"Ninja księżniczki. Sportowa batalia" Agata Komosa-Styczeń
Lotka ma hopla na punkcie piłki nożnej. Kiedy po wakacjach wraca do szkoły i okazuje się, że zajęcia sportowe będą mieli z nową wuefistką, planuje jak namówić ją na założenie drużyny. Jednak pani Grażyna okazuje się wyjątkowo nieprzyjemną osobą i raczej zniechęca niż zachęca dzieci do uprawiania sportu. A przecież Lotka i jej przyjaciółki mają już nazwę i nawet projekt strojów. Czy porzucić ten pomysł? Nie one. Jak zakończy się ta „Sportowa batalia”? - bo taki tytuł ma kolejna książka z cyklu „Ninja księżniczki” Agaty Komosa-Styczeń.
Uwielbiam ekipę ninja księżniczek właśnie za to, że tak ambitnie dążą do celu. Jeżeli znacie cykl „Emi i Tajny Klub Superdzeiwczyn” to myślę, że „Sportową batalię” można trochę do niego porównać, jeżeli chodzi o determinację bohaterek. Z delikatną pomocą rodziców, realizują one swoje założenia i eliminują kolejne przeszkody. Co prawda w prawdziwym życiu nie wyobrażam sobie dyrekcji negocjującej z ośmiolatkami, ale mogę przymknąć oko na ten szczegół dla dobra fabuły. Zresztą autorka podsuwa pomysły, jak pewne sprawy powinno się załatwiać, a to jest bardzo wartościowe.
Natomiast Komosa-Styczeń chce w „Ninja księżniczkach” pokazać dziewczęcość nieco inaczej. „Różowa masakra” była o kolorach i – jak sugeruje tytuł – o nieszczęsnym różu. Wypada czy nie wypada go lubić, kiedy ma się osiem lat? Tym razem jest o sporcie. Czy piłka nożna to sport dla dziewczyn? Może zaproponować im inną dyscyplinę? Czy dziewczynkom w ogóle uda się znaleźć chętne do drużyny? Jak przygotować dla nich szatnie, żeby były komfortowe? I tu w sumie nie wiem, dlaczego bohaterki tak się uparły na prysznice, bo a) jak żyję nigdy nie widziała, aby jakieś dziecko korzystało ze szkolnego prysznica? b) dla nastolatek taka publiczna kąpiel wydaje się raczej krepująca c) już widzę tych przytupujących rodziców, którzy czekają aż dwudziestka dziewczyn umyje się mając do dyspozycji (bodajże) trzy kabiny.
Jeszcze o jednej rzeczy chciałabym wspomnieć. Pani Agato, co panią podkusiło, że wuefistka nazywała się Masiutas? Nie można było Nowak, Wiśniewska, czy Kot? Ależ połamałam język na tym nazwisku. No i jest to jednak książka dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. One już trochę słówek podsłuchali. A Masiutas rymuje się z.... Nie prowokujmy młodzieży, proszę.
„Ninja księżniczki” bardzo fajnie się u nas przyjęły. Obserwując moją córkę i jej koleżanki mam wrażenie, że dziewczynki wcale nie są takie stereotypowe. One też lubią wejść na drzewo czy pokopać piłkę. One są odważne i chcą próbować. Mają dużo możliwości i z nich korzystają. Nie pozwalają, aby czyjeś przekonania im te możliwość zabrały. Dlatego tak dobrze rozumieją się z Lotką i i jej przyjaciółkami.
[Współpraca]



Dobrze, że spełnia rolę edukacyjną.
OdpowiedzUsuńCzasami imiona czy nazwiska postaci są niefortunne, ale ważne, że historia jest fajna🙂
OdpowiedzUsuńŚwietna i niezwykle trafna recenzja, z ogromną przyjemnością przeczytałam Twoje przemyślenia na temat tej książki. Masz pełną rację co do tej determinacji małych bohaterek, to bardzo cenny przekaz dla dziewczynek, że warto walczyć o swoje pasje i nie dawać się zaszufladkować. Twoje uśmiechnięte uwagi o szkolnych prysznicach czy nazwisku pani wuefistki doskonale trafiają w punkt, też nieraz zastanawiam się nad takimi realiami w literaturze dziecięcej. Cudownie, że ta seria tak dobrze przyjęła się u Twojej córki, bo takie mądre i wartościowe historie są dziewczynkom naprawdę potrzebne.
OdpowiedzUsuń