"Głęboka woda" Patricia Highsmith
Melinda i Vic pozostają w dziwnej relacji. Oficjalnie małżeństwo, a nieoficjalnie... On mieszka w przybudówce przy garażu i oddaje się swoim pasją. Ona raz za razem szuka szczęścia u boku kolejnych kochanków. Właściwie żyją obok siebie, a nie ze sobą, a to ze sobą sprowadza się raczej do drobnych złośliwości. Dlaczego się nie rozstaną? Vic twierdzi, że nie przeszkadzają mu romanse żony. Wśród lokalnej społeczności gra tego spokojnego, opanowanego , który wszystko zniesie, a sąsiedzi bardzo go szanują i z pełnym szacunkiem mu współczują. Jednak i on w końcu nie wytrzymuje roli „rogacza”. Pod wpływem impulsu rozpuszcza plotkę, jakoby zamordował jednego z kochanków żony. Jaką ma ogromną satysfakcję, gdy ten aktualny ucieka „gdzie pieprz rośnie”.
„Głęboka woda” to fenomenalny thriller psychologiczny. Powolny jak te hodowane przez Vica ślimaki, ale tym spokojnym tempem Patricia Highsmith buduje fantastyczny klimat. Dzięki niemu może skupić się na postaciach, bo to one – a nie akcja - są sercem tej powieści. Jakby autorka chciała zbadać, jak działa na nie ta dziwna relacja. Czy można sobie wmówić, ze moje życie jest dobre, gdy tak naprawdę jest inaczej?
Jakiś czas temu opowiadałam wam o Winifredzie z powieści „Victorian Psycho”. Ona i Vic są do siebie bardzo podobni. W każdym z nich pomału budzi się Mrok. Co prawda dla Winifredy był on swego rodzaju tarczą, a dla Vica przeciwnikiem. Mężczyzna stworzył linię obrony z pozornej obojętności. Wszedł w role biednego, zdradzanego męża, który właściwie nie może nic zrobić. Można odnieść wrażanie, że poniekąd upaja się współczuciem, jakim sąsiedzi go obdarzają i pogardą, z jaką mówią o poczynaniach zony. Jednak ta gra okazuje się bardzo wyczerpująca, a Mrok tylko czeka, aby wpełznąć w swoje ofiary. Początkowo Vic się Mrokiem brzydzi, ale to jak czuje się po jego posłuchaniu jest „nieziemskie”. Mężczyzna w dziwny sposób próbuje zawalczyć o idealne życie.
Mało takich thrillerów się pisze. Zazwyczaj autorzy skręcają nieco ku wątkom kryminalnym i próbują rozruszać książkę akcją. Ale nie Highsmith. Jak już wspominałam tempo tej powieści jest wyjątkowo spokojne. Wiele scen rozgrywa się wśród spotkań towarzyskich i wyważonych dialogów ze szklaneczka dobrego trunku. Wątek kryminalny został potraktowany po macoszemu, jakby nikt nie brał pod uwagę, że przedstawiane wydarzenia mogłyby być czymś więcej niż wypadek. Ewentualne śledztwo zamyka się po krótkiej wymianie zdań. Może brzmi to nieco komicznie, jednak Highsmith się broni, akcentując właśnie wątki psychologiczne i to na bohaterów, na ich reakcję kieruje naszą uwagę. Czytelnik i tak wie co się wydarzyło, więc nie ma sensu tego rozdrapywać. Raczej niech spojrzy na wrażenie, jakie to wywołało.
Przyznam, że ja doceniam właśnie w thrillerach ten głęboki, mroczny klimat. Uwielbiam też takich bohaterów jak Vic, czy Winifreda z „Victorian Psycho”. Jak to się mówi „cicha woda...”. Jednak i taką wodę życie może wzburzyć, a żywioł trudno zatrzymać. Kiedy taka osoba dociera do swojej granicy, pękają wszystkie bariery, fasady i nie sposób jej zatrzymać.


Trochę mnie ten opis uwiera, bo mam wrażenie, jakby Vic sam się w to wszystko powoli wkręcał i jednocześnie udawał, że nic się nie dzieje. Najbardziej przeraża mnie to „oswajanie Mroku” — takie ciche przyzwolenie na przekraczanie granic. I chyba właśnie przez to ta historia wydaje się tak realna, aż niekomfortowa. Zostaje z człowiekiem na dłużej niż typowy thriller.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło! Miłego początku miesiąca💛🌸
Angelika