Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Lekkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Lekkie. Pokaż wszystkie posty
"Droga do marzeń" Krystyna Mirek

"Droga do marzeń" Krystyna Mirek

Bohaterką powieści Krystyny Mirek "Droga do marzeń" jest obrzydliwie bogata Konstancja. Właściwie fortunę zebrał jej ojciec, jednak dziewczyna czerpie z niej pełnymi garściami. Nawiązując do tytułu książki można zastanawiać się, jakie marzenia ma ktoś, kto ma wszystko. Sama Konstancja przekona się o tym dopiero, kiedy zostanie z niczym. Ojciec trafi do więzienia, matka ucieknie z resztą pieniędzy, a córka zostanie z plecakiem ze strojem kąpielowym w środku. Znajomi odwracają się od bankrutów. Niespodziewanie pomocną dłoń wyciąga do Konstancji bezdomny Rafał. Czego nauczą siebie nawzajem rozpieszczona jedynaczka i chłopak na dnie?

Po raz kolejny Krystyna Mirek kreuje wyrazistych bohaterów. Czytelnik czyta w nich, jak na dłoni. Są przejrzyści, konsekwentni w swoich wyborach i przewidywalni. Ta ostatnia cecha, wbrew pozorom, nie jest wadą, bo są to tak fascynujące postacie, że z przyjemnością śledzimy ich losy. Bezbłędnie wyczuwamy, po co autorka wprowadziła danego bohatera/bohaterkę i jak może rozwinąć się dany wątek. Pewnie w przypadku kogoś innego wytknęłabym to, jednak Krystyna Mirek sprawiła, że przewidywalność czyni "Drogę do marzeń" optymistyczną i komfortową książką.

Postacie z powieści reprezentują różną postawę wobec marzeń. Są takie, które tkwią w stagnacji, takie, które tylko udają, że owe pragnienia spełniają, ale też szaleni wojownicy taranujący wszystkie przeszkody i niezważający na guzy. W której z nich zobaczycie siebie?


[Egzemplarz recenzencki]
"Do grobowej deski" Monika Wawarzyńska

"Do grobowej deski" Monika Wawarzyńska

Mówi się o miłości do grobowej deski, ale w przypadku „Trylogii funeralnej” Moniki Wawrzyńskiej chyba powinnyśmy zamienić miłość na przyjaźń. Jagnę, Martę i Magdę połączył nie tylko biznes. Raczej to, że się świetnie dogadują sprawiło, że takowy powstał. Tym, którzy tych bohaterek nie znają, przypomnę, że Jagna prowadzi dom pogrzebowy, Marta kwiaciarnię, a Magda restaurację. Dziewczyny proponują swoim klientom kompleksową obsługę „ostatniego pożegnania”. W poprzednich częściach poznałyśmy dwie pierwsze panie, aby dopełnić obrazu tego trio, należałoby coś napisać o przedsiębiorczej kucharce, Magdzie.

Mam wrażenie, że na tę postać Monika Wawrzyńska miała najmniej pomysłów. Na początku powieści „Do grobowej deski” dowiadujemy się, jak przebiegała jej kariera – od kelnerki do własnego biznesu. Autorka wzniosła się na wyżyny pisząc dialogi między bohaterką, a roszczeniowymi klientami. Postać ta czaruje błyskotliwymi ripostami, a czytelnik nie może opanować śmiechu.

W pewnym momencie Magda ląduje na drugim planie (można powiedzieć, że, w porównaniu do przyjaciółek, prowadzi ustabilizowane życie) ustępując sceny innym postaciom, których losy Monika Warzyńska chce „dopisać”. Chciałoby się tej postaci więcej, ale mając na uwadze, że autorka postanowiła skończyć ten cykl, słusznym jest, iż zadbała o wątki pozostałych bohaterów. A tych się trochę zabrało. Przyznam, że niektóre mi się myliły, albo zapomniałam skąd się wzięły. Trudno mi teraz powiedzieć, czy to wina warsztatu pisarki, czy mojej pamięci.

Pomimo pozornych wad, jest to moja ulubiona część całego cyklu. Z każdą kolejną książką staje się on coraz bardziej dojrzały, a dokładniej mam na myśli humor, jaki jest jego znakiem rozpoznawczym. Trochę czarny, ale cudownie inteligentny. Bohaterki nawet kiedy mówią o babskich sprawach, albo doznają zaćmienia umysłu nie sprawiają wrażenia głupiutkich. To są fajne, normalne babki, które miały odwagę wziąć życie za rogi. Uwielbiam je.

Szkoda mi żegnać „Trylogie funeralną” bo z każdą kolejna książką czytało mi się ten cykl coraz lepiej. Mam nadzieję, że Monika Wawrzyńska jeszcze nie raz pokaże swoje poczucie humoru i będzie bawić czytelników. A wam kochani, serdecznie polecam „Do grobowej deski” i poprzednie części, czyli „Gwóźdź do trumny” i „Kopnij w kalendarz”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kopnij w kalendarz" Monika Wawrzyńska

"Kopnij w kalendarz" Monika Wawrzyńska

Czy pamiętacie Jagnę i Martę, które zostały przyjaciółkami przez swoich synów, którzy byli tak zafascynowani śmiercią, że wystraszyli dzieciaki w szkole? Wezwane na dywanik do dyrektorki mamy również znalazły wspólny język, co przerodziło się w weselono-pogrzebowy biznes. „W co proszę?” zapytają się nieznający komediowego cyklu Moniki Wawrzyńskiej czytelnicy. Już tłumaczę. Jagna prowadzi dom pogrzebowy, a Marta kwiaciarnię. Mają jeszcze jedną wspólniczkę Magdę, która zajmuje się cateringiem. Mam nadzieję, że już wszystko jasne, a jeżeli nie to odsyłam was do książki „Gwóźdź do trumny”, gdzie zostało to szczegółowo opisane. Ja dziś będę opowiadać o drugiej części tego cyklu, zatytułowanej „Kopij w kalendarz”. Jej bohaterami są wspomniana Marta i jej syn, Kocio.

Żeby nie było wątpliwości, podkreślę, że mamy do czynienia z komedia obyczajową. Musicie być gotowi na absurdalne sytuacje i dziwne dialogi. Monika Wawrzyńska konsekwentnie trzyma się konwencji tego typu powieści obdarzając postacie ciętym językiem, brawurą w działaniu, albo – wręcz przeciwnie – zagubieniem (czy też „zamroczeniem”). Można powiedzieć, że lekko traktuje problemy swoich bohaterów, a w tej części są to dość poważne sprawy, jednak tego wymaga komedia. Nie załamywania rąk, a zbijania trosk jak kręgli.

Ten dramatyzm służy powieści. Dzięki niemu autorka znacznie lepiej panuje nad fabułą niż w przypadku „Gwoździa do trumny”. Część pierwsza tego cyklu to zlepek miej lub bardziej głupkowatych epizodów. W „Kopnij w kalendarz” jest ich miej, za to takie „z grubej rury”. Czytelnika niewątpliwie to wciąga, a od autorki wymaga więcej pracy w rozwiązaniu kabały, w jaką wpakowała postacie z książki. Automatycznie staje się ona ciekawsza i lepiej dopracowana.

Czego Monice Wawrzyńskiej nie mogę wybaczyć to imiona bohaterek – Jagna, Marta i Magda. Z Jagną nie mam problemu, ale dwie pozostałe panie ciągle mi się myliły. Dla mojej głowy te imiona są niemal identyczne. W pierwszej części mogłam usprawiedliwiać to, ponieważ były to postacie drugoplanowe. Jednak w „Kopnij...” to Marta jest główną bohaterką. Ileż ja się musiałam skupiać, żeby mieć 100% pewności, iż to na pewno ta „baba od kwiaciarni”. Spociłam się, że hej.

Przyznam, że nie spodziewałam się, że kontynuacja przygód zakręconych przyjaciółek będzie lepsza od pierwszego tomu. Spodziewałam się leniwego kartkowania i serii gagów, a dostałam komedię z mocnymi zwrotami akcji. Monika Wawrzyńska ma pomysły, których nie powstydziliby się scenarzyści seriali o największej oglądalności. Lubię też, kiedy autor/ka wyraźnie rozwija się z kolejną książką i w tym przypadku to widzę. W „Kopnij w kalendarz” wszystko jest po prostu lepiej. Brawo.

[Egzemplarz recenzencki]

"Gwóźdź do trumny" Monika Wawrzyńska

"Gwóźdź do trumny" Monika Wawrzyńska

Opowiem wam historię o tym, jak można się głupio zasugerować. Dostaję książkę. Wiem o niej tyle, że to komedia. Opis mówi mi wyłącznie tyle, że bohaterek jest kilka, ale na okładce widnieje czacha, więc ubzdurałam sobie, że jest to komedia kryminalna. I jeszcze ten tytuł. „Gwóźdź do trumny”. Czytam. Strona 10, 15, 45, 157, a trupa nie ma. Znaczy są, ale kompletnie nieistotne. I nagle do mnie dociera, że nie miałam żadnych podstaw przypisywać powieści Moniki Wawrzyńskiej kryminalnych atrybutów. A tytuł i okładka mają całkiem inną genezę.

Na początku książki poznajemy dwóch chłopców zafascynowanych śmiercią, Mikołaja i Kocia. Można powiedzieć, że ta „pasja” ich zbliżyła oraz sprawiła, że zaprzyjaźniły się ich matki. Co więcej rodzicielka Mikołaja prowadzi zakład pogrzebowy, a kolejne perypetie bohaterów powieści mogą rywalizować o miano przysłowiowego „gwoździa do trumny”. Jak widzicie i tytuł, i okładka książki nie są przypadkowe. Monika Wawrzyńska buduje ją wokół, hmmm... Funeralnych atrybutów.

Fabułę ciężko jednoznacznie opisać, bo: „pierwsze primo”, mamy tu kilka wątków; „drugie primo”, część scenek ma charakter komediowych gagów i bezpośrednio nie wpływa na bieg akcji. Spróbuję jednak wyciągnąć jakąś esencję. Jako głównych bohaterów określiłam bym Jagnę (właścicielkę zakładu pogrzebowego) oraz jej syna, Mikołaja. Ona dostaje pozew o rozwód, on rozstaje się z narzeczoną. Można powiedzieć, że osią fabuły są uczucia, ale nie do końca będzie to prawda, bo Monice Wawrzyńskiej chodzi raczej o humor.

A jaki ten humor jest? Lekki, niewymagający, nieco naiwny. Porównałabym go do książek Joanny Chmielewskiej. Jest to ten sam rodzaj szaleństwa i zabawnego niedomówienia. Jako przykład przytoczę pierwsze spotkanie Jagny i Marty, przyszłych przyjaciółek. Zostały one wezwane „na dywanik” do dyrektora z powodu skarg, iż ich synowe straszą dzieci. Marta, mama Kocia już jest w gabinecie, kiedy przybywa mama Mikołaja. Traf chciał, że panie akurat rozmawiają o świętym Mikołaju i o tym, czy to etyczne okłamywać dzieci, że ten przynosi prezenty. I wtedy wchodzi kobieta, która oświadcza, iż jest matką Mikołaja. Z tego rodzi się zabawny dialog, o tym, czy Mikołaj ma rodziców, gdzie oni mieszkają (traf chce, że ojciec chłopca przebywa w Finlandii) itp.

Pozostając w temacie humoru chciałabym pokazać słaby punkt „Gwoździa do trumny”. Wspominałam już, że wiele rozdziałów zostało napisanych wyłącznie, aby pokazać śmieszną sytuację. Przykładowo, kiedy Jagna idzie do spa. Monika Wawrzyńska pobawiła się w nim słowem przerabiają ajurwedyjskie dosze na dorsze, a także w lekko przerysowany sposób pokazała zagubienie bohaterki, która rzadko bywa w tego typu przybytkach. Fragment całkiem śmieszny, ale do fabuły nie wnosi nic. Takich scen w książce znajdziemy więcej. Ktoś może teraz zaprotestować, że to komedia, że tu chodzi o śmieszne sceny. Ja się specjalnie nie będę spierać, jednak pozostanę przy stanowisku, że kolejne epizody powinny pchać fabułę do przodu, a nie po prostu być. Trzeba przyznać Monice Wawrzyńskiej, że im bliżej końca, tym „pustych przebiegów” jest mniej. Historia zaczyna nabierać kształtu i widać, że pisarka chce domknąć wątki, które otworzyła.

„Gwóźdź do trumny” okazał się sympatyczną powieścią. Jest to klasyczna, lekka komedia obyczajowa. Czytelnik znajdzie tu niewymagający humor i trochę naiwności, co jest cechą charakterystyczną tego typu książek. Jeżeli szukacie czegoś przystępnego i zabawnego to powieść Moniki Wawrzyńskiej powinna wam przypaść do gustu.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pojedynek uczuć" Krystyna Mirek

"Pojedynek uczuć" Krystyna Mirek

Czy uważasz siebie za człowieka sukcesu? Czym w ogóle jest dla ciebie sukces? Dla mnie to życie w taki sposób, jaki sobie wymarzyłam. Zapytam więc inaczej: Czy żyjesz tak jak pragniesz? Majka, bohaterka książki Krystyny Mirek „Pojedynek uczuć”, jest poniekąd ofiarą i swoich marzeń, i społecznej presji. Idealnego partner, idealne mieszkanie oraz życie na wysokim poziome okupiła stresem. „Musiała sobie przypomnieć, że jest naprawdę zadowolona ze swojego życia, w przeciwnym razie wpadłaby w nieopanowane przygnębienie (…)”1 Czy po to walczyła o szczęście, żeby teraz mieć dość na myśl o kolejnym dniu tego „perfekcyjnego” życia? Tym większym ciosem okazuje się odejście Adama, partnera i ojca jej dziecka. Samotna matka z kredytem we frankach i szefem tyranem. Jak Majka sobie poradzi?

Jeżeli szukacie postaci, która jest w „czarnym tyłku” to jest jest to bohaterka powieści „Pojedynek uczuć”. Dziewczyna zostaje doprowadzona do stanu, że ma ochotę „w łeb sobie strzelić”, ale musi być silna. Dokonuje pewnych wyborów. Czy rozsądnych, czy nie – rozsądźcie sami. Ona uważa, że są najlepsze w sytuacji, w jakiej się znalazła. Czego nauczą ją te trudne doświadczenia? Czy książka kończy się szczęśliwie, a może tragicznie?

Dawno powieść obyczajowa nie wywoła we mnie tylu emocji. Trzęsłam się ze strachu o bohaterów (szczególnie czteroletniego Krzysia), ze złości na ich egoizm i z żalu, że mają wobec siebie tak mało empatii. Mamy tu bardzo wyraziste postacie, reprezentujące pewne postawy życiowe. Jak na standardy „obyczajówki” mogą wydać się nieco przerysowane, ale to dodaje książce mocy. Zresztą ów egoizm bohaterów jest bardzo mocną stronę tej opowieści. Dzięki niemu Krystyna Mirek „koloruje” ją na naprawdę wyraziste barwy, które poruszają serce czytelników.

Fabuła całkiem fajnie składa się w całość. Jest dynamicznie i pewnie odbiorcy, będą skrupulatnie rozliczać bohaterów z podjętych i niepodjętych decyzji. Ja staram się je akceptować, chociaż z nie wszystkimi się zgadzam. Jednak szanuję rozwiązania, jakie zaproponowała autorka, szczególnie, kiedy pchają opowieść do przodu. Natomiast wytknąć muszę dwie rzeczy, być może drobne, ale nie pasowały mi do całości. Po pierwsze, akcja książki dzieje się w Krakowie, a Majka oraz jej współpracownicy traktują firmę, w której pracują jak „być albo nie być”. Wydaje mi się, że tak duże miasto zapewnia, jednak większe perspektywy dla szukających pracy, a dla nich zwolnienie równa się koniec świata, głodówka itp. Po drugie, Majka jest ciągle zabiegana. Pracuje od 7 do 20, a do tego większość jej zarobków „zjada” kredyt. I ta dziewczyna daje namówić się na psa, labradora. Kto z nim wychodzi? Kto go trenuje? Bo jest on opiekunem jej czteroletniego synka. Z tego co mi wiadomo labradory są bardzo wymagające. Za co kupuje mu karmę, opłaca weterynarza itp. skro czasami płacze, że musi jeść kanapki z masłem, bo nie starczyło pieniędzy na dodatki? Mamy tu piękny, romantyczny obrazek: mały chłopiec i jego pies, ale jest on wyłącznie romantyczny.

„Z przykrością uświadomiła sobie, że wciąż jest w tym związku stroną walczącą.”2 Czy to ją zahartowało? Chyba trochę tak, ale nie uczyniło gruboskórną. Majka to świetna bohaterka. Silna romantyczka, która musiała zejść z chmur. Krystyna Mirek zarzuca ją zmartwieniami, ale daje również zasoby do walki z nimi. Jak bohaterka ta pokieruje swoim życiem? Mam nadzieję, że śledzenie tego będzie dla was równie emocjonujące, jak dla mnie.

1 Krystyna Mirek, „Pojedynek uczuć”, wyd. Lekkie, Warszawa 2023, s. 6.

2 Tamże, s. 16.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tajemnica zamku" Krystyna Mirek

"Tajemnica zamku" Krystyna Mirek

Stare zamki „widziały” wiele. Ich mury skrywają nie jedną tajemnicę. Posiadłość rodu Cantendorf skrywa „blade oblicza poprzednich pań na zamku (…). Od razu można było zauważyć, że coś jest nie tak. (…) Nie bawiły się, nie korzystały ze swojej pozycji społecznej.”1 Biorąc pod uwagę, że pan owego zamku, Aleksander Cantendorf, właśnie pochował kolejną żonę, możemy się domyślić, iż okolica huczy od plotek. Zwykły pech, słabe organizmy delikatnych panien z wyższych sfer, a może klątwa lub przemyślane działanie są powodem, że żadna z żon długo nie zagrzała miejsca u boku hrabiego. Sąsiedzi wiedzą również, że Cantendorfowie „na gwałt” potrzebują dziedzica, a sam Aleksander zazwyczaj nie czeka na zdjęcie żałoby i szybko zaczyna „casting” na kolejną żonę. Zarówno te dobrze, jak i słabiej sytuowane rodziny próbują ugrać coś na tej sytuacji – albo ochronić swoje córki, albo je dobrze „sprzedać”. A jury jest duże. „Aleksander Cantendorf jeszcze nigdy w życiu nie podjął sam decyzji w sprawach uczuciowych (…)”2. Czy bliscy dobrze mu radzą, skoro ma za sobą cztery nieudane małżeństwa? Tym razem do głosu dojdzie też jego serce. Hrabia – chyba – zakochał się, i to w niewłaściwej kobiecie.

Powieść „Tajemnica zamku” Krystyny Mirek można określić jako romans historyczny, bo wątek miłosny odgrywa w niej ważną rolę. Jednak znajdziemy tu coś więcej, tytułową tajemnicę. Autorka właściwe od niej zaczyna snuć opowieść, a niejako przy okazji rodzi się uczucie. Mnie bardzo takie rozwiązanie odpowiada. Krystyna Mirek najpierw mnie czymś zaintrygowała, a potem przeszła do spokojniejszych motywów. Dodam również, że ratuje ono odbiór książki.

Wiadomo, jak to zazwyczaj bywa z wątkiem miłosnym. Bohaterowie muszą pokonać kolejne „kłody rzucane im pod nogi”, ale finał wydaje nam się oczywisty. W „Tajemnicy zamku” jest wyjątkowo ciekawy „gracz”. Mianowicie kochanka i wyczuwamy, że to z nią Aleksander będzie miał najwięcej problemów. Nie tylko z odprawieniem kobiety, ale też z odprawieniem dawnego zauroczenia. Taka postać zdecydowanie dodaje książce rumieńca. I aż mi dziwnie to pisać, ale te perturbacje uczuciowe zostały przez Krystynę Mirek naprawdę ciekawie opisane.

Czego mi zabrakło w tej powieści? Określę to jako „wypełnienie”. Generalnie mamy tu świetną historię i autorka miała kilka bardzo dobrych pomysłów, które się na nią składają, ale pomiędzy nimi powielane są te same motywy. Jednego bohatera zaprząta wkoło ta sama myśl, albo w rozmowach o nim przewija się jeden element. Jakiś przykład? Proszę bardzo. Sąsiedzi hrabiego byli zdegustowani, że jego kochanka zasiada u szczytu stołu. O tym samym rozprawiały jego ciotki, a również sama zainteresowana mocno przywiązywała wagę do tego miejsca. Wiadomo było, że kiedy mieszkańcy posiadłości szykują się do posiłku, albo zapowiada się jakieś spotkanie, będzie „walka o stołki”. Można powiedzieć, że pomiędzy zwrotami akcji mamy specyficzny rodzaj „kopiuj, wklej”. Nie dosłowny, ale ja miałam wrażenie, że wkoło wałkowane są te same tematy. Już chyba wolałabym jakiś opis zamkowych ogrodów itp.

„Tajemnica zamku” to pierwszy tom cyklu „Saga rodu Cantendorfów”. Jest to całkiem niezłe otwarcie. Krystyna Mirek sprawnie zarysowała sytuację głównego bohatera, jego rodu i posiadłości. Zaintrygowała czytelnika tytułową tajemnicą, a potem dodała element, który wielu odbiorców lubi, czyli miłość. Na koniec nie „odkrywa wszystkich kart”, dzięki czemu zaprasza nas do przeczytania kontynuacji. W moim odczuciu przydałoby się jakoś ożywić środek, zadbać o detale, żeby ciągle nie przypominać, że ta zazdrosna, ten bankrut, a tamta delikatna.

1 Krystyna Mirek, „Tajemnica zamku”, wyd. Lekkie, Warszawa 2023, s. 16.

2 Tamże, s. 218.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger