"Franek czeka na święta" Kasia Keller

"Franek czeka na święta" Kasia Keller

Ostatni tydzień listopada. W pracy względne luzy, więc wyciągamy świąteczne dekoracje i pomału zaczynam dekorować biuro. Rozmawiamy o tym, jak spędza się święta w naszych domach. Gdzieś między jedną anegdotą, a drugą jedna z koleżanek stwierdza, że najfajniejszy jest ten przedświąteczny czas, kiedy wszystko się planuje i cieszy się ze wspólnego organizowania świąt. Właśnie o oczekiwaniu jest bajka dla dzieci autorstwa Kasi Keller pt. „Franek czeka na święta”.

Rodzice przygotowali dla Franka i jego siostry kalendarz adwentowy. Myślę, że znacie ten zwyczaj. 24 cztery okienka do otwarcia, a każde z nich przybliża nas do wigilii Bożego Narodzenia. Można w nim znaleźć przeróżne rzeczy. Akurat mama i tata Franka postawili na świąteczne zadania. Każdego dnia rodzina robi wspólnie coś ze przedświątecznych prac. A to upieką pierniczki, napiszą list do Mikołaja, narysują świąteczne kartki, zrobią łańcuch na choinkę itp.

Forma kalendarza adwentowego, jaką proponuje Kasia Keller przy pomocy rodziców Franka, jest cudowna. Angażuje dzieci w świąteczne przygotowania. Do tego integruje, zbliża rodzinę. Maluchy nie zostają odsunięte w ferworze przegotowań. One w nich uczestniczą u boku opiekunów. Czują, że biorą udział w czymś pięknym i wyjątkowym.

Polecam wam przeczytać bajkę „Franek czeka na święta” właśnie w przedświątecznym okresie. Nich dziecko czuje, jak gromadzi się magia świąt Bożego Narodzenia. Co prawda nie otwieramy z bohaterami 24 okienek, ale te, które otworzymy dadzą nam zalążek tego czym można się cieszyć w grudniu i umilą czas oczekiwania.

[Egzemplarz recenzencki]

"Angielski. Zdanie po zdaniu. Dla dzieci" Marta Hałabis

"Angielski. Zdanie po zdaniu. Dla dzieci" Marta Hałabis

Opowiadając wam o publikacji „Z angielskim przez świat. Krzyżówki ze słowniczkiem obrazkowym” mówiłam, ze język to słowa. Ale z tych słów trzeba też zbudować wypowiedzi i dziś właśnie wypowiedziami się zajmiemy. Chcę wam pokazać książkę „Angielski. Zdanie po zdaniu. Dla dzieci” autorstwa Marty Hałabis. Dzięki niej mamy poznać mechanizmy języka i tworzenia zdań.

We wstępne autorka mówi o tym, że książka powstała z myślą o dzieciach z klas 1-3, w celu nauki nowych sformułowań oraz klasy 4, jako powtórzenie materiału. Twierdzi ona, że nie ma sensu szczegółowo tłumaczyć im gramatycznych zawiłości, stawia raczej na pokazanie schematów i mechanizmów języka. Hałabis oparła tę publikację na dwójce bohaterów i ich rozmowach. To z czym pracujemy to dialog. Słuchamy, czytamy, powtarzamy i myślimy nad tym, jak ten język jest skonstruowany.

Metoda jaką proponuje autorka wymaga zaangażowania rodzica/nauczyciela, ale przyznam, ze podoba mi się na tyle, iż jestem gotowa się poświęcić. Na własnej skórze przekonałam się o tym, że wkuta gramatyka nie zawsze pomaga w komunikacji. Jest przydatna, owszem, ale w rozmowie potrzeba też nieco spontaniczności, naturalności, której można nabrać dzięki słuchaniu dialogów i powtarzaniu fraz. Podczas wizyty w Anglii usłyszałam wprost, że mówię ładnie, gramatycznie, ale za bardzo analizuję wypowiedź. Hałabis chce nauczyć młodych ludzi właśnie tej spontaniczności. Do głowy maja wejść im całe wyrażenie, które będą potrafili zastosować w odpowiednim kontekście.

Dodatkiem do książki jest kurs audio, który można sobie pobrać lub odsłuchiwać ze strony wydawnictwa. Narzędzie bardzo pomocne, bo słuchanie może być jednym z etapów pacy z danym dialogiem. I – nie ukrywajmy – każdy z nas ma inne umiejętności i kogoś może przerażać odczytywanie obcojęzycznych dialogów dziecku. Wydawca pomyślał o wszystkim. Daje nam materiał i narzędzia i wskazówki, jak z nich korzystać, aby poznać angielski zdanie po zdaniu.

Z kodem ASIACZYTA otrzymacie 30% rabatu na nieprzecenione książki i e-booki w księgarni językowej Preston Publishing. Kod ważny do końca 2025 roku.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wirus! Roll & Write"

"Wirus! Roll & Write"

Wirusy znowu atakują! Aaaa! I nie piszę o tym, dlatego że mam okres jesienno-zimowy, ale ponieważ ukazała się nowa wariacja gry „Wirus” od wydawnictwa Muduko „Wirus. Roll & write”. Od razu muszę zastrzec, że jest to coś innego niż pierwowzór i nie jest dodatek do niego. Tym razem będziemy rzucać kośćmi, zbierać punkty i bonusy, a to wszystko, aby wynaleźć szczepionkę na szalejące wirusy.

Co zjedziemy w zestawie? Notes i ołówki do zapisywania naszych osiągnięć, kolorowe kości i karty na których będziemy te kości rozkładać, aby zdobywać punkty i bonusy. Jak już wspominałam, celem gry jest wynalezienie szczepionki, a dokonujemy tego, kiedy zamalujemy wszystkie pola w obszarze danego badania. Trochę, jak w bingo, gdzie trzeba ustrzelić konkretne liczby, jednak tu robimy to przez ułożenie kombinacji na kartach lub wygranie możliwości zamazania pola.

Grając w „Wirus. Roll & Write”. Ćwiczymy umiejętności matematyczne. Trzeba dodawać i odejmować wartości na kościach, aby uzyskać pożądany wynik, a używając kart laboratorium poznamy i utrwalimy znaki +, <, >. Cenią takie gry, bo ćwiczą mechanizm, który jest tak pożądany przy wykonywaniu prostych obliczeń. Przyda się też trochę planowania, strategii a także szczęścia w rzucaniu kośćmi.

Przyznam, że długo nie mogłam rozgryźć zasad tej gry. Kilkukrotnie czytałam instrukcję, ale zasady ruchów i liczenia punktów pomógł mi zrozumieć dopiero filmik od wydawnictwa, który pozwolę sobie tutaj podlinkować. Nie jest to może specjalnie skomplikowana gra, ale jest kilka rzeczy do ogarnięcia, detali do zapamiętania, więc nie liczcie na to, że w 3 minuty wytłumaczycie jej zasady dzieciom, które przyjdą się pobawić do waszej pociechy. Chociażby sam notatnik. Piękny kolorowy, ale w tym szale barw można zgubić się, który element jest po co.

Podsumowując. Nowa wersja „Wirusa”, owszem, jest fajna, ale wymaga pewnej wprawy. Nie powiedziałabym, że zasady się intuicyjne. Myślę, że nowy gracz będzie potrzebował próbnej rundy, aby załapać, o co chodzi. Wydawca określił wiek graczy od 8 lat, jednak moja ośmioletnia córka trochę zraziła się złożonymi zasadami i tym, że musi kontrolować kilka elementów, że z każdego z nich wynika coś innego. Generalnie jestem na tak, ale z zastrzeżeniem, że to propozycja dla cierpliwych dzieci, szukających nieco bardziej zaawansowanej zabawy.

Z Kodem WIRUSRR 20% rabatu na zakup gry "Wirus. Roll & Write" w sklepie Muduko.

[Współpraca]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Polarna wyprawa" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Polarna wyprawa" Agnieszka Mielech

Ferie w mieście czy w górach? Przed takim dylematem stają bohaterowie książki Agnieszki Mielech „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Polarna wyprawa”. Właściwe to żaden dylemat, bo kto nie chciałby jechać na zimowisko w góry. Tylko, że nie ma już miejsc. Najpierw trzeba przekonać trenera, aby zgodził się zabrać na wyprawę jeszcze cztery osoby, potem dobrze się do niej przygotować, a potem... witaj przygodo!

Jeszcze jedna zimowa odsłona przygód Emi i jej przyjaciół. Pomysłów na wolne dni bohaterowie maja mnóstwo, ale jedno wiedzą na pewno. Chcą ten czas spędzić razem, a zimowisko w górach wydaje się takie ekscytujące. I będzie. Zdradzę tylko, że w tej części psy rasy husky skradną serca członków Tajnego Klubu Superdziewczyn.

„A jeśli chodzi o nudę, to chcę zaznaczyć, że nasza paczka robi wszystko, aby jej unikać.”1 możemy przeczytać w dzienniku Emi. I faktycznie potrafią oni oszukać nawet Panią Zimę, która często mrozem zagania nas w cztery ściany. W tomie pt. „Polarna wyprawa” bohaterowie przeżyją prawdziwą przygodę. Zapewne długo jej nie zapomną. A ty czytelniku, co wybierzesz. Zimę w mieście czy w górach?

1 A. Mielech, „Polana wyprawa”, wyd. Wilga, Warszawa 2025, s. 9.

[Egzemplarz recenzencki]

"Czyhający w progu" H.P. Lovecraft, August Derleth

"Czyhający w progu" H.P. Lovecraft, August Derleth

Stara rezydencja w Nowej Anglii. Wraca do niej dziedzic. Czy przewróci jej świetność? Ambrose Dewart szybko przekonuje się, jak złą sławą okryty jest dom i las, który należał do jego przodków. Tajemnicze krzyki, zniknięcia, groza. Kiedy zaczyna wypytywać ludzie niejasno, ze strachem wspominają Billingtona, dawnego właściciela tego terenu. Ambrose czytając stare zapiski jest coraz bardziej zafascynowany posiadłością, ale też przekonuje się, że dziwnie na niego działa.

August Derleth po raz kolejny siega po notatki H.P. Lovecrafta, aby odtworzyć jego pomysły. „Czyhający w progu” wygląda na wprowadzenie do świata, mitologii Ctulhu. „Sprawa, którą zajął się, takim przejęciem przerodziła się ze żmudnego ślęczenia nad starymi księgami w dość fascynując śledztwo (…)”1. W powiści poznajemy nie tylko sekret domu i lasu Billingtona, ale też istot, które czekają na granicy światów. Czy powinniśmy je zapraszać?

„(…) w grę wchodziło coś jeszcze, coś nierozerwalnie związanego z atmosferą tego regionu, coś niewiarygodnie starego i złego, przywodzącego na myśl dawne bluźnierstwa i nieopisane koszmary.”2 A my z każdym krokiem zanurzamy się w te koszmary. „Czyhający w progu” to spokojny horror. Atmosfera tej książki oplata nas stopniowo. Najpierw autor intryguje nas wspomnianym śledztwem, aby wciągnąć nas w mrok lasu Billingtona. Jesteśmy jak Ambrose, który jest coraz bardziej zafascynowany historią i praktykami swojego przodka. Ale drążenie tego tematu wiąże się z obcowaniem z mrocznymi, przerażającymi siłami.

Ależ dobrze czytało mi się tę powieść. Doceniam jej klimat, bo to właśnie ten element jest dla mnie najważniejszy w literaturze grozy. Ona ma osaczać i mocno trzymać. I to właśnie robi „Czyhający w progu”. Nie wypuszcza. Kiedy już postawimy stopę na terenie posiadłości Billingtona, przepadniemy. Zasadowice się, czy jesteście na to gotowi.

1 H.P. Lovecraft, A. Derleth, „Czyhający w progu”, tłum. Robert P. Lipski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, s. 44.

2 Tamże, s. 51.

[Egzemplarz recenzencki]

"Piotruś Królik. Wszystkie opowiastki Beatrix Potter"

"Piotruś Królik. Wszystkie opowiastki Beatrix Potter"

Czy wasze dzieci lubią opowieści o zwierzątkach? Jeśli tak czy wolą, kiedy te mają cechy ludzkie, a może preferują oglądać je takimi, jakie są w naturze? Beatrix Potter zasłynęła właśnie bajkami o zwierzątkach, które sama pisała i ilustrowała. Ubrała je w porteczki i kubraczki, dodała charakterek (często inspirując się osobami, które znała) i opisała ich przygody. Tak powstała seria opowiastek, którymi obdarowywała znajomych, ale też które udało się wydać. I tak tak Piotruś Królik, Orzeszka, Imbir i Kefir, a także inne postaci weszły do kanonu literatury dziecięcej.

Beatrix Potter musiała być dobrą obserwatorką, co przejawia się w jej dopracowanych do perfekcji rysunkach, jak i kreacjach postaci. Z jednej strony żyją w norkach i wcinają sałatę, z drugiej bohaterowie Potter to cały wachlarz charakterów i ludzkich postaw. I z jednej strony czuć, że czasy się zmieniły, że jest inne tempo życia i podejście do różnych spraw, jednak w postawach postaci można znaleźć pewną uniwersalność, a i pewnie dostrzec swoich bliskich.

Czy wydanie prac Potter w jednym zbiorze to byłą dobra decyzja? Niewątpliwie jest to imponująca księga, ale jednak księga. Przyznam, że ciężko trzyma się ją obejmując dziecko, które lubi się przytulić słuchając bajki. Odczułam też to, że kolejne teksty kierowane są do dzieci w różnym wieku. Znajdzie się tu coś i dla młodszego i starszego przedszkolaka, a nawet dla dziecka uczęszczającego już do szkoły, ale też krótkie powiastki, które pierwotnie były wydane w formie kart dla najmłodszych – i coś czuje, że w takiej formie lepiej by się sprawdziły niż w opasłym zbiorze. Trzeba trochę szukać, testować zainteresowanie dziecka, aby znaleźć bajkę i bohatera, które jemu przypadną do gustu.

Kiedy dostałam w swoje ręce książkę „Piotruś Królik. Wszystkie opowiastki Beatrix Potter” [wyd. Znak Emotikon, 2025], pomyślałam sobie, że mam w rękach dzieło sztuki. Oglądając cudownie dopracowane ilustracje tej autorki naszła mnie pewna nostalgia, ale też smutek, że coraz bardziej jesteśmy karmieni produktami AI. A tu takie cudeńka, w których widać ogrom pracy oraz niesamowity talent. Wiem, że jest grono osób, które wychowało się na „Opowiastkach Beatrix Potter”, czy dzięki nowemu wydaniu urośnie kolejne pokolenie miłośników Królika Piotrusia, Benia Baniaka i innych zwierzątek?

[Egzemplarz recenzencki]

"Trans śmierci" Graham Masterton

"Trans śmierci" Graham Masterton

Kiedy wybucha pożar w jednej z jego fabryk Randolph, kończy wakacje i wraca sprawdzić, co się wydarzyło oraz wydać dyspozycje. W trakcie jego nieobecności dochodzi do tragedii. Czterech mężczyzn włamuje się do domku nad jeziorem i brutalnie morduje jego rodzinę. Zbieg okoliczności czy porachunki bawełnianych magnatów, zemsta grupy upokorzonych przedsiębiorców? Leżąc w szpitalu po szoku związanym z tą straszną informacją, Randolph poznaje doktora Ambarę, który opowiada mu o hinduskich wierzeniach, gdzie dusze doświadczają reinkarnacji, ale też można wkroczyć w coś w rodzaju transu śmierci i spotkać się z tymi, którzy jeszcze czkają na nowe wcielenie. Ta myśl staje się obsesją pogrążonego w żałobie mężczyzny. Leci do Indonezji, aby pośmiertnie, jeszcze raz, spotkać się ze swoją rodziną.

Okrutne zbiry czy przerażające demony śmierci? Graham Masterton dał swojemu bohaterowi ciężki wybór. Chociaż ten jest zdeterminowany, aby stawić czoła wszelkim przeciwnością. Popycha go nadzieja. Nadzieja na ponowne zobaczenie bliskich. Nie ukrywam, że byłam ciekawa, jakie akcenty położy autor w tej historii. Czy więcej tu będzie USA czy Bali, gdzie bohater ma doświadczyć rzeczonego transu. Bilans wypada na rzecz Ameryki. Masterton rysuje przedsiębiorców bezwzględnych w prowadzeniu biznesu, wyjątkowo agresywnych w działaniu. Aczkolwiek prowokator nagonki na Randolpha ma też prywatne pobudki, które są chyba silniejsze niż interesy. Jest brutalnie. Tu się nie morduje strzałem w głowę. Tu ofiary doświadczają wielogodzinnych tortur.

Jeżeli chodzi o hinduizm, to jest on szczególnie widoczny w finale. Mam wrażenie, że autor potraktował ten temat nieco „po łebkach”, niepotrzebnie rozciągając powieść zbędnym opisami, czy kulawymi dialogami. Te drugie wydają mi się wyjątkowo sztywne, ale może to maniera pisania w latach 80. XX wieku. Niemniej przyjdzie nam nieco poczekać aż zobaczymy zaświaty. Co prawda troszeczkę „liźniemy” już w prologu, jednak to tylko „degustacja”. Natomiast zakończenie jest spektakularne. Objawią się w nim najgorsze koszmary świata umarłych.

„Trans śmierci” to horror i dramat z elementami slashera oraz egzotycznych wierzeń. Powieść ciekawa, ale nie bez mankamentów. Natomiast bardzo w stylu Mastertona. Uczciwie mówiąc nie spodziewałam się w jego książce wiele metafizyki, a raczej spektakularne obcinanie nóg. Jeżeli przymkniecie oczy na nierówne tempo i nieco „kwadratowe” dialogi okaże się, że całkiem, całkiem czyta się tę powieść.

[Prezent]

"Rykowisko. Głośna gra na refleks"

"Rykowisko. Głośna gra na refleks"

Z małymi dzieci często bawimy się w odgłosy: „Jak robi świnka, krówka, kurka?” itp. Ale co innego „odpytywanie” bobasa, a co inne prawdziwa bitwa na odgłosy. Czy jesteście na nią gotowi? Wkraczamy na „Rykowisko”. Tu trzeba będzie wykazać się refleksem.

Na początku rozgrywki każdy z graczy musi wybrać sobie zwierzę. Warto wspólnie ustalić, jaki odgłos wydaje każde z nich. Następnie należy rozdać karty z cyferkami. Potem to już musimy się skoncentrować, bo w każdej chwili może dojść do pojedynku. Gracze po kolei odkrywają po jednej karcie ze swojego stosu. Kiedy okaże się, że mają te same cyfry lub tła muszą wydać odgłos przeciwnika. Przykładowo Ania jest kotem, a Michaś psem. W przypadku pojedynku Ania mówi „hau”, a Michaś „miau”. Kto pierwszy wyda poprawy odgłos oddaje swój stos odkrytych kart przeciwnikowi.

Powiem wam, że ta gra faktycznie wymaga skupienia. Musimy śledzić jakie karty pojawiają się na stole, a do tego pilnować, jakie zwierzę ma przeciwnik. I trochę starać się oszukać mózg, bo czasami widząc kota mówimy po prostu „kot”, a nie „miau”, albo nasz przeciwnik powie tyle razy nasz odgłos, że w ferworze walki też go powtórzymy. Łatwo się pomylić.

Moja córka bardzo polubiła tę grę. Może dlatego, że je nie jestem mistrzem gier na refleks i łatwo mnie pokonała. Żarty mnie się trzymają, bo „Rykowisko” jest naprawdę zabawne. Wyobraźcie sobie grupę ludzi krzyczących: „muuu”, „kwa”, „chrum”. Zgodnie z informacją od wydawcy można grać od 2 do 5 osób. Im więcej, tym rozgrywka ciekawsza, ale w instrukcji znajdziecie też propozycję, jak uatrakcyjnić tryb dwuosobowy. Zasady są proste i nie potrzeba dużo miejsca, aby zagrać, więc zabawa powinna sprawdzić się przy różnych towarzyskich spotkaniach. Poza tym ten plik kart w niewielkim pudełku można zabrać gdziekolwiek jedziecie. Polecamy.

[Współpraca]

"Kroniki Archeo. Skarb Atlantów" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Skarb Atlantów" Agnieszka Stelmaszyk

Kierunek: Grecja. Tam wyruszają Ania i Bartek oraz ich znajomi, Gardnerowie. Spacerując po wyspie chłopak znajduje wyjątkowy artefakt. To gemma z tajemniczym napisem, który naprowadzi ich na ślad legendarnego posągu Posejdona, który (również legendarni) Atlanci rzekomo ukryli na Krecie. Posągu poszukuje też profesor Flemming, który bynajmniej nie chce przekazać go do greckiego muzeum. Wraz z Agnieszką Stelmaszyk zapraszam was na odkrywanie Krety, historii starożytnej Grecji oraz poszukiwanie skarbów. A to wszystko w jednej z książek z cyklu „Kroniki Archeo” pt. „Skarb Atlantów”.

Można powiedzieć, że jest to przygodowo-sensacyjna książka dla dzieci. Czyżby autorka inspirowała się Indianą Jonesem i powieściami Cliva Cusslera? Niemniej mamy tu na p rawdę wartką akcję, gdzie bohaterom nie brak sprytu i odwagi. I może czasami – z punku widzenia dorosłego czytelnika – może wydawać się absurdalne, jak dzieciaki przechytrzą zbirów. Jednak jest to pewien przymiot takich książek, gdzie to ten młody bohater jest „gwiazdą”.

Jak już jesteśmy przy bohaterach, to na mój gust jest ich tu trochę za dużo. Przyznam, że nie zawsze byłam w stanie zidentyfikować, kto coś powiedział lub zrobił, a co dopiero dziecko, dla którego – jak mniemam – wiele rzeczy będzie nowe.

Agnieszka Stelmaszyk rewelacyjnie przemyca ciekawostki historyczne na temat starożytnej Grecji. Mity, postacie, definicje pojawiają się wtedy kiedy są potrzebne nie zaburzając toku akcji. Powiem wam, że gdym dostała taką książkę w wieku 10 lat, oszalałabym z radości. Od starożytności dzieci zaczynają swoją przygodę z historią. I jest to niezwykle ciekawa epoka, a wszelkie mity, pełne magii, które towarzyszą jej poznawaniu, podsycają wyobraźnie. I to wykorzystała Stelmaszyk przywołując mityczna Atlantydę i wymyślając porywającą przygodę.

[Egzemplarz recenzencki]

"Lato z Baudelaire'em" Antoine Compagnon

"Lato z Baudelaire'em" Antoine Compagnon

„Lato z Baudelaire'em” to nie tylko autobiografia znanego francuskiego poety. To doświadczenie, nowy wymiar czytania poezji. Antoine Compagnon opowiada o nim w kontekście jego utworów. Cytuje, argumentuje, przywołuje te treści tworząc niezwykłą mapę myśli tej jakże ciekawej, pełnej sprzeczności persony.

Baudelaire to po prostu artysta. Zdolny, wrażliwy, ale też rozhisteryzowany i chamski. Śmiały. Nie mieści się w podziałach na epoki literackie. Szokował sobie współczesnych czytelników. Ze sztuki czerpał tyle, ile mu się podobało, jednak do końca nie potrafił (albo nie chciał) zerwać z tradycją. Buntował się, ale nie zawsze konsekwentnie. I właśnie jego poznamy lepiej dzięki publikacji autorstwa Copmpagnona.

Jak już wspomniałam książka ta to całkiem inna jakość czytania i poezji, i biografii. Wiersze i życiorys poety splatają się, a biograf rewelacyjnie je interpretuje. To bardzo pomaga w ich czytaniu, co moim zdaniem jest potrzebne, bo jednak po poezję sięga się rzadziej. Chyba mamy mniej czasu na refleksję. A Compagnon nas naprowadza, towarzyszy nam w odkrywaniu Baudelaire'a , który niewątpliwe odkrycia jest wart.

W publikacji „Lato z Baudelaire'em” widzimy portret artysty z jego spuścizną. Artysty czytanego w kontekście jego własnych słów. Co chciał nam przekazać? Dandys i buntownik, a może wrażliwiec? Jaki Był Baudelaire?

[Egzemplarz recenzencki]

"Mózgi" John Devolle

"Mózgi" John Devolle

Na okładce książki, którą chciałam wam dziś pokazać widnieje pytanie „Co się kryje w twojej głowie?”1 i autorowi wcale nie chodzi o głupie pomysły, jak czasami mamy przygadują dzieciom. Jemu chodzi o generator tychże – a także sprawcę innych rzeczy – o „komputer” sterujący nami, czyli mózg. John Devolle w popularnonaukowej publikacji „Mózgi” chce opowiedzieć nam co nieco o tym organie.

Jest to książka, po którą spokojne można sięgnąć już z młodszym przedszkolakiem. Devolle potrafi wyciągać esencję z branych na warsztat tematów. Kiedy otworzymy książkę od razu naszą uwagę zwrócą duże kolorowe rysunki. Do nich jest oczywiście komentarz, ale naprawdę krótki, Zdanie, dwa, trzy wystarczą temu autorowi, aby wyczerpać dane zagadnienie. Jak to się dzieje, że się ruszamy, możemy dotykać, smakować itp.? Czy zwierzęta też maja mózgi i czy są takie same jak nasze? Devolle nie rozgaduje się co, jak i dlaczego. On bardzo zwięźle przekazuje młodym czytelnikom najważniejsze informacje.

Jesteśmy fanami książek tego autorka, bo one nie nużą młodych czytelników. Znacie to, kiedy dziecko już podgląda drugą stronę, a wy chcecie jeszcze doczytać fragment. Tu tego nie zobaczycie. Ta książka jest bardzo szybka, energetyczna, a przy tym pełna wiedzy. Jej czytania to sama przyjemność.

1 John Devolle, „Mózgi”, tłum. Marta Piotrowicz-Kendzia, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, okładka.

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Śnieżny patrol" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Śnieżny patrol" Agnieszka Mielech

Czy to zima czy lato u członków Tajnego Klubu Superdziewczyn (i jednego Superchłopaka) dużo się dzieje. Sprawdzimy, co robią kiedy na dworze chłód czytając tom zatytułowany „Śnieżny patrol”. Zdradzę wam, że tę część zdominują przygotowania do pewnego ślubu, organizacja transportu Bravy, która jest klaczą, a także odtwarzanie jej drzewa genealogicznego, oraz Boże Narodzenie i m.in. świąteczny kiermasz. Ależ ta zima jest pracowita.

Nawet kiedy ziąb na dworze Emi i jej przyjaciele się nie nudzą. Każda okazja to dla nich możliwość nauki i dobrej zabawy. Oni mają głowy pełne pomysł i chęci do działania, a rodzice umożliwiają im to działanie i chętnie angażują się w projekty dzieci. Mówiąc o tej części chciałabym zwrócić uwagę na pewną rzecz. Nazywa się on „mapa myśli”. Członkowie Tajnego Klubu Superdziewczyn (i jednego Superchłopaka) chętnie używają tego narzędzia, by dzielić się pomysłami. Mogą być dla dzieci wzorem jak należy współpracować, a także pokazać jakie spektakularne efekty przynosi praca w grupie.

Załóżcie czapki, kurtki i szalki i i dajcie się porwać zimowym aktywnościom. Jak pokazują bohaterowie z książki Agnieszki Mielech zima wcale nie jest nudna i nie zamyka nas w czterech ścianach, a jak już w nich zostaniemy to zawsze możemy odpocząć przy dobrej książce np. przy „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kołysanka"  Chuck Palahniuk

"Kołysanka" Chuck Palahniuk

Jaką najdziwniejszą książkę przeczytałeś/aś? Ja mam mocną kandydatkę do podium w tej kategorii. Chciałabym wam pokazać powieść „Kołysanka” autorstwa Chucka Palahniuka, jak dowiedziałam się już po jej przeczytaniu, specjalisty od książek dziwnych, kontrowersyjnych, obrazoburczych. Czy ta dziwna hybryda kryminału, horroru i powieści drogi (i pewnie jeszcze jakiegoś „ustrojstwa”) zachwyciła mnie czy zniesmaczyła? Tak trudno w obecnych czasach szokować, czy Palahniukowi się to udało. Posłuchajcie.

Co my tu mamy? Najpierw poznajemy Helen, która prowadzi agencję nieruchomości ale sprzedaje tylko nawiedzone domy. Potem poznajemy Carla, dziennikarza, badającego serię śmierci łóżeczkowych. I ta kolejność wprowadzania bohaterów nie spodobała mi się, bo to ten drugi temat staje się sercem powieści. Już w pierwszych rozdziałam czułam, że będzie mi się trudno połapać w fabule. Właściwie Palahnik przedstawia Helen i na moment o niej zapomina, aby wprowadzić nas w sprawę. I robi się nawet ciekawie, bo Carl wpada na pewien trop. I to jakże genialny, intrygujący. Mianowicie wiersz, zaklęcie, które usypia na zawsze. Tekst wydrukowany w zbiorze bajek dla dzieci. Czujecie grozę tej sytuacji? Czujecie moc tych słów? I ten duet, a właściwie kwartet, bo do bohaterów dołącza jeszcze jedna ekscentryczna para zaczyna szukać egzemplarzy owej książki. W imię wyższego dobra, czy własnych interesów?

Czytając „Kołysankę” balansowałam pomiędzy zachwytem, a konsternacją – z przewagą tej drugiej. Ta książka ma rewelacyjne momenty. Pojawiają się w niej sceny, zdania, zabiegi literacki, które kompletnie „rozwalają system”. A potem wracamy do tej historii. Mocnej, intrygującej, ale jednak chaotycznej i przekombinowanej. Można odnieść wrażanie, że autor sam trochę w niej błądzi, jakby do końca nie wiedział, jak rozwinąć swój pomysł i jak połączyć w nim te wszystkie postawy, idee, które chciał zaprezentować.

Trudno mówić o realizmie skoro autor sięga po magie i elementy horroru, jednak w „Kołysance” nawet krew wydaje się sztuczna. Być może Palahniuk nawet chciał nadać jest nieco tandetny sznyt (te różniaste garsonki i tona złota na nadgarstkach Helen), ale czy to dodaje jej „uroku”. Chyba nie do końca.

W efekcie powstała powieść nie za długa, ale jednak nużąca z orzeźwiającym przebłyskami Czy geniuszu literackiego? A niech Palahniukowi będzie? „Kołysankę” oceniam jako powieść średnią, ale autor zaintrygował mnie swoim stylem. Nie omieszkam sięgnąć po inne jego książki.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger