Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Wilga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Wilga. Pokaż wszystkie posty
"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Akcje w wakacje" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Akcje w wakacje" Agnieszka Mielech

Wakacje to błogi czas dla dzieciaków. Nie trzeba rano wstawać i można legalnie się ponudzić. Ale Emi i inni członkowie Tajnego Klubu Superdziewczyn nie lubią się nudzić. Oni lubią, jak coś się dzieje. Lubią akcje. Mówię tym, bo chciałam wam opowiedzieć o wakacyjnym tomie przygód Emi i jej przyjaciół pt. „Akcje w wakacje”. A może – zanim zaczniemy rozmawiać o książce – ktoś chciałby podzielić się jakąś wakacyjną akcją?

Agnieszka Mielech przywołała tą książką wspomnienia wakacji u babci. Bo właśnie do Żabiego Rogu, gdzie mieszka babcia Emi, wyjeżdża paczka przyjaciół. Czeka tam na nich domowe jedzenie, świeże powietrze i mnóstwo możliwości. Bo te dzieciaki potrafią bawić się „analogowo”, jak to kiedyś nazwała moja znajoma. Szwędają się po okolicy i zawsze znajdą sobie jakieś zajęcie. Trafia im się też sprawa kryminalna. W lokalnej bibliotece giną książki. Tajny Klub Superdziewczyn jest w swoim żywiole. Bierze sobie za punkt honoru, aby dowiedzieć się, kto jest złodziejaszkiem.

Cudowna książka. Mielech piękne opisuje wakacyjną beztroskę, ale też uatrakcyjnia ją detektywistycznym wyzwaniem. Członkom Tajnego Klubu Superdziewczyn zajęcia same pchają się do rąk. Mają głowy pełne pomysłów i tak cieszy ich ich realizacja. Szanują się i potrafią współpracować. Pozazdrościć takiej paczki.

[Egzemplarz recenzencki]

"Szkoła eksperymentowania" Darek Aksamit

"Szkoła eksperymentowania" Darek Aksamit

Ciekawość to pierwszy stopień do … wiedzy. Dzieci zadają dużo pytań. Chcą wiedzieć. Są chętne aby eksperymentować. Jak im to umożliwić. Skąd brać pomysły na rozwojową zabawę? Jak odpowiednio skomentować eksperyment, aby młody człowiek coś z niego wyniósł? Można posiłkować się książkami. Chociażby taka „Szkoła eksperymentowania” Darka Aksamita. Nauczymy się z niej nie tylko pewnych zagadnień z fizyki i chemii, ale też jak być dobrym naukowcem.

Szczególnie ta druga kwestia wydała mi się ciekawa, bo nie zawsze jest akcentowana w przypadku podobnych publikacji. Jeżeli chodzi o same eksperymenty to, może nie wszystkie robiłam z moimi dziećmi, ale zdecydowaną większość znałam. Natomiast komentarz autora jest bezcenny,. On nazywa dzieci wielkim słowem „naukowiec” i daje poczucie, że to wszystko to nie tylko zabawa. To poważne eksperymentowanie.

Pierwsza cześć książki jest właśnie o tym, jak być dobrym naukowcem. Jak stawiać hipotezy, jak je sprawdzać, jak nie popełniać błędów. Bo eksperymentujemy nie po to, aby coś udowodnić, ale aby sprawdzić. Sprawdzam, więc wiem – jak mówił klasyk. Dlatego drogę od hipotezy do wniosku trzeba przejść bardzo uważnie, a czasami nawet kilkukrotnie. A jak złapiemy naukowego bakcyla taki spacer będzie przyjemnością.

Po tym wprowadzeniu znajdziemy konkretne eksperymenty. Autor najpierw bierze na warsztat pojęcie gęstości, opowiada też trochę o właściwościach materii i stanach skupienia. Doświadczenia są świetnie rozpisana, a fachowe pojęcia wyróżnione. Aksamit zachęca do naukowej uważności i robienia notatek. Takie eksperymentowanie to coś więcej. Dziecko nie tylko uczy się nowych zagadnień z zakresu fizyki i chemii, ale uczy się planować, obserwować, korygować, myśleć. Uczy się cierpliwości, która jest potrzeba w poznawaniu świata.

Darek Aksamit w „Szkole eksperymentów” pokazuje, że doświadczenie to nie tylko przelewanie roztworów między probówkami, albo efektowne wybuchy, jak z kreskówek. Oczywiście, możemy tak tak się bawić, ale autor zachęca nas do profesjonalnego podejścia do sprawy i pokazuje, że ten profesjonalizm nie musi być nudny. Dzięki ciekawym przykładom pokazuje, jak naukowiec łatwo może popielnic błąd, ale też uczy jak tych błędów unikać. Ze „Szkołą eksperymentowania” nie badamy świata po omacku. Uczymy się, jak zdobywać odwiedzi na nasze pytania, a przy tym świetnie się bawimy.

[Egzemplarz recenzencki]

"Strażnicy Szeptu. Echo lasu" Marcin Malec

"Strażnicy Szeptu. Echo lasu" Marcin Malec

Maję zawsze przyciągał las. Tam czuła się najlepiej i najbezpieczniej. W ogóle dla dziewczynki natura jest ważna. Pasjonuje się wierzeniami dawnych Słowian i lubi sobie wyobrażać, że żywe istoty są odzwierciedleniem dawnych mocy. Pewnego dnia to właśnie natura zwraca się do Mai. To nie jest dobry dzień. Mama dziewczynki trafia do szpitala, las zaczyna obumierać. Dziadek zachęca wnuczkę, aby wsłuchała się w głosy, które słyszy, poszła do lasu i uratowała... i głuszę, i mamę.

Pierwszy tom cyklu „Strażnicy Szeptu”, który napisał Marcin Malec, nosi tytuł „Echo lasu”. Nawiązuje on do więzi, jaką ma z drzewami główna bohaterka. Las szepcze w jej głowie, ale też w sercu. Ona słyszy i wyczuwa delikatne dźwięki i wibracje, jakie wysyłają drzewa. Jest bardzo wrażliwa na moc natury. Najpierw ją to przytłacza, ale uczy się słuchać i wykorzystywać swój dar.

Jest to powieść młodzieżowa nawiązująca do wierzeń dawnych Słowian. Podoba mi się, że autor spokojnie wprowadza kolejne niesamowite istoty i nie szczędzi komentarza na ich temat. Przykładowo. Bohaterka zmierza do chatki Baby Jagi. Po stosownym rozdziale znajdziecie krótki fragment, kim była ona w słowińskich wierzeniach.

„Zaczynało ją denerwować, że nikt nie potrafi jej pomóc i powiedzieć, jak powinna korzystać ze swojej mocy”1 I mnie też to trochę wkurzało. Jak się okazało, ludzie otaczający Maję wiedzieli o jej predyspozycjach, ale wszyscy zasznurowali usta. Nawet kiedy dziewczyna jest namawiana do uratowania lasu i mamy, o którą cała rodzina się martwi, dostaje tylko strzępki informacji. A potem... „Co ty zrobiłaś!” Malec na niewiedzy głównej bohaterki buduje napięcie, a jej błędy prowadzą do kulminacyjnego punktu. Nie zaprzeczę, że czekanie na odpowiedzi jest (w tym przypadku) ekscytujące, ale nie można pozbyć się wrażenia, że to powinno być załatwione prościej, że wiedza i wsparcie ułatwiły by Mai realizację jej zadania.

Jakie mam wrażenia po przeczytaniu pierwszego tomu „Strażników Szeptu”? Przyznam, że wyczekuję kontynuacji przygód Mai. Podoba mi się jej wrażliwość i bardzo pasuje mi do niej dar, jaki posiada. A szczególne podoba mi się, w jaki sposób Malec oparł tę historię na słowińskich bóstwach i innych istotach z danych wierzeń. Jak pokazał, że ważna jest wieź z naturą. I mam na myśli zarówno to, że te postacie tak dobrze odnajdują się we współczesnych czas, jak i to, że tak przystępnie zostali opisane. Nie wiem, czy moje social media podglądają, co czytamy, ale ostatnio podsuwaj mi dyskusje nt „Dlaczego uczymy się historii antycznej, a nie naszej rodzimej, słowiańskiej”. Nie mam zamiaru w nie brnąć. Jeżeli kogoś to interesuje niech szuka i zaspokaja swoja ciekawość. Ostatnie lata pokazały, że w literaturze ciągle jest moda na słowiańskość. Również w tej młodzieżowej. Jeżeli chcecie ją poczuć, jeżeli chcecie jakiemuś młodemu człowiekowi podsunąć współczesne fantasy oparte na dawnych wierzeniach, to cykl „Strażnicy Szeptu” jest bardzo dobrym wyborem.

1 Marcin Malec, „Strażnicy szeptu. Echo lau”, Warszawa 2025, s. 213.

[Egzemplarz recenzencki]

"Przedszkole przytulanek. Jajo dinozaura" Maciek Marcisz

"Przedszkole przytulanek. Jajo dinozaura" Maciek Marcisz

Jak wiemy dinozaury są gadami, a gady wykluwają się z jaj. Króliczek Konradek przyniósł do przedszkola właśnie takie jajko, a właściwe zabawkę. Jajo, które zalewa się wodą i wykluwa się z niego dinozaur niespodzianka. Ale, co za pech? W przedszkolu jest awaria. Nie ma wody. Przytulanki wpadają na pomysł, aby zalać jajko sokiem, w końcu to też płyn. Wykluwa się z niego wielki diplodok. Dinozaur większy niż przedszkole. Zaprasza on przytulanki do odwiedzin w krainie dinozaurów.

Założenie serii książek Maćka Marcisza „Przedszkole przytulanek” jest takie, że kiedy nie ma dzieci, pluszaki ożywają i również idą do przedszkola. Tam przeżywają różne przygody. W przypadku „Jaja dinozaura” najpierw będą musieli rozwiązać problem – czyli jak poradzić sobie z brakiem wody – potem przeniosą się do krainy dinozaurów. Dylemat przytulanek może być frapujący też dla małego czytelnika. Ciekawy czy będzie miał jakieś propozycje, jak sobie z nim poradzić? A wizyta w czasach prehistorycznych to ekscytująca przygoda, jak i nagroda. Pobawić się z triceratopsem czy tyranozaurem. Czy to nie brzmi fantastycznie? Zresztą autor zadbał o to, aby tego czytelnika w zabawę zaangażować. Kto lubi się bawić w chowanego?

Na końcu książki przytulanki wracają do swoich właścicieli. Bawią się z nimi, są prane, szykują się wspólnie do snu. Wracają do roli zabawek, ukochanych pluszaków. Przyzna, że trochę nie pasuje mi ten finał, bo wątek dinozaurów nagle idzie w odstawkę. Natomiast nie jest tak, że jest on bez sensu. Można uznać, że jest to podsumowanie, zakończenie pełnego wrażeń dnia. Być może gdybyśmy czytali tę książkę, jako część serii, a nie pokusili się tylko na historie z dinozaurami, odebrałabym zakończenie inaczej.

Już się wygadałam, że bardziej zainteresowały nas dinozaury niż przytulanki czy przedszkolne sprawy. W takim razie, jak Junior ocenia wyprawę do świata dinozaurów? Sympatycznie. Szczególnie spodobała mu się zabawa w chowanego. I pomimo że jest on już – jak sam to określił – starszakiem, dinozaury skryły się przed nim całkiem nieźle. Nie jestem pewna, czy załapał idę ożywających zabawek. Dla niego byli to chyba po prostu bohaterowie bajki. Myślę, że postacie mogły mu się też skojarzyć z biedronkowym Gangiem Fajniaków, bo często czytamy ich przygody. Niemniej bajka została odebrana bardzo dobrze, szczególnie że w międzyczasie sami zalaliśmy wodą jajo dinozaura i obserwowaliśmy, co się z niego wykluje.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tolek i Ciociulka" Monika Korobowicz

"Tolek i Ciociulka" Monika Korobowicz

Tolek ma cudowną relację z ciocią. Chłopiec z niecierpliwością wyczekuje piątków, kiedy ta odbiera go z przedszkola. Spędzają wtedy wspólny czas pełen śmiechu i zabawy. Jednak pewnego piątku ciocia nie przychodzi. Okazuje się, że jej rosnący brzuch to nie kwestia przejedzenia. Ciocia będzie miała dziecko. Tolka dopada zazdrość. Jeszcze nie poznał kuzyna, a już go nie lubi.

Trudno mi powiedzieć, czy bajka „Tolek i Ciociulka” napisana przez Monikę Korobowicz jest bardziej o relacji czy o zazdrości. Pierwsza jej część skupia się na tym, jak fajnie jest spędzać czas z ciocią. Jest dużo bardziej wyluzowana niż rodzice, a kiedy jest razem z Tolkiem cała swoją uwagę poświęca jemu. Bohaterowie mają swoje małe rytuały, które z przyjemnością pielęgnują, a ciąża cioci je zaburza, bo kobieta nie zawsze ma siłę odebrać siostrzeńca z przedszkola. I tu pojawia się zazdrość. Zazdrość o kuzyna, który jeszcze się nie urodził, a już „zabrał” Tolkowi ukochaną ciocię. A co będzie, jak pojawi się na świecie?

Zatrzymam się trochę w tym miejscu. Ujęcie tematu „nowego dziecka” jest ciekawe, bo większość bajek traktuje o młodszej siostrze lub bracie. Tu mamy kuzyna. Korobowicz opowiada o relacji tak silnej, że mały bohater bardzo boi się, iż coś odbierze mu ciocię. Jak otoczenie traktuje jego emocje? Na spokojnie. Nikt nie przekonuje go, że będzie fajnie, ale też nie straszy. Ciocia, kiedy tylko znajduje siły, poświęca siostrzeńcowi czas i pozwala, aby sam umiejscowił bobasa w tej ich układzie. Natomiast wszystko wydarza się, zanim ten się urodzi. Jak potoczy się dalsza relacja Tolka i Julka? Czy zobaczymy w kolejnej części?

Z jednej strony mało jest tu tłumaczenia dziecku i zapewnień, że jakoś to będzie. Z drugiej mamy ważną rzecz, czyli dobrą myśl, której to można się uchwycić. Czy taka dobra myśl może wygrać z tymi czarnymi? Na pewno jest mocnym wojownikiem i przy umiejętnym wzmacnianiu ma duże szanse na wygranie gonitwy myśli, jaka odbywa się w głowie młodego człowieka.

A teraz pomyślcie sobie przez chwilę, czy mieliście taką osobę – poza rodzicami – z którą uwielbialiście spędzać czas, której wypatrywaliście w oknie. Co zazwyczaj wspólnie robiliście? Jest takie powiedzenie, że żeby wychować młodego człowieka potrzeba całek wioski. Nie musi być ona duża, ale bezpieczna. Dziecko potrzebuje przede wszystkim uwagi. Tolek dostał ja od Ciociulki i za to ją pokochał.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wielki Zły Wilk" Ben Miller

"Wielki Zły Wilk" Ben Miller

Wilki nie maja lekko. Często w baśniach są czarnymi charakterami, a czarne charaktery mało kto lubi. Spróbujmy przez chwile wczuć się w ich rolę. Czy im z tym dobrze? Jak sobie radzą, kiedy każdy patrzy na nich podejrzliwie? Ben Miller w książce dla dzieci pt. „Wieki Zły Wilk” spróbował podjąć się tego zadania i stworzył dziennik tytułowego zwierzęcia. Czy to będzie sympatyczna, a może pełna grozy lektura?

Miller spróbował „wejść w skórę” chyba najsłynniejszego wilka z baśniowego światka, czyli tego z bajki o Czerwonym Kapturku. Zwierzak budzi się po zimie. Jest głodny i osłabiony. Próbuje się rozruszać i coś upolować. Czy to pech, nieudolność, a może dobre serce sprawiają, że niezbyt mu to wychodzi? Do tego jest takie powiedzenie, że „najlepszą obroną jest atak”, a mieszkańcy Baśniowego Lasu wzięli je sobie do serca. Wszelkimi sposobami próbują wykiwać wilka, zanim ten upoluje ich.

„Wielki Zły Wilk” to niewątpliwie zabawna bajka. Miller w humorystyczny sposób opowiada o wykluczeniu (ze stada), strachu (przed wilkiem), a także o tym jak bohater desperacko próbuje się dostosować. Bo wilki muszą być groźne nie mogą okazywać słabości. Świetnym kontrastem dla głównego bohatera jest postać Pędraka, wilka wegetarianina, którego stado też odrzuciło, ale odnalazł się w innym towarzystwie. Wracając do charakteru książki, jest to taki bezpośredni humor, bo mieszkańcy Baśniowego Lasu nie raz nie dwa zrobią wilka „w jajo”.

Nie jest to pierwsza i pewnie nie ostatnia zabawa baśniową konwencją. Ja nie ukrywa, że bardzo lubię te wszystkie eksperymenty, odwracanie, ról, perspektywy i opowiadanie baśni na nowo, współcześnie i zabawnie. Jak pokazuje Ben Miller „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, a oprawca łatwo może stać się ofiarą. Nie zawsze trzeba za wszelką cenę trzymać się grupy, w której czujemy się źle, bo czasami ci nudni, inni mogą okazać się naszymi bratnimi duszami.

[Egzemplarz recenzencki]


"Ninja księżniczki. Różowa masakra" Agata Komosa-Styczeń

"Ninja księżniczki. Różowa masakra" Agata Komosa-Styczeń

Jaki jest Twój ulubiony kolor? Czy lubisz go subtelnie, a może jesteś fanatykiem, który chodzi ubrany tylko w swoje ukochane barwy, a każdy detal dobiera w zgodzie z nimi? Są takie kolory, które budzą kontrowersje. Chociażby taki różowy. Niby słodki, ale komu ta słodycz pasuje? Czy jest tylko dla dziewczyn? A może w pewnym wieku już nie wypada go nosić? Różowy poróżnił nawet przyjaciółki z powieści Agaty Komosy-Styczeń „Ninja księżniczki. Różowa masakra”. A wszystko zaczęło się od różowych legginsów w filetowe gwiazdki znalezionych w chłopięcej szatni.

Podobno ważne jest, aby „kupić” uwagę czytelnika już pierwszym zdaniem i w tym przypadku autorka zrobiła to bezbłędnie: „Mieliście kiedyś osiem lat? No to pewnie wiecie, że nie jest fajnie. (…) Nie jestem już tam słodką przedszkolaczką. Taką mogącą robić wokół siebie bałagan, bo ciągle jest mała. I daleko mi jeszcze do nastolatki, która ma własny telefon i pomalowane paznokcie.”1 W tym momencie moja córka westchnęła i skomentowała krótkim: „Tak właśnie jest”, a ja już wiedziałam, że ona bardzo chce wysłuchać tej historii.

Już sam tytuł mówi nam co nieco o problematyce powieści. Bohaterki są księżniczkami ninja. Z jednej strony słodkie i dziewczęca, z drugiej silne, dociekliwe, a do tego trenują sztuki walki. Myślę, że Komosa-Styczeń doskonale uchwyciła w nim pewien paradoks kobiecości. Natomiast w trakcie fabuły dyskutując o barwach i stroju zastanawia się, co jest, albo nie jest, dziecinne. Dylemat bardzo charakterystyczny dla wieku bohaterek. Sama obserwuję to, jak dzieci zaczynają poważnieć, mieć swój styl. Dochodzi do tego coraz silniejszy związek, z grupą rówieśniczą i pewne trendy. Skarpetki z Psim Patrolem mogą okazać się powodem do śmiechu, ale te z Stichem to już szacunek. Bluza w kwiaty może być zbyt dziecinna i będzie musiała ustąpić gładkiej.

Bohaterki chcą dobrze. Chcą znaleźć właściciela różowych legginsów i obronić go przed ewentualnymi szykanami, jednak same poróżniają się. Na szczęście trafiają na fajnych dorosłych, którzy potrafią dobrać przykłady tak, aby przekonać je, że kolory są dla każdego i każdy ma prawo do własnego gustu.

Ja mam w domu taki egzemplarz, który „już wyrósł z różowego”, jednak ta książka w różowej okładce i z jakimiś – o zgrozo – księżniczkami bardzo się mojej M. spodobała. Widzę, że autorka genialnie uchwyciła problemy dzieci w wieku wczesnoszkolny, a do tego w sprytny sposób potępia wyśmiewanie, dręczenie i promuje szacunek. Polecam do czytania dziecku, jak i samodzielnego czytania przez dziecko. Większa czcionka wspaniale to ułatwia.

1 Agata Komosa-Styczeń, "Ninja ksieżniczki. Różowa masakra", wyd. Wilga, Warszawa 2026, s. 5.

[Egzemplarz recenzencki]

Miś Puki na tropie skradzionych baśni" Asia Olejarczyk

Miś Puki na tropie skradzionych baśni" Asia Olejarczyk

Charles Perrault, francuski pisarz i autor baśni, urodził się w Paryżu. Właśnie śladami słynnych bajek podąży Miś Puki podczas swojej kolejnej wyprawy. A dokładniej śladami skradzionej księgi z baśniami. Podążając za wskazówkami Puki pozna Śpiącą Królewnę, Czerwonego Kapturka i Kota w butach, a także zwiedzi najsłynniejsze paryskie miejsca i budynki. Czy Paryż to baśniowe miasto?

„Miś Puki na tropie skradzionych baśni”, czyli dziennik z wyprawy do Paryża. Asia Olejarczyk pięknie powiązała zwiedzenia tego miasta z baśniami. Myślę, że jest to bardzo atrakcyjne dla małego czytelnika, do którego kierowana jest ta książka. Obserwowanie, wyszukiwanie detali związanych z bajkami np. czerwona kurteczka jednej z bohaterek, połączone ze zwiedzaniem miasta – m.in. z wizytą pod Wieżą Eiffla – a także ze sprawą niemal kryminalną.

Puki poznaje malarza Gustava'a, któremu zostaje skradziona księga o wielkiej wartości. Miś szuka wskazówek, aby pomóc w jej odnalezieniu, a te sprawiają, że odbywa wyjątkowy spacer po Paryżu. Jest to zarówno ekscytujące, jak i rozwijające dla czytelnika.

Przemiła książeczka już dla przedszkolaków. Pukiego poznaliśmy przy okazji, jego wizyty w Krakowie w książce „Miś Puki na tropie smoka wawelskiego”, gdzie Asia Olejarczyk nawiązuje do znanej legendy wypuszczając swojego misia na Krakowski bruk. Wyprawa do Paryża okazała się jeszcze ciekawsza. Autorka „kupiła” nas nawiązaniami do baśni, które znamy i lubimy, jak i wyzwaniem o charakterze detektywistycznym. W tej książce jest trochę smaczków, którymi fani baśni będą się delektować, a towarzyszenie Pukiemu to fantastyczna przygoda.

[Egzemplarz recenzencki]

"Cafe Chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia" Catherine Wilkins

"Cafe Chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia" Catherine Wilkins

Mama Hope często powtarza, że rodzina jest najważniejsza. I właściwie są całkiem zgraną ekipą. Wszyscy są zaangażowani w rodzinny biznes czyli prowadzenie kawiarni. A nie jest to „łatwy kawałek chleba”. Szczególnie, że sytuacja ekonomiczna się pogorszyła. Ceny poszły w górę, klientów jest mniej. Rodzice Hope boją się o przyszłość miejsca, w które włożyli tyle pracy. W ferworze obowiązków na drugi plan schodzą dzieci. Jedenastoletnia Hope uchodzi za tą bezproblemową, ale początki w nowej szkole nie zawsze są łatwe. Pojawia się też ekscentryczna ciocia Rita, z którą dziewczyna ma dzielić pokój. Czy w całym tym chaosie znajdzie się przestrzeń dla rodziny? Czy uda się zadbać o potrzeby jej członków?

Od razu muszę powiedzieć, że rodzinka z powieści „Cafe chaos. Rodzinka nie do ogarnięcia” jest przesympatyczna. Owszem, są strasznie zabiegani, a w „godzinach szczytu” nie wiedzą, w co ręce włożyć. Ale są w tym razem, kochają to co robią i kochają siebie. Mamy w tej książce taki moty, gdzie potrzeby tego bezproblemowego dziecka spadają na ostatni plan. Widzimy, jak Hope się wycofuje, bo przecież rodzice mają tyle zmartwień. Motyw pięknie przeprowadzony i zwieńczony wspaniałym zakończeniem, kiedy to motto rodziny, jej definicja zostają zmodyfikowane.

Przyjrzyjmy się chwilę Hope i temu, co ja spotkało. Dziewczynka idzie do nowej szkoły. Wcześniej nigdy nie była popularna i jakoś sobie z tym radziła. Tu układy są inne. Dawna królowa szkoły szybko się kompromituje, a Hope staje się tą lubianą. Fajnie, prawda. Tylko, że Skyla nie może przełknąć porażki. Swoją nienawiść skupia na Hope. Catherine Wilkins bardzo oryginalnie poprowadziła ten wątek. Wpycha główna bohaterką na piedestał, aby ją z niego zrzucić. Natomiat, co jest piękne, w boku Hope cały czas stoi przyjaciółka, która ją broni i wspiera. I właściwe to ona wymyśla, jak „utrzeć nosa” agresorom. Natomiast, kiedy to następuje pojawia się piękne podsumowanie o tym, że nie trzeba się lubić, ale wypada się szanować.

Faktycznie Hope może uchodzi za nieco dziwną. Dziewczyna lubi robić magiczne sztuczki i wie kim był Machiavelli. Przycinacie, że to nietypowe jak na jedenastolatkę. Jednak ja uwielbiam takie wyróżniające się postacie. Uważam, że są potrzebne dla dzieci wchodzących w wiek nastoletni, bo łatwo „zginać” im w grupie rówieśniczej. Jak dostosować się, a nie stracić siebie? Tacy bohaterowie, jak Hope to wspaniałe wzorce, które pozytywnie się wyróżniają i są za to docenianie. Mam nadzieję, że pomogą nabrać komuś wiary w siebie. Że pokażą potencjalnym hejterom, jak kłamliwa i bolesna jest plotka. Czy warto ją rozsiewać dla budowania własnej pozycji? Zdecydowanie NIE.

Już chyba domyślacie się, że bardzo polecam „Cafe Chaos”. To wartościowa i delikatnie zwariowana powieść dla młodszej młodzieży. Dla popularnych i dla „szkolnych dziwadeł”. Catherine Wilkins świetnie pokazuje dynamikę młodzieżowych relacji i zachęca do wzajemnego szacunku. Fantastycznie akcentuje to, iż każdy z członków rodziny ma prawo do własnych zmartwień. I ani interes prywatny, ani ten rodziny nie musi na tym ucierpieć.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu" Agnieszka Stelmaszyk

Czego jeszcze nie było w cyklu „Kroniki Archeo”? Mitologii nordyckiej. Proszę bardzo. Kolejny tom przygód Ostrowskich i Gardnerów zatytułowany jest „Zaginiony klucz do Asgardu”. Razem z bohaterami wyruszymy na wyspy Wolin i Bornholm i odkryjemy sekrety Wikingów, a to wszystko będzie okraszone sporą dawką wiedzy i dynamicznej akcji.

Czyżby bohaterowie mieli tendencję pojawiać się tam, gdzie coś się dzieje? Ostrowscy przebywają na wyspie Wolin, gdzie rodzice prowadzą pracę archeologiczne. Poznają Helenkę, która zaczyna wypytywać się ich o skarb Wikingów. Dziewczynka śledzi pewną kobietą, która – w jej mniemaniu – podejrzanie się zachowuje. Równolegle poznamy pewnego doktoranta. Jego, już świętej pamięci, opiekun naukowy podarował mu notes. Nad czym pracował profesor?

Mamy tu kolejną brawurową odsłonę cyklu „Kroniki Archeo”. A mówi się, że archeolodzy tylko jeżdżą na „wykopki”. Oczywiście żartuje. Agnieszka Stelmaszyk po raz kolejny wciąga swoich bohaterów w wir intryg pisząc sensacyjną, pełną historycznych ciekawostek, powieść dla dzieci. I jak to opowieści sensacyjne i ta jest momentami nieco naciągana, jednak dynamika akcji sprawia, że to wybaczamy. Tu nie ma czasu myśleć trzeba działać, bo typki spod ciemnej gwiazdy nie mają litości nawet dla dzieci.

Jak już wiecie jestem wielką fanką cyklu „Kroniki Archeo”. Ja w ogóle uważam, że historia jest bardzo ciekawa, ale w szkole nie zawsze taką się ją przedstawia. Natomiast Agnieszka Stelmaszyk robi to rewelacyjnie. Szacunek, że w każdym tomie sięga po inne kultury pokazując ich dziedzictwo. A przy tym wymyśla kolejne sytuacje, które sprawiają, że te książki czyta się w napięciu. Bardzo dobre połączenie.

Książki z cyklu "Kroniki Archeo" można kupić w popularnej księgarni. KLIK

[Egzemplarz recenzencki]

"Jaga Czekolada i Władcy Wiatru" Agnieszka Mielech

"Jaga Czekolada i Władcy Wiatru" Agnieszka Mielech

Minął już rok od kiedy Jagoda poznała Mirellę i Lukrecję, a także stoczyła walkę z Hedimem. Mogłaby zacząć powątpiewać, czy magia w ogóle istnieje, ale znajduje pozostawione przez czarodziejki magiczne pióro i podręcznik magii. Czy człowiek będzie mógł wykorzystać te rzeczy? Jaga spędza lato wraz z przyjaciółmi na wyspie Dun. Wkrótce pojawiają się tam i dawne znajome. Powrót czarodziejek nie jest przypadkowy. Nad wyspą gromadzą się złe moce, a Mirella szuka pomocy dla dawnego znajomego zaklętego w kruka. Jak się okaże nie wszyscy mieszkańcy wyspy to zwykli śmiertelnicy, a zasady są po to, aby je przestrzegać. O tym jest drugi tym przygód Jagody pt. „Jaga Czekolada i Władcy Wiatru”.

Przeczytałam z córką dwa tomy tego cyklu i mam względem niego mieszane uczucia. Z jednej strony mamy dynamiczną fabułę pełną wyrazistych bohaterów. Agnieszka Mielech zręcznie łączy dwa światy – zwyczajny i magiczny – które spokojnie koegzystują obok siebie, a przenikają się w chwilach kryzysu. Magia wkracza w życie zwyczajnej nastolatki, trochę nieśmiałej i pogubionej, aby uczynić z niej bohaterkę. Chociaż w drugim tomie pięknie widać moc przyjaźni i współpracy. Do tego dochodzą wątki obyczajowe. Być może część młodych dziewczyn będzie się z Jagodą identyfikować, a to że ona nie ulega trendom ułatwi im bycie sobą. Myślę, że główna bohaterka może być wzorem w tym temacie.

Z drugiej strony czuję, że fantastyka to nie do końca obszar Agnieszki Mielech. Autorka wplata w fabułę dużo tzw. codziennych szczegółów. Co może i sprawdza się w formule obyczajowej, ale tu tworzy delikatny chaos. Dodając do tego iż miejsce akcji przenosi się do zwykłego świata, można poczuć, iż ten magiczny został potraktowany nieco po macoszemu, pomimo iż jest on jej źródłem. Wspomnieć jeszcze muszę o nierównomiernym tempie akcji. Jest dynamiczna, owszem. Jednak autorka dość długo buduje napięcie, aby powieść zakończyć szybkim finałem. Nie przepadam za takim pisaniem i nie chcę go usprawiedliwiać tym, iż jest to książka dla młodszego czytelnika. Jak pokazał fonemem „Harry'ego Pottera” już ta grupa potrafi docenić dobrze rozłożone napięcie i rozbudowane światy.

Przeszedł czas podsumowania. Czy warto sięgnąć po „Jagę Czekoladę”? Książka niesie dobre wartości. Wspiera samoocenę, akcentuje wartość przyjaźni, a także sens przestrzegania zasad. Agnieszka Mielech okrasza to sporą ilością magii, co daje nam fantastyczno-obyczajowy miks. Największe zalety, obu dotychczas przeczytanych części, to wyraziści bohaterowie i dobra energia, a wadą jest szybkie zakończenie, jednak książka ta wykazuje wszelkie cechy dobrej powieści przygodowej dla młodszej młodzieży (9+).

[Egzemplarz recenzencki]

"Mopsorożek i Koalorożka" Matilda Rose

"Mopsorożek i Koalorożka" Matilda Rose

W kojemnym tomie przygód księżniczki Ali i Mopsorożka pt. „Mopsorożęk i Koalarożka” Matilda Rose porusza temat pewności siebie. Księżniczki, książęta i ich pupile przygotowują się do konkursu talentów. Ignacy i Koalorożka planują zaśpiewać wspólnie piosenkę, jednak zwierzątko jest bardzo wstydliwe i kiedy ma wystąpić przed publicznością znika. Ala i Mopsorożek zastanawiają się, jak sprawić, aby Koalorożka uwierzyła w siebie, a występ doszedł do skutku. Do tego wszystkiego gnie puchar, główna nagroda w konkursie. Należy go możliwie szybko odnaleźć, bo inaczej konkurs okaże się katastrofą.

Cykl o Mopsorożku wręcz ocieka przyjaźnią, a przyjaźń to m.in. wsparcie. I właśnie je otrzymuje Koalorożka. Nie jest zmuszana do występu, jak cyrkowe zwierzątko. Towarzysze bacznie ją obserwują i zastanawiają się, jak wydobyć z niej talent, który przecież każdy posiada. W toku fabuły okazuje się, że drobna modyfikacja występu jest wystarczająca. Że dużo łatwiej robi się coś, co sprawia nam przyjemność. I tak było w przypadku Koalorożki radość jaką czerpała z występu udzieliła się publiczności.

Ogromnie cieszę się, że moje dzieci tak lubią cykl o Mopsrożku. To wspaniałe, wspierające książki. Ich bohaterowie nigdy nie zostawiają nikogo w potrzebie. Dla każdego maja dobre słowo. Poświęcają dużo uwagi, aby pomóc, doradzić. Do tego te wszystkie magiczne stworzenia. One są przecudowne, a magia jaka noszą w sobie dodaje książkom pierwiastek niesamowitości.

[Egzemplarz recenzencki]

"Unicorn Academy. Przesilenie zimowe"

"Unicorn Academy. Przesilenie zimowe"

Przesilenie zimowe to jedno z ważniejszych świąt w Akademii Jednorożców. Wszyscy czekają na nie z niecierpliwością, ale Ava – jedna z uczennic – chyba najbardziej. Dyskusje o prezentach i pysznych potrawach nie cichą. Uczniowie i profesorowie odliczają czas do świętowania. Jednak w tym roku nic nie idzie po ich myśli. A właściwie przez pewnego „złego skrzata” całe święta się „sypią”. Czy uda się je uratować? Do tego wszystkiego Ava, w pogoni za perfekcyjnymi świętami, kłoci się z przyjaciółmi? Czy samotnie będzie w stanie uchwycić magię tego czasu? Nawet w tak cudownym miejscu, jak Akademia Jednorożców będzie to trudne.

Przesilenie zimowe można łatwo odnieść do naszego Bożego Narodzenia. Wywodzi się z innej tradycji i nawiązuje do innych wydarzeń, ale aura jest podobna, jak i dopatrzymy się podobnych zwyczajów. W tym tomie „Unicorn Academy” poruszono, może już nieco oklepany, ale mimo wszystko ważny temat, co jest najważniejsze podczas świąt. Piękne prezenty, perfekcyjne dekoracje i pyszne jedzenie, czy może ludzie? Bohaterowie będą musieli sprostać wielu wyzwaniom, aby spróbować zorganizować jakiekolwiek święta. Czy chociażby zbliżą się do ideału? A może wyjdzie im coś lepszego?

Czytając kolejny tom „Unicorn Acadamy” - dodam, że nie znamy serialu z platformy Netflix – odnoszę wrażenie, że dużo dzieje się na backstage'u i czytelnicy nie mają do tego dostępu. Co mam na myśli? Poszczególne tomy skupiają się na konkretnych bohaterach i ich epizodach. W tym wszystkim ginie cudowny świat. Czujemy, że jest on wspaniale rozbudowany. Nie tylko przesycony magią, brokatem i kolorem, ale ma swoją historię, strukturę, a to się gdzieś rozmywa. Uciekają też wątki poboczne. Autorzy wspominają, że w międzyczasie coś się wydarzyło, ale my nie mamy szansy zbadać tych wydarzeń. Daje mi to wrażenie niekompletności i pewien niedosyt. Chciałabym zanurzyć się w to uniwersum, ale mogę zaledwie zanurzyć kostki.

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Hokus-pokus" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Hokus-pokus" Agnieszka Mielech

Jakiego przedmiotu w szkole nie lubiliście? Flora, jedna z członkiń Tajnego Klubu Superdziewczyn, nienawidzi fizyki. Przeżywa małe załamanie, kiedy okazuje się, że znienawidzona fizyka jest wszędzie. Przydaje się do uprawnia sportu, do gotowania i podczas robienia magicznych sztuczek. A propos magicznych sztuczek. Klub dowiaduje się o Festiwalu Sztuk Ulicznych i Magii. Długo nie zastanawiają się, czy wziąć w nim udział. Tylko co mogliby zaprezentować? I dlaczego warto stosować tę nieszczęsną fizykę? Im bliżej pokazu Emi i jej przyjaciele coraz bardziej przejmują się zwierzętami pracującymi w cyrku. A że oni nie narzekają, a działają, zaczynają szykować akcję w obronie zwierząt cyrkowych. To wszystko znajdziecie w kolejnej, pełnej przygód i pomysłów części Tajnego Klubu Superdziewczyn pt. „Hokus-pokus” autorstwa Agnieszki Mielech.


Tyle już napisałam o Emi i jej przyjaciołach, że czasami brak mi pomysłów. Ale czuję, że muszę powtórzyć, jak za każdym razem, podoba mi się zaangażowanie tych dzieciaków w to, co robią. Mielech porusza w tym cyklu przeróżne tematy, tym razem to magia, cyrkowe sztuczki, i za każdym razem doskonale je prezentuje przenosząc do świata bohaterów w wieku szkolnym. Do świata bliskiego grupie czytelników, dla których ten cykl powstał. Autorka chce spojrzeć na problem ich oczami i pokazać, co można zrobić. Czasami w asyście rodziców, czasami samodzielnie, jednak na pewno warto się angażować, bo kto ma zmienić świat na lepsze jak nie my sami.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny" Agnieszka Stelmaszyk

"Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny" Agnieszka Stelmaszyk

Jakie miejsce kojarzy wam się z poszukiwaniem złota? Mnie Australia. Czy słusznie? Moje przekonanie zostało zbudowane na podstawie programów na kanałach popularnonaukowych, gdzie niestrudzeni poszukiwacze próbują się wzbogacić w palącym słońcu. Może też mieliście okazję oglądać? I myślę, że to skojarzenie nie jest takie złe, bo Agnieszka Stelmaszyk w jeden części cyklu „Kroniki Archeo” wysyła swoich bohaterów w tamte rejony (dokładniej na Tasmanię), a tytułowa Diamentowa Dolina rozpala wyobraźnię i chęć zdobycia bogactwa. Czy ona istnieje? Czy dzieci rozwiążą „Zagadkę Diamentowej Doliny”?

Autorka po raz kolejny ciekawie łączy wątek kryminalny z historią. Wychodzi od tego, że wyspa była brytyjską kolonią karną, aby szybko zbudować z intrygę, która ma swoje źródła w przeszłości, ale ciągle ściąga spragnionych bogactw śmiałków. Jak to w „Kronikach Archeo” jest dynamicznie, niebezpiecznie i merytorycznie. Poza ciekawostkami historycznymi znajdziemy tu też nieco tych przyrodniczych. Stelmaszyk pięknie prezentuje ten kontynent z wszystkimi charakterystycznymi dla niego elementami.

„Kiedy tu przypłynął, był zupełnie zdrowy. Ale pustynia i słońce całkiem odebrały mu rozum. No i ta Diamentowa Dolina!”1 Nie bez powodu mówi się o gorączce złota. Chcąc mieć więcej, można wszystko stracić. Do tego pustynia, która nie daje taryfy ulgowej, nie pomaga. Czy w takim razie warto szukać Diamentowej Doliny? Na szczęście wy nic nie ryzykujecie, a nawet zyskacie. Zyskacie przeżycie wspaniałej przygody w egzotycznym terenie, a dzięki komentarzom autorki nawet go całkiem dobrze poznacie.

Cykl "Kroniki Archeo" znajdziecie w popularnych księgarniach.

1 Agnieszka Stelmaszyk, „Zagadka Diamentowej Doliny”, wyd. Wilga, Warszawa 2026, s. 34.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kłopoty z traktorem" Katie Woolley

"Kłopoty z traktorem" Katie Woolley

Miś Pracuś i Rechotek pomagają na farmie pana Tima. Praca idzie sprawnie, ale nagle słyszą dziwne dźwięki. Pędzą sprawić, co się stało. To traktor pana Tima utknął w błocie. Nie jest łatwo wyciągnąć tak wielką maszynę, ale Miś Pracuś wraz z przyjaciółmi nie poddają się. Różnymi sposobami próbują wyciągnąć pojazd z błota. Czy im się uda?

Na pewno jest grupa małych czytelników, którzy zobaczą traktor na okładce i już będą chcieli sięgnąć po tę książkę. Pozwólcie im, bo „Kłopoty z traktorem” to bardzo przyjemna bajka. Jej bohaterami są pracowite zwierzaki, które chętnie sobie pomagają. Katie Wooley – autorka – zahacza w tej opowieści o takie wątki jak zajęcia gospodarskie, wspólna praca jak i pomoc w kłopotach.

Bardzo wdzięczne jest też tło wydarzeń, czyli farma. Pięknie prezentuje je Benji Davies na ilustracjach, które są całkiem bogate. Z przedszkolakiem można o nich pogadać. Czy ziarenka są dla kur czy kóz? Ile mamy owiec na polu? To są bardzo dobre wyzwania do rozwiązania dla malucha. Mój synek zwrócił uwagę jeszcze na jedną rzecz. Być może wykorzystacie ją podczas czytania „Kłopotów z traktorem” w waszych domach. Mianowicie do pomocy przy wyciąganiu traktora z błota zebrała się grupa zwierząt. Junior sam zainicjował rozmowę, kto jest największy i najsilniejszy. Bardzo się ekscytował, kiedy przyszedł słoń Sławosz. „Ten ma dużo siły. Przyda im się do pomocy” - stwierdził młody.

„Kłopoty z traktorem” to też śmiech. Postacie wyglądają przesympatycznie. Dobrze się z nimi czujemy. Jednak w tym miejscu chciałabym przywołać scenę, kiedy wszyscy wpadli do błota. Junior był zachwycony. Kiedy rozbawienie trochę ustało długo analizował, dlaczego właściwie się przewrócili. Czy może któreś podstawiło nogę kolegom?

Książka z cyklu „Junior poleca”. „Kłopoty z traktorem” czyli przygoda na farmie, w której bohaterowie wykażą się współpracą i pomysłowością. Miś Pracuś udowodni, że ma „łeb nie od parady” i w każdej sytuacji znajdzie jakieś rozwiązanie. Nawet kiedy chodzi o ważący kilka ton traktor.


[Egzemplarz recenzencki]

"Mopsorożek i Tęczątko" Matilda Rose

"Mopsorożek i Tęczątko" Matilda Rose

Nawet księżniczki mogą pomagać na farmie. Księżniczka Ala i Mopsorożek mają pomóc panu Sianko w oporządzeniu gospodarstwa przed Wiosennym Festynem. Jednym z ich zadań jest doglądanie jaj iskrzaczków. Z jednego z nich wykluje się niezwykłe pisklę, które odegra ogromną role w organizacji festynu. Jaką? Dowiecie się tego z bajki „Mopsorożek i Tęczątko” Matildy Rose.

Podczas pierwszego czytania nie wiedziałam, co będzie najważniejsze w tej części. Mamy tu trzy ważne punkty. Po pierwsze Ala i Mopsrożek zostają oddelegowani do pomocy na farmie w ramach Parady Pomocy. Po drugie muszą dopilnować jaj iskrzaczków, a jeden z nich wyjątkowo długo się wykluwa, a jak już pojawia się na świecie okazuje się, że jest wyjątkowy. Po trzecie pojawia się problem z dekoracjami na festyn. Te trzy elementy właściwie przechodzą jeden w drugi. Każdy fragment to inny dylemat, ale ostatecznie docieramy na piękny, ociekający brokatem i tęczą festyn.

Zatrzymajmy się na chwilę przy brokacie, tęczy i księżniczkach. Można by pomyśleć, że to dziewczęce przymioty, jednak muszę wam zdradzić, że mój syn, po przeczytaniu „Obłoczki” i „Dinorożka”, bardzo polubił cykl o magicznych zwierzętach Matlidy Rose. Na początku każdej książki jest mapa Wróżkowa i Junior zaskoczył mnie, kiedy po przeanalizowaniu jej oznajmił: „Pamiętasz, że tu mieszka Smok z Migotokowa”. (Smoka można spotkać w części „Obłoczka”). Albo kiedy rozpoznał na ilustracjach zwierzęta z innych tomów. Cieszy mnie to, bo widzę, że dziecko widzi związki pomiędzy poszczególnymi częściami. Można tu wysnuć wniosek, że wato sięgać po cykle, które dziecko lubi, bo takie czytanie wychodzi poza tylko przeczytanie bajki. To fantastyczna praca mózgu w szukaniu powiązań.

My chyba nigdy nie przestaniemy lubić cyklu o magicznych zwierzętach Matildy Rose. Już kolejna książka zawitała do naszej biblioteczki, a Junior z zachwytem przysiadł do jej czytania. Są to śliczne bajki pełne troski i o dzieci, i o ich pupili. Jak nie kochać tych przeuroczych zwierzątek?

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. List w butelce" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. List w butelce" Agnieszka Mielech

W książce „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. List w butelce” zostały poruszone wątki ekologiczne i przyjacielskie. Zanim bohaterowie znajdą tytułowy list wiele się wydarzy. Dowiedzą się nowych rzeczy, a także wpadną na genialny pomysł. A wszystko zaczęło się od szkolnych ekowarsztatów i chęci ucieczki pani Laury (mamy Flory) od miejskiego życia. To doprowadza klub nad morze, gdzie ten organizuje akcję sprzątania plaży, podczas której w ręce bohaterów wpada butelka z niecodzienną zawartością.

Jak zwykle członkowie Tajnego Klubu Superdziewczyn niczego nie robią na „pół gwizdka”. Czy to szkolne zajęcia, czy wsparcie koleżanki, czy chęć zrobienia czegoś pożytecznego, czy (wreszcie) rozwiązanie zagadki listu w butelce – Emi i jej przyjaciele są w 100% zaangażowani w to, do czego się zabierają.

W przypadku tej części przygód klubu Agnieszka Mielech (autorka) szczególną uwagę zwraca na ekotreści. Szkolne warsztaty poniekąd inspirują bohaterów do przeprowadzenia własnej akcji i posprzątania kawałka świata. Wydarzenie wypada doskonale, a Emi i jej przyjaciele mają poczucie, że zrobili coś dobrego. Fabuła jest ciekawa i spójna. To co dzieje się w szkole świetnie koresponduje z dalszymi wydarzeniami.

Nie mogę zapomnieć o wątkach koleżeńskich. Wizja rozstania z Florą nieco przygnębia koleżanki, ale te i tak postanawiają wesprzeć ją w przeprowadzce. Element z listem pokazuje, że odległość wcale nie jest przeszkodą w pielęgnowaniu przyjaźni. Jeżeli chcemy, jeżeli nam zależy są narzędzia, która mogą nam w tym pomóc.

„List w butelce” dostaje miano jednej z moich ulubionych części tego cyklu. Bardzo udana fabuła, którą autorka sprytnie trzyma w ryzach. Dzieje się dużo – jak to w przypadku tego cyklu – ale Mielech spaja wszystko głównie dzięki wątkowi eko. A ten przyjacielski jest jak przysłowiowa wisienka na na torcie. Jest wspaniałym wykończeniem opisanej historii.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pola i Lili. Sukces" Olivia Tuffin

"Pola i Lili. Sukces" Olivia Tuffin

Pola dostaje wspaniałą propozycję. Ma reprezentować w zawodach znaną stajnię. Dziewczyna jest zachwycona, szczególnie że na letni okres może zabrać ze sobą Lili i jej źrebaka Sekreta. Na miejscu dowiaduje się, że w stajni Jonesów wydarzyło się coś tragicznego. Córka właścicielki nie chce się zbliżać do koni, a obsługa instruuje Polę, aby nie wspominała o poprzedniej dżokejce, Lenie.

Trzeci tom cyklu „Pola i Lili” zatytułowany jest „Sukces”. Czy to oznacza, że Pola osiągnie sukces w zawodach, a może w życiu prywatnym, albo jeszcze w innym obszarze? Przyznacie, że jest to obiecujący tytuł, tak jak obiecujące są bohaterki cyklu. Do tego dodać muszę, że Olivia Tuffin potrafi zadbać o dramatyzm. Autorzy kryminałów mogliby brać z niej przekład, jak wprowadzać tajemnicę, ale jej sztucznie nie przedłużać. Co się wydarzyło w stajni Jonesów? Dlaczego Ola odcina się od koni, a w Lenie jest tyle jadu? Autorka idealnie zgrywa napięcie i tempo, aby dostarczyć nam emocji i radości z czytania.

Nietypowe tło cyklu – czyli stadnina i pokazy konne – też są bardzo atrakcyjne. Przenoszą nas do innego świata. Ludzi pełnych pasji, zaangażowanych w to co robią. Świata rywalizacji, która nie zawsze przebiega czystko, jednak u Tuffin to miłość do koni zwycięża. Pola jest bohaterką, która pokazuje, że zajmować się tym, co się kocha to już sukces.

Muszę pochwalić ten cykl dla młodszej młodzieży. Kocham pasję, jaka wylewa się z jego kartek. Czy to będzie pasja do koni, do rysunku, do tańca zawsze będę podziwiała ludzi z pasją. Autorka książek fantastycznie o tym opowiada, nie zapominając, że potrzebna jest też nutka dramatyzmu, aby opowieść była ekscytująca. Doskonale się to czyta.

[Egzemplarz recenzencki]

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Ho! Ho! Ho! Święta!" Agnieszka Mielech

"Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Ho! Ho! Ho! Święta!" Agnieszka Mielech

Jasełka, świąteczne przestawienia – zwał, jak zwał, jednak jest taki zwyczaj, że w szkołach i przedszkolach dzieci przygotowują z okazji Bożego Narodzenia, jakiś program artystyczny. Nie inaczej jest w szkole Emi. Jej przyjaciółka Flora bardzo pragnie dostać ważną rolę w przedstawieniu. Stresuje się przed castingiem, ale udaje jej się dostać do obsady. Tylko, że to nie jest ta wymarzona rola. Flora ma grać renifera, bo urzekła nauczycielkę komediowymi zdolnościami. Klub postanawia wesprzeć koleżankę i ramię w ramię wystąpić z nią w zaprzęgu świętego Mikołaja.

Świąteczna edycja cyklu „Emi i Tajny Klub Superdziewczyn” zatytułowana „Ho! Ho! Ho! Święta! To rewelacyjna opowieść o wsparciu przyjaciół. Florę zjadają ambicje i stres. Tak bardzo chce dobrze zaprezentować się na castingu i podczas przedstawienia. Koleżanki i koledzy z klubu są z nią na każdym etapie. Pomagają się przygotować do przesłuchania, kibicują w jego trakcie, wymyślają, jak podnieść ją na duchu, kiedy dostaje – w jej mniemaniu – słabą rolę. To wsparcie jest ogromne. Widzi je też nauczycielka przygotowująca przedstawienie i je docenia.

Tacy przyjaciele to skarb. Zero rywalizacji, zazdrości, a zamiast tego pomoc i dobra zabawa. Bo czy musimy być perfekcyjni, aby coś dobrze wyszło? Agnieszka Mielech pokazuje w tej historii, że doskonałość nie zawsze jest w cenie, że są inne cechy, które sprawiają, że coś jest piękne, udane. Cudowna odsłona przygód Tajnego Klubu. Polecam przeczytać. Niekoniecznie tylko w okresie świąt.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger