"Mitologia. Przewodnik dla lubiących rozkminiać bez bólu" Kathleen Sears

"Mitologia. Przewodnik dla lubiących rozkminiać bez bólu" Kathleen Sears

Mitologia grecka była moim pierwszym spotkaniem z „dorosłą literaturą”. Kiedy miałam jakieś 10-12 lat znalazłam na półce niewielką książkę z popularnymi mitami i nie mogłam się od niej oderwać. Czytałam raz za razem, aż mogłam je recytować z pamięci. Do teraz mam sentyment do świata starożytnych bogów i chętnie sięgam po inspirowane nimi utwory literackie, a także filmy. Ostatnimi czasy chyba dzięki popkulturze odtwarzam sobie te bardzo stare historie. Publikacja autorstwa Kathleen Sears „Mitologia. Przewodnik dla lubiących rozkminiać bez bólu” okazała się szansą na odświeżenie wiedzy.

Książka ta to kompendium wiedzy o mitologii greckiej i rzymskiej. Z naciskiem na tą pierwszą, bo – jak wiemy – rzymska sporo z niej skopiowała. Kathleen Sears pomaga uporządkować rozbudowany świat bogów, starożytnych stworzeń i bohaterów. Autorka streszcza poszczególne historie. Pozbawia ich ozdobników zostawiając jedynie esencję. Wspomina o najważniejszych starożytnych poetach. Nie zapomina też o współczesnych inspiracjach mitologią.

Moim zdaniem jest to bardzo dobry dodatek do czytanych mitów. Dlatego publikacja ta będzie pomocna przy nauce, analizach (które nie wymagają treści), albo przy poszukiwaniu tego co dla nas ciekawe lub po prostu usystematyzowaniu wiedzy. Można powiedzieć, że Kathleen Sears zmniejszyła świat starożytnych wierzeń, a nam dała mikroskop do jego podglądania. Informacji jest dużo, więc do merytorycznej strony książki nie mogę się przyczepić. Przyjrzałabym się natomiast kompozycji. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego rozdziały dotyczące poszczególnych zjawisk, bóstw i bohaterów przetykane są tymi o tzw. inspiracjach w literaturze, kinie, muzyce. Uważam, że bardziej instynktowne byłoby podzielenie książki na sekcje tematyczne. Aczkolwiek czytelnik ma do dyspozycji trzy indeksy, które bardzo pomagają w odnalezieniu interesujących nas informacji.

Przyznać się muszę, że ja chyba wolę czytać mity niż o mitach. Urzekła mnie ich różnorodność: potwory rodem z horrorów, namiętne romanse, umięśnieniu bohaterowie, intrygi tak zawiłe, że niejeden królewski dwór by pozazdrościł i mnóstwo magii. Obdarcie tego z literackich walorów zabiera im tę magię. Jakże prymitywnie brzmi, że ktoś z kimś współżył, a do tego sprowadza się streszczenie. Natomiast czytając same mity nie byłam ani zawstydzona, ani zniesmaczona, a poznałam je wchodząc w nastoletni wiek. Dlatego do publikacji „Mitologia. Przewodnik dla lubiących rozkminiać bez bólu” jestem nastawiona przychylnie, ale po chociażby pobieżnym zapoznaniu się z mitami. Inaczej zostaniecie zasypani pojęciami, imionami itp. i będzie wam trudno z czymkolwiek je powiązać. Kompendium zostało prosto napisane, ale nie oddaje klimatu tych opowieści.


Książka "Mitologia. Przewodnik dla lubiących rozkminiać bez bólu" dostępna jest w księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl W ofercie księgarni znajdziecie więcej publikacji na temat religii.


[Egzemplarz recenzencki]

"Bądź zawsze" Angelika Płocharczyk

"Bądź zawsze" Angelika Płocharczyk

Monikę – bohaterkę powieści Angeliki Płocharczyk „Bądź zawsze” - poznajemy w pięknych acz smutnych okolicznościach. Włoska plaża, a na niej zapłakana kobieta. Co wywołało jej łzy? Z każdym rozdziałem poznajemy tę postać i lepiej rozumiemy jej stan psychiczny. Czytając książkę będziemy mieli okazję potowarzyszyć bohaterce w jej troskach, radościach i codzienności, która jest dość burzliwa. Wraz z autorką zapraszam was do poznania Moniki. Być może dorobicie się nowej przyjaciółki?

Przyjrzyjmy się bliżej głównej bohaterce, bo to jaka jest definiuje tę powieść. Monika to bardzo wrażliwa kobieta – do tego inteligentna i zamknięta w sobie, jednak to pierwsza cecha jest najważniejsza jeżeli chodzi o charakter książki. Angelika Płocharczyk poświęca dużo miejsca na opisanie emocji bohaterki. A Monika może „rozmarzyć się” nawet podczas picia kawy: „Wzięłam do ręki kubek z kawą i ponownie się zamyśliłam. Dziwne, że mimo upływającego czasu nadal pamiętałam, w jaki sposób pachniały kwiaty, które dostałam razem z kubkiem.”1 Sama bohaterka nazywa siebie „emocjonalnym masochistą”2, jednak czytelnikom, którzy zdecydują się sięgnąć po „Bądź zawsze” masochizm nie grozi. Muszą pogodzić się tylko z osobowością Moniki. Jeżeli lubicie tego typu bohaterki i książki, w których uczucia postaci zajmują ważne miejsce powieść ta może przypaść wam do gustu. Angelika Płocharczyk bardzo ładnie pisze o emocjach wyciągając je z kolejnych wydarzeń napędzających fabułę.

„Bądź zawsze” to powieść o charakterze obyczajowym z wyraźnym wątkiem romantycznym oraz, znacznie mniejszym, kryminalnym. Te trzy elementy są niejako obok siebie, ale składają się na życie głównej bohaterki. Więcej o fabule nie będę pisała, żeby za dużo nie zdradzić. Akcja biegnie spokojnie do przodu, a my poznajemy kolejne epizody, które spotykają Monikę. Angelika Płocharczyk postarała się, aby życie głównej bohaterki nie było nudne. Podoba mi się, jak to wszystko wymyśliła. Zadbała o upadki i wzloty, a przy tym nie przekombinowała. Brawo, całkiem sprawnie zaprojektowana historia. Co prawda poszczególne wątki mógłby się lepiej przeplatać. Kiedy autorka skupia się na jakiejś kwestii z życia Moniki, to poświecą jej maksimum uwagi. Kiedy bohaterka pozna jakiegoś pana, to jej myśli dotyczą tylko jego. Kiedy znajduje pracę, mowa głównie o wyzwaniach zawodowych i ludziach, którzy są jej współpracownikami. Wygląda to trochę tak, jakby Angelika Płocharczyk potrafiła pisać wyłącznie na jeden temat, a kiedy go wyczerpuje przechodzi do kolejnego. Pewne wątki zostają też porzucone (np. poznany na siłowni Radek), albo „źle sformułowane” np. na początku, kiedy Monika opuszcza Włochy mówi: „Następnego dnia opuściłam tak samo piękną, jak i tragiczną dla mnie włoską ziemię (…)”3 Pisarka sugeruje, że miejsce to ma dla bohaterki jakiś wymiar symboliczny. Do teraz nie wiem jaki.

W książce „Bądź zawsze” zauważyłam kilka niedoróbek, ale nie odebrały mi one przyjemności z czytania. Angelika Płocharczyk zadbała o mocne i słodkie akcenty, a główna bohaterka zaimponowała mi swoją siłą i inteligencją. Powieść szczególnie przypadnie do gustu czytelnikom, którzy cenią wrażliwe postacie i rozbudowaną warstwę emocjonalną. Te elementy są najmocniejszym punkiem książki, a to, że towarzyszy mu ciekawa fabuła jest dodatkową zaletą.

1 Angelika Płocharczyk, „Bądź zawsze”, Skierniewice 2022, loc. 468-470 [e-book].

2 Tamże, loc. 992.

3 Tamże, loc. 45-46.


[Egzemplarz recenzencki]

"Uwolnić Poly" Nicolas Vanier

"Uwolnić Poly" Nicolas Vanier

Występ cyrkowy ma bawić i cieszyć widza. Jednak ja miłośniczką takich atrakcji nie jestem. W moim odczuciu jest w nich coś smutnego, brudnego, fałszywego. „(...) poniekąd zabawne przedstawienie, kryje w sobie dziwny rodzaj zagrożenia.”1 Mogę sobie przybić piątkę z Cecile, bohaterką powieści Nicolasa Vaniera „Uwolnić Poly”. Tylko dziewczynka jeszcze bardziej przeżywa cyrkowe występy, bo jest bardzo wrażliwa na los zwierząt: nie je mięsa, nie zabije nawet najmniejszego pająka. Kiedy do miasteczka, w którym mieszka przybywa wędrowna trupa, a w niej Poly, wystraszony kucyk, Cecile nie może pogodzić się z jego krzywdą. Czy dziesięciolatka da radę pomóc zwierzęciu?

Kiedy byłam mała i nie było jeszcze setek kanałów w TV oraz telewizji internetowej, co weekend oglądaliśmy tzw. kino familijne. Zazwyczaj leciał w nim jakiś filmy dziecięco-młodzieżowe. „Uwolnić Poly” jest historią, która mogłaby się tam znaleźć. Obserwujemy w niej przygody młodej bohaterki. Postać Cecile jest ciekawa nie tylko w kontekście przyjaźni z kucykiem, ale też relacji rodzinnych. Są lata 60. XX wieku, a ona wraz z mamą rozwódką przeprowadza się z Paryża do niewielkiego miasteczka, w którym rodzicielka się wychowała. „Lokalsi” patrzą na nie z ciekawością i podejrzliwością. Cecile trudno odnaleźć się w nowej sytuacji. Tęskni za tatą, tęskni za wielkim miastem. „Paryżance” trudno zaprzyjaźnić się z „wiejskimi” dziećmi, a i one nie wykazują chęci do wspólnej zabawy. Krótko mówiąc dziewczynka czuje się bardzo samotna. Wtedy przyjeżdża cyrk, a w nim Poly, którego los tak ją poruszył i zmotywował ja do działania.

Wracając do klimatu kina familijnego. Dostajemy powieść o wrażliwej, młodej bohaterce, która ma dość odwagi, aby zrobić coś dobrego. Dobrzy i źli bohaterowie są wyraźnie zarysowani. Tym pierwszym kibicujemy, a ci drudzy nas odrzucają. Nicolas Vanier z sukcesem łączy ciepło i dramatyzm, angażując czytelnika w opowiadaną historię. Powieść wzrusza, porusza i robi te wszystkie rzeczy, jakich oczekujemy po tego typu literaturze.

„Uwolnić Poly” było dla mnie cudowną podróżna do dzieciństwa. Czytałam dużo takich książek. One wręcz mnie wciągały. Stwierdzam, że jest to bardzo dobrze napisana powieść obyczajowo-przygodowa. Wzruszająca historia połączona z wartką akcją, wyrazistymi bohaterami i dobrymi wartościami, a do tego ponadczasowa. Polecam małym i dużym czytelnikom.

1 Nicolas Vanier, „Uwolnić Poly”, przeł. Izabela Durasiewicz, wyd. Replika, Poznań 2022, s. 48.


[Egzemplarz recenzencki]

"Myszka zwana Miiką" Matt Haig

"Myszka zwana Miiką" Matt Haig

Miika nie jest typową myszą. Nie mieszka w mysiej norce, a z wróżką mówiąca wyłącznie prawdę. Przyjaźni się z elfami. Chociaż ma jedną mysią przyjaciółkę, Brawurową Brygidę. Tak bardzo mu na niej zależy, że zrobi wiele, żeby jej nie stracić. A Brygida potrafi mieć szalone pomysły. Jakie przygody przeżyją małe myszki mieszkające w Elfim Jarze, miejscu przepełnionym magią?

Matt Haig przenosi czytelników daleko, daleko na północ Finlandii, żeby zaprosić ich do świata pełnego wróżek, elfów, trolli, reniferów i innych fantastycznych stworzeń. Na bohatera tej historii wybiera zwykłą, niepozorną istotę – mysz. Chociaż, jak się przekonamy w toku fabuły, ta mysz wcale taka zwykła nie jest. Autor umieścił ją w opowieści mówiącej o poczuciu przynależności do grupy (bo, jak już wspomniałam, Miika nie żyje w mysim stadzie, dlatego nie umie do końca określić kim jest) oraz o jakości przyjaźni (można dyskutować, czy Brygida jest prawdziwą przyjaciółką).

Powiem wam, że sceptycznie sięgałam po tę książkę, bo inna publikacja autora - „Wróżka Prawdomówka” - kompletnie mi się nie podobała. Jednak dużo osób pisało mi, że Matt Haig potrafi tworzyć piękne opowieści, więc postanowiłam dać mu drugą szansę. „Myszka zwana Mikką” robi zdecydowanie lepsze wrażenie. Co prawda jej początek wydaje mi się nieco chaotyczny, ale w toku czytania, wszystko wskakuje na właściwe miejsca. Nie mam też uwag do „mądrości”, jakie autor przemyca w tej publikacji. Nie jestem za bardzo fanką sposobu w jaki powieść została napisana, ale sama treść jest jak najbardziej słuszna.

Już tłumaczę, o co chodzi ze stylem książki. Na początku jesteśmy raczeni bardzo wartka fabułą. Matt Haig bardzo szybko wprowadza elementy, które mają pomóc mu rozwinąć historię Miika. To jest na plus, bo dzieciaki raczej lubią dynamiczne książki. Następnie następuje finał w stylu (jak ja to nazywam) Paulo Coelho. Jesteśmy zasypani mnóstwem sentencji, które są nauką wynikającą z poznanej opowieści. Wybierać, zaznaczać, wieszać nad łóżkiem. Ja za takimi tzw. „złotymi myślami” nie przepada. Wolę, kiedy czytnikowi zostanie zostawiona przestrzeń dla własnych wniosków. Jednakże Coelho zawojował rynek książki, więc mniemam, że znajdą się fani takiego stylu.

Na koniec chciałabym się jeszcze przyjrzeć imieniu głównego bohatera, bo wprowadziło mały zamęt w mojej głowie. Miika jest chłopcem, czego polski czytelnik może na początku nie zauważyć bo u nas zwyczajowo rzeczowniki zakończone na „a” są rodzaju żeńskiego. Połączenie ze słowem myszka – też rodzaju żeńskiego – i czasownikiem rodzaju męskiego wywołało u mnie jakieś spięcie w mózgu. Myszka Miika zrobił - przyznacie, że to dziwnie brzmi. Nie mam pojęcia, jak wygląda proces wydawniczy i jak wyglądają kwestie praw w zakresie tłumaczenia, ale zastawiam się, czy nie byłoby możliwe jakoś zmieć tego imienia, żeby lepiej pasowało do języka polskiego i jego zasad np. Miiki, Miiko.

Czasami warto dawać drugą szansę. Matt Haig zmazał złe wrażenie, jakie pozostawiła jego książka „Wróżka Prawdomówka”.Co prawda nie oczarował mnie aż tak, żeby dostać miano ulubionego twórcy literatury dziecięcej, ale „Myszka zwana Miiką” okazała się przyjemną publikacją. Autor zawarł w niej wiele mądrych „złotych myśli”, czego nie do końca lubię, jednak nie mogę zaprzeczyć, że książka przekazuje dobre wartości. Pozostaje mi tylko zaprosić was do Elfiego Jaru i poznania tej, pachnącej serem, historii.

[Egzemplarz recenzencki]

"Inna opowieść wigilijna" Elizabeth Ann Scraborough

"Inna opowieść wigilijna" Elizabeth Ann Scraborough

„Czy możesz mi powiedzieć, z kim powinniśmy się skontaktować, żeby pomóc komuś stać się lepszą osobą?”1 Elizabeth Ann Scarborough wraz z bohaterami powieści „Inna opowieść wigilijna” wytypowała Ebenezera Scrooga. Myślę, że całkiem niezły wybór. Wszak jego metamorfozę zna praktycznie cały świat. Nawet jeżeli nie czytaliście dickensowskiego pierwowzoru to możecie znać tę historię z licznych adaptacji filmowych, teatralnych, animowanych, a może wy lub wasze dzieci wystawialiście ja w szkolnym przedstawieniu. Przekonajmy się, czy słynny sknerus pomoże karierowiczce Monice Banks. Kieruje ona międzynarodową korporacją, a praca to jej życie. Takie podejście odbija się na pracownikach, dla których firma – według szefowej – powinna być numerem jeden. Nie mają czasu na święta, bo goni ich ważny projekt – Monika jest nieugięta. A wtedy pojawia się on i wywraca pracę do góry nogami.

Elizabeth Ann Scraborough napisała powieść opartą na schemacie znanym z „Opowieści wigilijnej” Dickensa, jednak wyraźnie go uwspółcześnia. Akcja dzieje się w korporacji, a wędrówka przez przeszłość, przyszłość i teraźniejszość przenosi się do cyfrowego świata. Całkiem fajnie pisarka sobie to wykombinowała. Oddała ducha obecnych czasów sięgając po takie obrazy, jak pęd za pieniądzem, kariera za wszelka cenę i nowe technologie. W tym wszystkim pochyla się nad główną bohaterką przyglądając się: kim była?, kim się stała?, kim będzie? Zastanawia się, czy wartości, które zaczynają kreować nasze życia są faktycznie najważniejsze.

Zrobiło się patetycznie. O fuj! Nie znoszę patosu i nie o patos w „Innej opowieści wigilijnej” chodzi. Książka ma charakter komedii obyczajowej. W fabułę zostają wplecione humorystyczne akcenty. Jako przykład mogę przytoczyć scenę, kiedy pracownicy firmy zarządzanej przez Monicę myślący, że Scrooge jest wirusem/programem komputerowym komentują brak możliwości wybrania innego święta niż Boże Narodzenie. Padają komentarze typu: „(…) nie prezentuje szczególnej różnorodności kulturowej”2, „Litości, to wiktoriański anglik. Czego od niego chcesz (…)?”3, „To bardzo eurocentryczny program (…)"4, "(…) coś nadnaturalnego nie zalatywałoby tak mocno dominującą kulturą”5. Generalnie jest to sztampowa amerykańska komedia łącząca zabawne dialogi ze smuteczkiem, skumulowanym w głównej postaci, zmierzająca do morału na temat tego co ważne. Efekt, który uzyskała Elizabeth Ann Scarborough, jest bardzo zadowalający. Jest lekko i zabawnie, ale nie „słodko-pierdząco”, a do tego całkiem mądrze, chyba. I nie pisze tego, jakaś maniaczka Bożego Narodzenia. Raczej uważam, że każde święta są dobrym pretekstem do zacieśniania rodzinnych więzi.

Wspomnieć jeszcze chciałam o jednym detalu, który bardzo lubię - reakcje Scrooga na „przyszłość”. Jak angielski gentleman zareagował na kuse spódniczki i krótkie włosy? Autorka mogła uczynić go bardziej zagubionym lub uwydatnić lepiej różnice w wysławianiu się, ale ogólnie wyszło całkiem zabawnie. Zresztą to jest tak cudownie wdzięczy motyw, że musi generować śmieszne sytuacje. Super, że o nim pomyślano.

Może Elizabeth Ann Scarborough nie napisała arcydzieła na miarę Charlesa Dickensa, ale udanie wykorzystała historię, którą kultura (a nawet popkultura) mu zawdzięcza. Stworzyła własną wizję wędrówki przez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość uwzględniając w niej zmiany kulturowe i postęp technologiczny. Powieść „Inna opowieść wigilijna” mogę polecić tym, którzy szukają lekkiej, zabawnej świątecznej książki. Takiej w stylu amerykańskich komedii.

1Elizabeth Ann Scarborough , „Inna opowieść wigilijna”, tłum. Piotr Kucharski, Poznań 2022, s. 24.

2Tamże, s. 112.

3Tamże.

4Tamże.

5Tamże, s. 113.


[Egzemplarz recenzencki]

"Niewinny, że inny. Bajka o tolerancji" Agata Karpińska

"Niewinny, że inny. Bajka o tolerancji" Agata Karpińska

Jakich słów byście użyli, gdybyście mieli wyjaśnić komuś, czym jest tolerancja? Ja znalazłam bardzo ładną definicję w książce Agaty Karpińskiej „Nie winny, że inny. Bajka o tolerancji”. Jeden z bohaterów mówi, „(…) że to się nazywa tolerancja, gdy akceptuje się ludzi różnych od siebie.”* Myślę, że udało się mu uchwycić istotę rzeczy. Czy jest to obietnicą, iż „Niewinny, że inny” to wartościowa bajka? Przekonajmy się.

Akcja książki rozgrywa się w pokoju dziecięcym a narratorem jest zegarek. To on swoim dzwonieniem budzi dom do życia i relacjonuje nam, co się w tym domu dzieje. Kiedy dzieci wychodzą do szkoły i przedszkola zabawki ożywają. Każda zajmuje się swoimi sprawami, a uwagę zegarka przykuwają klocki, które ewidentnie coś knują. Klocków są dwa rodzaje – czerwone i zielone. Zachowanie tych pierwszych niepokoi narratora. Jak się okazuje, słusznie. Czerwone klocki, z jakiegoś powodu, poczuły się lepsze i ważniejsze niż zielone. Zaczynają z nich szydzić, rozpuszczać plotki, a w efekcie czynią je sobie podległymi. Mówię wam, wstrętna sprawa. Czy ktokolwiek interweniuje? Na szczęście tak. Jednak kto, w jaki sposób i jaka płynie z tego nauka będzie widmo tylko tym, którzy zdecydują się przeczytać tę książkę.

Muszę przyznać, że Agata Karpińska „włożyła” w „Niewinnego...” dużo treści. Tematem przewodnim jest tolerancja, a zachowanie czerwonych klocków jest ewidentnie rasistowskie. W pewnym momencie nękanie przybiera bardzo agresywny wymiar. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że autorka nie przekracza tego, co jest dozwolone w literaturze dziecięcej. Natomiast stopniuje agresję klocków, co – plus przełomowa scena – może być wzburzające dla wrażliwych dzieci. Musimy jednak wziąć pod uwagę temat, który swój „ciężar” ma.

Pisarka wspomina również o podległości i niepodległości. Akcja ma miejsce akurat 11 listopada, a w szkole i przedszkolu świętuje się odzyskanie przez Polskę niepodległości. Przyznam, że w moim odczuciu robi się za dużo tematów jak na jedną książeczkę. Do tego wolę, kiedy niepodległość naszego kraju omawiana jest w aspekcie historycznym. Podkreślić muszę, że rozumiem koncepcję autorki i nawet ją doceniam, widzę w niej pewną oryginalność. Jednak 11 listopada to głównie pretekst do rozmowy o przynależności i patriotyzmie. Oczywiście można wysnuć opinię, że książka o tolerancji będzie kontrargumentem dla ruchów narodowych, które są w tren dzień wyjątkowo widoczne. Można pokazać również, że to kiedyś my, Polacy byliśmy ofiarami. No dobra, trochę poniosło mnie z interpretacją. Krótko mówiąc uważam, że sam temat niepodległości Polski wymaga więcej miejsca niż dostał w „Niewinnym...”. Ponad to, poruszony został on trochę niezależnie od tego co działo się w pokoju dziecięcym, bo jako relacja dzieci po powrocie do domu, i wygląda jak dodatkowy wątek.

Podsumowując, Agata Karpińska napisała wartościową książkę. Bardzo dobrze wykorzystała motyw ożywających zabawek (klocki, które różnią się wyłącznie kolorem są świetną analogia ludzi), żeby opowiedzieć dzieciom o rasizmie i tolerancji. Wytłumaczyć, dlaczego ten pierwszy jest zły, a ta druga powinna być najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Ja bym tę historię nieco skróciła i wyrzuciła wątki niepodległościowe, albo potraktowała je niezależnie od polskiej historii. Mogłby być też mocniej związane z miedzyklockowym konfliktem, być może wtedy opowieść zachowałaby lepszą płynność.

* Agata Karpińska, „Niewinny, że inny. Bajka o tolerancji”, wyd. Nowa Baśń, Poznań 2022, s. 30.


[Egzemplarz recenzencki]

"Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor" Andrew Morton

"Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor" Andrew Morton

Która mała dziewczynka choć przez chwilę nie chciała być księżniczką? Piękne suknie, tiary, bale, przepych, brokat i inne cuda, cudeńka. Andrew Morton w biografii sióstr Windsor zatytułowanej po prostu „Elżbieta i Małgorzata” opowiada historie dwóch księżniczek, których życie niekoniecznie było jak z bajki.

Popularność serialu „The Crown” oraz śmierć królowej Elżbiety sprawiła, że życiorys owej postaci jest wyjątkowo chętnie czytany. Wiele już o niej napisano i pewnie jeszcze dużo publikacji się pojawi. Jeżeli chodzi o książkę „Elżbieta i Małgorzata. Prywatny świat sióstr Windsor” na uwagę zasługuje sama jej koncepcja, czyli siostrzane relacje. Andrew Morton skupia się na charakterach bohaterek oraz czynnikach, jakie je kształtowały – stara się odkryć, co czuły, jak na siebie patrzyły, czego mogły sobie zazdrościć, a kiedy współczuć – co nieuchronnie prowadzi do spojrzenia w szerszej perspektywie na rodzinę królewską. W tym wywodzie jasno i wyraźnie widać, jak tzw. etykieta pęta człowieka na stanowisku i jego bliskich, ile rzeczy robi się wbrew sobie, dla wizerunku. Widać, że na szczytach władzy nie ma miejsca na uczucia.

Andrew Morton przyjmuje pozycje obserwatora – ja wyobrażałam go sobie, jako zjawę lewitującą za oknem. Mamy wrażenie, że uważnie przypatruje się każdemu krokowi księżniczek, aby opisać najmniejszy grymas na ich twarzy. No może aż tak szczegółowo nie jest, niemniej biograf stara się odmalować uczucia, co bardzo zbliża czytelnika do bohaterek książki. Udaje się stworzyć wrażenie, że poznajemy nie tylko ich życiorys, a je same. Takie biografie są na pewno znacznie ciekawsze niż suche wyliczanie faktów, jednak mój sceptycyzm każe mi się zastanowić, ile autor domniemał, a ile wyczytał ze źródeł. I na tym polu Andrew Morton całkiem dobrze się borni. W tekst wplótł sporo cytatów (rzetelnie opisanych), które mają być dowodem na wyciągnięte wnioski.

Zapewne to młodsza siostra przykuje uwagę polskiego czytelnika. Elżbieta jest powszechnie znana. A Małgorzata? To jest taka postać, o której chętnie pisałby plotkarskie gazety – śliczna i buntownicza. Umyślnie użyłam trybu przypuszczającego, bo w magazynach, które kupowała moja mama na przełomie lat 90-tych i 2000 siostra królowej raczej musiała ustąpić skandalom wywoływanym przez Dianę czy Sarah Ferguson. Jak było wcześniej? Przypuszczam, że trudno szukać plotek w cenzurowanej prasie PRL-u, ale może się mylę. Wracając do Małgorzaty, jak możecie się domyślić, jej życiorys jest burzliwy. Staje na przeciwnym biegunie wobec opanowanej, dbającej o pozory siostry. I właśnie ten kontrast między Paniami Andrew Morton podkreśla.

Książkę „Elżbieta i Małgorzata” bardzo dobrze się czyta. Myślę, że czytelnicy lubię takie biografie, które przez moment pozwalają im wkroczyć w inne życie. To, które prowadzi rodzina królewska może być dla nas szczególnie niezrozumiałe, a przy ty wyjątkowo ekscytujące. Miłość i przywiązanie, które ustępuje obowiązkom, emocjonujące bale i skandale, przepych kontra pozorowana skromność. To i wiele innych rzeczy czeka na was w świecie Windsorów.

[Egzemplarz recenzencki]

"Już to wiem. Elementarz 5-latka"

"Już to wiem. Elementarz 5-latka"

Zaryzykuję stwierdzenie, że gdzie jest dziecko tam, prędzej czy później, pojawią się książeczki z zadaniami. Ja bardzo je lubię i dbam, żeby w domu był ich zapas. Są dla mnie gwarantem spokojnej zabawy i widzę, że pomagają mojemu energicznemu dziecku skoncentrować się i wyciszyć. Do tego mam poczucie, że robimy coś rozwijającego. Jedną z takich publikacji chciałam wam pokazać. Nazywa się „Już to wiem. Elementarz 5-latka” a odpowiedzialne za nią jest wydawnictwo Wilga.

Na początku witamy się z Mileną i Maćkiem, którzy będą pojawiać się w kolejnych zadaniach. Właściwie ci bohaterowie nie są a tak istotni bo nie prowadzą nas przez książkę, raczej „wyskakują” co jakiś czas z prośbą, bądź towarzyszymy im w jakiejś aktywności. Niemniej warto zaznaczyć, że nie są to anonimowe postacie.

Zadania są bardzo różnorodne. Pojawiają się cyfry i dzielenie na sylaby, ale wiele z nich dotyka tzw. ogólną wiedzę o świecie np. jak zadzwonić na numer alarmowy, jak dbać o higienę, gdzie jest lewo, a gdzie prawo, co zabieramy na wakacje, zwyczaje wielkanocne i in. Bogaty jest również typ zdań: łączenie kropek, kolorowanie, labirynt, szukanie różnić bądź par, naklejanie (chyba ulubiony rodzaj mojej córki). Część poleceń jest złożona np. trzeba wybrać odpowiednie rzeczy ze zbioru, nazwać je i podzielić na sylaby. Trochę trzeba pomyśleć, coś narysować, czemuś się przyjrzeć itp.

Wydaje mi się, że poziom zadań jest dostosowany do pięciolatka, a nawet można sięgnąć po książkę odrobinę wcześniej. Podobnie wyglądają karty pracy, które córka rozwiązuje w przedszkolu i widzę, że z większością zebranych zadań nie miałaby większego problemu.

Pięciolatek ma już swoje zainteresowania, więc ja raczej celuję w książki tematyczne np. liczenie, planety, ulubiona bajka – jednak przyznać muszę, że nie mogę się przyczepić do „Już to wiem...”. Takie książki zazwyczaj zamawiam, kiedy brakuje mi parę złotych do darmowej dostawy. Z jednej strony specjalnie ich nie szukam, ale wiem, że prędzej czy później z nimi popracujemy. Mam też świadomość, że mogą one pomóc wyjść poza dobrze znane tematy, pokazać inne potencjalne sfery zainteresowania, albo wskazać nad czym musimy popracować.

Zerkam na tył okładki i widzę, że są również edycje dla młodszych dzieci. Jeżeli zastanawiacie się czy warto, powiem wam, że zawsze warto podarować dziecku taka książeczkę. To jest bardzo fajny, niezobowiązujący prezent. Sympatyczne, kolorowe ilustracje przyciągają malucha. Moja córka zazwyczaj kartkuje i jak coś zwróci jej uwagę pyta się, na czym polega to zadanie. Różne rodzaje ćwiczeń sprawiają, że publikacja szybko się nie znudzi. A niektóre z nich mogą być wyzwaniem dla dziecka i zmotywować go do zrobienia, czegoś co wydaje mu się trudne. Na plus muszę policzyć też naklejki. Tego typu ćwiczenia robimy zazwyczaj w pierwszej kolejności. Nasze wrażenia są pozytywne.


Książka "Już to wiem. Elementarz 5-latka" dostępna jest w księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl W ofercie księgarni znajdziecie więcej podręczników do przedszkola.

[Egzemplarz recenzencki]

"Sukkub" Edward Lee

"Sukkub" Edward Lee

Sukkub to demon reprezentujący pierwiastek żeński. Kojarzy się z ponętną kobietą, która w snach kusi mężczyzn, żeby wykorzystać ich do swoich celów, a często i pozbawić życia. Edward Lee w powieści o wiele mówiącym tytule „Sukkub” stworzył matriarchalne plemię Ur-loków. Archeolodzy (ci z książki) odkryli, że praktykowało ono kanibalizm i krwawe obrzędy ku czci swojej bogini Ardat-Lil. Przypuszcza się również , że istniały wśród nich wiedźmy mogące kontrolować ludzi. Generalnie brutalna, potężna i fanatyczna grupa. Edward Lee znany jest z krwawych powieści, przekonajmy się więc, jakie okropieństwa będą udziałem bohaterów tej publikacji.

Głowna bohaterka to Ann Slavik, prawniczka. Lata temu wyjechała z rodzinnej miejscowości – niewielkiego Lockwood, aby robić karierę. Kiedy dostaje informację o chorobie bliskiej osoby bez wahania wraca w rodzinne strony, chociaż z samą rodzina – a szczególnie z matką – ma trudną relację. Początkowo nie łączy obscenicznych koszmarów, które dręczą ją od jakiegoś czasu , z nagłym „wezwaniem” do Lockwood. Szybko jednak przekonuje się, że miasto nie chce jej wypuścić, że miasto jej potrzebuje. Do czego? Czy silna wola tej wykształconej kobiety zostanie złamana?

„Sukkub” to wyjątkowo efekciarska powieść. Krew, flaki i wybuchające głowy. Swoją drogą, po jakiego grzyba autor „rozdał” bohaterom takie spluwy? To efekciarstwo niestety, albo stety (kto co lubi) przeważa nad treścią. Sam pomysł na fabułę jest bardzo dobry. Sukkuby, wyuzdany seks, krwawe rytuały – to wszystko świetnie się łączy. Edward Lee „dorzucił” też parę psychopatów, co jest ciekawym akcentem. Książka została jednak napisana na schemacie: wprowadzenie – pitu-pitu dla rozwinięcia – szybki koniec. Nie widzę tu jednej linii fabularnej, a raczej jakieś „doczepki”. Niby akcja posuwa się do przodu, ale kolejność epizodów jest dość przypadkowo, nie z każdej sceny coś wynika. A to trochę opowiemy o Ann i jej relacjach z rodziną, żeby za chwilę wrzucić jakiś seksik (bo dawno nie było), a teraz może jakiś element rytuałów Ur-loków. Krótko mówiąc, bałagan. Przed finałem autor faktycznie robi porządek i w końcu mamy jakieś konkrety i spójnie prowadzoną akcję, jednak dla mnie jest to za późno. Części rzeczy zdążyłam się domyślić – zresztą ta historia nie jest jakaś skomplikowana – a to co zostało dopowiedziane to za mało, żeby mnie zadziwić. Zresztą – tak sobie teraz myślę – scena finałowa mogła być napisana lepiej, dokładniej i dwuznacznej. Jest tu materiał na zwrot akcji, a autor słabo go wykorzystał.

Czy jest to powieść dla ludzi o mocnych nerwach? Niewątpliwie jest tu wiele brutalnych scen – gwałt i kanibalizm na porządku dziennym. Bez wątpienia to co się dzieje na stronach „Sukkuba” jest straszne. Muszę niestety przyznać, że oczekiwałam więcej po Edwardzie Lee. Nie ma dla mnie mocy w tych opisach. Nic mnie nie obrzydziło, nie przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, nie rozbolał mnie brzuch, co zdarzało mi się czytając chociażby Mastertona. Być może ta książka jest mało reprezentacyjna. Być może nagromadzenie okrucieństwa sprawa, że czytelnik się na nie znieczula. Być może te opisy są „za szybkie”. Krew tryska, a czytelnik szybko się z niej „otrzepuje” i przewraca kartkę. Cokolwiek było przyczyną, sprawiło, że coś nie zagrało, albo zagrało za słabo.

W mojej ocenie „Sukkub” to przeciętny horror akcji. Pomysł niezły, jednak mógłby zostać z sukcesem zrealizowany w formie noweli. Mam wrażenie, że niektóre sceny były dopisywane na siłę w celu „wyrobienia” limitu słów. Jest to niewątpliwie książka krwawa, jednak w opisach wieje nudą – wkoło obciąganie, sikanie, patroszenie. Chociaż trzeba przyznać, że starsze siostry potrafią się bawić (ci, co czytali domyślą się, o co może chodzić). Da się czytać, aczkolwiek nie jest to najciekawszy reprezentant tego typu powieści.

"Ferie" Anna Wołoszyn-Figiel

"Ferie" Anna Wołoszyn-Figiel

Ferie zimowe to zaledwie dwa tygodnie wypoczynku, ale ten czas trzeba dzieciom jakoś zagospodarować. Chociaż rodzice Jarka z powieści „Ferie” autorstwa Anny Wołoszyn-Figiel zadbali raczej o swój wypoczynek. Synka zostawili u dziadka, a sami pojechali na urlop do Austrii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale pan Kazimierz (zwany w książce Starcem) i wnuk słabo się znają. Mieszkają na dwóch krańcach Polski i mają mało okazji do kontaktu. Czy dziesięcioletni Jarek nie będzie się nudził w niewielkiej górskiej miejscowości? Czy dziadek i wnuk znajdą wspólny język?

Na historię opisaną w publikacji „Ferie” składają się właściwie dwa wątki. Pierwszy z nich zarysowałam już w poprzednim akapicie. W drugim „bryluje” nastoletni Przemek. Chłopiec butny, rozpieszczony i zadufany w sobie. Do jego ojca dociera, że syn przewodzi bandą łobuzów, która m.in. dokucza młodszym dzieciom. Mężczyzna jest załamany. Pyta się sam siebie, co zaniedbał w wychowaniu syna. Zastanawia się również, jak na niego wpłynąć i jaką karę mu wymierzyć.

Główną myślą, jaka wyłania się z tej książki to, iż dzieci nie mogą zostać pozostawione same sobie. Na nic wymyślne prezenty, zorganizowane zajęcia, kiedy nie ma blisko opiekuna, który poświęci uwagę, wysłucha, okaże zrozumienie. Oboje chłopcy pochodzą z tzw. dobrych, a raczej majętnych domów. Na wszystko mogą sobie pozwolić, a jednak czegoś im brakuje i to odbija się na ich poglądach i zachowaniu. Młodszy z nich (Jarek) po poznaniu dziadka zmienia swoje myślenie. Poznaje inny punkt widzenia i inne życie. Chłopiec układa sobie to wszystko w dziecięcej głowie i otwiera się przed rodzicami. Nowe doświadczenie pomaga mu uporządkować i nazwać kłębiące się w głowie uczucia. Ten wątek jest przepiękny. Autorce udało się uchwycić kontrast pomiędzy pokorną, skromną starością, a głośną, przebojową młodością. Sprowokowała bohaterów, aby zastanowili się nad tym co ważne.

Co do wątku Przemka mam mieszane uczucia. Świetnie, że został podjęty temat nękania. W bohaterze tym drzemią ogromne pokłady agresji oraz pogardy wobec świata. Pocieszająca jest reakcja rodziców: nie wybielanie dziecka, a chęć konfrontacji z problemem. Mam jednak wrażenie, że Anna Wołoszyn-Figiel nie do końca miała pomysł, jak załatwić tę sprawę. Przemek zostaje ukarany. Wyjątkowo nie będziemy dyskutować o zasadności tej kary, zastanówmy się natomiast, czy coś z niej wynikło, czy doprowadziła do jakiegoś morału. Nie za bardzo. Nastolatek sam powiedziałby, że został upokorzony. W czasie odbywania kary nie wydarzyło się nic co dałby mu do myślenia, a i ojciec nie wykazał się, jakąś specjalną inicjatywą w „reperowaniu” syna. Co prawda panowie spędzili trochę czasu wspólnie, co zacieśniło wzajemne więzy, ale jako czytelnik nie wyniosłam z tego jakiejś mądrej myśli. Czegoś ewidentnie brakuje w zakończeniu tego wątku – zadośćuczynienia ze strony Przemka i morału.

Historia opisana przez Annę Wołoszyn-Figiel podoba mi się, jednak nie podoba mi się wstęp do niej. Na „dzień dobry” poznajemy pisarza, który szuka weny. Zainspirowany zmartwieniem swojego kolegi, który czeka na przyjazd wnuczka tworzy tę opowieść. Nie znoszę takich wstępów, które nic nie wnoszą. Na fabułę składają się dwa wątki (wystarczająco), a książka ma przyzwoitą objętość. Nie potrzebujemy mieszać czytelnikom w głowowe trzecim, kompletnie nieistotnym.

Kiedy czytam takie powieści jak „Ferie” - pełne uniwersalnych wartości – zastawiam się, co mogą dać dzieciom. Tutaj fantastycznym przykładem jest Jarek, który nie boi się obserwować i myśleć. I nie jest istotne, czy zgadzacie z wnioskami dziesięcioletniego bohatera. Ważne jest to, że się otworzył i głośno je wypowiedział. W wątku Przemka niczego ciekawego nie wypatrzyłam, co nie znaczy, że w waszym przypadku będzie tak samo. Być może inne doświadczenia sprawią, że coś tam dojrzycie.

Podsumowując, „Ferie” to całkiem przyjemna książka opowiadająca głównie o szacunku. Nieprzekombinowana fabularnie i językowo, ale – w dużej mierze – realizująca założenia autorki. Mogę ja polecić młodym miłośnikom powieści obyczajowych.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ulica Radosna 123" Lodovica Cima

"Ulica Radosna 123" Lodovica Cima

Lodovica Cima, autora pochodząca z Włoch, zaprasza nas na ulicę Radosna 123. Stoi tam kamienica, której mieszkańców będziemy mieli okazję poznać. Nazwa ulicy nie jest przypadkowa. Sąsiedzi darzą siebie przyjaźnią i szacunkiem, a także chętnie sobie pomagają. Chyba dobrze się im tam mieszka.

Powieść dla dzieci „Ulica Radosna 123” to 12 krótkich historii. Jedna na każdy z miesięcy, czyli możemy powiedzieć, że spędzimy tam cały rok. W tym miejscu chciałabym jeszcze raz zwrócić uwagę na pochodzenie autorki. Jest ona Włoszką. Nie będzie, więc w książce takiego przekroju pogodowego, jaki byłby, gdyby akcja działa się w naszym kraju. Stroje, aktywności dzieci też będą nieco inne, co szczególnie widać przy miesiącach zimowych. Oczywiście nie uznaję tego za wadę. Godzę się z innymi okolicznościami przyrody. Chcę to jedynie podkreślić, bo uważam, że może być istotne przy wyborach potencjalnego czytelnika.

Popatrzmy na charakter opowiadań. Są to sympatyczne obyczajowe historyjki. Dominuje w nich dozorca kamienicy Angelo i jego pies Poldo oraz czwórka dzieci (nie są rodzeństwem, a sąsiadami) – Sofia, Pietro, Karin i Jay (dwóch pierwszych postaci jest chyba nieco więcej). Charakter powieści skojarzył mi się z moim dzieciństwem, które przypadało na lata 90 XX wieku. Gromadka dzieci biegająca po podwórku i rodzinna atmosfera: a to ktoś przyniósł namiot i wszyscy w nim siedzieli, a to jakaś mama nasmażyła naleśników dla całej ferajny, a to ktoś jechał na rowery i zabrał grupkę dzieci na wycieczkę itp. Dużo zaufania i beztroski, której obecnie na osiedlowych placach zabaw brakuje. Zrobiło się nieco nostalgicznie, a nie o nostalgię tu chodzi, a radość, bo książka tą radością emanuje. Nawet kiedy ktoś zachoruje, zatrzaśnie się w windzie, coś zgubi znajdują się sąsiedzi, którzy interesują się sobą na wzajem i biegną, żeby pomóc i pocieszyć.

Powieść zdobią piękne ilustracje autorstwa Giulii Dragone, jednak ja muszę napisać o okładce [wyd. Świetlik 2022]. Widzimy na niej rzeczoną kamienicę. Co jest oryginalnego to wycięte otwory na okna. Wygląda to tak, jakbyśmy podglądali mieszkańców. A kiedy podnosimy okładkę na wyklejce widzimy wnętrza mieszkań w pełnej okazałości. Moje dzieciaki długo bawiły się opowiadając co widzą, kto tu mieszka, albo gdzie umieściłyby swój pokój. Premia, dla pomysłodawcy tego projektu.

„Ulica Radosna 123” będzie idealna dla osób szukających ciepłych historii. Nie ma tu jakiś szalonych przygód czy awantur, raczej Lodovica Cima przedstawia codzienność swoich bohaterów. Autorka postanowiła opisać zwykłą acz wyjątkową kamienicę. Zamieszkana nie przez anonimowych ludzi, a grupę żyjących wspólnie sąsiadów. W opisanych sytuacjach pokazała sąsiedzką życzliwość. Efekt jest przesympatyczny. Ta książka to potężna dawka radości, przyjaźni i dobra.


Książka "Ulica Radosna 123" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl Sprawdźcie inne książki dla dzieci w wieku 9 - 12 lat w ofercie księgarni.


[Egzemplarz recenzencki]

"Szmal pachnący ziołem" Ewelina Pałecka

"Szmal pachnący ziołem" Ewelina Pałecka

„Alkohol używki, adrenalina i ryzyko stawały się dla mnie czymś powszednim. Fakt, że mój brat był obok, powodował, że w tym całym szaleństwie czułam się bezpiecznie.”1 te słowa padają z ust Walerii, głównej bohaterki powieści Eweliny Pałeckiej pt. „Szmal pachnący ziołem”. Myślę, że tytuł podpowiada wam w jaką kabałę wpakowała się ta postać. Wyglądało to tak, że rzeczony brat, trudniący się handlem marihuaną, potrzebował kogoś do pomocy, a że siostrze ufał i ta akurat była bez pracy, zaproponował jej zajęcie. Waleria pomaga mu głównie przy pracach ogrodniczych – ścina, suszy, przesadza itp. Przy okazji kobieta wkracza w świat wiecznych imprez, używek na wyciągniecie ręki oraz dużych pieniędzy. A jeszcze przy okazji poznaje wspólnika Maksa (tak ma na imię jej brat), który zawraca jej w głowie. Czy to miłość, czy tylko seks? Czy beztroskie życie oraz szmal na wyciągniecie ręki nie będą bardziej uzależniające niż narkotyki?

Na powieść „Szmal pachnący ziołem” składają się dwa wątki. Ten przewodni to wciągniecie Walerii do narkobiznesu (a raczej „trawobiznesu”, bo jej brat hoduje i sprzedaje wyłącznie marihuanę). Propozycją, którą otrzymuje bohaterka zmienia jej życie, ale też daje kopa adrenaliny, którego ona chyba potrzebuje. Jej współpracownicy twierdzą, że z nią wszystko jest możliwe. Nie boi się żadnego zadania. Czasami panikuje, ale kombinuje, jak wykaraskać się z tarapatów. Generalnie Waleria odnajduje się w tej robocie, a – jak wskazywałam cytatem ze wstępu – współpraca z bratem daje jej poczucie bezpieczeństwa. Wątek ten został poprawnie napisany, chociaż ja oczekiwałabym, że będzie bardziej burzliwy. Bohaterowie wkoło ścinają, a przy okazji imprezują. Jest oczywiście kilka „starć” z policją, ale mogłoby być jeszcze bardziej niebezpiecznie. Autorka w kolejnych wydarzeniach trochę powiela schemat i przydałoby się fabułę jeszcze bardziej urozmaicić. Patrząc, że to wątek handlu narkotykami, właściwe gangsterka, dobrze byłby chociaż się przybliżyć do powieści akcji.

Między ścinaniem i suszeniem Waleria ma okazję poflirtować z Patrykiem (przypominam, wspólnikiem brata). Ich znajomość zaczyna się od seksu, więc ta relacja nie może być neutralna. Ten wątek został świetnie napisany. Przede wszystkim autorka stworzyła bohaterkę, która potrafi podejść do rzeczy zdroworozsądkowo i uczciwie wobec siebie i swoich uczuć. Dzięki temu udało jej się uniknąć idiotycznych fochów, które często towarzyszom postaciom damskim w romansach, Czytelnicy dostają naprawdę fajna babkę, która nas nie wkurza i nawet kiedy nie zgadzamy się z nią to szanujemy jej wybór. Rzadko chwalę wątki miłosno-erotyczne, ale ten dołączy do niewielkiej prestiżowej grupy, która mnie oczarowała. Szczególnie pochwała dla autorki, za finał tej uczuciowej przepychanki.

Jest pikantnie. Ewelina Pałecka nie stroni od scen erotycznych i te są napisane całkiem nieźle. Bohaterowie działają na siebie i dają ponieść się emocjom, a autorka stara się abyśmy poczuli to gorąco, jakie jest między nimi. Chyba nie odnotowałam żadnej wpadki typu „dziwne okoliczności wplecenia seksu w fabułę”. Jedyne co to wyeliminowałabym określenia: „kisiel majtkach” i „byłam już tak mokra, że aż chlupotało.”2. One – wcale a wcale – nie są seksi.

Podsumowując, „Szmal pachnący ziołem” to udane połączenie powieści obyczajowo-sensacyjnej (ta sensacja w delikatnym cudzysłowie) z wyraźnym wątkiem romantycznym. O dziwo to miłosne perypetie okazały się tym, co najbardziej mi się spodobało w tej powieści. Wątek został ciekawie zaprojektowany i napisany „z rumieńcem”. Pozostałe składowe fabuły nieco bym urozmaiciła, co nie znaczy, że były nudne. Ewelinie Pałeckiej udało się utrzymać moje zainteresowanie. Bardzo chciałam wiedzieć, jak Waleria wyjdzie na tym „pachnącym” interesie.


1 Ewelina Pałecka, „Szmal pachnący ziołem”, s. 40.

2 Tamże, s. 91.


15 grudnia 2022 na stronie Samowydawcy.pl rozpoczęła się przedsprzedaż książki. Premiera 10 stycznia 2023 

[Egzemplarz recenzencki]

"Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej" Ewa Wanat

"Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej" Ewa Wanat

„Twórca psychoanalizy uważał, że zrachowaniami ludzi kierują popędy i że podstawowym problemem człowieka jest konflikt między głosem natury, a hamulcami narzucanymi przez kulturę.”1 - za Ewą Wanat dziennikarką i autorką książki „Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej”, o której będzie mowa, przywołuję Zygmunta Freuda. „Rozgrzał policzki” gawiedzi otwarcie mówiąc o seksualności i o tym, jakie znaczenie ma dla człowieka. Mogłoby się wydawać, że z kolejnymi wiekami, dekadami społeczeństwo będzie mądrzejsze, bardziej świadome, że będzie wyzwalać się z purytańskich, hipokryzyjnych okowów. Czy tak jest? Czy normy narzucane przez kulturę „luzują się”. Wraz z Ewą Wanat prześledzimy historię rewolucji seksualnej i spróbujemy zastanowić się na jakim jej etapie jest nasz kraj.

Dziennikarka potraktowała temat bardzo kompleksowo. Można powiedzieć, że zaczynamy od starożytności, żeby przez kolejne epoki prześledzić najważniejsze tendencje. Autorka skupia się na najważniejszych postaciach i zjawiskach, które miały wpływ na postrzeganie seksualności oraz w jaki sposób była wykorzystywana. Oczywiście najwięcej miejsca zajmuje w publikacji współczesność. Rozpoczynając od rewolucji 1968 roku i pokłosia jakie zebrała. Tutaj również Ewa Wanat omawia temat problemowo: prawa kobiet, pornobiznes, komuny, homoseksualizm, LGBT, pedofila, swoboda obyczajów itd. Już na wstępie uprzedza, że tekst został przefiltrowany przez jej poglądy, przez co bałam się nachalności. Jednak miło się rozczarowałam. Autorce udało się możliwie obiektywnie przedstawić historię rewolucji seksualnej. Nie stroni od subiektywnego komentarza, ale jest on niejako obok teorii. Autorka wyraźnie mówi, że to jej zdanie, a my możemy roztrząsać to co przeczytaliśmy w zgodzie ze swoim sumieniem, bez indoktrynacji.

„Ślepe uliczki i bezdroża nie unieważniają zdobyczy rewolucji. Są przestrogą i należy o nich pamiętać.”2 to jest dla mnie jedna z ważniejszych myśli płynących z tej książki. Część opisywanych zjawisk jest kontrowersyjna i może przekraczać granice tolerancji niektórych czytelników. Niektóre tezy okazały się „niewypałem” - nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości lub zostały wypaczone. Nie odbiera to w żadnej mierze tego, że rewolucja pokazała drażliwe obszary. Stworzyła przestrzeń do obalania konwenansów. Pozwoliła społeczeństwu się otworzyć i powiedzieć, czego chce. Myślę, że z tej rewolucji właśnie należy wyciągać wnioski, bo nie przeprowadzili jej politycy czy wojsko, a właśnie społeczeństwo.

Trochę mnie świerzbi, żeby wypowiedzieć się na temat kilku poruszonych kwestii, ale się opanuję, bo wyszedłby długi esej. Ponad to, przedmiotem tego tekstu ma być książka „Pieprzyć wstyd” - a nie moje poglądy – więc ograniczę się do jej zaprezentowania. Przede wszystkim rzuca się w oczy świetne dziennikarskie pióro Ewy Wanat. Potrafi ona konkretnie acz ciekawie formułować myśli i ubarwiać wywód fascynującymi historiami. Tutaj mała prywata: Pani Ewo, na studiach miałam sporo historii filozofii i jej pochodnych przedmiotów, ale takich smaczków o św. Augustynie nikt nie odważył się opowiedzieć. Szczęka mi opadła. Koniec prywaty, wracam do publikacji. Duży szacunek dla autorki, że nie „zabiła” jej swoimi poglądami i natrętnym pouczaniem. Zostawiła czytelnikowi przestrzeń na własne wnioski. Dla mnie to jest to bardzo ważne. Na koniec, chciałabym podziękować za tę książkę. Seksualność to temat ważny i drażliwy. To sztuka opowiadać o nim traktując go jako coś normalnego, śmiało acz nie wulgarnie.

1 Ewa Wanat, „Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej”, wyd. Filtry, Warszawa 2022, s. 102.

2 Tamże, s. 347.


[Egzemplarz recenzencki]

"Idealna" Magda Stachula

"Idealna" Magda Stachula

Anita i Adam prowadzą idealne życie. Możemy określić ich piękni-majętni. Stać ich na to czego pragną i żeby żyć tak, jak chcą. Jedna rzecz jest skazą na tym perfekcyjnym obrazku. Anita nie może zajść w ciążę. Kobieta jest pod opieką ginekologa, badania wychodzą w normie, a jednak na teście ciążowym widnieje jedna smutna kreska. Anita ciężko to znosi . Przytłacza ją fakt, że sprawy nie idą tak, jak je zaplanowała. Przytłacza ją niemożność zastania matką. Czuje się wybrakowana. Staje się niewolnikiem kalendarza i termometru. Oddalają się od siebie z mężem. Kobieta coraz rzadziej wychodzi z domu pogrążając się w myślach o swojej – jak sama to widzi – niedoskonałości. Pewnego dnia zaczyna znajdować rzeczy, które nie należą do niej. Nowa pomadka w torebce, sukienka, której nigdy by nie kupiła, w szafie – Anita nie umie wytłumaczyć pochodzenia tych rzeczy. Czy izolacja i problemy, aż tak bardzo podkopały jej zdrowie psychiczne?

Thriller „Idealna” Magdy Stachuli to jedna z tych książek, w których dość długo nie wiadomo, o co chodzi. Autorka bardzo dokładnie pracuje nad bohaterami uwypuklając ich mroczne oblicze, manie, słabości. Centralną postacią jest Anita z pragnieniem posiadania dziecka. Czytamy o tym, co robi ono z tą kobietą i zastanawiamy się do czego pisarka zmierza. Zastanawiamy się, jak planuje połączyć to z pozostałymi postaciami. A jest ich dokładnie cztery. Każda ma okazję być narratorem. Bywa, że te same wydarzenia oglądamy różnymi oczami. Zabieg, który nie wszyscy czytelnicy lubią – ja za nim przepadam, bo różna perspektywa wpływa na naszą ocenę bohaterów. Dobrym przykładem z „Idealnej” będzie scena, kiedy Anita z Adamem uprawiają spontaniczny seks. On jest zachwycony, widzi nadzieję na odbudowę ich związku. Ona czuje się zgwałcona i pragnie unikać męża za wszelką cenę.

Akcja w „Idealnej” zawiązuje się bardzo powoli, aczkolwiek Magdzie Stachuli udało się zbudować ten niepokój, który trzyma czytelnika przy książce. Takie: „nie mam pojęcia, o co chodzi, ale jest super”. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że tak wciągnęła mnie psychologia postaci, iż drugorzędna sprawą było „o co chodzi”. Niemniej z przyjemnością kartkowałam ku finałowi, w którym autorka jasno i wyraźnie przedstawiła źródło wydarzeń i motywację ich sprawców.

Ogólne wrażenia po przeczytaniu tej powieści mam bardzo dobre, jednak jest w niej pewna sztuczność. Nie wiem, czy wynika ona z głównej postaci, która z zamierzenia ma być perfekcyjna, ale z moim pojęciem perfekcji bardzo się kłóci. Być może też wpływ ma na to perspektywa, gdzie każdy z bohaterów trochę egoistycznie przedstawia swoją interpretację wydarzeń. A może pewne szczegóły wplecione na siłę i kilka niedoróbek. 4 przykłady, które najbardziej utkwiły mi w głowie. Uważajcie na ostatni, bo zdradza część fabuły.

Przykład 1: Anita panicznie boi się szczurów. Magda Stachula przedstawia źródło tego strachu itd. Nie do końca czuję, że jest potrzeba aż tak się na nim skupiać. Okej, w pewnym momencie szczury pojawiają się w mieszkaniu bohaterki. Jednak myślę, że dla każdego – niezależnie od fobii – byłoby to szokujące doznanie. Wyobraźcie sobie, że wracacie do domu a na środku salonu szczury coś zajadają. Brrr.

Przykład 2: Anita odwiedza galerię handlową i widzi porzucony wózek. Za chwilę pojawia się właścicielka i przeprasza, bo musiała wyjść do sklepu po laktator i nie miała z kim zostawić dziecka. Dlaczego zostawiła wózek z noworodkiem przed sklepem, bez opieki? Przecież do sklepów można wchodzić z wózkami. Przez głowę przelatuje mi milion rzeczy, które mógłby się przytrafić maleństwu bez opieki.

Przykład 3: Dalej galeria handlowa. Anita wchodzi do sklepu z ubrankami dla dzieci. Prosi o pomoc przy wyborze ubranek dla trzymiesięcznych bliźniaków. Ekspedientka zaczyna zachwycać się, że ma taką świetną figurę tak krótko po porodzie, co zawstydza niemogącą zajść w ciąże kobietę. Ej, to każdy kto kupuje ciuszki dla dzieci musi być zaraz matką? Mogłaby kupować je na prezent.

Przykład 4: Akcja przenosi się do Czech. A tam ludzie proszą, żeby rozmawiać po angielsku. Pewnie część z was nie rozumie, dlaczego się czepiam. Wszak zagranica. Kilkukrotnie odwiedzałam Czechy i próbowałam rozmawiać z Czechami po angielsku. Kiedy orientowali się, że mają do czynienia z Polką, od razu padła prośba o przejście na polski. Nieważne czy była to osoba pracująca w turystyce bądź gastronomii czy osoba prywatna. Nie chciało się im męczyć mówiąc w obcym języku skoro polski rozumieli i twierdzili, że ja powinnam rozumieć ich.

„Taka jaka jesteś jesteś fajna, nie musisz być idealna”1 śpiewał zespół Arka Noego. „Idealna” Magdy Stachuli jest właśnie taka fajną, nieidealna książką. Bardzo szybko zjednała moja sympatię i chętnie spożytkowałam czas wolny na jej czytanie. Jednak podskórnie wyczuwałam, że fabuła wymaga „naoliwienia” czy też „wyszlifowania”. Gdzieś coś zgrzyta, gdzieś coś dłobi. Nie na tyle, żeby wpaść w szał, ale zawsze.

1 „Nieidealna”, słowa i muzyka Robert Friedrich.

"Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno" Katarzyna Jasiołek

"Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno" Katarzyna Jasiołek

Mam pytanie do czytelników biografii: Czy czytacie wyłącznie książki o postaciach, które znacie? Czy zdarzyło się wam sięgnąć po publikację o kompletnie nieznanej osobie, bo robiła coś ciekawego, albo – po prostu – ładnie uśmiechała się z okładki? Ja zazwyczaj czytam biografie ludzi kultury, ewentualnie ciekawych postaci historycznych (zazwyczaj związanych z polityką). Właściwie nie miałam w tegorocznych planach czytelniczych publikacji „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno”. Ba, nie miałam jej w planach na kolejną dekadę. A jednak... Maila z informacją o premierze tej książki czytałam chyba trzy razy. Architektka wnętrz, projektantka mebli (i biżuterii, jak się w trakcie czytania okazało), „promotorka” sztuki użytkowej – szybkie zapoznanie się z jej biogramem sprawiło, że zechciałam dowiedzieć się, jakie kultowe projekty ma na koncie. A kiedy przekartkowałam książkę Katarzyny Jasiołek i popatrzyłam na uśmiechniętą buzię bohaterki biografii, wiedziałam, że pokocham Panią Hannę.

„(…) Katarzyna Jasiołek stworzyła kompletną biografię jednej z najważniejszych polskich projektantek ubiegłego wieku na tle powojennej historii polskiego wzornictwa użytkowego, architektury wnętrz, a także zmian społecznych.”* to zdanie z opisu okładkowego najlepiej podsumowuje tę książkę. Autorka opisuje życie Hanny Lachert chronologicznie akcentując ważne miejsca, osoby itp. Bohaterka książki urodziła się przed wojną i wraz z jej dorastaniem nastąpiły w Polsce zmiany obyczajowe, społeczne, polityczne – tego w takiej publikacji nie można było pominąć. Katarzyna Jasiołek pamiętała o jeszcze jednym aspekcie, wyjątkowo ważnym w kontekście profesji Hanny Lachert. Poza tym, że opisuje jak zorganizowana była praca takiej osoby (nauka, spółdzielnie zrzeszające poszczególne profesje itp.) oraz jakie tendencje obowiązywały w architekturze i wzornictwie, autorka raczy czytelników opisami. Poza – co oczywiste – przedstawieniem prac bohaterki biografii, szczegółowo opisano miejsca dla niej ważne np. wygląd domów/mieszkań. Trudno ocenić, jaki wpływ wywarły te przedmioty, wnętrza, budynki na samą Lachert, natomiast fantastycznie dopełniają one prezentacje jej osoby. Dowiemy się, przykładowo, na jakich dywanach bawiła się przyszyła projektantka mebli.

Katarzyna Jesiołek nie tylko przybliża czytelnikom postać Hanny Lachert. Ona umożliwia im poznanie jej. I nie napisałam tego w sensie metaforycznym. Po przeczytaniu książki naprawdę miałam wrażenie, że to moja znajoma. Biografia została wzbogacona o masę fotografii. To staje się już pewnym standardem, bo czytelnicy to lubią. Ja również pochwalam, jednak mam małą uwagę. Wolę , kiedy zdjęcia są podpisane. Wtedy wiem na co patrzę. Czytając główny tekst nie zawsze można się domyślić do czego się odnoszą. Jednak to co innego daje nam możliwość dobrego poznania Pani Lachert – fragmenty rozmów, które autorka przeprowadziła z nią samą i jej rodziną. Kiedy wzięłam tę publikację pierwszy raz w ręce zaczęłam od obejrzenia zdjęcia. Stwierdziłam, że patrzę na śmiałą, energiczną babeczkę z silnym charakterem. Może nieco roztrzepaną, trochę łobuziarę. Byłam zaskoczona, jak dobrze ją rozpracowałam. Z wypowiedzi jej i jej bliskich wyłania się właśnie taka kobieta.

Pisanie biografii „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno” nie było łatwym zadaniem – mało znana postać, mało materiałów źródłowych – jednak Katarzyna Jasiołek wykorzystała niepowtarzalną szansę, rozmowę. Fragmenty, kiedy cytowana jest bohaterka biografii są dla mnie najcenniejsze. Dzięki nim poznałam polską projektantkę wnętrz i mebli, ale również barwną kobietę. Silną i trudną w obejściu – jak mówią jej bliscy – ale emanującą wspaniałą energią. Zapamiętajcie kochani ten tytuł, bo to bardzo dobrze napisana biografia nietuzinkowej postaci.

* Katarzyna Jasiołek, „Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno”, wyd. Marginesy, Warszawa 2022, okładka.


[Egzemplarz recenzencki]

"Zakrzywiona rzeczywistość" Robert Kapczyński

"Zakrzywiona rzeczywistość" Robert Kapczyński

Moja recenzencka aktywność, działalność w różnych grupach i klubikach zrzeszających blogerów książkowych pozwala mi poznać publikacje, na które pewnie nie trafiłabym, gdybym obserwowała wyłącznie „główny nurt”. W taki sposób trafiłam na zbiór opowiadań autorstwa Roberta Kapczyńskiego pt. „Zakrzywiona rzeczywistość”. Ciekawy tytuł, intrygująca okładka. Co za nimi się kryje? Czyżby jakaś literaka psychodela? Bez wahania zabrałam się za czytanie. Może na typową psychodelę nie trafiłam, ale na pewno na zbiór interesujących tekstów.

Chciałabym zwrócić uwagę na kompozycję. Zadbano o mocny początek. Opowiadanie „Poszukiwacze słów”, które otwiera zbiór jest świetne i zapowiada fantastyczną lekturę. Bohaterem tego tekstu jest pisarz, a raczej aspirujący literat. Ma pomysły, których nie potrafi ubrać w słowa. W poszukiwaniu słów nawiązuje kontakt z popularna pisarką, chcąc poznać sekret jej sukcesu. Brzmi normalnie, prawda? Jednak Robert Kapczyński nadał opowiadaniu niesamowity klimat przesycony szaleństwem oraz zadbał o finał, że „szczęka opada”. Nie ukrywam, że jestem zachwycona tym tekstem. Po takim otwarciu wiedziałam, że chcę. Chcę przeczytać to co wyszło spod pióra Roberta Kapczyńskiego.

Kolejne teksty trzymają dobry poziom. Właściwie nie podobały mi się tylko dwa ostatnie („Naklejki” i „Niespełnione serca bicie”). Pierwszy z nich wydał mi się „przegadany”, a drugą historię chciałabym poznać z szerszej perspektywy (łooo boziu, nie dogodzi się czytelnikowi!). Zauroczyła mnie nieprzewidywalność. Co prawda nie mogę napisać, że w każdym opowiadaniu autor czymś mnie zaskoczył, ale jest on niewątpliwie odważny i nie boi się mocnych, bezpośrednich akcentów.

Zapytacie się, w jakiej tematyce „kręcą się” teksty zawarte w „Zakrzywionej rzeczywistości”. I tu jest „pies pogrzebany”, bo trudno ten zbiór jednoznacznie sklasyfikować, a – co za tym idzie – wskazać docelową grupę czytelników. Są tu opowiadania w atmosferze thrillera („Rogate serce”, „Poszukiwacz słów”). Mamy historię inspirowaną II wojną światową („Schron”). Teksty „Przyrzeczenie” i „Niespełnione serca bicie” mogą spodobać się romantycznym duszom, a „Naklejki” i „Sen” mają wszelkie znamiona literatury grozy. Natomiast tytułowa „Zakrzywiona rzeczywistość” napisana jest na pograniczu horroru i literatury obyczajowej. Jest to specyficzny miks, aczkolwiek w każdym z nich wyczuwalny jest styl autora.

Zaufałam Robertowi Kapczyńskiemu i facet mojego zaufania nie stracił. Z wielką przyjemnością przeczytałam jego teksty. Jedne bardzo mi się podobały, inne mniej, a jeszcze inne wcale, ale tak to zazwyczaj jest z wszelkimi zbiorami opowiadań. Moje ogólne wrażenia są bardzo dobre. Opowieści spowija mrok, a pisarz nie boi się go zagęszczać. Ciężko powiedzieć, czy różnorodność typów opowiadań to wada czy zaleta. Ja preferuję zbiory skompletowane tematycznie, ale tu spoiwem jest autor, więc tematyka może być różnorodna, co sprawia, że czytelnik się nie nudzi, że z ekscytacją „wchodzi” w kolejną historię. Z drugiej strony, odbiorca ryzykuje, że będzie miał do czynienia z czymś totalnie nie w jego guście.


Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Garderoba królowej" Julia Golding, Kate Hindley

"Garderoba królowej" Julia Golding, Kate Hindley

„Mamo, mamo! Oglądałam ciuchy królowej” - tak pewnego dnia powitała mnie córka. Trochę zdezorientowana popatrzyłam na dziadka, który zajmował się nią pod moją nieobecność. Zagadka szybko się rozwiązała. Listonosz przyniósł nową książeczkę, która wyjątkowo zainteresowała M. - „Garderoba królowej. Historia Elżbiety II i jej strojów” autorstwa Julii Golding i Kate Hindley.

Być może niektórym z was wydaje się, że biografia królowej napisana z naciskiem na stroje to coś płytkiego. W końcu to tylko ciuchy. Ja zamierzam udowodnić wam, że nie tylko, a koncept przedstawiony przez autorki jest bardzo dobry.

Moda odzwierciedla ducha czasu. Można z niej wiele wyczytać i na jej przykładzie uczyć się historii. Mamy więc pierwszy argument „za”: „Garderoba królowej” jako wycinek historii współczesnej w odsłonie dla młodych czytelników.

Nie zapominam, że mówimy o strojach nie byle kogo, a królowej Elżbiety II. Monarchini długo panującej i monarchini sławnej. Mówimy o stylizacjach, które śledziły oczy całego świata. Królowa musiała pamiętać o dobraniu odpowiedniego stroju do okazji przy zachowaniu tradycji, a przy tym przemycić skrawek swojego „ja” (chociażby w charakterystycznych nakryciach głowy). Pamiętajmy również, że w rodzinie królewskiej są pamiątki przechodzące z pokolenia na pokolenie np. sukienka do chrztu, czy królewskie klejnoty.

Zapewne myślicie, że napiszę teraz, iż między tymi wszystkimi „fatałaszkami” rysuje się biografia królowej. Nie do końca. Autorki sprytnie równoważą te dwa aspekty – modę i życiorys monarchini. Udało im się stworzyć krótką i przemyślaną biografię Elżbiety II, która przybliży najważniejsze fakty o tej postaci dzieciom. Zadbały też o to żeby nie była to po prostu biografia. Patrzenia na królową przez pryzmat strojów też wiele o niej mówi.

Kto regularnie do mnie zagląda, wie, że mam córkę w wieku przedszkolnym. Nie sugerujcie się tym, że taki maluch dopadł tę książkę (chociaż był – i dalej jest - nią wyjątkowo zainteresowany). Jest ona skierowana raczej do dzieci wieku szkolnym. Książka jest konkretna, więc nie zamęczy czytelnika, piękne ilustracje sprawiają, że wygląda bardzo przyjaźnie. I córka, i ja jesteśmy zachwycone. Ona bo jest królowa, korona, kapelusze i śliczne rysunki. Ja, bo po studiach została mi słabość do historii Wielkiej Brytanii. Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem mojej M. o Windsorach, a „Garderoba królowej” będzie pomocą dydaktyczną.


[Egzemplarz recenzencki]

"Jak nakarmić smoka i inne zaskakujące opowieści" Piotr Gociek

"Jak nakarmić smoka i inne zaskakujące opowieści" Piotr Gociek

Rymowane wierszyki kojarzą się z dobrym wyborem jeżeli chodzi o czytanie z dzieckiem. I my bardzo je lubimy. Brzechwa i Tuwim od maleńkości są bliscy memu sercu i chętnie podsuwam ich twórczość dzieciakom. W sekrecie zdradzę, że ostatnio króluje u nas „Na wyspach Bergamutach”. Jednak nie siedźmy wyłącznie w starociach. W miarę możliwości staram się być na bieżąco i zaglądam do nowości wydawniczych. Kilka dni temu przyszła do nas świeżutka książeczka z wierszami pt. „Jak nakarmić smoka i inne zaskakujące opowieści”, której autorem jest Piotr Gociek. W opisie na okładce wydawca obiecuje: „(…) w najlepszej tradycji Jana Brzechwy i Juliana Tuwima”, „mistrzowsko napisanych i zaskakująco zabawnych”, „(…) by bawiąc – edukować”, jest też obietnica straszenia „ze stylem”1. Szybko zapoznałam się z treścią i zdębiałam, bo te utwory wydały mi się raczej wulgarne niż zabawna, a na pewno straszące dzieci w złym starym stylu.

Do rzeczy. Zaczniemy może od rymów i rytmu wierszy. Specem od poezji nie jestem, więc profesjonalnie nie rozłożę wam tych utworów na czynniki pierwsze, ale mam swój test kiedy chodzi o lirykę. Sprawdzam, jak wiersz czyta się na głos. Najlepsi poeci mają to do siebie, że ich teksty czyta się same. Instynktownie czujemy jak połączyć frazy, gdzie przyspieszyć, a gdzie zwolnić i wsłuchując się w słowa rozumiemy przesłanie utworu. Piotr Gociek jako tako radzi sobie z rymowaniem. Mogę wyróżnić wiersz ”Zakupy”, gdzie bawi się językiem oraz „Smartfon Kubusia”, w którym przy pomocy powtórzeń prezentuje kolejne argumenty wysuwane przez chłopca, który chce dostać smatfona. Ciekawym wierszykiem jest też „Bazylicha”. Tutaj sepleniący chłopiec opowiada kolegom mrożącą krew w żyłach historię. W przypadku tego utworu autor mógł lepiej opracować owe seplenienie m.in. zniekształcić więcej słów oraz pomyśleć o tym, że kiedy to czyta się dziecku nie słychać różnicy pomiędzy „sie” a "się", czy „potokuf” a „potoków”. Piotr Gociek nie ustrzegł się jednak przed dziwnymi konstruktami. Chyba najbardziej wyrazistym przykładem będzie ten z wiersza „Straszna historia”, gdzie Piotr Gociek trochę bawi się szykiem zdania. Wychodzi mu coś takiego:

„Kiedy się boicie

i napiszcie czego”2.

Za pierwszym razem musiałam aż trzy razu przeczytać to zdanie, bo go po prostu nie rozumiałam.

Przejdźmy do treści. Tematyka utworów jest różna, a autor stara się wejść w strofujący ton i niestety wykorzystuje do tego najbardziej prymitywne metody – strach i obrażanie. Przykładowo w dwóch utworach pojawia się słowo „matoł”. Ktoś powie, że to niewiele na 19 tekstów, które znajdziemy w książce. Biorąc pod uwagę, że sięgną po nią dzieci w wieku 3-7 lat (bo takim zazwyczaj czyta się rymowanki), to o dwa razy za dużo. Po co podsuwać im takie słowa? Zresztą, jaka to hipokryzja , kiedy w jednym miejscu mówi się dzieciom, że maja być grzeczne, a w innym wyzywa się je od matołów. Być morze stwierdzicie, że wszystko zależy od kontekstu. Okej. Przyjrzyjmy mu się. Pierwszy „matoł” pojawia się w wierszu „Smartfon Kubusia”. Chłopcu przez korzystanie z telefonu pogarszają się oceny i dostaje miano matoła i leniucha. Powiem szczerze, że tego „matoła” jeszcze przetrawiłam, jednak drugi – z wiersza „Na stole” - jest nieakceptowalny. Utwór opowiada o zwierzętach, które muszą polować na jedzenie. „Kiedy więc rodzice stawiają na stole gotowy posiłek – doceń to matole.”3 No faktycznie, argument do przyjęcia dla dziecka, które być może jest na etapie neofobii, dla którego ten „posiłek z nieba” wygląda jak miska pełna karaluchów. Takie teksty mogą co najwyżej wywołać wyrzuty sumienia, a nie namówić dziecko do spróbowania dania.

Straszenie i sposób w jaki Piotr Gociek to robi jest dla mnie ostatecznym elementem dyskredytującym tę książkę. „Każdy uczeń lepiej się sprawuje, gdy po złej odpowiedzi w tyłku czuje kły.”4; „Powiedzcie, rodzice takiemu dzieciątko: niech się opamięta bo skończy w żołądku.”5 [chodzi o niegrzeczne dziecko, które pożre smok lubujący się w dzieciźnie]; „Ptaszek maleńki raz leciał i dziobnął buzię nadętą. Efekt był taki, kochani, że się to dziecko rozpękło.”6 [spotkało to dziewczynkę, która strasznie krzyczała]. Serio? W dobie promowania rodzicielstwa bliskości , idei Marii Montessori i Janusza Korczaka ktoś tak pisze, a popularne wydawnictwo to wydaje? Może powiecie, że jestem przewrażliwiona, albo „walnięta”, ale ja nie widzę nic wychowawczego w straszeniu dzieci, a wielu specjalistów mówi o tym, że przynosi to więcej złego niż dobrego. Czy to naprawdę takie straszne, że dziecko krzyczy? Krzyczy bo się zapewne wkurzyło (kto nigdy nie przeklął niech pierwszy rzuci kamień). Wątpię, że uspokoi się, kiedy każdy przelatujący wróbel będzie dla niego potencjalnym zagrożeniem. I umówmy się, że prawdopodobieństwo, iż uzna ten tekst za rozładowujący atmosferę jest mało prawdopodobne.

Co ciekawe wiersz zamykający publikację - „Hitomy i popitamy” - który jest dedykowany córce autora, jest bardzo ciepły i pełen miłości. Jest po prostu cudowny. Strasznie kłóci się z poprzedzającymi go , bądź co bądź, chamskimi utworami. Czyli co, moje dziecko cacy, a resztę bachorów można straszyć? Szkoda, że Piotr Gociek (bądź wydawca) nie zdecydowali się opublikować więcej utworów emanujących tym wspaniałym uczuciem ojca do córki. Bo przecież dzieci wychowuje się miłością, nie strachem.

Na koniec chciałabym przywołać jeszcze mój ulubiony wiersz ze zbioru „Jak nakarmić smoka...”, mianowicie „O panie Laurze i dinozaurze”. Jest tak absurdalny, że mi, fance surrealizmu, szczęka opadła. Przeczytałam mężowi i nie wiedział, jak go skomentować, a to rzadko mu się zdarza. Tytułowa Laura bardzo chciała zjeść dinozaura. Ten się z niej śmiał, ponieważ – jak twierdził – jest za duży i panienka nie da rady.

„Lecz nie wiedział stwór z Lublina,

jak niezwykła to dziewczyna.

Otóż Laura wskutek zmiany

miała przełyk poszerzany.


Mocno bowiem żałowała,

że w przełyku jest za mała,

że gdy stół był pełen jadła,

na nią mała część przypadła.”7

Nie wiem, co autor miał w głowie pisząc ten utwór. Brakuje tu tylko botoksu, żeby lepiej żarcie zasysać. A tak w ogóle to ta cała koncepcja „zajeżdża mi” „głębokim gardłem”.

Nie bardzo mam co chwalić. W „Jak nakarmić smoka...” znalazły się treści, które książkę dyskwalifikują do czytania dzieciom. Część wierszy jest w mojej ocenie wręcz przemocowa. Ja staram się wychowywać moje dzieci w duchu empatii, nie dyscypliny. Mówię o realnych konsekwencjach i zagrożeniach, a także tłumaczę jak ich unikać, a nie wymyślam fikcyjne strachy. Takiego malucha można byle czym wystraszyć. Na pewno chcecie ryzykować? Na pewno wolicie, że dziecko nie zawoła na pomoc, bo nie wolno krzyczeć? Pewnie będziecie dumni, kiedy opętany wyrzutami sumienia „ mały matoł” wyczyści talerz, ale czy taka sama duma ogarnie was kiedy, żeby uniknąć etykiety „frajera” upije się z kolegami? Możecie się śmiać, możecie twierdzić, że wyolbrzymiam, ale jeśli kochacie wasze dzieci – a wiem, że tak jest – zastanówcie się, czy wy nie wyolbrzymiacie ich niegrzeczności, czy faktycznie takie straszne rzeczy się dzieją, kiedy dziecko się zdenerwuje, próbuje dyskutować i walczyć o to co dla niego ważne.

1 Piotr  Gociek, „Jak nakarmić smoka i inne zaskakujące opowieści”, wyd. Zyski s-ka, Poznań [2022], okładka.

2 „Straszna historia” [w:] tamże, s. 15.

3 „Na stole” [w:] tamże, s. 14.

4 „Klasówka” [w:] tamże, s. 12.

5 „Jak nakarmić smoka” [w:] tamże, s. 20.

6 „O dziewczynce, która wrzeszczała” [w:] tamże, s. 25.

7 „O pannie Laurze i dinozaurze” [w:] tamże, s. 22.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger