Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
"Zapłata dla Flecisty" George A. Romero, Daniel Kraus

"Zapłata dla Flecisty" George A. Romero, Daniel Kraus

Za sprawą książki „Zapłata dla Flecisty” autorstwa Georga A. Romero i Dalniela Krusa przeniesiemy się na bagna Luizjany. A jak to na bagnach, jeden fałszywy krok i... plum! I tak jest w tej powieści. Trzeba być non stop czujnym, bo nigdy nie wiemy, gdzie czai się niebezpieczeństwo. Tym razem mrok uderza w dzieci. To właśnie najmłodsi zaczynają ginąć. Pamiętacie baśni Fleciście z Hameln (w innej wersji zwanym Szczurołapem), który nie dostał zapłaty za swoja pacę? Co wtedy zrobił? No właśnie. Flecista znów domaga się zapłaty. Za co? Czego dopuścili się mieszkańcy tych ziem, że kolejne pokolenia muszą za to pokutować?

W posłowiu Kraus opowiada, jak podczas katalogowania archiwum Georga A. Romero natknął się na tę powieść. Jakże inną od „Żywych trupów” z jakimi kojarzy się ten reżyser. Projekt go zauroczył i aż prosił się o dokończenie. I tak dostaliśmy „Zapłatę dla Flecisty”. Powieść w której widać inspirację lokalnym folklorem, w której widać symbolikę, ale też w której zadaje się ciekawe pytania to istotę złą i odpowiedzialność za czyny poprzednich pokoleń. Ale też powieść intensywną i mocno filmową.

Tak, filmową. Nie wiem dlaczego, ale od początku widziałam ją w konwencji nieco niedopracowanego kina grozy. Mocne barwy i przerysowane kostiumy. Pewnie specyficzna cajuńska gwara nadała jej pewien wymiar pastiszu. Aczkolwiek jest to złudne, bo nie w tym kierunku idzie fabuła. Raczej okolica próbuje opleść nas mrokiem, zdenerwować, wywołać poczucie zagrożenia.

Niestety muszę to napisać, ale trudno było mi docenić energię tej książki. Z jednej strony mamy małe miasteczko z całą jego barwnością i zgnilizną. Z armią ciekawych bohaterów i beznadziejnością jaka ich trawi. Z drugiej nie ma w niej nic kameralnego. Jest na wskroś amerykańska. W ostatnich latach zachwycałam się horrorami Kariki, Urbanowicza i Lindqvsita. Wicie, co mnie urzekło w ich pracach? Surowość. I to właśnie ona stworzyła przejmujący klimat,. U Romero jest energia (może przez młodość), kolor i hałas. I ta intensywność mnie chyba przytłoczyła, a nie przeraziła

Poprzedni akapit napisałam z pewnym żalem, bo obiektywnie patrząc „Zapłata dla Flecisty” to bardzo ciekawe przedsięwzięcie. Zarówno pod kątem pytać, inspiracji (w tytule jest Flecista, ale w miasteczku, w którym dzieje się akcja znajdziemy wszechobecne ośmiornice), symboliki, dopracowanych bohaterów, a także języka. Natomiast kiedy przychodzi do oceny ten obiektywizm można schować do kieszeni. W horrorach numerem jeden jest klimat, a jak już wcześniej wspomniałam, intensywność tej książki mnie przytłoczyła.

"Północna droga: Pasja według Einara. Trzy mołode pieśni" Elżbieta Cherezińska

"Północna droga: Pasja według Einara. Trzy mołode pieśni" Elżbieta Cherezińska

Stary świat musiał ustąpić nowemu. Chrześcijaństwo zaczęło wypierać wiarę w nordyckich bogów i dawne rytuały. Jak odnaleźć się w tych zmianach? Czy da się ponieść fali, czy iść pod prąd z nadzieją, że uda się ocalić dziedzictwo? W kolejnych częściach cyklu „Północna droga” pt. „Pasja według Einara” i „Trzy młode pieśni” Elżbieta Cherezińska opisuje właśnie bohaterów, którzy muszą skonfrontować się z dawnymi legendami, a także zmierzyć z nowym – czy nowoczesnym światem?

Einar z „Pasji według Einara” jest synem kapłana. Jego ojciec „odczytał” przepowiednię o nadejściu nowej wiary, co nie spodobało się wszystkim. Po jego śmierci Einar trafia do klasztoru. Jest wychowywany inaczej, ale „buzuje” w nim ciągle krew wojownika. Chłopak jest wyraźnie rozdarty pomiędzy dwoma tradycjami, jakie mają na niego wpływ. Ale też wyjątkowo samotny ze swoimi pragnieniami.

W „Trzech młodych pieśniach” Cherezińska oddaje głos nowemu pokoleniu. Ragnar (syn Einara i Halderd), Bjorn i Gudrun (dzieci Regina i Sigrun). Młodzi ludzie, którzy żyją w cieniu swoich rodziców, ale też muszą zmierzyć się z ich legendą i oczekiwaniami, jakie maja wobec nich dorośli i swoimi własnymi pomysłami na przyszłość. Do tego dochodzi nowa wiara, nowe okoliczności w których uczą się żyć.

Sama nie wierzę, że to piszę, ale te księgi podobały mi się jeszcze bardziej niż pierwszy tom. Wtedy wydawnictwo skusiło mnie, że będą to historie o kobietach. I tak było. Poznałam dwie jakże róże bohaterki, dzięki którym zajrzałam do świata Wikingów. I właściwie poszłam za ciosem kontynuując spacer po północnej drodze. Tom drugi, który zawiera księgi trzy i cztery, zaskoczył mnie całkiem inną dynamiką. Jest mocniejszy, brutalniejszy, bardziej wyrazisty. W dalszym ciągu mamy tu kawał barwnie opisanej historii. I dodać trzeba, że Cherezińska świetnie pokazuje, ze kształtowała ją i polityka i legendy. Pokazuje, jak wiele wiara, obrzędy znaczyły dla tych hardych wojowników.

„Północna droga” to fantastyczne przedsięwzięcie. Zarówno dzięki konceptowi, jak i wspaniałemu talentowi autorki. Cherezińska kreuje bohaterów z krwi i kości. To nie są pionki, a prawdziwi ludzie ze swoimi troskami i radościami. Autorka zręcznie krzyżuje ich drogi, aby opowiedzieć o przemianach na północy. O danych, fascynujących czasach.

[Współpraca]

"Słownik pojęć utraconych" Pip Williams

"Słownik pojęć utraconych" Pip Williams

Czy słowa opisują, czy kształtują rzeczywistość? Z taką refleksją zostawiła mnie powieść „Słownik pojęć utraconych” autorstwa Pip Williams. Właściwie powinny opisywać, ale obserwując fabułę tej książki nie możemy pozbyć się myśli, że ktoś tym słowom nadaje znaczenie i moc. Czy mając władanie nad słowami można utrzymać władzę nad ludźmi?

Anglia, przełom XIX i XX wieku. W toku fabuły obserwujemy, jak dorasta Esme. Dziewczynka wychowana wśród słów. Jej ojciec pracuje nad słownikiem języka angielskiego, a spragniona wiedzy córka chętnie dyskutuje z nim na temat słów właśnie. Pewnego dnia pod stół spada karteczka ze słowem „dziewka”. Od tego momentu Esme zaczyna kolekcjonować porzucone wyrazy, a w tle trwa walka o prawa kobiet. Jaką rolę odegrały w niej słowa?

Opis tej książki wręcz mnie zauroczył. Miałam okazję czytać klika powieści, które na tle różnych obyczajowych historii, prowokowały do zastanowienia się nad mocą słowa. Tu mamy słowa i walkę o prawa kobiet. Słowa, którym znaczenie nadają mężczyźni, którzy tę rolę kobiet przez wieki umniejszali. Liczyłam na to, że ta powieść bardziej mną wstrząśnie. Natomiast Pip Williams napisała coś lirycznego i niemal filozoficznego. Esme pomału wychodzi ze swojej bańki. Ze świata, w którym swobodnie mogła się uczyć i zaspokajać swoją ciekawość. Proces ten przetkany jest ciekawymi rozmowami właśnie na temat słów i ich znaczeń.

Nie zaprzeczę, że „Słownik pojęć utraconych” jest mądrą książką, a jej autorka naprawdę przemyślała to, co chce czytelnikom przekazać. Natomiast jest to książka, która wymaga czasu. Mówiąc o słowach Pip Williams karze nam się na tym słowie skupić. Nie wyobrażam sobie, czytać tę powieść jednym ciągiem. To wydaje mi się zbyt męczące i bezcelowe. Fabuła jest wręcz wolna, a my musimy się do niej dostosować. Musimy dać sobie czas na przemyślenie dyskusji i wydarzeń, których jesteśmy świadkami.

[Egzemplarz recenzencki]

"Północna droga: Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbieta Cherezińska

"Północna droga: Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbieta Cherezińska

Wikingowie kojarzą nam się z postawnymi mężczyznami i dzielnymi wojami. Ale to też twarde kobiety, które stoją u ich boku. I to właśnie kobiety Wikingów są bohaterkami cyklu „Północna droga Elżbiety Cherezińskiej. Kilka narratorek i jedna historia, czy kilka historii, które składają się na obraz życia na dawnej północy. Nie wiem, jak określić to przedsięwzięcie, bo tak naprawdę każdy tom to inna kobieta, inna energia, inne wyzwania. Kogo spotkamy podczas pierwszej odsłony „Północnej drogi”?

„Saga Sigrun” czyli opowieść o kobiecie, która spotkała miłość. Strażniczka domowego ogniska. Wojna, która przynosi chwałę mężczyznom to dla niej strach o ukochanego. Natomiast bohaterka „Ja jestem Halderd” od najmłodszych lat spotka się ze strachem i upokorzeniem. Właściwie sprzedana niż wydana za mąż. Halderd to typ inteligentnej wojowniczki, która zmaga się losem, chociaż ten sypie jej piasek w oczy.

Elżbiety Cherezińskiej chyba nie muszę przedstawiać. Miłośnicy powieści historycznych wiedzą, że jej książki to jakość sama w sobie. I autorka po raz kolejny nie zawodzi. Pięknym, plastycznym językiem maluje życie na dawnej północy. Teoretycznie skupia się na sprawach codziennych, przyziemnych, ale dzięki temu właśnie możemy wyobrazić się jak wyglądało życie tamtych ludzi. Jednak Cherezińska nie zapomina o szerszym kontekście pokazując historyczną dynamikę na terenach Skandynawii.

Podobno tomy „Północnej drogi” można czytać w dowolnej kolejności i poniekąd samemu nadać temu cyklowi charakteru. Wydawca zdecydował się zacząć ciepło, aby przełamać to mocnym uderzeniem. Jakie będą kolejne kobiety północy. Na pewno niebawem wam opowiem, bo zamarzam dalej kroczyć „Północą drogą”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Weavingshaw" Heba Al-Wasity

"Weavingshaw" Heba Al-Wasity

Jaką wartość mogą mieć sekrety? Ogromną. Święty Ciszy potrafi dużo zapłacić za te najmroczniejsze. Po co ten wpływowy człowiek kolekcjonuje tajemnice? Tego nikt nie wie, ale ludzie ustawiają się w kolejkach, aby je sprzedać za kilka złotych monet. Do drzwi Świętego puka też Leena. Jej brat jest bardzo chory, a lekarstwo niewyobrażalnie drogie. Dziewczyna postanawia przehandlować swój sekret za zdrowie najbliżej jej osoby. Jednak okazuje się niezwykle przydatna dla Świętego Ciszy. Ten składa jej propozycję nie do odrzucenia. Na szali jest jej życie. Mroczny magnat i dziewczyna z nizin społecznych zaczynają szukać ducha Percivala Avona. Ostatniego ze znamienitego rodu, który kiedyś zamieszkiwał Weavingshaw.

Heba Al-Wasity oddała w ręce czytelników raczej mroczne romantasy. Osadzone w bezwzględnym świecie, z przerażającymi tajemnicami. Autorka posuwa się nawet do inspiracji horrorem i wprowadza do swojej powieści demony i czarną magię. Jest to naprawdę intrygujące widowisko, szczególnie że Al-Wasity rewelacyjnie zaplanowała zwroty akcji. Fabuła bardzo mi się podoba, aczkolwiek uważam, iż budowanie relacji pomiędzy Świętym i Leeną odbiera powieści trochę pierwiastka „dark”. Generalnie co kto lubi. Miłośnicy tego rodzaju powieści na pewno będą się ekscytować fascynacją, która subtelnie rodzi się na kolejnych stronach. Jednak mnie cały czas siedziało w głowie, że Święty w początkowej fazie powieści mógłby być bardziej demoniczny, że nie do końca czuję, skąd wzięła się nienawiść, obrzydzenie, nieufność, jakie dziewczyna czuła wobec niego. Teoretycznie tak powinno być, ale autorka dała za mało dowodów na jego wyrachowanie i okrucieństwo.

Przez pryzmat powieści „Weavingshaw” widać, że kwestie pochodzenia są bliskie autorce. Jak możemy przeczytać posłowiu pochodzi ona z Libii, ale dorastała w Kanadzie. Czytając jej książkę pośrednio śledzimy konflikt pomiędzy Morlandem i Algaraanem. Jest to świat pełen nierówności społecznych. Nie ma klasy średniej. Są albo biedni, albo bogaci. Arystokracja próbuje utrzymać się u władzy ale coraz bardziej narastają rewolucyjne nastroje. Leena jest uchodźczynią. Czuje się obco w miejscu, w którym żyje, ale docenia, że jako tako się urządzili. Kiedy – za sprawą Świętego – zaczyna mieć kontakty z arystokratami, dziwi się, jak bardzo przywiązują oni wagę do dziedzictwa, ile są w stanie dla niego poświęcić.

Jak oceniam „Weavingshaw”? Mogę z czystym sumieniem napisać, że to udana powieść. Za sprawą Leeny jest tu mocny pierwiastek kobiecy. Autorka też dużo uwagi poświęciła budowaniu relacji pomiędzy głównymi bohaterami. Dlatego zaryzykuję stwierdzenie, że jest to powieść raczej dla pań. Oczywiście jeżeli mamy tu panów, fanów romantasy to też jak najbardziej zachęcam do przeczytania. Demoniczne akcenty, jak i rodowa tajemnica, a także samo Weavingshaw, czyli przeklęty dwór na odludziu to bardzo mocne akcenty, które ożywiają powieść. Wspomnieć trzeba też o kwestiach pochodzenia, które są tak bliskie autorce. Bardzo naturalnie wykorzystała świat powieści, aby o nich napisać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Niesamowite pokolenie" Jonathan Haidt, Catherine Price

"Niesamowite pokolenie" Jonathan Haidt, Catherine Price

Internet miał być bramą na świat. Miał gwarantować nieorganiczny dostęp do wiedzy, a także możliwości budowania i utrzymywania kontaktów. Brzmi pięknie, prawda? Jednak okazał się też ogromnym wyzwaniem związanym z dezinformacją, zagrożeniem dla prywatności plagą uzależnień, oszustw i samotności. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie bez niego. Zresztą dlaczego mamy rezygnować z narzędzia, która jednak bardzo ułatwia życie i które jest dostępne na wyciągniecie ręki. Wystarczy odpalić swojego smartfona. Jonathan Haidt i Catherine Price napisali publikację skierowaną do młodych ludzi pt. „Niesamowite pokolenie” mówiącym tym, jak być wolnym w dobie smartfonów.

Książka ma charakter przewodnika przeplatanego komiksowymi scenkami o tym, jak atrakcyjne może być życie, kiedy odkleimy nos od ekranu. Generalnie autorzy przekazują dobre treści zachęcając do rozważnego korzystania z Internetu. Do zrobienia sobie z niego narzędzia, ale nie zostania jego niewolnikiem. I ja się jak najbardziej z nimi zgadzam. Zastanawia mnie jednak, czy ten przekaz jest atrakcyjny dla młodych ludzi.

Kiedy ja byłam w szkole urządzano nam ciągłe pogadanki, na temat szkodliwości narkotyków i dilerów, którzy pierwszą działkę oferują za darmo, aby nas uzależnić. Szczerze mówiąc bawiły nas one. Czytając „Niesamowite pokolenie” od razu mi się przypomniały. Autorom nie udał się uniknąć strasząco-mentorskiego tonu. Co prawda niektóre informacje mogą dać do myślenia. Jak chociażby to, dlaczego socialmediowi potentaci nie pozwalają korzystać ze swoich produktów własnym dzieciom. Ale, czy są one wystarczająco mocne? Czy trafią do młodego człowieka, który chce być częścią grupy i interesuje go najbliższy kolega, a nie jakiś tam John z Ameryki?

No właśnie. Tu pojawia nam się kolejna kwestia. Autorzy zachęcają czytelników do zostania rebeliantami. Do świadomego przeciwstawiania się. A ja się zastanawiam czy taki młody człowiek chce takim rebeliantem zostać. Bunt może być atrakcyjny, ale bunt do jakiego zachęcają Haidt i Price wymaga dużo siły i samozaparcia, bo wyróżni z grupy rówieśniczej, a taki młody człowiek zazwyczaj chce w nią wsiąknąć. Powiedz mu, że ma zrezygnować ze smartfona, skro już przedszkolaki marzą o tym narzędziu. Wyśmieje nas. Znam historię chłopca wychowywanego 100% analogowo i ma on duże problemy w nawiązywaniu relacji. Zwyczajnie nie wie, o czym rozmawiają jego rówieśnicy.

Oczywiście bardzo cenne są tu informacje o technikach szpiegowania i uzależniania – chociaż autorzy mogli je opisać bardziej szczegółowo. To jest faktycznie coś, co tę iskierkę buntu może wzniecić. Bo argument, że ktoś nas bezczelnie wykorzystuje właśnie taki opór wywołuje. Jeżeli dzięki niemu młody człowiek narzuci sobie pewne ograniczenia – np. limity korzystania z internetowych aplikacji – to już super. Super jeżeli zrobi to sam. Będzie to jego wybór, a nie zasada narzucona przez rodziców. I to właśnie będzie bunt przeciwko systemowi.

Jeszcze kilka słów o komiksowych scenkach, w który pokładałam duże nadzieje, ale... Komiks ma pokazać, ile cudownych rzeczy można na robić niezależnie do smartfona, jak można się dzięki temu rozwijać i jak silne relacje buduje się dzięki tym aktywnościom. Miał pokazać, że można inaczej i że to inaczej jest fajne. Niestety te scenki są chaotyczne, wyrwane z kontekstu. Przekaż może jest i jasny, ale ciężko się w nie zaangażować. Jeżeli ktoś może polecić komiks o podobnej tematyce, ale jako jednolitą historię, będę wdzięczna. Historia z „Niesamowitego pokolenia” się rwie i nie angażuje. A szkoda, bo mogłaby być bardzo inspirująca.

Książka jak najbardziej potrzebna, ale czy na pewno w takiej formule. Droga jest dobra, ale chyba trochę nużąca dla młodego człowieka. Autorzy chcą ostrzec, chcą edukować i ja to doceniam. Jednak to pokolenie – bardzo przebodźcowane pokolenie – potrzebuje więcej finezji, pomysłowości. Nie jest łatwo zdobyć ich uwagę. Dlatego podkreślam, że książka zawiera dobre treści, jednak trzeba się trochę nagimnastykować, aby je przemycić. Dobrym posunięciem jest próba zaskoczenia, zszokowania informacją, że jesteśmy perfidnie wykorzystywani. To może wzniecić iskierkę buntu. Jednak – jak to się mówi – do tanga trzeba dwojga, a do rewolucji?

[Egzemplarz recenzencki]

"Listonosz" David Brin

"Listonosz" David Brin

Czy bohater musi być herosem? Czy tylko siłą można odbudować świat? David Brin główną postacią powieści „Listonosz” czyni humanistę. Gordon wędruje przez zniszczony po atomowej katastrofie świat i szuka schronienia w zamian za historie. Pewnego dnia zostaje napadnięty. Zrozpaczony podąża za zbirami, aby odzyskać swoje rzeczy, ale gubi ich ślad. Za to znajduje starą pocztową furgonetkę, a w niej kurtkę listonosza i worek listów. Początkowo kurtka ma dawać mu po prostu ciepło, ale okazuje się, że mundur ciągle budzi szacunek, a Gordon z obwoźnego bajarza staje się symbolem odrodzenia Stanów Zjednoczonych.

Ta powieść to niewątpliwie postapo, ale wyjątkowo sentymentalne postspo. I tu nie chodzi o wspomnienia, bo bohaterowie pogodzili się, że starego porządku już nie ma. Żyją w skupiskach, nieco przerażeni, ale pogodzeni z tym jak teraz wygląda świat. I wtedy do bram puka Gordon w urzędowej kurtce, który „Sprzedawał nadzieję w zamian za prowiant i nocleg”1 Czy Gordon jest kłamcą? Odpowiem tak. Nie planował on stworzenia mitu listonosza. To ludzi nadali mu tę rangę, a on nie miał śmiałości niszczyć nadziei, jaką niosło poczucie powrotu do normalności i uporządkowanych struktur. Oni nie chcieli prawdy. Natomiast Gordon zręcznie ten mit podsycał. Potrafił żonglować kłamstwami tak, aby każdy usłyszał to co chce. I tak stał się symbolem. Dobrym symbolem. Jednak to nie tylko laury, ale też brzemię.

Powieść „Listonosz” pierwszy raz została wydana w 1985 roku. Mam tu więc poważną czterdziestolatkę. I to jest waśnie dobra, dojrzała książka. Spokojna, zrównoważona, której fabuła płynie w swoim tempie. Brin zaprasza nas na wycieczkę po jałowych, poatomowych Stanach Zjednoczonych. Wyciska kwintesencje postapokaliptycznego klimatu i jego specyficzne poczucie zagrożenia. Następnie buduje mit listonosza, pokazując jak ludzie chętnie łapią się symboli, aby stworzyć namiastkę normalności. Czy będzie to wystarczający motyw do zrywu? Czy uda się przejść od pięknych słówek do czynów?

Zauważyłam, że im jestem starsza, tym coraz bardziej oddalam się od literatury akcji i lepiej odnajduję się w takich spokojnych klimatycznych książkach jak właśnie „Listonosz” Brina. Pełna napięcia, niebezpieczna wędrówka przez nieprzewidywalny teren. Pukanie od osady do osady i kolejne kłamstwa podyktowane i wolą przetrwania, ale też radością z nadziei jakie one dają. Przy okazji powieści „Karawele” zastanawiałam się nad narodowymi mitami i tym, że są często budowane na kłamstwach. Zadałam pytanie, czy my potrzebujemy prawdy, a może wystarczą nam te łaskoczące nasze ego bajeczki. Podobny problem porusza Brin w „Listonoszu”. Ci ludzie też potrzebują mitu, aby wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

1 David Brin, „Listonosz”, przeł. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2026, s. 116.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dławiący horror" Robert E. Howard

"Dławiący horror" Robert E. Howard

Do Bogusława Lindy przykleiło się powiedzenie: „Co ty wiesz o zabijaniu?”, ale ja dziś je trochę zmienię i zapytam się was: „Co wy wiecie o strachu?”. Czego najbardziej się boicie?. Robert E. Howard w zbiorze opowiadań pt. „Dławiący horror” opowiada o rzeczach, jakie się „filozofom nie śniły”. O mocach, wydarzeniach tak przerażających, że ich świadkowie nie mieli siły nawet krzyczeć. Wielu postradało zmysły ze strachu. Czy chcecie o nich przeczytać?

Rozpoczęłam tą recenzję mocno, jednak zaznaczyć muszę, że „Dławiący horror” to zbiór raczej klimatycznych niż brutalnych tekstów, aczkolwiek Howard potrafi „porazić” dobrym momentem. Autor, przede wszystkim, świetnie buduje atmosferę niepokoju. Ależ on potrafi subtelnie oplatać swoich bohaterów mackami grozy, aż nagle orientują się, że już jest za późno. Uwielbiam takie horrory, bo w moim odczuciu to właśnie klimat jest nieodłączną cechą tego typu tekstów.

Uważam również, że opowiadania zawarte w publikacji „Dławiący horror” warto sobie dawkować. Teoretycznie są one różnorakie od starożytnych tajemnic, przez pseudonaukowe dywagacje, po pełne magii, tajemniczych istot i dawnych wierzeń. Natomiast mają pewien wspólny mianownik. Widać tu silną inspirację twórczością Lovecrafta, prastarymi mocami i równoległymi wymiarami. Bohaterowie z opowiadań Howarda budzą siły, których nie są w stanie pojąć nie przypuszczając nawet, z czym igrają.

Mamy tu grozę w starym stylu, ale dużo mocniejszą, brutalniejszą niż chociażby klasyczne opowiadania o duchach. Zebrane teksty niby są różnorakie, ale jednak gdzieś tam podobne. Szczególnie docenią je fani klimatycznego horroru, którzy polubili się z prozą Lovecrafta, ale też pasjonaci dawnych wierzeń, a także fani takich seriali jak chociażby „Stranger Things”. Co kryją równoległe wymiary? Nie chcecie się przekonać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Brudne tajemnice" Disha Bose

"Brudne tajemnice" Disha Bose

Ciara jest piękna i popularna. Ma pieniądze, idealną rodzinę i grono zapatrzonych w nią przyjaciółek. Ma wszystko czego potrzeba do szczęścia. Ale tylko pozornie. Powieść „Brudne tajemnice” Disha Bose zaczyna od trupa. Od pięknego trupa tej skupiającej na sobie uwagę kobiety. Następnie próbuje odtworzyć wydarzenia ostatnich dni, aby sprawdzić, kto miał motyw pozbawić ją życia. Znajduje wiele skaz na jej idealnym wizerunku.

„Brudne tajemnice” to specyficzny thriller psychologiczny. Bohaterkami są matki małych dzieci. Kobiety, które same niosą trud macierzyństwa. Mają partnerów, ale to jednak na ich barki spada większa odpowiedzialność. To one bardziej się martwią, żyją pod ciągłą presją, a także bacznym okiem gotowych oceniać ich każdy krok sąsiadek. Czy każdy czytelnik będzie potrafił wczuć się w ich role i emocje?

Ciara to matka influencerka. Motyw, który bardzo lubię. Autorzy thrillerów chętnie po niego sięgają i pewnie za jakiś czas mi się znudzi, ale to jeszcze nie ten czas. Ciara stała się autorytetem dzięki swojej urodzie. Zdobyła popularność reklamując kosmetyki, a ta rozlała się na inne obszary m.in. macierzyństwo. Szybko przekonujemy się, że jej życie, jej dzieci wcale nie są idealne i ułożone, a jej metody – delikatnie mówiąc – dyskusyjne. Z codziennego chaosu Ciara potrafi wyłuskiwać piękne kadry i na nich tworzyć swoją historię od nowa.

Kolejne dwie bohaterki też są wyraziste. Lauren, która jest „czarną owcą” wśród matek z wioski. Wybuchowa, ekscentryczna, niezrozumiana. W powłóczystej spódnicy i z dzieckiem w chuście walczy ze sprawami dnia codziennego. U boku już podstarzały partner. Bezrobotny, amant i kobieciarz, ale cały czas zajmuje ważne miejsce w sercu Lauren. Mishti natomiast pochodzi z Kalkuty. W Irlandii znalazła się za sprawą zaaranżowanego małżeństwa. Mąż nie poświęca jej za dużo uwagi. Mishti jest skromna, cicha i samotna. Tak jak małżonek wybrał ja ze względu na te cechy, tak i Ciara wybrała ją na przyjaciółkę. Mishti jest wdzięczna sąsiadce, iż pomogła jej się zaaklimatyzować w nowym otoczenie, jednak z każdym dniem coraz wyraźniej dostrzega jej wady, a także to, że sama pada jej manipulacjom.

Na scenie tego dramatu pojawiają się jeszcze postacie męskie, czyli mężowie i partnerzy wspomnianych kobiet. Odgrywają bardzo ważne role w tej historii, jednak autorka raczej skupia się na paniach i na rozgrywce między nimi. Bose rozdziela męski i żeński świat, pokazując mężczyzn jako tych, którzy z doskoku zajmują się domem. To kobiety są tu uwięzione, a oni – pomimo nowej roli – wolni.

„Brudne tajemnice” okazała się powieścią tendencyjną, przewidywalną, ale jakże dobrze mi się ją czytało. Właściwie bohaterowie i fabuła niczym mnie nie zaskoczyły. Każda z postaci doskonale reprezentuje problem, czy też typ człowieka jaki Bose chce przy jej pomocy pokazać. Każda bezbłędnie wykonuje swoje rolę w tej opowieści, przez co jej ruchy staję się dla czytelnika przewidywalne. Fabuła też szybko wskoczyła na swoje tory i przybrała obrót, jakiego się spodziewałam. Kiedy to Ciara coraz bardziej zapętla się w swoich manipulacjach, a sposoby dzięki którym trzymała bliskich w ryzach przestają działać. I właściwie czekamy, aż kobieta zleci z piedestału z hukiem. Finał Bose rozgrywa nieco dziwnie, kiedy to wszyscy zainteresowani po kolei odwiedzają główna bohaterkę, a my śledzimy, w którym momencie dojdzie do wypadku, komuś puszczą nerwy. I przyznać muszę, ze w całym tym absurdzie udało się autorce mnie zaskoczyć.

Jakimś cudem cała ta przewidywalność nie odbiera książce uroku. Myślę, że odpowiada za to ziarenko toksyczności, jakie autorka wkłada w każdy z pomniejszych wątków. Szczególnie skupia się na postaciach kobiecych, próbując pokazać, co je ukształtowało. Jednak nie traktuję tego, jako próbę usprawiedliwienia, zrozumienia, a raczej podsycanie skaz. Skaz na ich charakterach, sytuacji, stylu życia. I te skazy są dla nas, czytelników, pożywką. Mamy bohaterów, których możemy nie lubić, którym możemy bezczelnie wypominać ich błędy.

Oceniając „Brudne tajemnice” moje serce i rozum toczą walkę. Rozum podpowiada, że w tej książce nie było niczego wyjątkowego, a serce pyta się go, czy musi być skoro tak dobrze się ją czytało. Pewnie, że uwielbiam skomplikowane postaci i thrillery z rozwiniętą warstwą psychologiczną, a jednak powieść Dishy Bose skutecznie wypełniła moje wieczory. Chyba mogę spokojnie włożyć ją do szufladki „rozrywka”, bo to książka prosta, ale zajmująca i wciągająca.

[Egzemplarz recenzencki]

"Listy" Kurt Vonnegut

"Listy" Kurt Vonnegut

W przypadku Kurta Vonneguta nic nie może być „normalnie”, chciałoby się zaśmiać, kiedy patrzymy, jak promowany jest wydany przez wydawnictwo Zysk i s-ka zbiór jego korespondencji. Podkreśla się, że pisarz nie popełnił autobiografii, a te listy mogą pełnić taką rolę. W sumie racja, bo między wierszami codziennych spraw można wyczytać, jakim człowiekiem był ich autor. Co i jak myślał. Pamiętajmy, że w przypadku Vonneguta to jest jest równie ważne. W listach widzimy jak naturalny jest jego styl pisania. To co znamy z powieści to nie poza, to nie stylistka, a jego przenikliwość i specyficzne poczucie humoru, które chyba czasami zaskakiwało też jego bliskich.

Jak wydać taki materiał, aby był ciekawy i czytelny? Jak sprawić, żeby z codziennych spraw, z komentarzy do lokalnych zdarzeń wyłoniło się to, co czytelnik interesuje? Trzeba to jakoś opisać. Korespondencję Vonneguta opatrzył objaśnieniami Dan Wakefield, przyjaciel autora. Fantastyczna, przemyślana sprawa, bo kontekst jest bardzo ważny w czytaniu tego typu publikacji. Dzięki temu jeszcze lepiej rozumiemy, co frapowało pisarza, a ten – jak się przekonamy odkrywając „Listy” - chętnie się swoimi poglądami dzielił.

„Listy” to niewątpliwie lektura ciekawa i dopełniająca obraz pisarza, którego nota bene uwielbiam. Obraz wyjątkowo szczery, naturalny. Obraz przybliżający nas do człowieka, którego cenimy za błyskotliwość i cięty humor. Być może obraz mało uporządkowany, coś jak kolaż zlepiony ze wspomnień i sytuacji. Obraz do odkrywania fragment po fragmencie. Dla tych, którzy mają chęci to zrobić.

[Egzemplarz recenzencki]

"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" Grady Hendrix

"Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt" Grady Hendrix

Nie w każdym przypadku ciąża to błogosławieństwo. Piętnastoletniej Nevie jakiś czas udaje się ukrywać swój stan. Jednak w końcu sprawa wychodzi na jaw, a wtedy dziewczyna zostaje wysłana do przytułku dla „upadłych” dziewczyn. Tam w ukryciu poczeka na rozwiązanie, a prowadząca go panna Wellwood zadba o wszelkie formalności. Po chwilowej niedyspozycji Nevie będzie mogła wrócić do swojego życia. Proste i genialne rozwiązanie, prawda? Jednak dziewczęta przekonają się, że nic nie jest takie proste. Niektóre z nich skrywają mroczą przeszłość, inne buntują się wobec planów opiekunów. Kiedy w ich ręce trafia tajemnicza księga pełna zaklęć i uroków, zaczynają testować jej możliwości. Czarownictwo wydaje się panaceum na ich problemy. Czy bycie czarownicą jest tak atrakcyjne? Czy każdy może nią zostać?

Książkę „Czarwonictwo dla zbłąkanych dziewcząt” mogłabym określić jako horror young. Młode bohaterki, ich perspektywa dość mocno wpływają na charakter powieści. Zza ich zamkniętych za murami przytułku historii wyłania się też tło, czyli Ameryka lat 70-tych. Widzimy podejście społeczeństwa do niechcianej ciąży, kiedy bohaterka w miejscu publicznym zakłada obrączkę, aby stwarzać pozory bycia zamężną, albo kiedy rodzice kolejnej dziewczyny mówią bliskich, że ta pojechała na jakiś czas do ciotki. Do tych schowanych dziewcząt dobiegają plotki o sprzeciwie wobec wojny w Wietnamie i o ruchach hippisów. One czują, że świat się zmienia i to daje im odwagę do buntu. Do tego są razem, co jeszcze wzmacnia ich odwagę i siłę.

Jak na standardy horroru Grady Hendrix umieścił w tej książce kilka akcentów, które dają optymistyczny wydźwięk. Z jednej strony są tu bohaterki pozbawione kontroli nad swoim życiem, dziewczyny za które ktoś zdecydował, ale od początku przytułek sprawa wrażenie miejsca, w którym ludzie się o siebie troszczą. Uprawianie czarownictwa teoretycznie niesie za sobą poważne konsekwencje, ale też dostrzegamy furtki, za którymi można od nich odpocząć. To co może przytłaczać to wątki obyczajowe, historie dziewczyn i reakcje bliskich na ich ciążę, a nie elementy paranormalne. Tych drugich jest dużo, a autor nawet delikatnie jest uwspółcześnia. Do tego świetnie pasują one do sytuacji bohaterek, jakby czarownice wiedziały, gdzie uderzyć. Jednak czytając tę powieść ciągle widzimy przysłowiowe „światełko w tunelu”, co w horrorach jest nietypowe.

Hendrix w „Czarownictwie...” łączy fizjologię z psychologią i socjologią. Wszelkie ciążowe niedogodności (na czele z różnego rodzaju płynami) zostają zestawione z sytuacją, z podejściem społeczeństwa do nastoletnich ciężarnych (czyli desperackiej próbie schowania tych dziewczyn). Do tego autor wykorzystuje młodzieńczą chęć buntu, aby zachęcić je do testowania czarów i budowania „siostrzanej więzi”. Nie powiem, że jest to jakaś szczególnie głęboka książka (raczej rozrywka), natomiast wszystkie wspomniane elementy doskonale ze sobą współgrają. Niby wszystko gdzieś już było, ale jednak Hednrix łączy to w coś świeżego.

[Egzemplarz recenzencki]

"Shy" Max Porter

"Shy" Max Porter

Dziś opowiem wam o książce, której się nie czyta, a doświadcza. Max Porter w krótkiej powieści „Shy” wciąga nas w głąb umysłu młodego chłopaka, który kompletnie nie może poradzić sobie ze sobą i ze światem. Shy ucieka z ośrodka dla zaburzonej młodzieży w mrok nocy. Jednak nawet tam nie ma schronienia przed natrętnymi myślami. Nie ma schronienia przed samym sobą.

„Shy” to proza fragmentaryczna, chaotyczny, dzika. Tu nie chodzi o złożenie historii Shy'a, o opowiedzenie, dlaczego taki jest. Tu chodzi o wczucie się pewien stan. Poczucie tego, co targa tym chłopakiem. Zobaczenie jego gniewu i rozpaczy. Tego jak chce, aby wszyscy dali mu spokój, ale też jak bardzo chce, aby mu pomogli to jakoś poukładać. Myślę, że znamienne będzie tu podejście do matki, która jest dla niego zarówno całym złem tego świata, ale też najlepiej wie, jak ukoić nocne koszmary. To proza głośna, bo głosy w głowie Shy'a wręcz krzyczą nie dając mu upragnionego wytchnienia. To proza pulsująca. Porter kreuje bohatera zasłuchanego w rytm drum'n'bass, co idealnie komponuje się z szybkim tempem i poszatkowaną narracją.

„Shy” wcale nie jest opowieścią o patologicznej rodzinie. W tej rozsypance widać chłopaka wychowanego z miłością, którego porwała fala buntu i to, że nie umiał jej powstrzymać napędziło całą złość, która zaczęła spychać go coraz niżej. Porter pokazuje dojrzewanie jako niebezpieczny proces. U jego bohatera wymknęło się ono spod kontroli. Z jakiegoś powodu nastoletnie gniew nie znalazł ujścia i zatruł tego chłopaka.

Jeszcze raz to powtórzę: my nie mamy analizować dlaczego tak się stało. My mamy przez chwilę być Shy'em i doświadczać jego gniewu i zagubienia. Zobaczyć jakie to trudne. Kolejna scena to kolejny demon, który wyciąga szpony z otchłani. Chce się krzyczeć, aby je przegonić. I Shy krzyczy, dopóki starczy mu oddechu.

[Egzemplarz recenzencki]

"Gwiazdy na włoskim niebie" Jill Santopolo

"Gwiazdy na włoskim niebie" Jill Santopolo

Włochy, miłości i okładka kojarząca mi się z „Pamiętnikiem” Nicolasa Sparksa. To pierwsze myśli związane z powieścią Jill Santopolo pt. „Gwiazdy na włoskim niebie”. Właściwie przeplatają się w niej dwie historie miłosne. Pierwsze uczucie rodzi się w powojennej Genuii. Ona córka krawca, on syn hrabiego. Dwa różne światy, które nie powinny się tak bardzo przeniknąć. Wątek numer dwa ma miejsce we współczesnym Nowym Jorku. Cass i Luca są w sobie bez pamięci zakochani. Planują ślub, ale pewne sprawy z przeszłości ich rodzin kładą się na nich cieniem. Obserwując te dwie pary będziemy się zastanawiać, czy miłość zwycięży?

Santopolo oddała w ręce czytelników nieco nostalgiczną historię miłosna (a właściwie historie, bo przecież są dwie). Pączek akcji ładnie są zawiązuje, ale tempo jego rozwoju jest umiarkowane. Mamy tu gamę przesympatycznych, ciepłych bohaterów którym raczej się kibicuje, a wszelkie kłody, jakie spadają przed ich miłością wywołują u nas smutek, oburzenie. Fabuła właściwie jest przewidywalna, a dokładniej przewidywalny jest finał – co jest dla mnie dość dużym mankamentem powieści tego typu – jednak autorka wszelkimi sposobami próbuje nam to zrekompensować. Przede wszystkim zgrabnie oddała klimat powojennych Włoch z różnymi dylematami społecznymi i politycznymi trapiącymi tamtych ludzi i przeplotła go z obrazem współczesnego Nowego Jorku z jego tempem i nowoczesnością, ale także wielokulturowością, bo i w Ameryce bohaterowie znaleźli włoskie pierwiastki.

Chyba przywołanie „Pamiętnika” Sparksa nie było przypadkowe, bo o o obu książkach mogę powiedzieć coś podobnego. Ładne historie, ale liczyłam na więcej emocji. Generalnie nie jest źle. Santopolo bardzo pomysłowo opowiedziała historie tych dwóch par. Zastosowała ciekawe rozwiązania fabularne, aby to wszystko spiąć i pokazać siłę miłości. Nawet taka zatwardziała czytelniczka, jak ja musi przyznać, że jest to piękne. Doceniam również pracę, jaką autorka włożyła z zarysowanie tła i klimatu, nastroju opisywanych miejsc. Natomiast trochę nużyła mnie przewidywalność tej powieści i jej melancholia. I żebyśmy się dobrze zrozumieli. „Gwiazdy na włoskim niebie” to bardzo dobra książka. Chyba po prostu ja potrzebuję bardziej...

[Egzemplarz recenzencki]

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

"Pozwól mi wejść" John Ajvide Lindqvist

Chciałabym wam dziś opowiedzieć o książce pt. „Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista. Z czym kojarzy się wam ten tytuł? Istnieje przekonanie, że aby pewne istoty mogły wejść do naszych domów, musimy je najpierw zaprosić. Tak jest w przypadku Eli, jednej z postaci z tej powieści. Chociaż właściwie powinnam zacząć od Oskara. Eli i Oskar to rówieśnicy, a także mieszkają na tym samym osiedlu, ale nie chodzą razem do szkoły. Poznają się na placu zabaw, kiedy po zmroku dziewczynka wychodzi z domu. On dziwny, ona dziwna. Łączy ich jakaś szczególna fascynacja, a nawet troska. Kiedy w okolicy dochodzi do kolejnych trudnych do wyjaśnienia i wyjątkowo makabrycznych zdarzeń, Oskar coraz baczniej przygląda się koleżance i jej ojcu. Czy mogą mieć z nimi coś wspólnego? Czy strach zacieśni, czy poluźni wieź, którą zbudowali?

Lindqvist oddał w ręce czytelników bardzo osobliwy horror. W przednim akapicie podjęłam próbę opisania fabuły ale jest ona bardzo powierzchowna. Autor wychodzi od maltretowanego w szkole chłopca, którego oprawcy dość mocno przesuwają granicę bezpieczeństwa. Chłopiec ten poznaje dziwną dziewczynkę. Eli staje się jego ostoją, przyjaciółką, ale tez fascynuje go jako dziewczyna. Taki wiek. Do tego Oskar interesuje się morderstwami – można powiedzieć, że to jak traktują go koledzy wywołuje w nim krwawe instynkty, które znajdują ujście w zbieraniu wycinków z gazet i snuciu scenariuszy zemsty – a w Blackbergu i okolicach dochodzi do kilku niewyjaśnionych morderstw. Niewątpliwie w tej sztokholmskiej dzielnicy zadomowiło się coś, co jest wyjątkowo żądne krwi.

Jak już wspominałam, „Pozwól mi wejść” to horror, ale wyjątkowo smuty horror. Mamy tu zjawiska nadprzyrodzone, ale Lindqvist nie idzie w efekciarstwo. Jego styl ma pewną surowość i oszczędność. Wyjątkowo dobrze widoczne są w dialogach – bardzo szybkich i konkretnych. Tu się nikt się nie tłumaczy ze swoich czynów. Mamy tu ludzi pogrążonych w swoim życiu i swoich problemach. Jasne, że się boją, bo ktoś/coś morduje za rogiem, ale – jak to się mówi – życie toczy się dalej. Morderca z pierwszych stron gazet nie zrobi za nich zakupów, ani nie zdyscyplinuje niepokornego nastolatka. Ta szarość niczym z PRL-owskiego blokowiska potęguje samotność bohaterów. Beznadzieję, poczucie, że i tak nie zostaną zrozumiani. W tym wszystkim więź jaką nawiązują Eli i Oskar jest niczym światełko. Ich połączyła inność. Czy to trwałe spoiwo?

Właściwie Lindqvist serwuje nam tu całą gamę szarości. W tej książce nie ma bohaterów do lubienia i do nielubienia. Weźmy chociażby Oskara. Jest ofiarą, więc powinniśmy mu kibicować, jednak w zależności od sceny – a czasami w ramach jednej sceny – chcemy dać mu siłę do postawienia się okrutnym kolegom, aby za chwilę wydał nam się obrzydliwy. I ta sinusoida sprawia, że w „Pozwól mi wejść” uwydatniają się pewne elementy psychologiczne. Zastawiamy się, jak wpłyną na bohaterów niecodzienne zdarzenia. Zmienią się, dorosną, a może będą dalej kroczyć obraną już drogą i pozostaną im jedynie sny o innym życiu? Bo w tej surowości Lindqvista próżno szukać efektownych przemian. Są natomiast wielkie postanowienia. Tylko ile procent takiego postanowienia uda się zrealizować?

Jestem oczarowana klimatem tej książki. Tym jak ona skromnie nadaje tempa i wciąga nas na sztokholmskie przedmieścia. Miejsce, gdzie ludzie są tak ukorzenieni, że nawet demon nie jest w stanie wzburzyć ich życiem. No może trochę przesadziłam z tą obojętnością. Mieszkańcy Blackbergu boją się, ale ten strach ich nie paraliżuje. To nie jest lokalna apokalipsa, a okoliczności, z którymi trzeba się uporać – a najlepiej jakby służby się tym zajęły. Wracając do wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas czytania. Autor porusza i obrzydza. Nie boi się wprowadzić bohaterów bardzo pogubionych, którzy nie potrafią walczyć z tym co ich trawi. Wyciąga zboczenia, używki, przemoc, brud i wplata je w szarość życia.

[Egzemplarz recenzencki]

 „Zielona mucha i inne opowiastki dla tych, co nie chcą zasnąć” Giorgio Parisi

„Zielona mucha i inne opowiastki dla tych, co nie chcą zasnąć” Giorgio Parisi

Już pora spać, ale dzieci nadal rozrabiają w pokoju. Jakim sposobem skłonić je, aby położyły się do łóżek? Może bajka. Giorgio Parisi proponuje na tę okoliczność zbiór opowiadań pt. „Zielona mucha i inne opowiastki dla tych, co nie chcą zasnąć”, w których to dziadek opowiada wnukom bajki na dobranoc.

Konwencja książki od razu mnie zauroczyła. Obudziły się wspomnienia, kiedy to dziadek opowiadał mi wieczorem bajki i był moim wszystkowiedzącym bohaterem. I dokładnie tak samo wygląda to w książce autorstwa Parisiniego. Znajdziemy w niej 5 bajek, a każda z nich poprzedzona jest zerknięciem do dziecięcego pokoju. To co się w nim dzieje jest wstępem i inspiracją dla opowieści. Przykładowo wnuczek domaga się popcornu na kolację, a dziadek opowiada bajkę o rybaku, który jadł tylko kukurydzę. Albo inny przykład: Do pokoju wpadła mucha, a dzieci dopytują się, jak to jest, że ona lata. Dziadek cierpliwie im to tłumaczy, a na dobranoc opowiada bajkę o zielonej musze.

Zebrane tu opowiadania mają baśniowy charakter. Znajdziemy w nich czarownicę, gadające zwierzęta, króla, rycerzy, magów, eliksiry i in. W każdej z nich ukryty jest też jakiś morał. Natomiast mają one w sobie też coś spontanicznego. W pierwszej chwili chciałam to nazwać lekkim niedopracowaniem, ale bardzo świadomym. Chodzi o to, że Parisi uzyskał efekt, jakby to dziadek na bieżąco wymyślał opowieść dla wnuków. Potęgują go jeszcze ilustracje. Są proste, jakby namalowało je dziecko, ale mają w sobie coś współczesnego. Są pewnym pomostem pomiędzy światem baśni i światem realnym. A wspomniana prostota jest atutem, bo wygląda, jakby to dzieci, swoimi oczami, pokazywały historie wymyśloną przez dziadka.

Junior bardzo pozytywnie odebrał tę książkę. Widać, że odziedziczył po mamusi słabość do baśni. Kręcą go smoki i czarownice, cała ta niepowtarzalna otoczka tych opowieści. Może są trochę nieprawne i nieprzewidywalne, ale dzięki temu takie cudowne.


[Egzemplarz recenzencki]

"Czyhający w progu" H.P. Lovecraft, August Derleth

"Czyhający w progu" H.P. Lovecraft, August Derleth

Stara rezydencja w Nowej Anglii. Wraca do niej dziedzic. Czy przewróci jej świetność? Ambrose Dewart szybko przekonuje się, jak złą sławą okryty jest dom i las, który należał do jego przodków. Tajemnicze krzyki, zniknięcia, groza. Kiedy zaczyna wypytywać ludzie niejasno, ze strachem wspominają Billingtona, dawnego właściciela tego terenu. Ambrose czytając stare zapiski jest coraz bardziej zafascynowany posiadłością, ale też przekonuje się, że dziwnie na niego działa.

August Derleth po raz kolejny sięga po notatki H.P. Lovecrafta, aby odtworzyć jego pomysły. „Czyhający w progu” wygląda na wprowadzenie do świata, mitologii Ctulhu. „Sprawa, którą zajął się, takim przejęciem przerodziła się ze żmudnego ślęczenia nad starymi księgami w dość fascynując śledztwo (…)”1. W powieści poznajemy nie tylko sekret domu i lasu Billingtona, ale też istot, które czekają na granicy światów. Czy powinniśmy je zapraszać?

„(…) w grę wchodziło coś jeszcze, coś nierozerwalnie związanego z atmosferą tego regionu, coś niewiarygodnie starego i złego, przywodzącego na myśl dawne bluźnierstwa i nieopisane koszmary.”2 A my z każdym krokiem zanurzamy się w te koszmary. „Czyhający w progu” to spokojny horror. Atmosfera tej książki oplata nas stopniowo. Najpierw autor intryguje nas wspomnianym śledztwem, aby wciągnąć nas w mrok lasu Billingtona. Jesteśmy jak Ambrose, który jest coraz bardziej zafascynowany historią i praktykami swojego przodka. Ale drążenie tego tematu wiąże się z obcowaniem z mrocznymi, przerażającymi siłami.

Ależ dobrze czytało mi się tę powieść. Doceniam jej klimat, bo to właśnie ten element jest dla mnie najważniejszy w literaturze grozy. Ona ma osaczać i mocno trzymać. I to właśnie robi „Czyhający w progu”. Nie wypuszcza. Kiedy już postawimy stopę na terenie posiadłości Billingtona, przepadniemy. Zastanówcie się, czy jesteście na to gotowi.

1 H.P. Lovecraft, A. Derleth, „Czyhający w progu”, tłum. Robert P. Lipski, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, s. 44.

2 Tamże, s. 51.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mózgi" John Devolle

"Mózgi" John Devolle

Na okładce książki, którą chciałam wam dziś pokazać widnieje pytanie „Co się kryje w twojej głowie?”1 i autorowi wcale nie chodzi o głupie pomysły, jak czasami mamy przygadują dzieciom. Jemu chodzi o generator tychże – a także sprawcę innych rzeczy – o „komputer” sterujący nami, czyli mózg. John Devolle w popularnonaukowej publikacji „Mózgi” chce opowiedzieć nam co nieco o tym organie.

Jest to książka, po którą spokojne można sięgnąć już z młodszym przedszkolakiem. Devolle potrafi wyciągać esencję z branych na warsztat tematów. Kiedy otworzymy książkę od razu naszą uwagę zwrócą duże kolorowe rysunki. Do nich jest oczywiście komentarz, ale naprawdę krótki, Zdanie, dwa, trzy wystarczą temu autorowi, aby wyczerpać dane zagadnienie. Jak to się dzieje, że się ruszamy, możemy dotykać, smakować itp.? Czy zwierzęta też maja mózgi i czy są takie same jak nasze? Devolle nie rozgaduje się co, jak i dlaczego. On bardzo zwięźle przekazuje młodym czytelnikom najważniejsze informacje.

Jesteśmy fanami książek tego autorka, bo one nie nużą młodych czytelników. Znacie to, kiedy dziecko już podgląda drugą stronę, a wy chcecie jeszcze doczytać fragment. Tu tego nie zobaczycie. Ta książka jest bardzo szybka, energetyczna, a przy tym pełna wiedzy. Jej czytania to sama przyjemność.

1 John Devolle, „Mózgi”, tłum. Marta Piotrowicz-Kendzia, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, okładka.

[Egzemplarz recenzencki]

"Jedna wrona smutek wróży" Christopher Barzak

"Jedna wrona smutek wróży" Christopher Barzak

Kiedy żył nikt za bardzo nie zwracał na niego uwagi. Ot, niezbyt lubiany kolega. Samotnik. Aż pewnego dnia ta koleżanka uznawana za dziwaczkę podczas spaceru po torach kolejowych okrutnie krzyknęła. Tam leżało ciało Jamiego Marksa. Teraz wszyscy muszą skonfrontować się z jego śmiercią. Jednak powieść „Jedna wrona smutek wróży” Christophera Barzaka jest o innym chłopcu. O chłopcu, który ciągle żyje, jednak w tym życiu jakoś mu źle. Adam zaprzyjaźnia się z duchem zmarłego kolegi. Jamie staje się jego obsesją, ukojeniem, wyrocznią.

Adam to taki dzieciak puszczony samopas. Do tego jest to osobą z obrzeży kręgu towarzyskiego. Zmagający się z odosobnieniem, brakiem akceptacji, problemami w szkole i w domu. Zostawiony sam ze swoim czasem, obowiązkami i problemami. A te ostanie tak bardzo się nawarstwiały, że musiały znaleźć ujście, aby chłopak się nie wykończył. Śmierć kolegi okazała się zarówno kroplą, która przelała czarę, jak i katalizatorem.

Barzak ciekawie podszedł do tej historii. Z jednej strony mamy klasyczne dylematy nastolatków jak koleżeństwo, akceptacja, pierwsze fascynacje, inicjacja. Z drugiej przedstawił je w nieoczywistej formie sięgając po elementy metafizyczne i psychologiczne. „Jedna wrona smutek wróży” jest naszpikowana symboliką, aluzjami. Ponieważ Adam niejako oddala się od świata żywych, a swoje problemy rozwiązuje niemal w innym wymiarze, Barzak uzyskuje wrażenie mrocznej melancholii. Pogłębia poczucie pustki swojego bohaterka.

Fabuła sprawia wrażenie poszatkowanej. Być może autorowi chodziło po prostu o to, aby skupić się na scenach. Jednak ja miałam trudność w określeniu celu niektórych z nich, jak i w śledzeniu ciągu przyczynowo-skutkowego. Być może wielu czytelnikom nie będzie to przeszkadzało. Zatopią się w emocjach jakimi epatuje ta powieść i będą eksplorować zakątki delikatnej nastoletniej psychiki.

„Jedna wrona smutek wróży” to książka lodowata, jak śmierć i właśnie ten chłód ma nami poruszyć. To w tym chłodzie jest zamrożona cała gama emocji. Trzeba wykuć sobie swoją drogę do ich odkrycia.

[Egzemplarz recenzencki]

"Witajcie w moim piekle" Jacek Piekara

"Witajcie w moim piekle" Jacek Piekara

Myślę, że Jacka Piekary przedstawiać nie trzeba. Wszak to jeden z bardziej znanych twórców polskiej fantastyki. Jakby ktoś miał wątpliwości to ten on „Inkwizytora”. Ale ja dziś nie o Mordimerze, a o zbiorze opowiadań tego autora pt. „Witajcie w moim piekle”. Opowiadań, które powstały w latach 80 i 90 XX wieku. Opowiadań przeróżnych, udowadniających, że na pisarza nie można patrzeć przez pryzmat nawet najbardziej topowego dzieła. Opowiadań pokazujących pisarza odważnego i świetnie rozumiejącego szeroko pojętą fantastykę.

Bo fantastyka to dalekie wyprawy w kosmos, epickie walki ze smokami, jak i przyziemne sprawy ukazane w nowych wymiarach, a Piekara śmiało korzysta z wszelkich możliwości jakie ona daje. Pasuje do nich powiedzenie: „Cel uświęca środki”. Wielu pisarzy pokazało, że opowiadania są świetnym narzędziem do komentowania rzeczywistości. Piekara okazuje się bystrym obserwatorem, a swoje wnioski śmiało przekształca w słowa. Jak sugeruje tytuł zbioru, jest w tym nutka mroku, pesymizmu. Jednostka jest raczej w na przegranej pozycji względem systemu. Ale to nic, bo każdy przypadek pokazuje absurdy, wzmaga czujność, skłania do refleksji i szukania rozwiązań. A tego system boi się najbardziej, że jednostka przejrzy na oczy.

Piekara ostrzega nas, że czytamy na własną odpowiedzialność. Bardzo asekuruje się podkreślając, że to stare teksty, że tworząc je był młody i literacko nieokrzesany. A ja uważam, że niepotrzebnie, bo poziom jest, owszem, nierówny, ale to nie jest nic niezwykłego przy zbiorach opowiadań. Natomiast wyłania się z nich inteligentny człowiek operujący fajnym, surowym językiem, który nadaje jego tekstom mroku i fatalizmu. Odważnie sięgający po różne formy wyrazu. I może nie wszystkie eksperymenty były udane, ale dzięki swojej przenikliwości Piekara nadał swoim opowiadaniom ponadczasowość. Użył fantastyki do komentowania rzeczywistości, tamtego czasu, ale uchwycił jakże uniwersalne problemy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzieciołap" Agnieszka Miela

"Dzieciołap" Agnieszka Miela

„Pierwszy dzień jesieni należał do śmierci”1 Dzieciołap znad Nestry wrócił z zaświatów. Ponownie. Pod szubienicą rodzi się ta opowieść ,w której ożywieniec oraz demon zamknięty w ciele dziecka próbują dowiedzieć się dlaczego giną dzieci. Słusznie czują, że powinni zaangażować się w tę sprawę, bo dotyka ona ich samych. Chłodne ramiona śmierci nie są troskliwe. Jest równie surowa wobec nowicjuszy, jak i tych którzy wiernie przy niej tkwią.

„Dzieciołpap” czyli powieść fantasy z przewodnim wątkiem kryminalnym. Spotkałam się z określeniem, że nawet powieść noir i stwierdziłam, że: „Tak, tak, tak. Jak bardzo tak.” To miejsce akcji. Takie mroczne, brudne, a przy tym ciche. Bohaterowie przemierzają kolejne uliczki i odwiedzają różne miejsca, a to wszystko otoczone jest jakąś mgłą, jak w kryminale noir właśnie. Dodać należy, że tło może skojarzyć się z dużym XIX wiecznym miastem. Biednym, brudnym, w którym każdy dba o swój los i nic nie zdziwi jego mieszkańców.

Agnieszka Miela zdobyła już uznanie czytelników fantasy trylogią „Dzieci Starych Bogów”. „Dieciołap” jest powieścią dużo bardziej przystępną, za co za pewnie odpowiada wciągający wątek kryminalny, jak i dobrze wykreowani bohaterowie. Samuel, tytułowy Dzieciołap, wydaje się tym dobrym, pomimo famy jaka się za nim ciągnie. I cudownie nieprzewidywalna Raon, której ciało sześciolatki tylko dodaje uroku. Jakiż zachwycający duet oni tworzą.

Zdarza mi się słyszeć zdecydowane deklaracje: „Nie czytam fantastyki”. A ja mam ochotę odpowiedzieć „Serio? A kryminałek byś wciągnął/ęła?” Takie hybrydy, jak „Dizeciołap” udowadniają, że nie można się zamykać na literaturę. Co z tego, że Miela wykreowała własny świat rządzony przez Śmierć i pełen demonów, skoro to tło jest skądś nam znane. Konstrukcja kryminału oswaja nam fantasy i zaprasza do eksplorowania tego świata, do starcia z nadnaturalnymi siłami. Czy dacie się wciągnąć do tej powieści i spróbujecie rozwiązać zagadkę zaginionych dzieci?

1 Agnieszka Miela, „Dzieciołap”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, s. 7.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger