Opowiem wam historię o tym, jak można
się głupio zasugerować. Dostaję książkę. Wiem o niej tyle, że
to komedia. Opis mówi mi wyłącznie tyle, że bohaterek jest kilka,
ale na okładce widnieje czacha, więc ubzdurałam sobie, że jest to
komedia kryminalna. I jeszcze ten tytuł. „Gwóźdź do trumny”.
Czytam. Strona 10, 15, 45, 157, a trupa nie ma. Znaczy są, ale
kompletnie nieistotne. I nagle do mnie dociera, że nie miałam
żadnych podstaw przypisywać powieści Moniki Wawrzyńskiej
kryminalnych atrybutów. A tytuł i okładka mają całkiem inną
genezę.

Na początku książki poznajemy dwóch
chłopców zafascynowanych śmiercią, Mikołaja i Kocia. Można
powiedzieć, że ta „pasja” ich zbliżyła oraz sprawiła, że
zaprzyjaźniły się ich matki. Co więcej rodzicielka Mikołaja
prowadzi zakład pogrzebowy, a kolejne perypetie bohaterów powieści
mogą rywalizować o miano przysłowiowego „gwoździa do trumny”.
Jak widzicie i tytuł, i okładka książki nie są przypadkowe.
Monika Wawrzyńska buduje ją wokół, hmmm... Funeralnych atrybutów.
Fabułę ciężko jednoznacznie opisać,
bo: „pierwsze primo”, mamy tu kilka wątków; „drugie primo”,
część scenek ma charakter komediowych gagów i bezpośrednio nie
wpływa na bieg akcji. Spróbuję jednak wyciągnąć jakąś
esencję. Jako głównych bohaterów określiłam bym Jagnę
(właścicielkę zakładu pogrzebowego) oraz jej syna, Mikołaja. Ona
dostaje pozew o rozwód, on rozstaje się z narzeczoną. Można
powiedzieć, że osią fabuły są uczucia, ale nie do końca będzie
to prawda, bo Monice Wawrzyńskiej chodzi raczej o humor.
A jaki ten humor jest? Lekki,
niewymagający, nieco naiwny. Porównałabym go do książek Joanny
Chmielewskiej. Jest to ten sam rodzaj szaleństwa i zabawnego
niedomówienia. Jako przykład przytoczę pierwsze spotkanie Jagny i
Marty, przyszłych przyjaciółek. Zostały one wezwane „na
dywanik” do dyrektora z powodu skarg, iż ich synowe straszą
dzieci. Marta, mama Kocia już jest w gabinecie, kiedy przybywa mama
Mikołaja. Traf chciał, że panie akurat rozmawiają o świętym
Mikołaju i o tym, czy to etyczne okłamywać dzieci, że ten
przynosi prezenty. I wtedy wchodzi kobieta, która oświadcza, iż
jest matką Mikołaja. Z tego rodzi się zabawny dialog, o tym, czy
Mikołaj ma rodziców, gdzie oni mieszkają (traf chce, że ojciec
chłopca przebywa w Finlandii) itp.
Pozostając w temacie humoru chciałabym
pokazać słaby punkt „Gwoździa do trumny”. Wspominałam już,
że wiele rozdziałów zostało napisanych wyłącznie, aby pokazać
śmieszną sytuację. Przykładowo, kiedy Jagna idzie do spa. Monika
Wawrzyńska pobawiła się w nim słowem przerabiają ajurwedyjskie
dosze na dorsze, a także w lekko przerysowany sposób pokazała
zagubienie bohaterki, która rzadko bywa w tego typu przybytkach.
Fragment całkiem śmieszny, ale do fabuły nie wnosi nic. Takich
scen w książce znajdziemy więcej. Ktoś może teraz zaprotestować,
że to komedia, że tu chodzi o śmieszne sceny. Ja się specjalnie
nie będę spierać, jednak pozostanę przy stanowisku, że kolejne
epizody powinny pchać fabułę do przodu, a nie po prostu być.
Trzeba przyznać Monice Wawrzyńskiej, że im bliżej końca, tym
„pustych przebiegów” jest mniej. Historia zaczyna nabierać
kształtu i widać, że pisarka chce domknąć wątki, które
otworzyła.
„Gwóźdź do trumny” okazał się
sympatyczną powieścią. Jest to klasyczna, lekka komedia
obyczajowa. Czytelnik znajdzie tu niewymagający humor i trochę
naiwności, co jest cechą charakterystyczną tego typu książek.
Jeżeli szukacie czegoś przystępnego i zabawnego to powieść
Moniki Wawrzyńskiej powinna wam przypaść do gustu.
[Egzemplarz recenzencki]