"Dziewczyna na miesiąc: Styczeń, luty, marzec" Audrey Carlan

"Dziewczyna na miesiąc: Styczeń, luty, marzec" Audrey Carlan

Mia bardzo potrzebuje pieniędzy. Tu chodzi o życie jej ojca. Nie jest łatwo zdobyć milion dolarów, a wierzyciele są bezwzględni. Na pomoc dziewczynie przychodzi ciotka, która proponuje jej pracę w charakterze ekskluzywnej dziewczyny do towarzystwa. Jeden rok, dwanaście miesięcy i dzięki swojej urodzie Mia może wykupić życie ojca. Stawka jest ogromna, a zajęcie wydaje się nawet przyjemne. Już pierwszy klient okazuje się niezłym ciachem, a do tego Mia ma zagwarantowane kosmetyczki, drogie ciuchy i spotkania pełne blichtru.

Audrey Carlan podzieliła cykl „Dziewczyna na miesiąc” właśnie na kolejne miesiące. Tom pierwszy to styczeń, luty i marzec. Schemat jest prosty. Klient wypożycza Mię na jeden miesiąc, gwarantuje jej miejsce zamieszkania, ciuchy, wyżywienie i opiekę, a także definiuje czego od niej oczekuje, a ta wciela się w zleconą jej rolę. Wszelkie inne usługi są płatne ekstra. Już w pierwszym tomie przekonamy się, że każdy z klientów będzie inny i będzie miał inne oczekiwania. Najpierw zadaniem Mii będzie odstraszanie nachalnych adoratorek od znanego reżysera filmowego, potem zostanie muzą wielkiego artysty, a w marcu będzie udawać narzeczoną spadkobiercy znanej sieci restauracji.

„Dziewczyna na miesiąc” to gorący cykl książkowy. Mnóstwo tu przytulasów, pieszczot i innych fiku miku. Można mieć wrażenie, że zdominowały one treść. Jeden Audrey Carlan nie chodzi tylko o seks. Stara się zbudować ciekawe postacie i całkiem dobrze jej to wychodzi. Ba, kiedy patrzyłam na główną bohaterkę czułam, że autorka musi tłumić jej inteligencję i charyzmę, żeby wpisać ją w konwencje powieści. Co ciekawe, w tego typu książkach zazwyczaj jest odwrotnie i kobiece bohaterki wypadają dość pusto. Nie Mia. Ona hardo stąpa przez życie i odważnie pokonuje przeszkody. Ma charakterek, co w duecie w urodą czyni ją wyjątkową kobietą.

Podoba mi się również, że każdy miesiąc, każdy klient to inna historia. I w ich przypadkach autorka zręcznie łączy cielesność (każdy z nich to Adonis) z pewną psychologią uczuć. A w każdym wątku wracamy do Mii, bo to ona coś z tych relacji wyciąga. Odnosi je do swoich dotychczasowych doświadczeń i chyba odrobinkę się zmienia. Jak na razie jestem fanką ekscentrycznego Francuza, artysty pełną gębą, który sprawia, że jego towarzyszka redefiniuje pojęcie miłości, kochania się. Być może nieco manipuluje słowami, ale zasadza w Mii ziarenko wątpliwości, jak powinno się patrzeć na te sprawy.

Powiem, wam, że ta książka mnie zaskoczyła. Właściwie, kiedy znajoma mi ją przyniosła, spojrzałam na nią niechętnie. A jak już ją miałam rękach to przeczytałam, żeby mieć o czym pogadać. Zdecydowanie jest to cykl wpisujący się w literaturę miłosną 18+. Jest gorący i namiętny. Ale też całkiem ciekawy. Carlan postawiła na skomplikowanych bohaterów, ale tak nieprzesadnie skomplikowanych. Na tyle, żeby czytelnik czuł się zaintrygowany tym, co przyniesie bohaterce kolejny miesiąc.

Haft diamentowy. Stich

Haft diamentowy. Stich

Stich ze Stichem się spotkali. Jeden duży drugi mały. Oba pięknie się błyszczące, diamentami się mieniące. Te dwie prace wykleiła pewna dziewczynka, zdeterminowana, aby powiesić na ścianie ulubionego bohatera. Jak jej się pracowało? Czy było to trudne? Dziś wam o tym opowiem.

Haft diamentowy ma coraz więcej entuzjastów. I my polubiliśmy tą aktywność. Może kiedyś pokaże wam swoje prace, ale dzisiaj o hafcie diamentowym dla dzieci. Oba wzory kupiliśmy w Action. Ten większy jest na płótnie i został oznaczony jako XL, czyli w zestawie znajdziemy większy rozmiar diamentów. Widoczne są też przestrzenie między nimi. Trudno mi ocenić, czy to utrudnia czy ułatwia przyklejanie. Na pewno trzeba precyzyjnie trafić w wyznaczone miejsce, bo wszelkie błędy od razu widać, ale też dość łatwo skorygować położne krzywo przyklejonego diamentu. Drugi wzór ma mniejszy format i został nadrukowany na kartonie. W tym zestawie znajdziemy już małe diamenty. Za to będziemy mogli dość dokładnie wykleić bajkowego bohatera. Która praca bardziej wam się podoba?

Haft diamentowy to kreatywna zabawa, w której ćwiczy się cierpliwość i koncentrację – a ze wszystkich stron słyszę, że tego brakuje obecnym dzieciom – a nagrodą jest piękna praca. Na pewno wzory inspirowane bajkami zachęcają dzieciaki do wyklejania. Ja chciałabym zwrócić waszą szczególną uwagę na diamenty XL. Są fantastyczna sprawą dla początkujących. Żeby przenieść diamenciki na kawę używamy specjalnego patyczka, którego koniec zanurza się w wosku, Dzięki temu diamencik się delikatnie do niego przykleja. Zauważyłam, że to złapanie diamentu jest najtrudniejsze dla dzieci. Te XL można łapać nawet ręką. Ja akurat wolę patyczek, ale dla małych dziecięcych paluszków to wcale nie jest głupie rozwiązanie. W prezentowanym wzorze też łatwo zlokalizować, gdzie należy przykleić, który kolor, co jest kolejnym atutem.

Powiem wam, że tego dużego Sticha wyklejaliśmy w trójkę. Nie dlatego, że był trudny, ale każdy chciał przyłączyć się do pracy nad nim. Okazało się, że nawet czterolatek uporał się z tym wzorem. Za to mały Stich pięknie mieni się na biurku M. Na początki wydał mi się niepozorny na tym kawałku kartonika, ale okazało się, że jest to całkiem dobry materiał, bo kryształki nie odpadają, jak zdarza się przy pracach na płótnie. Czy już mieliście okazję wyklejać podobne obrazki?

"O dziewczynce, która została Robin Hoodem" Ben Miller

"O dziewczynce, która została Robin Hoodem" Ben Miller

Wkrocz w magiczny portal i przenieś się do innego świata. Pamiętaj tylko, że obnaży on to kim jesteś. Jeżeli jesteś dzielny/a przywdziejesz szaty bohatera. Jeżeli drzemie w tobie jakaś skaza dostaniesz rolę czarnego charakteru. Charlie z powieści „O dziewczynce, która została Robin Hoodem” odkrywa takie przejście w szkolnej bibliotece. Okazuje się, że między światami odbywa się walka o władzę, a zły hrabia uwięził królową. Wygląda na to, że portal i jego strażniczka (bibliotekarka, a jakże) wybrali Charlie, aby pomogła przywrócić dobro w obu światach. Czy dziewczynka podoła zadaniu?

Charlie to nieśmiała, skryta bohaterka. Marzy o przyjaźni, ale nie umie ich nawiązywać. Boi się towarzyskiej kompromitacji, dlatego chowa się za okładkami książek. Do tego, pierwszego dnia w nowej szkole nie można zaliczyć do udanych. Od razu trafia na szkolnych dręczycieli, którzy wymyślają dla niej „śmieszne” przezwisko. I ta, nieco wystraszona dziewczynka, ma zostać bohaterką?

Ben Miller napisał rasową powiesić przygodową. Zaczyna od koleżeńsko-młodzieńczych dylematów i przy ich pomocy prezentuje bohaterów i ich charaktery. Balansuje na osi czarne-białe postacie, co w formule tej książki bardzo dobrze się sprawdza, ale jak zobaczycie w toku wydarzeń zainicjuje też pewne zmiany – oczywiście na lepsze.

Bez problemu zidentyfikujemy antagonistę. Do tego Miller jasno formułuje jego cele, jak i zadanie, jakie będzie stało przed Charlie. Dziewczynka przystępuje do niego z obawą, ale szybko przekonuje się, że portal uwypuklił wszystkie jej atuty, a do tego obsadził ją w roli postaci, która wyróżnia się wyjątkową odwagą i talentem. Autor mocno inspiruje się historia Robin Hooda, ale nie przekłada jej jeden do jednego. Raczej traktuje ja jako tło, ale też nawiązanie do literackich zainteresowań Charlie.

Aby uratować królową bohaterowie będą musieli współpracować, jak i wykazać się pomysłowością, co doprowadzi nawet do kilku zabawnych scen. W finałowej konfrontacji to Charlie będzie musiała zmierzyć się z hrabią, ale zanim do tego dojdzie bohaterowie zdążą zbudować dość silne więzi przyjaźni, a i każdy z nich będzie mógł wykazać się podczas misji.

„O dziewczynce, która została Robin Hoodem” to rewelacyjna powieść przygodowa dla dzieci i młodszej młodzieży. Ben Miller sprawnie wciąga czytelników w fabułę. Łączy wątki koleżeńskie, jak niezwykłą przygodę. Jego postaci nawet nie przypuszczają, jakie talenty w nich drzemią. Nie jest to może klasyczna powieść „od zera do bohatera”, ale pewne jej cechy możemy tu znaleźć. Ale przede wszystkim jest to emocjonująca przygoda, czytając którą świetnie się bawiliśmy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Za wszelką cenę" Harlan Coben

"Za wszelką cenę" Harlan Coben

David odsiaduje wyrok w więzieniu za zabójstwo własnego syna. On twierdzi, że nie mógł tego zrobić, ale dowody wskazują na coś innego. Na to, że ojciec w pijackim amoku zamordował dziecko. David adaptuje się do więziennego życia i odgradza się od natrętnych myśli. Po pięciu latach odsiadki dostaje znak, że jego syn żyje. Na zdjęciu zrobionym przypadkowo na rodzinnym festynie, w tle widnieje bardzo podobny chłopak. Czy to jego Matthew?

Ta książka Harlana Cobena zatytułowana jest „Za wszelką cenę”, bo bohater za wszelką cenę musi dotrzeć do chłopca ze zdjęcia, aby upewnić się, czy jest to jego syn. Autor zaczyna spokojnie, od pewnych przemyśleń bohatera, aby wrzucić nas i jego w na rollercoaster brawurowej ucieczki z więzienia. Akcja pędzi jak rakieta, a czytelnik raczony jest ekstremalnymi scenami rodem z produkcji sensacyjnych. Efekt – w moim odczuciu – jest nieco komiczny, jednak nie można powieści odmówić dynamiki.

Chciałabym napisać też emocji, jednak fabułą tej książki wydaje się słabo rozbudowana i naciągana. Jakby Coben skupił się na aspekcie sensacyjnym, przez co – owszem dzieje się – ale jakoś tak „po łebkach”. Za szybko, za dziwnie, za efektownie. Weźmy chociażby wątek, kiedy David zostaje napadnięty przez współwięźnia, który swoją drogą jest naprawdę intrygującą postacią – świr jakich mało. Zastanawiamy się jakie miał motywy, czy ktoś zlecił mu tę napaść. Historia zaczyna obudowywać się naprawdę intrygująco. I nagle w ten mur wjeżdża auto porywając bohatera razem z więzienną bramą - dosłownie i w przenośni – a incydent w więzieniu zostaje zapomniany, bo trzeba przebierać się, zmieniać tablice rejestracyjne, bić się z policjantami, jeździć po USA w rożnych kierunkach (aby zmylić pościg, ofkors), a to wszystko po to, aby znaleźć Matthew.

Nie polecam, nie odradzam. „Za wszelka cenę” to powieść do przeczytania, ale nie znalazłam w niej niczego szczególnie ciekawego. Ot, szybka książka, która ma zapewnić rozrywkę. Przyznam, że mnie znudziła powierzchownością i efekciarstwem. Kto trochę zagląda do moich recenzji, wie że lubię emocje i elementy psychologiczne. U Cobena znalazłam tylko akcję.

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Źrebaki i rumaki" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Źrebaki i rumaki" Agnieszka Mielech

Co tym razem przyszło do głowy Emi i jej przyjaciołom? Nauki jazdy konnej. Czy im się w głowach poprzewracało? Nie do końca. Wszystko zaczęło się od zaszyfrowanego listu. Co w nim było, że członkowie klubu koniecznie chcieli nauczyć się konnej jazdy? Ba, nawet zgodzili się dokładać do lekcji z kieszonkowego. W stadninie poznają różne zwierzęta m.in. klacz Bravę. Dowiadują się, że właściciel chce ją wykupić, a to nie wróży dla niej dobrego życia. Wkładają dużo starań, aby znaleźć dla Bravy inny, dobry dom.

Ech, ten Tajny Klub Superdziewczyn (i jednego Superchłopaka). Z nimi nie można się nudzić. Myślę, że tom „Źrebaki i rumaki” znajdzie wielu entuzjastów, bo... KONIKI. Dzieci uwielbiają koniki i wcale im się nie dziwię, bo jak nie podziwiać tych majestatycznych zwierząt. Agnieszka Mielech wyczarowuje okoliczności, w których będziemy mogli pomóc jednemu konwi (a dokładniej klaczy). Czy to się uda? Obserwowanie poczynań Emi i przyjaciół na pewno będzie emocjonujące.

Super tematykę wybrała sobie autorka na ten tom przygód Tajnego Klubu Superdziewczyn. Zresztą z tymi bohaterami zawsze jest super. Oni zarażają pasją i entuzjazmem. Działają i robią to rozsądnie, pomysłowo. Z każdym przeczytanym tomem coraz bardziej ich lubimy.

[Egzemplarz recenznencki]

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

Chciałabym wam dziś opowiedzieć o książce pt. „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista. Z czym kojarzy się wam ten tytuł? Istnieje przekonanie, że aby pewne istoty mogły wejść do naszych domów, musimy je najpierw zaprosić. Tak jest w przypadku Eli, jednej z postaci z tej powieści. Chociaż właściwie powinnam zacząć od Oskara. Eli i Oskar to rówieśnicy, a także mieszkają na tym samym osiedlu, ale nie chodzą razem do szkoły. Poznają się na placu zabaw, kiedy po zmroku dziewczynka wychodzi z domu. On dziwny, ona dziwna. Łączy ich jakaś szczególna fascynacja, a nawet troska. Kiedy w okolicy dochodzi do kolejnych trudnych do wyjaśnienia i wyjątkowo makabrycznych zdarzeń, Oskar coraz baczniej przygląda się koleżance i jej ojcu. Czy mogą mieć z nimi coś wspólnego? Czy strach zacieśni, czy poluźni wieź, którą zbudowali?

Lindqvist oddał w ręce czytelników bardzo osobliwy horror. W przednim akapicie podjęłam próbę opisania fabuły ale jest ona bardzo powierzchowna. Autor wychodzi od maltretowanego w szkole chłopca, którego oprawcy dość mocno przesuwają granicę bezpieczeństwa. Chłopiec ten poznaje dziwną dziewczynkę. Eli staje się jego ostoją, przyjaciółką, ale tez fascynuje go jako dziewczyna. Taki wiek. Do tego Oskar interesuje się morderstwami – można powiedzieć, że to jak traktują go koledzy wywołuje w nim krwawe instynkty, które znajdują ujście w zbieraniu wycinków z gazet i snuciu scenariuszy zemsty – a w Blackbergu i okolicach dochodzi do kilku niewyjaśnionych morderstw. Niewątpliwie w tej sztokholmskiej dzielnicy zadomowiło się coś, co jest wyjątkowo żądne krwi.

Jak już wspominałam, „Pozwól mi wejść” to horror, ale wyjątkowo smuty horror. Mamy tu zjawiska nadprzyrodzone, ale Lindqvist nie idzie w efekciarstwo. Jego styl ma pewną surowość i oszczędność. Wyjątkowo dobrze widoczne są w dialogach – bardzo szybkich i konkretnych. Tu się nikt się nie tłumaczy ze swoich czynów. Mamy tu ludzi pogrążonych w swoim życiu i swoich problemach. Jasne, że się boją, bo ktoś/coś morduje za rogiem, ale – jak to się mówi – życie toczy się dalej. Morderca z pierwszych stron gazet nie zrobi za nich zakupów, ani nie zdyscyplinuje niepokornego nastolatka. Ta szarość niczym z PRL-owskiego blokowiska potęguje samotność bohaterów. Beznadzieję, poczucie, że i tak nie zostaną zrozumiani. W tym wszystkim więź jaką nawiązują Eli i Oskar jest niczym światełko. Ich połączyła inność. Czy to trwałe spoiwo?

Właściwie Lindqvist serwuje nam tu całą gamę szarości. W tej książce nie ma bohaterów do lubienia i do nielubienia. Weźmy chociażby Oskara. Jest ofiarą, więc powinniśmy mu kibicować, jednak w zależności od sceny – a czasami w ramach jednej sceny – chcemy dać mu siłę do postawienia się okrutnym kolegom, aby za chwilę wydał nam się obrzydliwy. I ta sinusoida sprawia, że w „Pozwól mi wejść” uwydatniają się pewne elementy psychologiczne. Zastawiamy się, jak wpłyną na bohaterów niecodzienne zdarzenia. Zmienią się, dorosną, a może będą dalej kroczyć obraną już drogą i pozostaną im jedynie sny o innym życiu? Bo w tej surowości Lindqvista próżno szukać efektownych przemian. Są natomiast wielkie postanowienia. Tylko ile procent takiego postanowienia uda się zrealizować?

Jestem oczarowana klimatem tej książki. Tym jak ona skromnie nadaje tempa i wciąga nas na sztokholmskie przedmieścia. Miejsce, gdzie ludzie są tak ukorzenieni, że nawet demon nie jest w stanie wzburzyć ich życiem. No może trochę przesadziłam z tą obojętnością. Mieszkańcy Blackbergu boją się, ale ten strach ich nie paraliżuje. To nie jest lokalna apokalipsa, a okoliczności, z którymi trzeba się uporać – a najlepiej jakby służby się tym zajęły. Wracając do wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas czytania. Autor porusza i obrzydza. Nie boi się wprowadzić bohaterów bardzo pogubionych, którzy nie potrafią walczyć z tym co ich trawi. Wyciąga zboczenia, używki, przemoc, brud i wplata je w szarość życia.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka" Agnieszka Stelmaszyk

Dom aukcyjny w Londynie. Tu dochodzi do brawurowej kradzieży. Przez okna wpadają ninja i kradną obrazy wystawione na licytację. Co ciekawe wcale nie są to najbardziej wartościowe dzieła z przygotowanych do sprzedaży. Co tak wyjątkowego w nich było? Co jeszcze bardziej podejrzane, w następnych dniach zostają skradzione kolejne japońskie obrazy. Młodzi Gardnerowie, pomimo zakazów rodziców, nie mogą oprzeć się pokusie przyjrzenia się tej sprawie. Do tego pojawia się tajemniczy człowiek, który interesuje się astrolabium zakupionym przez ich dziadka. Ślady prowadzą Gardnerów, a także ich przyjaciół z Polski, do kraju kwitnącej wiśni. Dzieci nawet nie przypuszczają, jak poważne niebezpieczeństwo czyha tam na nich.

Japońska przygoda Gardnerów i Ostrowskich została zatytułowana „Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka”. Agnieszka Stelmaszyk w pomysłowy sposób prezentuje nam tamtą kulturę i historię. Nawiązując do rozbudzającej wyobraźnię legendy kreuje sprawę kryminalną, a na jej tle czytelnicy dowiedzą się co nieco o samurajach, roninach, buddyjskich klasztorach, ceremonii picia herbaty czy japońskich domach. Moim zdaniem temat jest bardzo wdzięczy, bo japońska kultura jest tak inna od europejskiej. Dla młodego czytelnika to wszystko będzie nowe i – wierzę, że również – ekscytujące. Szczególnie, że autorka nie szczędzi akcji. Spójrzmy chociażby na scenę otwierającą tę opowieść. Czy ninja wskakujący przez okno, nie rozpalają wyobraźni?

„Kroniki Archeo” to generalnie bardzo ciekawy cykl powieści przygodowych dla dzieci nawiązujących do historii, a „Klątwa Złotego Smoka” to szczególnie godny uwagi tom. Zaskoczył on dzieci niezwykłą japońską kulturą, a niebezpieczne okoliczności opisanych wydarzeń, w których nie wiadomo, komu można zaufać, jak i niezwykli bohaterowie, sprawiły, że książka ta okazała się wyjątkowo wciągająca.

[Egzemplarz recenzencki]

"Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci" Daniel G. Amen, Charles Fay

"Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci" Daniel G. Amen, Charles Fay

Czy rozum i serce mogą ze sobą współpracować? Daniel G. Amen, neuropsychiatra, i Charles Fay, psycholog, twierdzą, że nawet powinny, jeśli chodzi o wychowanie Lansują rodzicielstwo oparte – jak sami to nazywają – na miłości i logice. Twierdzą, że aby mądrze podejść do wychowywania należy przede wszystkim zrozumieć, jak działa mózg dziecka, jakie ma możliwości i słabości, jak pracuje i postrzega świat. W publikacji „Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci” mówią o tym, że dyscyplina i empatia mogą iść w parze, a co więcej są dzieciom bardzo potrzebne.

Amen i Fay odpowiadają na wielkie wyzwanie bliskościowego podejścia do rodzicielstwa. Książka ta może być odpowiedziom, dla wielu opiekunów, jak należy stawiać granice. Bo chyba to jest najtrudniejsze. Chcemy być kocha jacy, ale też mieć szacunek i posłuch. Powiem wam, że momentami dyskutowałbym z autorami o istocie konsekwencji, ale generalnie przekonali mnie, a nawet pokazali, że stanowczość nie jest zła. Dużo zależy od tonu głosu i od sformułowania myśli, oczekiwań. Stanowczość nie musi być atakiem. Może być gestem zaufania, a nawet pozwoleniem na przejęcie kontroli przez dziecko.

Autorzy prezentują różne sytuacje z jakimi rodzice mogą mieć do czynienia. Znajdziecie tu wyzwania dla opiekunów przedszkolaków, dzieci w wieku szkolnym i nastolatków. Widełki wiekowe są bardzo szerokie, ale jest to niewątpliwie atutem tej książki. Amen i Fay przekonują, że nigdy nie jest za późno, żeby zastosować ich podejście, że wiele sytuacji można jeszcze odkręcić. Natomiast nie możemy zapominać, że wychowanie to długofalowy proces. Tu nie zostały zaprezentowane sposoby, które uczynią z naszego dziecka „aniołka”. To jest podejście, które ma zaprocentować w przyszłości wychowaniem silnego psychicznie człowieka.

Będę bardzo ciepło wspominała książkę „Rozum i serce”, bo przyszła do mnie w momencie, kiedy miałam rodzicielski dołek. Bardzo miło mnie zaskoczyła, ponieważ nie znalazłam w niej treści, które znałam już z poradników. Amen i Fay poszli w innym kierunku. Naukowo wyjaśnili, jak działa mózg, co jest dla niego dobre, co go wzmacnia, a co osłabia. I nie tylko mówię tu o rodzicielskich „zagrywkach”, ale też chociażby o diecie dobrej dla mózgu. Ale to nie jest najważniejsze. Ta publikacja wzmocniła mnie, jako rodzica, uspokoiła. Pozwoliła spokojniej podejść do problemów, z jakimi wtedy się mierzyłam.

[Egzemplarz recenzencki]

"Miarka się przebrała" Thierry Coppée

"Miarka się przebrała" Thierry Coppée

Ósmy zeszyt z przygodami Toto zatytułowany jest „Miarka się przebrała”. Czyżby nasz zgrywus przegiął. Czytam, czytam i czytam, aby się przekonać.

Nie bez powodu na okładce jest gabinet lekarski, bo w tym tomie znajdziemy kilka historyjek, kiedy klasa Toto uczestniczy w bilansie. Jak możecie się domyślić chłopiec będzie chciał poprawić swoje wyniki, aczkolwiek chyba (tym razem) nie wypadnie tak źle. Natomiast zaskoczy lekarza swoimi odpowiedziami. Nie brak tu też wątków rodzinnych i koleżeńskich.




No właśnie. Czytając już ósmy zeszyt „Żarcików Toto” stwierdzam, że bardzo go lubię, świetnie się bawię, ale brakuje mi uporządkowania pewnych tematów. Chociażby sytuacji rodzinnej chłopca. Sami możemy wydedukować, że jego rodzice się rozwiedli. Ale na przykład trudno ocenić z kim chłopiec mieszka. Opowiastki z jego perypetiami zostały wydane raczej przypadkowo. Są takie, które są ze sobą powiązane, ale nie jest to reguła, obok komiksu o wizycie u lekarza może pojawić się taki o odwiedzinach u babci. Można bronic tego komisu, że chodzi w nim o żart, o śmieszną scenę, komentarz. Owszem. Ale taka formuła sprawdza się, kiedy trafiasz na pojedynczy tom. Przy dłuższym czytaniu, chciałoby się wiedzieć coś więcej o tych bohaterach.

Moje uwagi nie zmieniają faktu, że z Toto niezły żartowniś, a komiksy z jego udziałem to kopalnia żartów. Idealna publikacja dla tych, którzy mają ochotę się pośmiać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Zima w Szmaragdowym Lesie. Zimowe opowiadania" Barbara Wicher

"Zima w Szmaragdowym Lesie. Zimowe opowiadania" Barbara Wicher

Jest takie powiedzenie: „znalezione nie kradzione”. Zazwyczaj jest używane przez znalazcę, aby usprawiedliwić jego prawa do znalezionego przedmiotu. Jednak czasami warto poszukać właściciela, bo nawet pozornie mało warta rzecz, może dla kogoś wiele znaczyć. Białe liski ze Szmaragdowego Lasu znajdują w śniegu dzwonek. Ponieważ mają detektywistyczne zacięcie zaczynają szukać śladów i pytać. Są zdeterminowane, aby znaleźć właściciela.

Właściwie nie wiem, dlaczego książka Barbary Wicher „Zima w Szmaragdowym Lesie” ma podtytuł „Zimowe opowiadania” bo to pełnoprawna powieść dla dzieci. Cała ta historia skupia się na szukaniu właściciela rzeczonego dzwonka. Można wskazać w niej kilka punktów, kiedy liskom już wydaje się, że go znalazły, jednak trop okazuje się fałszywy. Natomiast rozdziały następują po sobie i jeden wynika z drugiego.

Jest tu też wyraźny wątek świąteczny. Pokazuje się święty Mikołaj, wielka choinka, a także świąteczne marzenia, a w wśród nich jedno szczególnie wyjątkowe, nawiązujące do przyjaźni. Wszystko odbywa się w miłej, pełnej troski atmosferze. Dodać też muszę, że jest to dość intensywna historia. Dużo w niej postaci, a i tempo jest szybkie. Rozdział są krótko, a w każdym dzieje się coś. Nie ma tu chwili na odpoczynek. Czytelnik musi być w ciągłym skupieniu, bo sytuacja ciągle się zmienia.

Moim zdaniem podtytuł sugerujący, że są to opowiadania jest mylący. „Zima w Szmaragdowym Lesie” to książka dla dzieci, które już są w sanie śledzić fabułę w dłużej historii. Wydarzenia następują po sobie i, aby rozkoszować się tą opowieścią, trzeba je śledzić. Co prawda Barbara Wicher w kolejnych etapach zamyka pewne epizody, jednak nie można patrzeć na nie wybiórczo. Ta książka funkcjonuje jako całość i tak powinna być czytana.

[Egzemplarz recenzencki]

"Detektyw Miś Zbyś na tropie. Gdy Cię wita kosmita, a rakieta rozbita" Piotr Nowacki, Maciej Jasiński, Tomasz Kaczkowski

"Detektyw Miś Zbyś na tropie. Gdy Cię wita kosmita, a rakieta rozbita" Piotr Nowacki, Maciej Jasiński, Tomasz Kaczkowski

Detektywowi Misiowi Zbysiowi żadna misja nie straszna. W jednym z tomów pt. „Gdy cię wita kosmita, a rakieta rozbita” wyrusza, razem ze swoim kompanem borsukiem Mrukiem i małym dinozaurem Ząbkiem, w kosmos. Ktoś sabotuje przygotowania do turnieju Galactic Open, który odbywa się na Marsie. To wielkie wydarzenie i organizatorom zależy, aby odbyło się bez problemów. Kiedy detektywi przybywają na miejsca ginie puchar. To chyba jeden z najgorszych scenariuszy. Jak uhonorować zawodników bez pucharu?

W tym komiksie zobaczymy różne oblicza rywalizacji. I te dobre, motywujące, jak i to negatywne, niszczące. To włośnie niezdrowa rywalizacja doprowadzi do tego, że fani sportu nie będą mogli się nim cieszyć. Mogło być coś, ale przez zazdrość nie będzie niczego. Chyba, że bohaterowie dowiedzą się, kim są sabotażyści. Dla Zbysia jest to szczególnie trudna sprawa. Bardzo boi się, że zawali, przez co nie może logicznie myśleć. Czy detektyw weźmie się w garść? W końcu w nim cała nadzieja.

Kosmiczna przygoda Zbysia i Mruka bardzo nas wciągnęła. Z tym niezwykłym tłem szaleństwo tego komiksu jest jeszcze bardziej widoczne. Dziwne postaci, inne zasady fizyki i zabawne komentarze. Generalnie „Detektyw Miś Zbyś na tropie” to barwny komiks, ale wyprawa w kosmos dała autorom szczególe pole do popisu. Tu nie musieli trzymać się żadnych zasad.

Bardzo fajny jest morał tego zeszytu. Sprowadźmy do powiedzenia: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Wydarzenia z „Gdy Cię wita kosmita...” wspaniale pokazują, że zamiast psuć lepiej rozmawiać i współpracować. Mówią też o tym, że nie wolno się poddawać. Co z tego, że raz nam coś nie wyszło. Kolejne podejście to inne, nowe możliwości. To szansa na rewanż. Jesteśmy mądrzejsi o stare błędy i możemy lepiej podejść do naszego wyzwania.

Nie mogę zapomnieć o interaktywności tego komiksu. Bohaterom zdarza się zwracać bezpośrednio do czytelników, a nawet mają dla nich pewne zadania. Tak ,tak kochani. W też będziecie mogli się wykazać w kosmicznym śledztwie.

Ja i moje dzieciaki polecamy wam „Detektywa Misia Zbysia na tropie”. Widzę, jak „młodzież” świetnie bawi się przy czytaniu tego komiksu. To taka lektura „z jajem”, która dodatkowo intryguje tajemnicą i prowadzonym śledztwem. Zaznaczyć też muszę, że świetnie się go czyta dzieciom (w sensie: ja czytam, oni słuchają), co w przypadku komiksów nie zawsze jest łatwe. Dlatego można go pokazać już przedszkolakom. Przynajmniej ja tak zrobiłam. I to był strzał w dziesiątkę.

[Egzemplarz recenzencki]

"Angielski dla dzieci. Trening językowy" Marta Hałabis

"Angielski dla dzieci. Trening językowy" Marta Hałabis

Jaki jest najlepszy sposób, aby się czegoś nauczyć. Ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. Regularne powtarzanie sprawia, że nasz mózg tworzy nowe połączenia i zapamiętuje. Powtarzanie to znak dla niego, że coś jest ważne. Całkiem fajnie opisano ten mechanizm w książce „Kurzol. Kto ukradł pamięć”. Ale nie o tym miałam opowiadać, a pokazać wam książkę „napakowaną” zadaniami do nauki języka angielskiego pt. „Angielski dla dzieci. Trening językowy” autorstwa Marty Hałabis, znanej chociażby z publikacji „Angielski. Zdanie po zdaniu”, której nie mogłam się nachwalić.

Książka „Angielski dla dzieci. Trening językowy” przeznaczona jest – jak sugeruje wydawca – dla dzieci w wieku 7-11 lat. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to duża rozpiętość, ale – uwierzcie mi – książka ta daje ogromne pole możliwości do pracy z młodym człowiekiem. Generalnie akcent jest na słownictwo. W każdym rozdziale mamy zestawy słówek , które powinniśmy opanować i są to różne części mowy, nie tylko rzeczowniki. Utrwalić je ma nam pomóc szereg zadań, a także komentarze dotyczące zagadnień gramatycznych. I tu dochodzimy do najwspanialszej kwestii. To ty decydujesz, w jakim tempie chcesz pracować i możesz wybierać, jaki typ zadań przynosi u was najlepsze efekty.

Teoretycznie najpierw jesteśmy zachęcani do odczytania słówek i spróbowania użycia ich w zdaniach. Ze strony wydawnictwa można pobrać materiał audio, który pomoże ćwiczyć poprawną wymowę. Wiemy już, co będzie tematem „lekcji” teraz czeka nas szereg zdań do rozwiązania. Tych ćwiczeń jest bardzo dużo i są różnego rodzaju np. wybieranie poprawnej odpowiedzi z dostępnych możliwość, krzyżówki, zadania true/false, poprawianie błędów, podpisywanie obrazków, łączenie w pary, próby tłumaczenia, budowanie dialogów. Być może odnieśliście wrażenie, że zaproponowane zadania nie wykraczają poza to, oferuje podręcznik do angielskiego. Nie będę się kłócić, bo sama znam to wszystko ze szkoły. Jednak pracując z tą książką odniosłam wrażenie, że bardzo łatwo dopasować ją do poziomu i tempa dziecka. Zadania mają w sobie coś, że nawet kiedy delikatnie musimy nakierować dziecko na rozwiązanie to i tak nauka jest efektywna. Zresztą podpowiedzi możemy znaleźć we wszechobecnych ramkach. Te treści – tzn. zadania i teoria – doskonale ze sobą współpracują.

Podsumowując. W publikacji „Angielski dla dzieci. Trening językowy” znajdziecie mnóstwo zdań do doskonalenia kompetencji językowych już dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest to przede wszystkim książka do nauki słówek, ale doskonale przemyślane ćwiczenia przejrzyście wprowadzające zagadnienia gramatyczne sprawiają, że tak naprawdę uczymy się całych konstrukcji. Ta książka trochę prowokuje nas do myślenia po angielsku.

Z kodem ASIACZYTA otrzymacie 30% rabatu na nieprzecenione książki i e-booki w księgarni językowej Preston Publishing. Kod ważny do końca 2025 roku.

[Egzemplarz recenzencki]

"Rozważania niepoważne" Umberto Eco

"Rozważania niepoważne" Umberto Eco

„Rozważania niepoważne” czyli impresje Umberto Eco o filozofach i pisarzach. On sam pisarz i filozof – czy nie będą to złośliwe pamfleciki? Nie. Chyba powinnam zacząć, że ta książka powstałą z nudy. Dobrze słyszycie. Nawet profesorowie nudzą się na wykładach i bazgrają po marginesach zeszytu. Umberto Eco nabazgrał serię satyrycznych obrazków nawiązujących do postaci wielkich filozofów. Następnie został namówiony do napisania tekstów na ich temat. I tak powstała poezja figlarna, zadziorna i do tego inteligentna.

Umberto Eco absolutnie mnie zachwycił. Oddał w ręce czytników przesympatyczne satyryczne teksty, gdzie bawi się i słowem i wiedzą. Przekornie opowiada o wielkich umysłach, wcale nie zrzucając ich z piedestału. Aby rozkodować jego wierszyki coś tam wypada o tych ludziach wiedzieć. I na to wydawca znalazł sposób. Tomasz Stawiszyński przygotował sylwetki tych postaci już „na poważnie”, co zostało opublikowane w drugiej części książki. W razie wątpliwości można zerknąć, doszkolić się i dalej świetnie się bawić.

Kant, Hegel – jeszcze mnie wzdryga na ich wspomnienie. Joyce, Mann – czytało się, albo lepiej powiedzieć próbowało. Kafka, Arystoteles – spotkanie z nimi nie było aż tak dramatyczne Umberto Eco podchodzi do tych wybitnych postaci z dystansem. Widać, że bawi się wybornie.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger