"Listonosz" David Brin
Czy bohater musi być herosem? Czy tylko siłą można odbudować świat? David Brin główną postacią powieści „Listonosz” czyni humanistę. Gordon wędruje przez zniszczony po atomowej katastrofie świat i szuka schronienia w zamian za historie. Pewnego dnia zostaje napadnięty. Zrozpaczony podąża za zbirami, aby odzyskać swoje rzeczy, ale gubi ich ślad. Za to znajduje starą pocztową furgonetkę, a w niej kurtkę listonosza i worek listów. Początkowo kurtka ma dawać mu po prostu ciepło, ale okazuje się, że mundur ciągle budzi szacunek, a Gordon z obwoźnego bajarza staje się symbolem odrodzenia Stanów Zjednoczonych.
Ta powieść to niewątpliwie postapo, ale wyjątkowo sentymentalne postspo. I tu nie chodzi o wspomnienia, bo bohaterowie pogodzili się, że starego porządku już nie ma. Żyją w skupiskach, nieco przerażeni, ale pogodzeni z tym jak teraz wygląda świat. I wtedy do bram puka Gordon w urzędowej kurtce, który „Sprzedawał nadzieję w zamian za prowiant i nocleg”1 Czy Gordon jest kłamcą? Odpowiem tak. Nie planował on stworzenia mitu listonosza. To ludzi nadali mu tę rangę, a on nie miał śmiałości niszczyć nadziei, jaką niosło poczucie powrotu do normalności i uporządkowanych struktur. Oni nie chcieli prawdy. Natomiast Gordon zręcznie ten mit podsycał. Potrafił żonglować kłamstwami tak, aby każdy usłyszał to co chce. I tak stał się symbolem. Dobrym symbolem. Jednak to nie tylko laty, ale też brzemię.
Powieść „Listonosz” pierwszy raz została wydana w 1985 roku. Mam tu więc poważną czterdziestolatkę. I to jest waśnie dobra, dojrzała książka. Spokojna, zrównoważona, której fabuła płynie w swoim tempie. Brin zaprasza nas na wycieczkę po jałowych, poatomowych Stanach Zjednoczonych. Wyciska kwintesencje postapokaliptycznego klimatu i jego specyficzne poczucie zagrożenia. Następnie buduje mit listonosza, pokazując jak ludzie chętnie łapią się symboli, aby stworzyć namiastkę normalności. Czy będzie to wystarczający motyw do zrywu? Czy uda się przejść od pięknych słówek do czynów?
Zauważyłam, że im jestem starsza, tym coraz bardziej oddalam się od literatury akcji i lepiej odnajduję się w takich spokojnych klimatycznych książkach jak właśnie „Listonosz” Brina. Pełna napięcia, niebezpieczna wędrówka przez nieprzewidywalny teren. Pukanie od osady do osady i kolejne kłamstwa podyktowane i wolą przetrwania, ale też radością z nadziei jakie one dają. Przy okazji powieści „Karawele” zastanawiałam się nad narodowymi mitami i tym, że są często budowane na kłamstwach. Zadałam pytanie, czy my potrzebujemy prawdy, a może wystarczą nam te łaskoczące nasze ego bajeczki. Podobny problem porusza Brin w „Listonoszu”. Ci ludzie też potrzebują mitu, aby wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
1 David Brin, „Listonosz”, przeł. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2026, s. 116.
[Egzemplarz recenzencki]


Thank you for sharing.
OdpowiedzUsuńNie znałam tego tytułu, ale zapowiada się naprawdę dobrze.
OdpowiedzUsuńŚwietna recenzja. To fascynujące, jak Brin trafnie pokazał psychologiczny mechanizm działania mitu – ludzie w obliczu kryzysu i chaosu wręcz desperacko potrzebują stałych punktów orientacyjnych, nawet jeśli są one zbudowane na iluzji. Gordon w gruncie rzeczy daje im to, co w piramidzie potrzeb jest najważniejsze do przetrwania na dłuższą metę: poczucie bezpieczeństwa i przynależności, które symbolizuje ta zwykła urzędowa kurtka. Twoje spostrzeżenie o tym, jak z wiekiem docenia się takie spokojniejsze, bardziej refleksyjne postapo, bardzo do mnie trafia. Zamiast widowiskowej akcji dostajemy tu przecież genialne studium ludzkiej natury i siły tkwiącej w symbolach.
OdpowiedzUsuńChętnie sięgne po tą książkę :)
OdpowiedzUsuń