"Berlin. Błyski światła w mieście mroku" Beata i Paweł Pomykalscy

"Berlin. Błyski światła w mieście mroku" Beata i Paweł Pomykalscy

Berlin na przestrzeni dziejów rósł w znaczenie, aż stał się stolicą Niemiec. Miastem ważnym, w którym odbiły się idee, które brało udział pisaniu historii. Nie uchodzi on za piękny. Beta i Paweł Pomykalscy w publikacji „Berlin. Błyski światła w mieście mroku” piszą wprost: „Berlin jest toporny i szorstki”1. Zauważają nawet, że „nawet romantyzm przybrał tu dość gruboskórna formę (…)”2. I właśnie ta gruboskórność jest źródłem charakteru Berlina. Jednak, pomimo że autorzy zaczęli niezbyt urokliwie, udało im się wyciągnąć z Berlina piękno. W swojej książce pokazali nam rożne miejsca, które może czasami pasują „jak pięść do nosa”, ale każde z nich jest cząstka tego miasta.

Wow, wow i jeszcze raz wow. „Berlin...” jest trzecią publikacją z serii „Oblicza świata”, którą miałam okazję przeczytać, i jak dotąd najciekawszą. „Winna” jest temu Beta Pomykalska, która potrafi pięknie pisać o miejscach i która sprawia, że nawet pewna toporność niemieckiej stolicy jest poezją. Publikacja jest czymś pomiędzy przewodnikiem, a reportażem. Przedstawiono w niej miejsca, ale niekoniecznie (albo nie do końca) w kontekście atrakcji turystycznych. Tu zrobiono wiele kroków dalej. Pomykalscy nie tylko je opisali oni oddali ich znaczenie i ducha. I ta mozaika rożnych miejsc, kawałek po kawałku, składa się na Berlin. Taki nieco „pozlepiany”, pełen kontrastów i warstw, skomplikowany.

I mnie się ten Berlin u boku Pomykalskich fantastycznie odkrywało. Zasłuchałam się w jego historię niczym dziecko w bajkę. Kroczyłam przez niego spokojnym spacerem. Miałam czas patrzeć, odczuwać. Berlin jest doskonałym przykładem, że miasta mają swoją historię, ale też duszę. Że to nie tylko miejsca, ale w tych miejscach kryją się wspomnienia minionych czasów i ludzi. A Pomykalscy w pięknym stylu o nich przypominają.

1 Beata i Paweł Pomyklascy, "Berlin. Błyski Światła w mieście mroku", wyd. Bezdroża, Gliwice 2025, s. 5.

2 Tamże.

[Egzemplarz recenzencki]

"Agatha Syndrome" Hector Kung

"Agatha Syndrome" Hector Kung

Kiedy Max poznał Agathę wszystko się zmieniło. On znalazł swój ideał, a ona... Ona pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, jednak nie jest to początek romantycznej historii. Summa summarum Agatha złamała Maxowi serce. Okazała się piękną egocentryczną formą. Co z tego jeżeli to spotkanie zaważyło na całym życiu mężczyzny, a obraz Agathy pozostał na zawsze niedoścignionym ideałem piękna. Teraz Max pracuje w elitarny szwajcarskim banku. Jeden z klientów zwraca się do niego z nietypową prośbą. Obiecuje bogactwo w zamian za odlezienie pewnego przedmiotu. Max prosi o pomoc dwójkę przyjaciół. Wspólnie wyjeżdżają do Polski w poszukiwanie lepszego jutra. Jednak zanim je znajdą będą musieli przejść labirynt przygód, labirynt pamięci, labirynt uczuć.

Hector Kung (pseudonim) w „Agatha Syndrome” zawarł elementy obyczajowe, psychologiczne i przygodowo-kryminalne, natomiast styl w jakim została napisana książka przypomina literaturę piękną. Autor ładnie formułuje myśli. Prowadzi czytelnika krętymi ścieżkami dygresji przez opowieść pełną refleksji. Zagłębia się w odczucia głównego bohatera. Nie spieszy się, daje mu czas się wygadać. Widać też, że Hector Kung trzyma „słowo” w ryzach. I tak jak niedbalstwa nie pochwalam, to tu miałam wrażenie, że autor włożył aż nadmiar energii, żeby „doszlifować” język powieści i emocje bohaterów, żeby w tych zdaniach ukryć dla czytelnika jakieś perełki.

Sprawia to, że w tę historię trudno się „wchodzi”. Kompozycja jest w porządku: dowiadujemy się kim była Agatha, następnie lepiej poznajmy Maxa, a potem zostajemy razem z nim wprowadzeni w przedmiot misji. Tempo akcji jest nieśpieszne, a akcent przesunięty jest na myśli, na emocje. Natomiast inne wątki nieco ożywiają fabułę elementem przygody. Że tak powiem: „Jest na czym oko zaświecić”. Jednak wrócę jeszcze do języka, bo „Agatha Syndrome” wymaga o nas ciągłej czujności. Nie możemy tu poddać się fali. Ciągle nam w głowie dzwoni, że musimy czytać uważnie, bo coś nas ominie.

Wdzięczne i niewdzięczne jest również tło. Szwajcarski bank, elity (albo stare bogate dziady, jak kto woli), a wśród nich chłopak który pragnie dużo. Czy miłosne rozczarowanie sprawiło, że Max chce więcej. Niedościgniony ideał wywołał w nim pragnienie doskonałości? Czy obiecana fortuna pomoże mu się do tej doskonałości zbliżyć? Mamy tu możliwość rozwinięcia wielu tematów i pogrzebania w psychologii postaci. Natomiast nie jestem pewna, czy autor dobrze się z tym tłem czuje. Wyczuwam pewną, trudną do opisania „sztywność”. Jakby bohaterowie ciągle chodzili wyprostowani jak struny.

„Agatha Syndrome” ma kilka plusów i minusów. Lubię elementy psychologiczne. Postać Maxa co prawda jakoś szczególnie nie zapisała się w moim sercu, ale i tak ciekawie było pogrzebać w jego głowie i spróbować go rozpracować. Sprawa, którą bohater miał „załatwiać” całkiem fajnie intryguje i zachęca do odkrywania kolejnych etapów tej historii. Natomiast narracji brakuje luzu i ja też mimowolnie spinałam się podczas czytania. Do tego autor wymusza na nas nas ciągłe skupienie, rozważanie słów, co może zmęczyć jeśli sięgniecie po powieść np. nieco zmęczeni.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

"Sekret wielkiego mistrza" Agnieszka Stelmaszyk

"Sekret wielkiego mistrza" Agnieszka Stelmaszyk

Kiedy książę Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do Polski, nawet nie przypuszczał, jak bardzo wpiszą się oni na karty historii naszego kraju. Jakie sekrety zostawił po sobie ten zakon? Jeden z nich będą mieli okazję odkryć bohaterowie cyklu przygodowo-historycznego autorstwa Agnieszki Stelmaszyk pt. „Kroniki Archeo”. Część ta jest wymownie zatytułowana „Sekret wielkiego mistrza”.

Zaskoczyła mnie ta książka, bo zaczęła się a Amazonii. I to jest bardzo ciekawe zagranie ze strony autorki. Nie wiem czy czytelne dla młodego odbiorcy, do którego przecież kierowany jest ten cykl, aczkolwiek nie mogę zaprzeczyć, że w ten sposób Stelmaszyk pokazuje, że historia to ciągłość. Że to co działo się w średniowieczu rozpalało też wyobraźnie ludzi w XX wieku i rozpala dalej.

W trakcie fabuły wrócimy do Polski, a potem zawędrujemy do Niemiec. Weźmiemy udział w turnieju rycerskim i zajrzymy do najciemniejszych zakamarków średniowiecznych zamków. Nie zabraknie tu też elementów przygodowo-sensacyjnych. Autorka po raz kolejny łączy wątki historyczne z wartką akcją. Mamy tu młodych bohaterów, a przede wszystkim pasjonatów, co ja bardzo lubię. Oni są wręcz zafiksowani historią i aż „palą się” na myśl o rozwiązaniu kolejnej zagadki. W to wszystko Stelmaszyk wplotła też wątki rówieśnicze, a także pierwszych wzajemnych fascynacji.

„Sekret wielkiego mistrza” sprawia wrażenie książki intensywnej (podobnie jak inne części cyklu „Kroniki Archeo”), ale to jest ogromny walor. Stelmaszyk stawiam na energie i tempo rodem z dobrych powieści sensacyjnych. Czytelnik zatraca się dzięki temu w – momentami niebezpiecznej – przygodzie, a przy okazji odkrywa ciekawostki z historii Polski i świata.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzieci Świętej Małgorzaty" Ante Tomić

"Dzieci Świętej Małgorzaty" Ante Tomić

Święta Małgorzata jest patronką kobiet ciężarnych. I właśnie w intencji spłodzenia potomka przybywa do pewnego dalmatyńskiego miasteczka zdesperowane małżeństwo. To tu mają się odbywać obchody ku czci świętej. Ich wątek przeplata się z innymi: syryjskiego imigranta, bankrutującego biznesmena, przedsiębiorczego policjanta mającego w planach sprzedawać ćevapy i mogącego poszczycić się piękną córką. Kibicuje im osioł pana Mikuli, który bezbłędnie potrafi wyczuć chemię między ludźmi i nie waha się głośnym rykiem obwieszczać o tym światu. Czy obchody ku czci świętej Małgorzaty będą owocne?

Ante Tomić swego czasu zauroczył mnie książka „Cud w Dolinie Poskoków”, więc bez wahana sięgnęłam po jego kolejną powieść, która na polskim rynku ukazała się dzięki oficynie literackiej Noir Sur Blanc. Ta zatytułowana jest „Dzieci Świętej Małgorzaty”. Chorwacki autor po raz kolejny serwuje nam satyrę i to nieco przaśną satyrę. I tu się na chwilę zatrzymam. Tomić pokazuje, że przaśność nie musi być wulgarna Że – pomimo iż – fabuła powieści kręci wokół robienia dzieci, można pisać o tym sympatycznie i zabawnie. Że seks może i jest tematem przewodnim, ale nie dominuje, nie przyćmiewa innych aspektów.

Miasteczko, w którym dzieje się akcja to takie miejsce, gdzie po prostu się żyje. Ludzie mają sporo wyrozumiałości wobec sąsiadów. Może nie zawsze rozumieją świat, ale biorą go takim jaki jest, nie komplikując sobie specjalnie życia. I ta prostolinijność urzeka czytelnika, a na satyrycznej kanwie tworzy swego rodzaju krzywe zwierciadło relacji międzyludzkich, miłości, kochania.

Po raz kolejny rewelacyjnie bawiłam się z książką tego chorwackiego pisarza. Tomić – trochę jak Mrożek – pokazuje, że satyra nie musi być skomplikowana. Ona nie musi przytłaczać czytelnika formą czy językowymi konstruktami. „Dzieci Święte Małgorzaty” to komedia pełną gębą. Komedia, która może być odświeżająca w świecie pełnym terminów i planowania. Czy jeszcze wiemy, co to spontaniczność?

[Egzemplarz recenzencki]

"Mopsorożek i śniegwinek" Matilda Rose

"Mopsorożek i śniegwinek" Matilda Rose

Do Sklepu z Magicznymi Zwierzętami trafia niesforne jajo. Księżniczka Ala dokłada wszelkich starań, aby je ogrzać, ale jest to bardzo trudne, bo na dworze panuje zimowa aura. Do tego przed zbliżającą się Gwiazdką jest sporo pracy. Między innymi trzeba wybrać prezenty dla najbliższych. Ala nie wie, co mogłaby podarować mopsorożkowi. Wszak jej pupil zasługuje na wyjątkowy prezent.

Pierwsza część opowieści kręci się wokół tego, kto wykluje się z jajka. Jego zachowanie i – nie ukrywajmy tego – tytuł obdziera ją z tajemnicy. „Mopsorożek i śniegwinek” - taka konstrukcja pasuje do innych tytułów z tego cyklu, jednak kiedy zestawiamy niechęć jajka do ciepła z tytułem, książki szybko domyślimy się, jakie zwierzątko wykluje się z jaja.

Na szczęście nie chodzi tu tylko o tajemnicę, która tajemnicą – de facto – nie jest. Matilda Rose, autorka cyklu, zwraca w nim uwagę na tzw. chemię pomiędzy pupilami i właścicielami. Śniegwinek to nietypowe stworzenie, czy znajdzie się osoba, która je pokocha? Obok autorka snuje wątek dwóch sióstr. Dziewczynki wszystko robią razem, jednak okazuje się, że to jedna z nich ma silniejszą osobowość i narzuca tej drugiej swoje zdanie. I tu dochodzimy do morału z kategorii „możemy się różnić, ale dalej się lubimy”.

Nie mogę zapomnieć jeszcze o trzecim wątku, czyli poszukiwaniach idealnego prezentu. Akcja tej książki dzieje się w zimowo-świątecznej atmosferze. A jej bohaterowie poświęcają dużo uwagi wyborowi tego najlepszego prezentu. Dla wielu z nas to trudne zadanie. Chcielibyśmy, aby prezent był wyjątkowy, jednak brak nam pomysłów. Na co zwróciły uwagę postacie z bajki o mopsorożku i śniegwinku? Czy znają dla nas jakieś wskazówki?

Jedni lubią ciepło, a inni wolą chłodek. I to jest normalne. Pomimo różnic możemy się wspólnie bawić, możemy darzyć się sympatią. Każdy jest inny, wyjątkowy i to jest piękne. Dzięki temu życie jest ciekawsze.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jednorożce. Książeczka aktywizująca"

"Jednorożce. Książeczka aktywizująca"

Mam dziś dla was zaproszenie do wyjątkowego miejsca. Odwiedzimy krainę jednorożców, gdzie czeka na nas mnóstwo zabawy. Lśniąca rozsypanka, bieg wśród gwiazd, rysowanie pałacu, super smakołyki, tęczowa kolorowanka, zabawa w deszczu i mnóstwo słodkości.

Warto od czasu do czasu proponować pociechom tzw. aktywności stolikowe. I tu znajdziecie właśnie propozycje na spędzenie takiego czasu. Zebrane łamigłówki to nie tylko zabawa, ale też rozwój. Rozwój koncentracji, kreatywności, logicznego myślenia, motoryki. Poza labiryntami, kolorowankami, wyszukiwaniem szczegółów itp. znajdziemy tu elementy do wypchnięcia, z których możemy zrobić gadżety z jednorożcami np. zakładkę do książki, ramkę, dekoracje. Nie mogę zapomnieć o cudownych, świecących w ciemności naklejkach.


Taka książeczka z łamigłówkami w świecie jednorożców to genialna sprawa. Z jednorożcami jest chyba trochę, jak z dinozaurami. Większość dzieci ma okres fascynacji nimi, a wtedy z przyjemność sięgną po taką publikację.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dziewczyna na miesiąc: Styczeń, luty, marzec" Audrey Carlan

"Dziewczyna na miesiąc: Styczeń, luty, marzec" Audrey Carlan

Mia bardzo potrzebuje pieniędzy. Tu chodzi o życie jej ojca. Nie jest łatwo zdobyć milion dolarów, a wierzyciele są bezwzględni. Na pomoc dziewczynie przychodzi ciotka, która proponuje jej pracę w charakterze ekskluzywnej dziewczyny do towarzystwa. Jeden rok, dwanaście miesięcy i dzięki swojej urodzie Mia może wykupić życie ojca. Stawka jest ogromna, a zajęcie wydaje się nawet przyjemne. Już pierwszy klient okazuje się niezłym ciachem, a do tego Mia ma zagwarantowane kosmetyczki, drogie ciuchy i spotkania pełne blichtru.

Audrey Carlan podzieliła cykl „Dziewczyna na miesiąc” właśnie na kolejne miesiące. Tom pierwszy to styczeń, luty i marzec. Schemat jest prosty. Klient wypożycza Mię na jeden miesiąc, gwarantuje jej miejsce zamieszkania, ciuchy, wyżywienie i opiekę, a także definiuje czego od niej oczekuje, a ta wciela się w zleconą jej rolę. Wszelkie inne usługi są płatne ekstra. Już w pierwszym tomie przekonamy się, że każdy z klientów będzie inny i będzie miał inne oczekiwania. Najpierw zadaniem Mii będzie odstraszanie nachalnych adoratorek od znanego reżysera filmowego, potem zostanie muzą wielkiego artysty, a w marcu będzie udawać narzeczoną spadkobiercy znanej sieci restauracji.

„Dziewczyna na miesiąc” to gorący cykl książkowy. Mnóstwo tu przytulasów, pieszczot i innych fiku miku. Można mieć wrażenie, że zdominowały one treść. Jeden Audrey Carlan nie chodzi tylko o seks. Stara się zbudować ciekawe postacie i całkiem dobrze jej to wychodzi. Ba, kiedy patrzyłam na główną bohaterkę czułam, że autorka musi tłumić jej inteligencję i charyzmę, żeby wpisać ją w konwencje powieści. Co ciekawe, w tego typu książkach zazwyczaj jest odwrotnie i kobiece bohaterki wypadają dość pusto. Nie Mia. Ona hardo stąpa przez życie i odważnie pokonuje przeszkody. Ma charakterek, co w duecie w urodą czyni ją wyjątkową kobietą.

Podoba mi się również, że każdy miesiąc, każdy klient to inna historia. I w ich przypadkach autorka zręcznie łączy cielesność (każdy z nich to Adonis) z pewną psychologią uczuć. A w każdym wątku wracamy do Mii, bo to ona coś z tych relacji wyciąga. Odnosi je do swoich dotychczasowych doświadczeń i chyba odrobinkę się zmienia. Jak na razie jestem fanką ekscentrycznego Francuza, artysty pełną gębą, który sprawia, że jego towarzyszka redefiniuje pojęcie miłości, kochania się. Być może nieco manipuluje słowami, ale zasadza w Mii ziarenko wątpliwości, jak powinno się patrzeć na te sprawy.

Powiem, wam, że ta książka mnie zaskoczyła. Właściwie, kiedy znajoma mi ją przyniosła, spojrzałam na nią niechętnie. A jak już ją miałam rękach to przeczytałam, żeby mieć o czym pogadać. Zdecydowanie jest to cykl wpisujący się w literaturę miłosną 18+. Jest gorący i namiętny. Ale też całkiem ciekawy. Carlan postawiła na skomplikowanych bohaterów, ale tak nieprzesadnie skomplikowanych. Na tyle, żeby czytelnik czuł się zaintrygowany tym, co przyniesie bohaterce kolejny miesiąc.

Haft diamentowy. Stich

Haft diamentowy. Stich

Stich ze Stichem się spotkali. Jeden duży drugi mały. Oba pięknie się błyszczące, diamentami się mieniące. Te dwie prace wykleiła pewna dziewczynka, zdeterminowana, aby powiesić na ścianie ulubionego bohatera. Jak jej się pracowało? Czy było to trudne? Dziś wam o tym opowiem.

Haft diamentowy ma coraz więcej entuzjastów. I my polubiliśmy tą aktywność. Może kiedyś pokaże wam swoje prace, ale dzisiaj o hafcie diamentowym dla dzieci. Oba wzory kupiliśmy w Action. Ten większy jest na płótnie i został oznaczony jako XL, czyli w zestawie znajdziemy większy rozmiar diamentów. Widoczne są też przestrzenie między nimi. Trudno mi ocenić, czy to utrudnia czy ułatwia przyklejanie. Na pewno trzeba precyzyjnie trafić w wyznaczone miejsce, bo wszelkie błędy od razu widać, ale też dość łatwo skorygować położne krzywo przyklejonego diamentu. Drugi wzór ma mniejszy format i został nadrukowany na kartonie. W tym zestawie znajdziemy już małe diamenty. Za to będziemy mogli dość dokładnie wykleić bajkowego bohatera. Która praca bardziej wam się podoba?

Haft diamentowy to kreatywna zabawa, w której ćwiczy się cierpliwość i koncentrację – a ze wszystkich stron słyszę, że tego brakuje obecnym dzieciom – a nagrodą jest piękna praca. Na pewno wzory inspirowane bajkami zachęcają dzieciaki do wyklejania. Ja chciałabym zwrócić waszą szczególną uwagę na diamenty XL. Są fantastyczna sprawą dla początkujących. Żeby przenieść diamenciki na kawę używamy specjalnego patyczka, którego koniec zanurza się w wosku, Dzięki temu diamencik się delikatnie do niego przykleja. Zauważyłam, że to złapanie diamentu jest najtrudniejsze dla dzieci. Te XL można łapać nawet ręką. Ja akurat wolę patyczek, ale dla małych dziecięcych paluszków to wcale nie jest głupie rozwiązanie. W prezentowanym wzorze też łatwo zlokalizować, gdzie należy przykleić, który kolor, co jest kolejnym atutem.

Powiem wam, że tego dużego Sticha wyklejaliśmy w trójkę. Nie dlatego, że był trudny, ale każdy chciał przyłączyć się do pracy nad nim. Okazało się, że nawet czterolatek uporał się z tym wzorem. Za to mały Stich pięknie mieni się na biurku M. Na początki wydał mi się niepozorny na tym kawałku kartonika, ale okazało się, że jest to całkiem dobry materiał, bo kryształki nie odpadają, jak zdarza się przy pracach na płótnie. Czy już mieliście okazję wyklejać podobne obrazki?

"O dziewczynce, która została Robin Hoodem" Ben Miller

"O dziewczynce, która została Robin Hoodem" Ben Miller

Wkrocz w magiczny portal i przenieś się do innego świata. Pamiętaj tylko, że obnaży on to kim jesteś. Jeżeli jesteś dzielny/a przywdziejesz szaty bohatera. Jeżeli drzemie w tobie jakaś skaza dostaniesz rolę czarnego charakteru. Charlie z powieści „O dziewczynce, która została Robin Hoodem” odkrywa takie przejście w szkolnej bibliotece. Okazuje się, że między światami odbywa się walka o władzę, a zły hrabia uwięził królową. Wygląda na to, że portal i jego strażniczka (bibliotekarka, a jakże) wybrali Charlie, aby pomogła przywrócić dobro w obu światach. Czy dziewczynka podoła zadaniu?

Charlie to nieśmiała, skryta bohaterka. Marzy o przyjaźni, ale nie umie ich nawiązywać. Boi się towarzyskiej kompromitacji, dlatego chowa się za okładkami książek. Do tego, pierwszego dnia w nowej szkole nie można zaliczyć do udanych. Od razu trafia na szkolnych dręczycieli, którzy wymyślają dla niej „śmieszne” przezwisko. I ta, nieco wystraszona dziewczynka, ma zostać bohaterką?

Ben Miller napisał rasową powiesić przygodową. Zaczyna od koleżeńsko-młodzieńczych dylematów i przy ich pomocy prezentuje bohaterów i ich charaktery. Balansuje na osi czarne-białe postacie, co w formule tej książki bardzo dobrze się sprawdza, ale jak zobaczycie w toku wydarzeń zainicjuje też pewne zmiany – oczywiście na lepsze.

Bez problemu zidentyfikujemy antagonistę. Do tego Miller jasno formułuje jego cele, jak i zadanie, jakie będzie stało przed Charlie. Dziewczynka przystępuje do niego z obawą, ale szybko przekonuje się, że portal uwypuklił wszystkie jej atuty, a do tego obsadził ją w roli postaci, która wyróżnia się wyjątkową odwagą i talentem. Autor mocno inspiruje się historia Robin Hooda, ale nie przekłada jej jeden do jednego. Raczej traktuje ja jako tło, ale też nawiązanie do literackich zainteresowań Charlie.

Aby uratować królową bohaterowie będą musieli współpracować, jak i wykazać się pomysłowością, co doprowadzi nawet do kilku zabawnych scen. W finałowej konfrontacji to Charlie będzie musiała zmierzyć się z hrabią, ale zanim do tego dojdzie bohaterowie zdążą zbudować dość silne więzi przyjaźni, a i każdy z nich będzie mógł wykazać się podczas misji.

„O dziewczynce, która została Robin Hoodem” to rewelacyjna powieść przygodowa dla dzieci i młodszej młodzieży. Ben Miller sprawnie wciąga czytelników w fabułę. Łączy wątki koleżeńskie, jak niezwykłą przygodę. Jego postaci nawet nie przypuszczają, jakie talenty w nich drzemią. Nie jest to może klasyczna powieść „od zera do bohatera”, ale pewne jej cechy możemy tu znaleźć. Ale przede wszystkim jest to emocjonująca przygoda, czytając którą świetnie się bawiliśmy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Za wszelką cenę" Harlan Coben

"Za wszelką cenę" Harlan Coben

David odsiaduje wyrok w więzieniu za zabójstwo własnego syna. On twierdzi, że nie mógł tego zrobić, ale dowody wskazują na coś innego. Na to, że ojciec w pijackim amoku zamordował dziecko. David adaptuje się do więziennego życia i odgradza się od natrętnych myśli. Po pięciu latach odsiadki dostaje znak, że jego syn żyje. Na zdjęciu zrobionym przypadkowo na rodzinnym festynie, w tle widnieje bardzo podobny chłopak. Czy to jego Matthew?

Ta książka Harlana Cobena zatytułowana jest „Za wszelką cenę”, bo bohater za wszelką cenę musi dotrzeć do chłopca ze zdjęcia, aby upewnić się, czy jest to jego syn. Autor zaczyna spokojnie, od pewnych przemyśleń bohatera, aby wrzucić nas i jego w na rollercoaster brawurowej ucieczki z więzienia. Akcja pędzi jak rakieta, a czytelnik raczony jest ekstremalnymi scenami rodem z produkcji sensacyjnych. Efekt – w moim odczuciu – jest nieco komiczny, jednak nie można powieści odmówić dynamiki.

Chciałabym napisać też emocji, jednak fabułą tej książki wydaje się słabo rozbudowana i naciągana. Jakby Coben skupił się na aspekcie sensacyjnym, przez co – owszem dzieje się – ale jakoś tak „po łebkach”. Za szybko, za dziwnie, za efektownie. Weźmy chociażby wątek, kiedy David zostaje napadnięty przez współwięźnia, który swoją drogą jest naprawdę intrygującą postacią – świr jakich mało. Zastanawiamy się jakie miał motywy, czy ktoś zlecił mu tę napaść. Historia zaczyna obudowywać się naprawdę intrygująco. I nagle w ten mur wjeżdża auto porywając bohatera razem z więzienną bramą - dosłownie i w przenośni – a incydent w więzieniu zostaje zapomniany, bo trzeba przebierać się, zmieniać tablice rejestracyjne, bić się z policjantami, jeździć po USA w rożnych kierunkach (aby zmylić pościg, ofkors), a to wszystko po to, aby znaleźć Matthew.

Nie polecam, nie odradzam. „Za wszelka cenę” to powieść do przeczytania, ale nie znalazłam w niej niczego szczególnie ciekawego. Ot, szybka książka, która ma zapewnić rozrywkę. Przyznam, że mnie znudziła powierzchownością i efekciarstwem. Kto trochę zagląda do moich recenzji, wie że lubię emocje i elementy psychologiczne. U Cobena znalazłam tylko akcję.

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Źrebaki i rumaki" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Źrebaki i rumaki" Agnieszka Mielech

Co tym razem przyszło do głowy Emi i jej przyjaciołom? Nauki jazdy konnej. Czy im się w głowach poprzewracało? Nie do końca. Wszystko zaczęło się od zaszyfrowanego listu. Co w nim było, że członkowie klubu koniecznie chcieli nauczyć się konnej jazdy? Ba, nawet zgodzili się dokładać do lekcji z kieszonkowego. W stadninie poznają różne zwierzęta m.in. klacz Bravę. Dowiadują się, że właściciel chce ją wykupić, a to nie wróży dla niej dobrego życia. Wkładają dużo starań, aby znaleźć dla Bravy inny, dobry dom.

Ech, ten Tajny Klub Superdziewczyn (i jednego Superchłopaka). Z nimi nie można się nudzić. Myślę, że tom „Źrebaki i rumaki” znajdzie wielu entuzjastów, bo... KONIKI. Dzieci uwielbiają koniki i wcale im się nie dziwię, bo jak nie podziwiać tych majestatycznych zwierząt. Agnieszka Mielech wyczarowuje okoliczności, w których będziemy mogli pomóc jednemu konwi (a dokładniej klaczy). Czy to się uda? Obserwowanie poczynań Emi i przyjaciół na pewno będzie emocjonujące.

Super tematykę wybrała sobie autorka na ten tom przygód Tajnego Klubu Superdziewczyn. Zresztą z tymi bohaterami zawsze jest super. Oni zarażają pasją i entuzjazmem. Działają i robią to rozsądnie, pomysłowo. Z każdym przeczytanym tomem coraz bardziej ich lubimy.

[Egzemplarz recenznencki]

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

Chciałabym wam dziś opowiedzieć o książce pt. „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista. Z czym kojarzy się wam ten tytuł? Istnieje przekonanie, że aby pewne istoty mogły wejść do naszych domów, musimy je najpierw zaprosić. Tak jest w przypadku Eli, jednej z postaci z tej powieści. Chociaż właściwie powinnam zacząć od Oskara. Eli i Oskar to rówieśnicy, a także mieszkają na tym samym osiedlu, ale nie chodzą razem do szkoły. Poznają się na placu zabaw, kiedy po zmroku dziewczynka wychodzi z domu. On dziwny, ona dziwna. Łączy ich jakaś szczególna fascynacja, a nawet troska. Kiedy w okolicy dochodzi do kolejnych trudnych do wyjaśnienia i wyjątkowo makabrycznych zdarzeń, Oskar coraz baczniej przygląda się koleżance i jej ojcu. Czy mogą mieć z nimi coś wspólnego? Czy strach zacieśni, czy poluźni wieź, którą zbudowali?

Lindqvist oddał w ręce czytelników bardzo osobliwy horror. W przednim akapicie podjęłam próbę opisania fabuły ale jest ona bardzo powierzchowna. Autor wychodzi od maltretowanego w szkole chłopca, którego oprawcy dość mocno przesuwają granicę bezpieczeństwa. Chłopiec ten poznaje dziwną dziewczynkę. Eli staje się jego ostoją, przyjaciółką, ale tez fascynuje go jako dziewczyna. Taki wiek. Do tego Oskar interesuje się morderstwami – można powiedzieć, że to jak traktują go koledzy wywołuje w nim krwawe instynkty, które znajdują ujście w zbieraniu wycinków z gazet i snuciu scenariuszy zemsty – a w Blackbergu i okolicach dochodzi do kilku niewyjaśnionych morderstw. Niewątpliwie w tej sztokholmskiej dzielnicy zadomowiło się coś, co jest wyjątkowo żądne krwi.

Jak już wspominałam, „Pozwól mi wejść” to horror, ale wyjątkowo smuty horror. Mamy tu zjawiska nadprzyrodzone, ale Lindqvist nie idzie w efekciarstwo. Jego styl ma pewną surowość i oszczędność. Wyjątkowo dobrze widoczne są w dialogach – bardzo szybkich i konkretnych. Tu się nikt się nie tłumaczy ze swoich czynów. Mamy tu ludzi pogrążonych w swoim życiu i swoich problemach. Jasne, że się boją, bo ktoś/coś morduje za rogiem, ale – jak to się mówi – życie toczy się dalej. Morderca z pierwszych stron gazet nie zrobi za nich zakupów, ani nie zdyscyplinuje niepokornego nastolatka. Ta szarość niczym z PRL-owskiego blokowiska potęguje samotność bohaterów. Beznadzieję, poczucie, że i tak nie zostaną zrozumiani. W tym wszystkim więź jaką nawiązują Eli i Oskar jest niczym światełko. Ich połączyła inność. Czy to trwałe spoiwo?

Właściwie Lindqvist serwuje nam tu całą gamę szarości. W tej książce nie ma bohaterów do lubienia i do nielubienia. Weźmy chociażby Oskara. Jest ofiarą, więc powinniśmy mu kibicować, jednak w zależności od sceny – a czasami w ramach jednej sceny – chcemy dać mu siłę do postawienia się okrutnym kolegom, aby za chwilę wydał nam się obrzydliwy. I ta sinusoida sprawia, że w „Pozwól mi wejść” uwydatniają się pewne elementy psychologiczne. Zastawiamy się, jak wpłyną na bohaterów niecodzienne zdarzenia. Zmienią się, dorosną, a może będą dalej kroczyć obraną już drogą i pozostaną im jedynie sny o innym życiu? Bo w tej surowości Lindqvista próżno szukać efektownych przemian. Są natomiast wielkie postanowienia. Tylko ile procent takiego postanowienia uda się zrealizować?

Jestem oczarowana klimatem tej książki. Tym jak ona skromnie nadaje tempa i wciąga nas na sztokholmskie przedmieścia. Miejsce, gdzie ludzie są tak ukorzenieni, że nawet demon nie jest w stanie wzburzyć ich życiem. No może trochę przesadziłam z tą obojętnością. Mieszkańcy Blackbergu boją się, ale ten strach ich nie paraliżuje. To nie jest lokalna apokalipsa, a okoliczności, z którymi trzeba się uporać – a najlepiej jakby służby się tym zajęły. Wracając do wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas czytania. Autor porusza i obrzydza. Nie boi się wprowadzić bohaterów bardzo pogubionych, którzy nie potrafią walczyć z tym co ich trawi. Wyciąga zboczenia, używki, przemoc, brud i wplata je w szarość życia.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka" Agnieszka Stelmaszyk

Dom aukcyjny w Londynie. Tu dochodzi do brawurowej kradzieży. Przez okna wpadają ninja i kradną obrazy wystawione na licytację. Co ciekawe wcale nie są to najbardziej wartościowe dzieła z przygotowanych do sprzedaży. Co tak wyjątkowego w nich było? Co jeszcze bardziej podejrzane, w następnych dniach zostają skradzione kolejne japońskie obrazy. Młodzi Gardnerowie, pomimo zakazów rodziców, nie mogą oprzeć się pokusie przyjrzenia się tej sprawie. Do tego pojawia się tajemniczy człowiek, który interesuje się astrolabium zakupionym przez ich dziadka. Ślady prowadzą Gardnerów, a także ich przyjaciół z Polski, do kraju kwitnącej wiśni. Dzieci nawet nie przypuszczają, jak poważne niebezpieczeństwo czyha tam na nich.

Japońska przygoda Gardnerów i Ostrowskich została zatytułowana „Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka”. Agnieszka Stelmaszyk w pomysłowy sposób prezentuje nam tamtą kulturę i historię. Nawiązując do rozbudzającej wyobraźnię legendy kreuje sprawę kryminalną, a na jej tle czytelnicy dowiedzą się co nieco o samurajach, roninach, buddyjskich klasztorach, ceremonii picia herbaty czy japońskich domach. Moim zdaniem temat jest bardzo wdzięczy, bo japońska kultura jest tak inna od europejskiej. Dla młodego czytelnika to wszystko będzie nowe i – wierzę, że również – ekscytujące. Szczególnie, że autorka nie szczędzi akcji. Spójrzmy chociażby na scenę otwierającą tę opowieść. Czy ninja wskakujący przez okno, nie rozpalają wyobraźni?

„Kroniki Archeo” to generalnie bardzo ciekawy cykl powieści przygodowych dla dzieci nawiązujących do historii, a „Klątwa Złotego Smoka” to szczególnie godny uwagi tom. Zaskoczył on dzieci niezwykłą japońską kulturą, a niebezpieczne okoliczności opisanych wydarzeń, w których nie wiadomo, komu można zaufać, jak i niezwykli bohaterowie, sprawiły, że książka ta okazała się wyjątkowo wciągająca.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger