"Projektuję wnętrza" Pałac księżniczek i dom wróżek

"Projektuję wnętrza" Pałac księżniczek i dom wróżek

Dzięki serii „Projektuję wnętrza” moje dzieci fantastycznie bawiły się urządzając apartament i domek na wsi. Tym razem pobawimy się w bajkowych okolicznościach. Urządzimy ociekający przepychem pałac księżniczek i magiczny domek wróżek, żyjących blisko natury. Tu złoto i diamenty, tam motyle i liściowe spódniczki. W jakim otoczeniu ty czujesz się lepiej? A może podejmiesz wyzwanie i jesteś gotowy/a zaprojektować wnętrza, dla różnych „klientek”?

Szczególnie domek wróżek jest wyzwaniem, bo wyposażenie jest nietypowe. Patrząc na zaproponowane sprzęty musimy zastanowić się nad ich zastosowaniem, aby stworzyć jak najbardziej praktyczne wnętrze. W pałacu księżniczek natomiast będziemy pławić się w bogactwie, w aksamitach i falbanach. Mówi się, że każda dziewczyna ma w sobie coś z księżniczki, a taka zabawa jest dobrym pretekstem, żeby uwolnić ten pierwiastek.



Już po raz kolejny proponuję córce książeczki z serii „Projektuje wnętrza”. Dlaczego? Bo ją taka aktywność po prostu cieszy. A ja lubię obserwować, jak ona planuje projekt, jak rozwija się jej kreatywność i zmysł estetyczny. Lubię patrzeć, jaką z energią podejmuje się urządzenia kolejnych wnętrz. Lubię jej zaangażowanie w powierzone zadanie. Po prostu „lubię to”.



[Egzemplarz recenzencki]

"Pułapka na wieży Eiffla" Pascal Prévot

"Pułapka na wieży Eiffla" Pascal Prévot

Mały Sherlock z przyjaciółmi zwiedza wieżę Eiffla. Przypadkowo wpadają na ślad złodziei dziel sztuki. Gucio i Emilka utknęli na trzecim piętrze wieży, a reszta grupy monitoruje sytuacje z restauracji. Wspólnymi siłami próbują zatrzymać rabusiów do przyjazdu policji. Jest też biedny inspektor Lestrade. Biedny, bo jak się okazało windy na wieży się popsuły. Rozpoczyna się szaleńczy i męczący pościg.

Wycieczka, nie wycieczka Sherlock zawsze jest gotowy prowadzić śledztwo. Kiedy zobaczy coś podejrzane zaczyna dedukować i dyskutować z przyjaciółmi. Obserwują, wyciągają wnioski i kombinują, jak ująć złoczyńców. Pamiętają również o zawiadomieniu odpowiednich służb, w końcu tacy złodzieje mogą być nieprzewidywalni.

Czytając „Pułapkę na wieży Eiffla” nie nastawiajcie się na ciekawostki na temat skradzionych eksponatów. Ta książka skupia się na śledztwie. Nie bez powodu została wydana w serii „Czytam i prowadzę śledztwo”. Czytelnik zostaje zaangażowany w akcję. Musi rozwikłać te same dylematy co bohaterowie. Dzięki Bogu oszczędzono nam bieganie po schodach. He he. Natomiast pomożemy Sherlockowi i ekipie znaleźć wejście na trzecie piętro wieży, podliczyć rachunek z restauracji, albo zatrzymać w niej złodziei. Będziemy musieli wykazać się sprytem i inteligencją.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pirat Mops. Wyprawa na piracką wyspę" Laura James

"Pirat Mops. Wyprawa na piracką wyspę" Laura James

Mops nie lubi wody, ale ma chyba trochę „pecha” do morskich przygód. W tomie „Kapitan Mops. Przygoda na pełnym morzu” z imprezy nad jeziorem trafił nad morze. Teraz przeżyje piracką przygodę zatytułowaną „Pirat Mops. Wyprawa na piracką wyspę”. Mops, pomimo lęku przed wodą, znowu wykaże się bohaterstwem odszukując insygnia burmistrza Żwirowej Zatoki. Cenny artefakt dla mieszkańców tego miejsca.

Ale od początku. Bo wszystko zaczęło się od wypadku. W trakcie zabawy na plaży, nieuważnie rzucona piłka podbija Mopsowi oko. Przez jakiś czas musi je chronić, a w przepasce wygląda jak rasowy pirat. Potem panna Miranda Zabiera go na festyn w Żwirowej Zatoce, gdzie przestraszona papuga porywa lokalny skarb. Pani burmistrz ogłasza, iż kto go znajdzie zostanie jednodniowym burmistrzem. Mops, panna Miranda i ich przyjaciele bardzo chcą pomóc, ale na nagrodę liczy też grupka miejscowych łobuzów. Kto pierwszy dotrze na niewielka wyspę, na której wylądowała papuga?

Mops, jak zwykle, trochę niechcąc staje się centrum przygody. Z panną Mirandą są nierozłączni, chociaż piesek pewnie wolałby zostać w domu niż brać udział w jej eskapadach. Jednak jego właścicielka lubi się bawić, a i jest zdeterminowana, żeby jej pupil przełamywał lęki. W „Piracie Mopsie” zmierzy się ze zmorą wielu psów, czyli wodą.

Laura James – autorka przygód Mopsa – pisze dynamicznie i z rozmachem. Moje dzieci bardzo lubią ten cykl za dobre tempo. Zero długich wstępów. Bohaterowie wstają ,jedzą śniadanie – bo śniadanie to bardzo ważny posiłek – i ruszają ku kolejnej przygodzie. A ta jest napisana w formie „kontrolowanego zamieszania”. To znaczy dzieje się mnóstwo, sytuacja może zmienić się w każdej chwili, ale autorka świetnie nad tym panuje i z każdą stroną przybliża bohaterów do celu.

Arrrr... Zakrzyknął by zły pirat. Jednak Mops jest dobrym piratem, który mimo czaszki na kapeluszu ma dobre serduszko i – razem ze swoją właścicielką – jest bardzo uczynny. No i nieco wystraszony. Jednak zew przygody wzywa, a jemu trudno się oprzeć.

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Kółko hiszpańskiego" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Kółko hiszpańskiego" Agnieszka Mielech

Idealna książka na rozpoczęcie nowego roku szkolnego? Może „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Kółko hiszpańskiego”? W tym tomie Emi rozpoczyna naukę w nowej szkole, idzie do pierwszej klasy. Już w pierwszych dniach dziewczyny zauważają, że pani Flamenko, nauczycielka hiszpańskiego, dziwnie się zachowuje. Do tego ze szkolnego zwierzyńca znika Gaduła, papuga i pupilka uczniów. To chyba sprawy do zbadania przez Tajny Klub Superdziewczyn.

Dużo dzieje się w życiu Emi. Nowa szkoła, nowe obowiązki. Dziewczynka łagodnie weszła w pierwszą klasę. Szybko wpadła w wir obowiązków i zaangażowała się w nową sprawę. Agnieszka Mielech pominęła wątek rówieśniczy. To znaczy nie opisuje, jak Emi integruje się z nową grupą. Ona prowadzi śledztwo wspólnie z rok starszą koleżanką, którą już wcześniej znała. Natomiast autorka sporo uwagi poświęca szkolnym aktywnościom. Projekty do wykonania w domu, szkolne przedstawiania, kółka zainteresowań – Emi to taka uczennica, która jest widoczna w życiu szkoły. Odniosłam wrażenie, że ta pierwsza klasa jest wyjątkowo intensywna, ale taka też jest bohaterka tego cyklu. Nie usiedzi w miejscu.

Jest też śledztwo, które prowadzą bohaterki. Śledztwo, które czasami angażuje dziewczyny na 100%, a czasami musi ustąpić innym obowiązkom. Życie ucznia. Śledztwo, które uczy wrażliwości wobec zwierząt. Jak już wspominałam jednym z jego elementów są poszukiwania zaginionej papugi. Czy Gaduł dobrze czuła się w szkole? Czy jest bezpieczna w miejscu, w którym obecnie przebywa? Czy wróci do stęsknionych za nią uczniów? Emi i Tajny Klub Superdziewczyn nie odpuszczą dopóki nie dowiedzą się, co stało się ze szkolną pupilką.

Cykl o Emi lubimy za energię, za zaangażowanie. Mamy tu bohaterki, które lubią dowiadywać się nowych rzeczy. One chętnie biorą udział w różnego rodzaju aktywnościach, a to procentuje i w doświadczeniu, i w wiedzy. One pokazują, że pójście do teatru czy sięgniecie po atlas ptaków też może być ekscytujące. Im chce się działać, a ja mam nadzieję, że zarażą tym czytelników.

[Egzemplarz recenzencki]

"Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas" Krzysztof Gierak, Julita Kucińska

"Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas" Krzysztof Gierak, Julita Kucińska

„Kto choć raz był w Portugalii, temu przeszło przez myśl, by tu zamieszkać. Kraj ten robi imponujące wrażenie. Czy to zasługa mieszkańców, słońca czy klimatu? Nie do końca wiadomo.”1 I ja się pod tym podpisuję. Chyba żaden z urlopowych kierunków, aż tak nie odcisnął się w moim sercu. Portugalia ma to coś, co czaruje turystów i sprawia, że nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Każdy kto chce lepiej poznać ten kraj może odkryć jego oblicza razem z Krzysztofem Gierakiem i Julitą Kucińską w książce „Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas”.

To nie jest przewodnik. To nie jest książka podróżnicza. To – można powiedzieć - kompleksowy zbór informacji na temat państwa na krańcu Europy. Informacji posegregowanych tematycznie. Trochę historii, opisów najpopularniejszych miejsc, obyczajów, a także całkiem obszerny rozdział na temat kuchni. Autorzy wyłapali najważniejsze hasła związane z Portugalią i je rozwijają. Fado, żółte tramwaje, koguty, produkcja korka, kawa – z czym jeszcze kojarzy wam się to państwo. Dzięki tej książce te skojarzenia zostaną rozwinięte. Zmienią się z haseł na garść faktów.

Autorzy starają się pisać wyczerpująco i konkretnie. Jak już wspominałam to nie jest relacja z podróży. Tu nie ma miejsca na osobiste refleksje. Tu ciekawostka goni informację. Momentami Gierak i Kucińska wchodzą w encyklopedyczne tony, a mnie może zabrakło oddechu pomiędzy kolejnym faktem, faktem i faktem. Jednak muszę docenić tę książkę, Tu nie ma wodolejstwa, a konkret. Ona naprawdę pokazuje Portugalię. Pozwala ja poznać, próbuje zrozumieć. Nie narzuca wrażeń. Te są naszą właściwością. Wyrobimy sobie (lub wyrobiliśmy już) podać podróży w tamte rejony.

„Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas” ukazała się nakładem wydawnictwa Bezdroża w serii „Oblicza świata”. Miała okazję czytać książkę o Japonii wydanej z tym samym logiem. Każda z tych publikacji jest inna, ale obie świetnie opisują miejsca, obie oferują ogrom wiedzy. Treściowo rewelacja, tylko mało zdjęć. Kilka czarno białych ilustracji wręcz rozjusza czytelnika, a nie zadowala. Autorzy piszą tak pięknie, aż chce się zobaczyć opisane miejsca, wyroby, dania. Ale czytając tę książkę tego nie doświadczycie. Pozostaje pojechać i samemu doznać Portugalii.

1 K. Gierak, J. Kucińska, "Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas", wyd. Bezdroża, Gliwice 2025, s. 204.

[Egzemplarz recenzencki]

"To ja, Gucio. Dzień dobry" Agnieszka Sobich

"To ja, Gucio. Dzień dobry" Agnieszka Sobich

Dzień dobry. Witajcie. To będzie dobry dzień. Wejdźcie w niego z uśmiechem i jakąś miłą książką. Ja akurat mam propozycje dla najmłodszych czytelników. Kolejną publikację z cyklu to „To ja, Gucio” pt. „Dzień dobry”. Agnieszka Sobich, autorka, uchwyciła w niej i pozdrowienia, jakimi się obdarzamy, ale też codzienną rutynę.

Pobudka, mycie, śniadanie, spacer, a w jego trakcie zakupy, odwiedzenie placu zabawi i biblioteki. Gucio ma dużo do zrobienia, ale wszystko wykonuje z uśmiechem, a świat mu uśmiechem odpowiada. Łatwo odnieść tę książkę do naszej codzienności. Porozmawiać o tym, co dziś będziemy robić, albo robiliśmy. Zobaczyć, jak bohaterowie książki zachowują się w danych sytuacjach: grzecznie, spokojnie, życzliwie. No i te wspomniane już pozdrowienia. Niby frazesy, a jednak tak ważne, a czasami nawet warunkujące podejście do naszej sprawy. To tylko „dzień dobry” albo „miłego dnia”, ale przyjemnie je usłyszeć.

Po raz kolejny mam okazję chwalić cykl „To ja, Gucio”, a za każdym razem robię to szczerze. W tych kartonowych książeczkach skrywają się przemiłe opowieści, dla najmłodszych czytelników. Urocze, kolorowe bajeczki, które prowokują do rozmowy o codziennych sprawach. O tym, co maluchy absorbuje najbardziej. Bajeczki, które zachęcają do samodzielności i ją oswajają.

[Egzemplarz recenzencki]

"Niebiańskie osiedle" Ryszard Ćwirlej

"Niebiańskie osiedle" Ryszard Ćwirlej

Kto nie marzy o spokojnym czasie na emeryturze? Ojciec Sylwester i jego fundacja wychodzą z ofertą dla seniorów. Powstaje idylliczne osiedle domków, a co najlepsze niedrogich domków. Jednak, aby tam zamieszkać przeprowadzana jest ostra selekcja, bo ojciec – niejako w pakcie – proponuje też miejsce w niebie. A tu już nie ma żartów. Tego mogą dostąpić tylko najgorliwsi w wierze. Tzw. Niebańskim osiedlem zaczyna interesować się dwójka dziennikarzy i pewien policjant. Ich podejrzenia wzbudza samobójstwo pary emerytów i znaleziona w ich domu broszura. Jest też babcia Matylda. Bardzo sceptyczna w wierze i bardzo sceptycznie nastawiona do osiedla. Czy uda im się zdemaskować oszustów?

Styl w jakim Ryszard Ćwirlej napisał tę książkę określiłabym jako wyjątkowo intensywny. Zaczynasz czytać, a tu jeden bohater, drugi, trzeci. Kolejne sceny zmieniają się w szybkim tempie i bardzo trudno skojarzyć, kto jest kim, z kim i po co. Czy ten facet, co teraz siedzi w biurze w poprzednim rozdziale jadł śniadanie? A może to już inny bohater? Wyłapać cokolwiek w tej „kołomyjj” jest bardzo trudno.

Po około 1/4 powieści fabuła zaczyna wskakiwać na właściwe tory. Zaczynamy się orientować w konotacjach między bohaterami i ich roli w tej historii. Teraz już da się to czytać. Możemy cieszyć się czarnym humorem, jakiego nie szczędzi nam autor. „Niebiańskie osiedle” charakterem bardzo mocno zbliża się do komedii kryminalno-sensacyjnej. Długo zastanawiałam się, czy Ćwirlej „jedną nogą” nie wkroczył na ten grunt, ale chyba nie. Owszem, raczy nas zabawnymi dialogami, postacie są charakterne i czasami działają szybciej niż ktoś je poprosi, do tego komentują sytuację w „swoim stylu” - co jest charakterystyczne dla komedii. Jednak autor uchwycił też jakiś brutalny realizm w działaniu oszustów. Znamy historie o wyłudzaniu „na wnuczka”, tu uderzono w inne struny. Wykorzystano wiarę, lęk przed śmiercią, pragnienie dobrego przygotowania się do życia doczesnego. Z jednej strony ta historia może wydawać się groteskowa, a ofiary naiwne, z drugiej wiemy, że seniorzy się takimi sprawami przejmują, a zręczny manipulator – jakim okazał się ojciec Sylwester – potrafi to sprytnie wykorzystać.

Największy plus i minus tej powieści? Jako zaletę wymieniłabym energię. Dzieje się dużo, a barwność postaci jeszcze podkręca tempo i dodaje życia fabule. Docenią to czytelnicy, którzy lubią szalone książki podszyte dużą dozą humoru. Jako minus muszę wytknąć przewidywalność. Właściwie nie ma w tym kryminale tajemnicy. Autor rekompensuje to nieco zwrotami akcji, jednak ja lubię być zaskakiwana w finale i tego mi zabrakło.

[Egzemplarz recenzencki]

"Astrid i kosmiczni kadeci. Groźba z Czarnej Laguny" Alex T. Smith

"Astrid i kosmiczni kadeci. Groźba z Czarnej Laguny" Alex T. Smith

Kolejna misja Astrid i kosmicznych kadetów przypada w Czarnej Lagunie. A gdzie jest to miejsce? - zapytacie. Na planecie Wilgoć – odpowiadam. Dwie badaczki zwracają się do nich z prośbą o pomocy do dotarcia do siedliska rzadkich ryb. Jednak badaczki wydają im się nieco podejrzane. Nie maja żadnego sprzętu, a i wiedzy chyba niewiele. Ale mają profesjonalna białe fartuchy i mapę. No i to w końcu Szefini zleciła im to zadanie. Co czeka na kadetów w Czarnej Lagunie? Przekonacie się czytając kolejny tom cyklu jej przygód autorstwa Alexa T. Smitha.

Zacznijmy od antagonistek. Trafiamy na wyjątkowe spryciule, które przechytrzyły samą Szefinię. Wyrachowane bohaterki, które fantastycznie zabezpieczyły się, aby zrealizować swój plan. Nie miały skrupułów wykorzystać kadetów, aby ci pokonali za nie trudne i niebezpieczne odcinki, a także ciężką pracę. Czy kadeci w porę się zorientują, że są manipulowani?

Bardzo lubimy cykl „Astrid i kosmicznych kadetów”. Jest on okazją do pokazania dziecku czym jest science-fiction. Oczywiście więcej tu fiction niż science, ale potraktujmy to sformułowanie, jako skrót myślowy na określenie tych wszystkich książek, których akcja dzieje się w kosmosie. Bo są tu statki kosmiczne, nieziemskie, odległe planety, nieznane urządzenia i technologiczne rozwiązania. A przede wszystkim jest przygoda. Seria wyzwań, którym bohaterowie mogą sprostać dzięki swojej pomysłowości.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dawno, dawno temu. Antologia pokonkursowa"

"Dawno, dawno temu. Antologia pokonkursowa"

Jak najlepiej zacząć bajkę? Od „dawno, dawno, temu...”. Tak też nazywał się konkurs na opowiadanie z motywami z baśni braci Grimm zorganizowany przez blog Prozaicy na przełomie 2012 i 2013 roku. W zakamarkach Internetu trafiłam na antologię pokonkursową i zaciekawiona motywem przewodnim postanowiłam się z nią zapoznać. Pierwszy szybki wniosek: Uczestnicy ewidentnie upodobali sobie wilki.

Antologia zawiera osiem wyróżnionych opowiadań. Pierwsze miejsce zajęła Anka Rymaszewska z mrocznym tekstem „Goście”, w którym narratorem jest kot. Jednak mój ulubieniec to miejsce drugie, które przyznano Justynie Kwiatkowskiej za odwrócenie ról w historii o Czerwonym Kapturku. W „O wilku mowa!” jest twarda dziewczynka i ciapowaty wilk. Następnie Joanna „Lisha” Jaworska i „Kolekcjonerka głów”. Ten tekst ma formę klasycznego fantasy. Bohater za którym podążają wilki i smutna jasnowłosa dziewczyna, prosząca o zemstę. W kolejnym opowiadaniu „Obrońcy Lasu” autorka - Magdalena „Ithilnar” Idziak – również sięga po motywy z Czerwonego Kaptura. Ale u niej wilku w porozumieniu z wróżką chcą załatwić Babcię, wnuczkę i Myśliwego, którzy wcale nie są przedstawione jako pozytywne postacie. Opowiadanie Stanisława Iwanowskiego „Wszystko zaczęło się od snów” wyróżnia się na tle innych. Fantastyczno-oniryczy tekst zatopiony w mgiełce otumanienia i fascynacji. Autor chyba najodważniej zinterpretował motyw. Oddala się od klasycznego postrzegania baśni, jednak i u niego można dopatrzyć się motywów z tekstów braci Grimm np. krzak róży. Całkiem inaczej do tematu podeszła Zuzanna „Alucardyna” Grabowska. „Dymitr Iwanowicz” to tekst przygodowy. Jest w nim walka o władzę, matczyna miłości, zły król itp. W przeciwieństwie do Iwanowskiego, autorka nawsadzała do tego opowiadania tyle grimmowskich motywów, że wydaje się ono odtwórcze. Miejsce siódme zajęła „Wilcza Pieść” Ewy ”Tiny B.” Mazur. Znowu wilki, można przewrócić oczami. Autorka wchodzi w konwencję fantasy, a z Czerwonego Kaptura robi herosa (albo heroskę). Antologię zamyka Justyna Polak i opowiadanie o wdzięcznym tytule „O królewczu i dwóch kobietach”. Autorka zaczyna klasycznym „dawno, dawno temu...” i chyba najbardziej ze wszystkich wyróżnionych trzyma się formuły baśni. Dwie dziewczyny. Jednak piękna i zła, druga skromna i dobra. Która zawróci w głowie księciu?

Zacznę od tego, że bardzo lubię tematyczne antologie. Zawsze fascynowało mnie, jak różnie można zinterpretować dany temat. I tutaj mamy wachlarz tekstów. Od baśni przez fantasy po niemal współczesne wariacje na temat twórczości braci Grimm. Nie są to może wybitne teksty, a pisząc to mam na myśli, że żaden z nich nie rozwalił mnie na łopatki. Natomiast są wśród nich przebłyski ciekawych pomysłów i bardzo fajnie, że znalazły one ujście dzięki temu konkursowi. To co udało się uchwycić autorkom i autorom to niesamowitość i mrok baśni. Oni czują, że nawet kiedy dobro zwycięża powinna towarzyszyć temu niepokojąca otoczka. Wszystkim wyróżnionym gratuluję. Piszcie kochani, bo wasze pomysły zasługują, aby ujrzeć światło dzienne.

"Zrób to sam. Portmonetka" zestaw kreatywny

"Zrób to sam. Portmonetka" zestaw kreatywny

Ładne rzeczy poprawiają nastój, a jak sami stworzymy coś pięknego to duma gwarantowana. Dlatego uwielbiam wszelkiej maści zestawy typu „Zrób to sam” (DIY). Są dla nas wskazówkami, jak zrobić własne akcesoria. Dziś pokażę wam produkt, który zachwycił moja córkę, zestaw do robienia portmonetek od Djeco.

W zestawie znajdziemy dwa wykroje ze sztucznej skóry, kalkomanię do odbicia, zatrzaski i dodatki (gumeczkę, pomponik, skórzane listki). Z tego mamy wyczarować portmonetki. Jak to zrobić?

Krok pierwszy: rozłóż wykroje i nanieś na nie wybrane wzory z kalek. Rzecz jest dość prosta, chociaż wymaga precyzji. Przykładamy folię do skórki. Bierzemy ołówek i dokładnie zarysowujemy wybrany wzór. Warto wcześniej sprawdzić, które fragment będą widoczne i gdzie jest góra, a gdzie dół. My trochę nie przemyśleliśmy tego i niektóre fragmenty są do góry nogami, ale i tak nam podobają się efekty.

Krok drugi: zaginamy rogi tkaniny według instrukcji.

Krok trzeci: montujemy dodatki, zapięcia, zatrzaski.

I viola nasza portmonetka jest gotowa.

Największym atutem tego zestawu jest spektakularny efekt przy łatwości wykonania. Serio złożenie tych portmonetek to jest chwila. Ale tak naprawdę zachwycają wzory na kalce. Te wszystkie ptaszki i kwiatki są niebywałe klimatyczne. Mojej córce po prostu dech w piersiach zaparło, kiedy odbiła pierwszy z nich. Są delikatne, dziewczęce, ale nie dziecięce. Powiedziałabym, że nieco „etno”, chociaż nie czerpiące z konkretnej kultury, a raczej wpisujące się w popularną estetykę. No właśnie, z jednej strony pop, a z drugiej indywidualność. Dwie cechy, które pasują do dzieci w wieku szkolnym. Być w grupie, ale też się trochę wyróżniać, błyszczeć.

Sugerowany przez producenta wiek: 6+

"Bibi i Bąbel na tropie Zmorka. U Dentysty" Agata Komosa-Styczeń

"Bibi i Bąbel na tropie Zmorka. U Dentysty" Agata Komosa-Styczeń

Wizyta u dentysty to niezbyt przyjemne doświadczenie, ale czasami jest nie do uniknięcia. Warto przed nią pozmawiać z dzieckiem i opowiedzieć, co je czeka, bo aby ząbki zostały wyleczone ono musi współpracować. Nie chcemy, żeby panika je sparaliżowała. Jeżeli lubicie w takich sytuacjach wspomagać się książkami, możecie sięgnąć po bajkę „Bibi i Bąbel na tropie Zmorka. U dentysty” Agaty Komosa-Styczeń.

Źle ugryziona śliwka, a może za dużo żelkowych robaków? Balbinę nagle zaczyna boleć ząb. Dziewczynka wierzy, że jej przejdzie jednak nic z tego. W końcu pozwala zawieźć się do dentysty. Do gabinetu wchodzi pełna obaw. W tym miejscu na pewno mieszka Zmorek. Ktoś siedzi w gabinecie, ale to nie Zmorek, a pluszowy dinozaur. Skąd on się tu wziął? I czy Balbina pozwoli zajrzeć lekarzowi do swoje buzi?

Bohaterka książki ma to szczęście, że trafiła na stomatologa z podejściem do małych pacjentów. Wspomniany dinozaur to zabawka, do której paszczy mogą zajrzeć dzieci, aby się wyluzować i przetestować narzędzia dentystyczne. Wkroczenie do gabinetu następuje w formie zabawy. Lekarz też pamięta, żeby wszystko pacjentce tłumaczyć i spokojnie z nią rozmawiać, a także Balbina może wybrać kolor plomb.

Z jednej strony autorce udało się pokazać, że dentysta nie jest tak straszny, chociaż nie wszystkie jego poczynania są przyjemne. Z drugiej warto zaznaczyć, że wizyta twojego dziecka nie musi wyglądać tak jak ta bohaterów książki, i pewnie tak wyglądać nie będzie. Komosa-Styczeń pokazuje sytuację idealną. Wesołego, cierpliwego lekarza z nieograniczonym czasem. A realia są takie, ze dostęp do specjalistów jest ograniczony. Nie każdego stać, albo nie wszędzie są, przyjazne dla dzieci gabinety. Czasami pozostaje nam wybrać to o jest w naszej okolicy i liczyć na to, że lekarz będzie w miarę przyjazny. Dlatego niech dziecko nie nastawia się na kącik zabaw, czy zabawę przed badaniem. Natomiast niech pamięta, że idzie do dentysty aby ten jemu pomógł. A naszą rolą jest tak je przygotować, aby pomóc sobie pozwoliło.

[Egzemplarz recenzencki]

"Matka na obiad" Shalom Auslander

"Matka na obiad" Shalom Auslander

Tradycja. Czasami bywa... niewygodna. To lekko powiedziane w przypadku rodziny Kanibali. Kiedy umiera członek takiej rodziny ta powinna go zjeść. Matka Siódmego dobrze przygotowała się na swój pogrzeb. Czując, że koniec jest bliski regularnie odwiedzała Burger Kinga. Teraz każdy dostanie swój przydział. „Zdaniem ojców narodu bycie spożytym po śmierci to jest wielki zaszczyt, a wielki dyshonor – bycie pogrzebanym.”1 Nad łożem zmarłej rodzi się dyskusja, czy Ama – jak nazywały ja dzieci – zasłużyła na taki honor. Ama była tradycjonalistką – można o niej powiedzieć „radykalna Kanibalka” - co podzieliło rodzinę. Część dzieci miała dość kultywowania starych obrzędów, inni wiernie stali przy mamie, a niektórzy byli po prostu zmęczeni. Czuli, że tzw. spuścizna nie pozwala im normalnie żyć, ale potrzebowali też określić swoją tożsamość.

„Matka na obiad” okazała się takim rodzajem satyry, jaki ja bardzo lubię. Absurdalna historia z konkretnym przesłaniem. Napisania jasno, klarownie, a przy tym z dużą dawką czarnego humoru i pomysłowymi grami słów. Owszem, momentami wulgarna i brutalna, ale w takiej literaturze trochę chodzi o to, żeby strzelić czytelnika chamskim sierpowym. Chodzi o to, żeby sprowokować, a to jest najbardziej efektywny sposób, bo treść nie umyka za poetycką zasłoną. Ją się wygrzebuje niczym złoto z bagienka.

Shalom Auslander pisze o tożsamości, tradycji, korzeniach. Natomiast ja czytejąć tę książkę zastanawiałam się nad podziałami w ogóle. Odejdźmy na chwilę od nacjonalizmów, chociaż Ama – gdyby nie była imigrantką na pewno „goliłaby się na łyso”. Kiedyś przy okazji dyskusji na temat praw człowieka prowadzący ją profesor rzucił tezę, że sztucznie tworzy się kolejne mniejszości. Ja od tego czasu jestem rozdarta pomiędzy szeroko pojętą tolerancję, a poglądem, że wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi. Auslander wręcz wyśmiewa się z tych podziałów. I tu znowu muszę zaznaczyć, że chamsko acz inteligentnie. Jest taka scena, w której Siódmy zakochuje się w dziewczynie, bo ta nie określa swojej narodowości, mówi, że jest po prostu człowiekiem. Widać w tym, jak bardzo jest on zmęczony „truciem” matki, widać w tym namiastkę buntu, a może szukania normalności nieskażonej tradycjami. Jednak Siódmy też obawia się zerwać ze swoimi korzeniami. Nie praktykuje kanibalskich tradycji, ale myśli, krąży wokół duchów przodków.

Na prawdę niezłą powieść zafundował nam Shalom Auslander. Być może trochę zbyt radykalnie forsuje swój punkt widzenia, jednak jest to niejako usprawiedliwione zamysłem tej książki. Autor stawia pewne tezy, które broni w dość karykaturalnym stylu. Możemy się zgadzać, albo nie. W takich przypadkach polemika zawsze jest w cenie, a wręcz wzbogaca lekturę.

1 Shalom Auslander, „Matka na obiad”, przeł. Maciej Stroiński, wyd. Filtry, Warszawa 2022, s. 98.

"Becia Równiacha i Ropusza Wiedźma" Nicky Smith-Dale

"Becia Równiacha i Ropusza Wiedźma" Nicky Smith-Dale

Rozkiwana Skała ma wyjątkową obrończynię. Becia, choć jeszcze młoda, dzielnie broni tego miejsca i jego mieszkańców. Nie boi się niczego. Słysząc o ogrze zbliżającym się do zamku łapie miecz i samotnie pędzi stawić mu czoła. Jednak jest ktoś kto wykorzysta arogancję dziewczyny. Ropusza Wiedźma zwabia ja w pułapkę i... zmniejsza. Becia jest teraz malutka niczym polna mysz, jednak nikt nie może zabrać jej odwagi. Tylko ten wzrost. Na tak małych stópkach ciężko dotrzeć, gdziekolwiek na czas, a co dopiero walczyć. Czy Becia nauczy się prosić o pomoc? A może w małym ciele ciągle będzie siedzieć wielkie ego?

„Co to było?” - ja się pytam. „Becia Równiach i Ropusza Wiedźma” to najbardziej szalona książka dla dzieci, jaką mieliśmy okazję czytać. Żart czyha na nas niemal w każdej linijce. Nicky Smith-Dale bawi czy to imionami bohaterów (np. Sir Gulasz z Wołowiny), ich zachowaniem (Dlaczego królewna nosi koronę z chleba? Bo tak jej się podoba) czy wypowiedziami („Masz tyle siły i odwagi co ściera do naczyń”1). Jest dziwnie, intensywnie, ale zabawnie. Co prawda ten humor na początku trochę wytrącił nas z równowagi i ciężko było się skupić na fabule. Ale autorka szybko ją uporządkowała, pokazała o czym mam być jej książka, a my mogliśmy cieszyć się jej niepowtarzalną atmosferą. W bajkach dla dzieci zazwyczaj są niespodziewane rozwiązania fabularne, a Smith-Dale dała się też ponieść językowo tworząc szalone imiona, porównania itp.

Wbrew pierwszemu wrażeniu i temu całemu zalaniu nas głupotkami, „Becia Równiacha...” to książka z dobrym morałem. Jak już wspominałam bohaterka jest arogancka, nie stosuje zasad bezpieczeństwa. Wydaje jej się, że dokonała już tyle, iż nie ma przed nią niemożliwego. Ta pewność siebie ją gubi. Przekonuje się na własnej skórze, że zbroja może uchronić od niespodziewanego cisu łyżeczką wydrążania grapefruita, a wiedza i zasady podpowiadają, jak skutecznie podjeść ogra. Przekonuje się, że bohaterstwo nie polega na samotnym działaniu i spijaniu chwały. Nawet najdzielniejszy bohater prosi o pomoc, ma towarzyszy, z którymi współpracuje. Fajne jest to, że w tej książce nie ma patosu. Becia i czytelnicy dochodzą do morału otoczeni tym szalonym stylem pisania Smith-Dale, bawiąc się przy tym przednio.

Na koniec załączam ostrzeżenie: „Nie czytajcie tej książki przed snem”. Dzieciaki tak mi się rozbawiły, że myślałam, iż zasikają pościel ze śmiechu. Jest po prostu świetna. Pokazuje, że czytanie do dobra zabawa, a przy tym jest nośnikiem mądrych treści, acz czasami ubranych w niemądre słowa. I za to ją pokochaliśmy.

1 Nicky Smith-Dale, „Becia Równiach i Ropusza Wiedźma”, przeł. Magdalena Kunz, wyd. Magiczne, Warszawa 2025, s. 40.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger