kogoś, kto pośrednio ukształtował mój gust czytelniczy. Przecież, gdyby te ilustracje mi się nie podobały, nie sięgnęłabym do książeczki z wierszami, nie pokochałabym Tuwima i... kto wie, jak to wszystko by się skończyło.

Podsumowując. „Ha-Ga. Obrazki z życia” to fachowo napisana biografia, a ponadto świetnie wydana [wyd. Marginesy, 2023]. Rewelacyjnie zaplanowany, opracowany i graficznie przedstawiony tekst. Książka „napakowana” materiałem źródłowym, który genialnie uzupełnia treść. Jeżeli interesuje was postać Anny Gosławskiej-Lipińskiej, historia polskiego rysunku bądź prasy, nie wahajcie się, bo prezentowana publikacja spełnia najwyższe standardy.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ten drugi" Książę Harry

"Ten drugi" Książę Harry

Dziś bez zbędnych wstępów, bo ani książki, ani jej autora nie trzeba przedstawiać. Kiedy książę Harry wydał swoje wspomnienia, światem zawrzało. Zaczęły się spekulacje, po co to zrobił. Czy chciał oczernić rodzinę? Czy chciał wybielić siebie? A może zwyczajnie zarobić? A co mówi on sam? Przypuszcza, że jego rodzina, ale też ludzie: „Może nigdy naprawdę mnie nie znali.”1 I właśnie tą książką, „Ten drugi”, chce dać się poznać.

Książę w dość luźny sposób spisuje swoje wspomnienia. Zaczyna od dnia śmierci swojej matki, Diany Spencer. Potem przytacza przeróżne wydarzenia ze swojego życia. Mamy tu pozorną chronologię, bo w ramach tych wspomnień ich autor pozwala sobie na luźne dywagacje. Harry opowiada o wielkich wydarzeniach o charakterze narodowym, jak i zwykłych, codziennych sprawach. O monumentalnych życiowych decyzjach, jak i błahostkach. Co istotne, kiedy decyduje się coś przytoczyć robi to bardzo szczegółowo. Moim zdaniem, aż zanadto, jednak nie można odebrać książce plastyczności opisu i dużej dawki uczuć, emocji.

Kiedy zaczynałam czytać „Tego drugiego” byłam sceptycznie nastawiona. Moja pierwsza myśl: „Doskonały twór marketingowy, mający wykreować konkretną postać.” Po pewnym czasie stwierdziłam, że nie mogę tak podchodzić do tej książki. Sięgając po czyjąś autobiografię, muszę tej osobie zaufać. Muszę być otwarta na to, co chce mi o sobie opowiedzieć. I zaczęłam uważnie „słuchać”.

Historii chłopca urodzonego w specyficznej rodzinie przedkładającej obowiązki i wizerunek ponad więzi. Sam książę Harry pisze: „Dystans był istotną częścią przynależności do rodziny królewskiej (…)”2, a patrząc na ich zdjęciach czy oglądając transmisje telewizyjne z ich udziałem ten dystans łatwo wyczuć. Łatwo zauważyć też wszelkie wyuczone pozy, które są dalekie od „ludzkich zachowań”. To raczej „zmyślna architektura, scenografia teatralna”3. Do tego stopnia, że kiedy Harry używa określeń tata, babcia, Willy, wydają się nienaturalne, a przecież to jego najbliżsi.

Historii chłopca, którego przytłaczały ambicje. Sam mówi o sobie, że nie był szczególnie zdolny, aby za chwilę pisać o kolejnych projektach, wyzwaniach, wakacjach spędzanych na pracy, wypadach związanych z reprezentowaniem narodu – przecież jest księciem, trzecim w kolejce do tronu, jemu nie wypada nic nie robić. Postać księcia Harry'ego jest ciekawa w zestawieniu z siostrą jego babci, księżniczką Małgorzatą. W książce „Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor” Andrew Morton przedstawia ją jako wyjątkowo ambitną. I o ile Małgorzata sprawa wrażenie dużo pewniejszej siebie i bardziej związanej z siostrą, to z obu biografii wyłania się potrzeba rywalizacji, zwrócenia na siebie uwagi.

Książę Harry tą książką osiągnął jedną, bardzo ważną rzecz. Pokazał światu, że jest po prostu człowiekiem. „Przed wiekami królów, królowe i ich krewnych uważano za równych bogom; teraz byli robactwem.”4 Nie dziwię się Harry'emu, że tak czuje. Niezależnie od tego co było i jest prawdą media odcisnęły piętno na jego życiu i faktem jest, że nie może się od nich odciąć, a przy tym nie jest wstanie kontrolować wszystkiego, co pojawia się na jego temat. Pominął więc dziennikarzy i zwrócił się bezpośrednio do ludzi.

1 Książę Harry, „Ten drugi”, przeł. Miłosz Biedrzycki, Anna Dzierzgowska, Jan Dzierzgowski, Mariusz Gądek, Agnieszka, Wyszogrodzka-Gaik, wyd. Marginesy, Warszawa 2023, s. 14.

2 Tamże, s. 69.

3 Tamże, s. 8.

4 Tamże, s. 60.

[Egzemplarz recenzencki]

"Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor" Andrew Morton

"Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor" Andrew Morton

Która mała dziewczynka choć przez chwilę nie chciała być księżniczką? Piękne suknie, tiary, bale, przepych, brokat i inne cuda, cudeńka. Andrew Morton w biografii sióstr Windsor zatytułowanej po prostu „Elżbieta i Małgorzata” opowiada historie dwóch księżniczek, których życie niekoniecznie było jak z bajki.

Popularność serialu „The Crown” oraz śmierć królowej Elżbiety sprawiła, że życiorys owej postaci jest wyjątkowo chętnie czytany. Wiele już o niej napisano i pewnie jeszcze dużo publikacji się pojawi. Jeżeli chodzi o książkę „Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor” na uwagę zasługuje sama jej koncepcja, czyli siostrzane relacje. Andrew Morton skupia się na charakterach bohaterek oraz czynnikach, jakie je kształtowały – stara się odkryć, co czuły, jak na siebie patrzyły, czego mogły sobie zazdrościć, a kiedy współczuć – co nieuchronnie prowadzi do spojrzenia w szerszej perspektywie na rodzinę królewską. W tym wywodzie jasno i wyraźnie widać, jak tzw. etykieta pęta człowieka na stanowisku i jego bliskich, ile rzeczy robi się wbrew sobie, dla wizerunku. Widać, że na szczytach władzy nie ma miejsca na uczucia.

Andrew Morton przyjmuje pozycje obserwatora – ja wyobrażałam go sobie, jako zjawę lewitującą za oknem. Mamy wrażenie, że uważnie przypatruje się każdemu krokowi księżniczek, aby opisać najmniejszy grymas na ich twarzy. No może aż tak szczegółowo nie jest, niemniej biograf stara się odmalować uczucia, co bardzo zbliża czytelnika do bohaterek książki. Udaje się stworzyć wrażenie, że poznajemy nie tylko ich życiorys, a je same. Takie biografie są na pewno znacznie ciekawsze niż suche wyliczanie faktów, jednak mój sceptycyzm każe mi się zastanowić, ile autor domniemał, a ile wyczytał ze źródeł. I na tym polu Andrew Morton całkiem dobrze się borni. W tekst wplótł sporo cytatów (rzetelnie opisanych), które mają być dowodem na wyciągnięte wnioski.

Zapewne to młodsza siostra przykuje uwagę polskiego czytelnika. Elżbieta jest powszechnie znana. A Małgorzata? To jest taka postać, o której chętnie pisałby plotkarskie gazety – śliczna i buntownicza. Umyślnie użyłam trybu przypuszczającego, bo w magazynach, które kupowała moja mama na przełomie lat 90-tych i 2000 siostra królowej raczej musiała ustąpić skandalom wywoływanym przez Dianę czy Sarah Ferguson. Jak było wcześniej? Przypuszczam, że trudno szukać plotek w cenzurowanej prasie PRL-u, ale może się mylę. Wracając do Małgorzaty, jak możecie się domyślić, jej życiorys jest burzliwy. Staje na przeciwnym biegunie wobec opanowanej, dbającej o pozory siostry. I właśnie ten kontrast między Paniami Andrew Morton podkreśla.

Książkę „Elżbieta i Małgorzata” bardzo dobrze się czyta. Myślę, że czytelnicy lubię takie biografie, które przez moment pozwalają im wkroczyć w inne życie. To, które prowadzi rodzina królewska może być dla nas szczególnie niezrozumiałe, a przy ty wyjątkowo ekscytujące. Miłość i przywiązanie, które ustępuje obowiązkom, emocjonujące bale i skandale, przepych kontra pozorowana skromność. To i wiele innych rzeczy czeka na was w świecie Windsorów.

[Egzemplarz recenzencki]

"Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno" Katarzyna Jasiołek

"Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno" Katarzyna Jasiołek

Mam pytanie do czytelników biografii: Czy czytacie wyłącznie książki o postaciach, które znacie? Czy zdarzyło się wam sięgnąć po publikację o kompletnie nieznanej osobie, bo robiła coś ciekawego, albo – po prostu – ładnie uśmiechała się z okładki? Ja zazwyczaj czytam biografie ludzi kultury, ewentualnie ciekawych postaci historycznych (zazwyczaj związanych z polityką). Właściwie nie miałam w tegorocznych planach czytelniczych publikacji „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno”. Ba, nie miałam jej w planach na kolejną dekadę. A jednak... Maila z informacją o premierze tej książki czytałam chyba trzy razy. Architektka wnętrz, projektantka mebli (i biżuterii, jak się w trakcie czytania okazało), „promotorka” sztuki użytkowej – szybkie zapoznanie się z jej biogramem sprawiło, że zechciałam dowiedzieć się, jakie kultowe projekty ma na koncie. A kiedy przekartkowałam książkę Katarzyny Jasiołek i popatrzyłam na uśmiechniętą buzię bohaterki biografii, wiedziałam, że pokocham Panią Hannę.

„(…) Katarzyna Jasiołek stworzyła kompletną biografię jednej z najważniejszych polskich projektantek ubiegłego wieku na tle powojennej historii polskiego wzornictwa użytkowego, architektury wnętrz, a także zmian społecznych.”* to zdanie z opisu okładkowego najlepiej podsumowuje tę książkę. Autorka opisuje życie Hanny Lachert chronologicznie akcentując ważne miejsca, osoby itp. Bohaterka książki urodziła się przed wojną i wraz z jej dorastaniem nastąpiły w Polsce zmiany obyczajowe, społeczne, polityczne – tego w takiej publikacji nie można było pominąć. Katarzyna Jasiołek pamiętała o jeszcze jednym aspekcie, wyjątkowo ważnym w kontekście profesji Hanny Lachert. Poza tym, że opisuje jak zorganizowana była praca takiej osoby (nauka, spółdzielnie zrzeszające poszczególne profesje itp.) oraz jakie tendencje obowiązywały w architekturze i wzornictwie, autorka raczy czytelników opisami. Poza – co oczywiste – przedstawieniem prac bohaterki biografii, szczegółowo opisano miejsca dla niej ważne np. wygląd domów/mieszkań. Trudno ocenić, jaki wpływ wywarły te przedmioty, wnętrza, budynki na samą Lachert, natomiast fantastycznie dopełniają one prezentacje jej osoby. Dowiemy się, przykładowo, na jakich dywanach bawiła się przyszyła projektantka mebli.

Katarzyna Jesiołek nie tylko przybliża czytelnikom postać Hanny Lachert. Ona umożliwia im poznanie jej. I nie napisałam tego w sensie metaforycznym. Po przeczytaniu książki naprawdę miałam wrażenie, że to moja znajoma. Biografia została wzbogacona o masę fotografii. To staje się już pewnym standardem, bo czytelnicy to lubią. Ja również pochwalam, jednak mam małą uwagę. Wolę , kiedy zdjęcia są podpisane. Wtedy wiem na co patrzę. Czytając główny tekst nie zawsze można się domyślić do czego się odnoszą. Jednak to co innego daje nam możliwość dobrego poznania Pani Lachert – fragmenty rozmów, które autorka przeprowadziła z nią samą i jej rodziną. Kiedy wzięłam tę publikację pierwszy raz w ręce zaczęłam od obejrzenia zdjęcia. Stwierdziłam, że patrzę na śmiałą, energiczną babeczkę z silnym charakterem. Może nieco roztrzepaną, trochę łobuziarę. Byłam zaskoczona, jak dobrze ją rozpracowałam. Z wypowiedzi jej i jej bliskich wyłania się właśnie taka kobieta.

Pisanie biografii „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno” nie było łatwym zadaniem – mało znana postać, mało materiałów źródłowych – jednak Katarzyna Jasiołek wykorzystała niepowtarzalną szansę, rozmowę. Fragmenty, kiedy cytowana jest bohaterka biografii są dla mnie najcenniejsze. Dzięki nim poznałam polską projektantkę wnętrz i mebli, ale również barwną kobietę. Silną i trudną w obejściu – jak mówią jej bliscy – ale emanującą wspaniałą energią. Zapamiętajcie kochani ten tytuł, bo to bardzo dobrze napisana biografia nietuzinkowej postaci.

* Katarzyna Jasiołek, „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno”, wyd. Marginesy, Warszawa 2022, okładka.


[Egzemplarz recenzencki]

"Zielone światła. Wspomnienia" Matthew McConaughey

"Zielone światła. Wspomnienia" Matthew McConaughey

Jakiś czas temu na rynku wydawniczym ukazały się wspomnienia aktora znanego z takich filmów jak „Interstellar”, „Witaj w klubie”, „Mroczna wieża”, „Uciekinier” czy „Wilk z Wall Street”. Mowa tu o Matthew McConaughey'u i książce „Zielone światła. Wspomnienia”. Podobno „bestseller”. Seler to nie jest moje ulubione warzywo, chociaż zdarza mi się suróweczkę z niego zrobić. Jednak trochę uważałam na lekcjach angielskiego i wiem, że „the best” znaczy najlepszy, więc Asia myśli sobie: „może warto”. W takim razie sprawdzam, czy Matthew McConaughey faktycznie wyhodował taki pyszny seler.

Z pozoru czytelnicy otrzymują autobiografię, ale nie do końca. „To jest książka o podejściu. Jestem tutaj, żeby podzielić się historiami, spostrzeżeniami, które można obiektywnie rozgryźć, a jeśli uznacie, że warto – subiektywnie je zaadaptować i albo zmienić swoją rzeczywistość, albo zmienić sposób, w jaki ją postrzegacie.”* tak pisze o książce autor publikacji. Uprośćmy trochę jego słowa. W „Zielonych światłach” znajdziemy historie z życia aktora, ale wzbogacone są one o serię przemyśleń o – jak ja to mówię - „o życiu, trwaniu, przemijaniu”. Matthew McConaughey trochę opowiada o sobie, trochę filozofuje, a cały ten wywód utrzymany jest w gawędziarsko-kaznodziejskim stylu. Może bez religijnego „alleluja”, ale facet ewidentnie chce wyciągnąć jakaś naukę ze swoich doświadczeń i nieść ją ludziom.

Matthew McConaughey to postać o wyjątkowo ciekawym życiorysie, co sprawia, że jego wspomnienia fantastycznie się czyta. Co prawda ja wolałabym je w wersji zbeletryzowanej, bo taką formę biografii najbardziej lubię. Nie do końca też interesuje mnie co akurat ta osoba myśli o „sensie życia”, chociaż nie zaprzeczę, że można z tego wyczytać co nieco o charakterze aktora. Niemniej publikacja zachwyciła mnie językowo. Począwszy od kompozycji, po (czasami) nieco zawoalowane zdania, ale jednak pięknie zbudowane i mające w sobie coś liryczno-magicznego.

To jak z tym selerem? - zapytacie się. Brać czy nie brać? Jest to niezłej jakości produkt. Matthew McConaughey to ciekawa postać nie tylko na gruncie filmowym. Do tego potrafi wspaniale się wypowiadać. Jego „Wspomnienia” balansują pomiędzy autobiografią a luźnym wywodem. Wielu czytelników może uznać tę formę za interesującą. Ja daję „Zielonym światłom” zielone światło.

* Matthew McConaughey , „Zielone światła. Wspomnienia”, przeł. Adam Pluszka, wyd. Marginesy, Warszawa 2022, s. 11.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger