Rymowane wierszyki kojarzą się z
dobrym wyborem jeżeli chodzi o czytanie z dzieckiem. I my bardzo je
lubimy. Brzechwa i Tuwim od maleńkości są bliscy memu sercu i
chętnie podsuwam ich twórczość dzieciakom. W sekrecie zdradzę,
że ostatnio króluje u nas „Na wyspach Bergamutach”. Jednak nie
siedźmy wyłącznie w starociach. W miarę możliwości staram się
być na bieżąco i zaglądam do nowości wydawniczych. Kilka dni
temu przyszła do nas świeżutka książeczka z wierszami pt. „Jak
nakarmić smoka i inne zaskakujące opowieści”, której autorem
jest Piotr Gociek. W opisie na okładce wydawca obiecuje: „(…) w
najlepszej tradycji Jana Brzechwy i Juliana Tuwima”, „mistrzowsko
napisanych i zaskakująco zabawnych”, „(…) by bawiąc –
edukować”, jest też obietnica straszenia „ze stylem”.
Szybko zapoznałam się z treścią i zdębiałam, bo te utwory
wydały mi się raczej wulgarne niż zabawna, a na pewno straszące
dzieci w złym starym stylu.

Do rzeczy. Zaczniemy może od rymów i
rytmu wierszy. Specem od poezji nie jestem, więc profesjonalnie nie
rozłożę wam tych utworów na czynniki pierwsze, ale mam swój test
kiedy chodzi o lirykę. Sprawdzam, jak wiersz czyta się na głos.
Najlepsi poeci mają to do siebie, że ich teksty czyta się same.
Instynktownie czujemy jak połączyć frazy, gdzie przyspieszyć, a
gdzie zwolnić i wsłuchując się w słowa rozumiemy przesłanie
utworu. Piotr Gociek jako tako radzi sobie z rymowaniem. Mogę
wyróżnić wiersz ”Zakupy”, gdzie bawi się językiem oraz
„Smartfon Kubusia”, w którym przy pomocy powtórzeń prezentuje
kolejne argumenty wysuwane przez chłopca, który chce dostać
smatfona. Ciekawym wierszykiem jest też „Bazylicha”. Tutaj
sepleniący chłopiec opowiada kolegom mrożącą krew w żyłach
historię. W przypadku tego utworu autor mógł lepiej opracować owe
seplenienie m.in. zniekształcić więcej słów oraz pomyśleć o
tym, że kiedy to czyta się dziecku nie słychać różnicy pomiędzy
„sie” a "się", czy „potokuf” a „potoków”. Piotr Gociek
nie ustrzegł się jednak przed dziwnymi konstruktami. Chyba
najbardziej wyrazistym przykładem będzie ten z wiersza „Straszna
historia”, gdzie Piotr Gociek trochę bawi się szykiem zdania.
Wychodzi mu coś takiego:
„Kiedy się boicie
i napiszcie czego”.
Za pierwszym razem musiałam aż trzy
razu przeczytać to zdanie, bo go po prostu nie rozumiałam.
Przejdźmy do treści. Tematyka utworów
jest różna, a autor stara się wejść w strofujący ton i niestety
wykorzystuje do tego najbardziej prymitywne metody – strach i
obrażanie. Przykładowo w dwóch utworach pojawia się słowo
„matoł”. Ktoś powie, że to niewiele na 19 tekstów, które
znajdziemy w książce. Biorąc pod uwagę, że sięgną po nią
dzieci w wieku 3-7 lat (bo takim zazwyczaj czyta się rymowanki), to
o dwa razy za dużo. Po co podsuwać im takie słowa? Zresztą, jaka
to hipokryzja , kiedy w jednym miejscu mówi się dzieciom, że maja
być grzeczne, a w innym wyzywa się je od matołów. Być morze
stwierdzicie, że wszystko zależy od kontekstu. Okej. Przyjrzyjmy mu
się. Pierwszy „matoł” pojawia się w wierszu „Smartfon
Kubusia”. Chłopcu przez korzystanie z telefonu pogarszają się
oceny i dostaje miano matoła i leniucha. Powiem szczerze, że tego
„matoła” jeszcze przetrawiłam, jednak drugi – z wiersza „Na
stole” - jest nieakceptowalny. Utwór opowiada o zwierzętach,
które muszą polować na jedzenie. „Kiedy więc rodzice stawiają
na stole gotowy posiłek – doceń to matole.”
No faktycznie, argument do przyjęcia dla dziecka, które być może
jest na etapie neofobii, dla którego ten „posiłek z nieba”
wygląda jak miska pełna karaluchów. Takie teksty mogą co najwyżej
wywołać wyrzuty sumienia, a nie namówić dziecko do spróbowania
dania.

Straszenie i sposób w jaki Piotr
Gociek to robi jest dla mnie ostatecznym elementem dyskredytującym
tę książkę. „Każdy uczeń lepiej się sprawuje, gdy po złej
odpowiedzi w tyłku czuje kły.”;
„Powiedzcie, rodzice takiemu dzieciątko: niech się opamięta bo
skończy w żołądku.”
[chodzi o niegrzeczne dziecko, które pożre smok lubujący się w
dzieciźnie]; „Ptaszek maleńki raz leciał i dziobnął buzię
nadętą. Efekt był taki, kochani, że się to dziecko rozpękło.”
[spotkało to dziewczynkę, która strasznie krzyczała]. Serio? W
dobie promowania rodzicielstwa bliskości , idei Marii Montessori i
Janusza Korczaka ktoś tak pisze, a popularne wydawnictwo to wydaje?
Może powiecie, że jestem przewrażliwiona, albo „walnięta”,
ale ja nie widzę nic wychowawczego w straszeniu dzieci, a wielu
specjalistów mówi o tym, że przynosi to więcej złego niż
dobrego. Czy to naprawdę takie straszne, że dziecko krzyczy?
Krzyczy bo się zapewne wkurzyło (kto nigdy nie przeklął niech
pierwszy rzuci kamień). Wątpię, że uspokoi się, kiedy każdy
przelatujący wróbel będzie dla niego potencjalnym zagrożeniem. I
umówmy się, że prawdopodobieństwo, iż uzna ten tekst za
rozładowujący atmosferę jest mało prawdopodobne.
Co ciekawe wiersz zamykający
publikację - „Hitomy i popitamy” - który jest dedykowany córce
autora, jest bardzo ciepły i pełen miłości. Jest po prostu
cudowny. Strasznie kłóci się z poprzedzającymi go , bądź co
bądź, chamskimi utworami. Czyli co, moje dziecko cacy, a resztę
bachorów można straszyć? Szkoda, że Piotr Gociek (bądź wydawca)
nie zdecydowali się opublikować więcej utworów emanujących tym
wspaniałym uczuciem ojca do córki. Bo przecież dzieci wychowuje
się miłością, nie strachem.
Na koniec chciałabym przywołać
jeszcze mój ulubiony wiersz ze zbioru „Jak nakarmić smoka...”,
mianowicie „O panie Laurze i dinozaurze”. Jest tak absurdalny, że
mi, fance surrealizmu, szczęka opadła. Przeczytałam mężowi i nie
wiedział, jak go skomentować, a to rzadko mu się zdarza. Tytułowa
Laura bardzo chciała zjeść dinozaura. Ten się z niej śmiał,
ponieważ – jak twierdził – jest za duży i panienka nie da
rady.
„Lecz nie wiedział stwór z Lublina,
jak niezwykła to dziewczyna.
Otóż Laura wskutek zmiany
miała przełyk poszerzany.
Mocno bowiem żałowała,
że w przełyku jest za mała,
że gdy stół był pełen jadła,
na nią mała część przypadła.”
Nie wiem, co autor miał w głowie
pisząc ten utwór. Brakuje tu tylko botoksu, żeby lepiej żarcie
zasysać. A tak w ogóle to ta cała koncepcja „zajeżdża mi”
„głębokim gardłem”.
Nie bardzo mam co chwalić. W „Jak
nakarmić smoka...” znalazły się treści, które książkę
dyskwalifikują do czytania dzieciom. Część wierszy jest w mojej
ocenie wręcz przemocowa. Ja staram się wychowywać moje dzieci w
duchu empatii, nie dyscypliny. Mówię o realnych konsekwencjach i
zagrożeniach, a także tłumaczę jak ich unikać, a nie wymyślam
fikcyjne strachy. Takiego malucha można byle czym wystraszyć. Na
pewno chcecie ryzykować? Na pewno wolicie, że dziecko nie zawoła na
pomoc, bo nie wolno krzyczeć? Pewnie będziecie dumni, kiedy opętany
wyrzutami sumienia „ mały matoł” wyczyści talerz, ale czy taka
sama duma ogarnie was kiedy, żeby uniknąć etykiety „frajera”
upije się z kolegami? Możecie się śmiać, możecie twierdzić, że
wyolbrzymiam, ale jeśli kochacie wasze dzieci – a wiem, że tak
jest – zastanówcie się, czy wy nie wyolbrzymiacie ich
niegrzeczności, czy faktycznie takie straszne rzeczy się dzieją,
kiedy dziecko się zdenerwuje, próbuje dyskutować i walczyć o to
co dla niego ważne.