"Koszmarny Karolek i wstrętne gacie" Francesca Simon

"Koszmarny Karolek i wstrętne gacie" Francesca Simon

„Koszmarny Karolek” to dość kontrowersyjny cykl dla dzieci. Ma tyle samo fanów, jak i przeciwników. Cóż, tytułowy Karol nie jest wzorem grzeczności. Nie ma co się dziwić, że rodzice czasami krzywią się czytając o jego psotach. Ja jednak mam sentyment do tych książek. Zdradzę wam, że lata temu moja młodsza siostra wypożyczała je z biblioteki, a ja je podkradałam. Uznałam, ze trzecie wydanie przygód niesfornego chłopca – przygotowane przez wydawnictwo Znak emotikon – jest dobrą okazją, do napisania kilku słów o tym cyklu.

W naszej biblioteczce pojawiła się publikacja „Koszmarny Karolek i wstrętne gacie”. Znajdują się w niej cztery opowiadania.

„Koszmarny Karolek zjada jarzynkę” czyli, jak uniknąć jedzenia warzyw.

„Koszmarny Karolek i wstrętne gacie” czyli, co zrobić, jak poszło się do szkoły w babskich majtasach.

„Koszmarny Karolek choruje”, w którym Karol pozazdrościł choremu bratu.

„Koszmarny Karolek pisze list”, w którym Karol wykazuje się niezwykłą przedsiębiorczością.

Historia o chorowaniu najbardziej mi się podobała, bo kto nie chciałby L4 na dzień lub dwa, ale bezobjawowo. W końcu z gorączką nie pokorzystamy z uroków błogiego lenistwa.

Wspaniale było znowu poczytać koszmarne opowiastki. Tym razem spojrzałam na nie oczami nie dziecka, a rodzica i, można tak powiedzieć, cenzora. Czy ta perspektywa zmieniła ich odbiór? Kocham je tak samo. Być może Karol nie jest dobrym przykładem do naśladowania. Ba, na pewno nie jest. Jednak Francesca Simon sympatycznie opisała typowego łobuziaka i kombinatora. Czy wszystkie dzieci wcinają ze smakiem groszek, otrzymują tylko dobre oceny, zawsze mówią prawdę, mają same rozsądne pomysły? Autorka skumulowała rodzicielskie koszmarki i przypisała je jednemu chłopcu. Wyszedł z tego antybohater, ale z przymrużeniem oka. Myślę, że nawet dzieciaki złapią się za głowę i pomyślą: „Co za gość!”.

Wydanie z 2022 ma ciekawy dodatek – którego bynajmniej nie było w edycji, którą ja znałam – a mianowicie część nazwaną „Zabaw się z Karolkiem”. Znajdziemy tam pakiet łamigłówek nawiązujących do przeczytanych opowiadań. Pytania, krzyżówka, wyszukiwanka, szyfr itp. - w przyjemny sposób zachęcają do uważnego czytania i sprawdzają poziom zrozumienia tekstu.

Mam ochotę wykrzyknąć: „Karolu bądź koszmarny”, bo im bardziej będzie rozrabiał tym więcej radości będą mieli czytelnicy. Ja zawsze z uśmiechem będę polecać cały cykl, bo on fajnie promuje czytelnictwo wśród młodych czytelników. Został napisany z dystansem. Jest nieco „blee", a jego główny bohater trochę buntowniczy, co może się podobać. A co do „Wstrętnych gaci” - ja się Karolowi nie dziwię, że nie chciał ich nosić. Nie po to pracował na swoją reputację, żeby falbana majtasów ją zniszczyła.

"Dziewczyna z wnęki" Agnieszka Peszek

"Dziewczyna z wnęki" Agnieszka Peszek

Weronice zafundowano straszną śmierć. Została zamurowana żywcem. Odchodziła pomału tonąc w majakach i nie rozumiejąc dlaczego ON tak ją potraktował. Co zrobiła nie tak? Przerażeni okrucieństwem zbrodni suchodolscy policjanci starają się wytropić sprawcę, a ten już wybiera sobie kolejną ofiarę. Jego potrzeba karania jest ciągle niezaspokojona.

Równocześnie Dorota Czerwińska zajmuje się sprawa sprzed 25 lat dotyczącą zaginięcia młodej dziewczyny.

Agnieszka Peszek wraca do czytelników razem z bohaterami poznanymi w jej pierwszej powieści „Przez pomyłkę”. Widać, że pisarka jest z nimi w dobrej komitywie. Ja jednak wolałabym zobaczyć „nowe twarze”. Moim zdaniem, w poprzedniej książce autorka wyczerpała ich wątki. Przyznać natomiast muszę, ze nie przeszkadzają one w czytaniu. Jedna z bohaterek jest policjantką, więc można przydzielać jej kolejne sprawy i tym samym oprzeć na niej cały cykl książek.

Wątek kryminalny jest świetny. Agnieszce Peszek udało się opisać demonicznego fanatyka. Twierdzi on, że: „Kobieta powinna być skromna, posłuszna i nie odzywać się niepytana.”1 Pół biedy, gdyby został on ze swoimi poglądami w czterech ścianach. Tymczasem mężczyzna wychodzi na świat z misją oczyszczenia go z bezwstydnic. Ciarki mnie przechodziły za każdym razem, kiedy dochodził do głosu.

Przyznam, że temat przewodni „Dziewczyny z wnęki” trochę mnie przeraził. Wydaje się to absurdalne, że w XXI wieku cały czas powraca problem równości płci. Nie lubię różnicowania na kobiet i mężczyzn, bo jest to krzywdzące dla obu stron – nawet ten zarabiający „kokosy” macho może czuć ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Niepokojące jest, że cały czas powielamy pewne stereotypy dotyczące np. zachowania – energiczna dziewczynka jest rezolutna, a chłopiec to już łobuziak – wyglądu, ról społecznych czy nawet zainteresowań (nie wiem, czy opowiadałam już o mamie, która tłumaczyła się, że przyprowadziła syna na zajęcia baletowe). Agnieszka Peszek opisała przypadek ekstremalny i dlatego wyrazisty.

Pisarce udało się stworzyć wciągająca powieść. Co jest wyczynem, mając na uwadze, że brak tutaj tajemnicy. Od początku wiemy, kto jest sprawcą i co nim kieruje. Nie wiemy natomiast, czy i jak uda się go złapać oraz co jeszcze będzie miał na sumieniu. Ten ostatni element jest takim ziarenkiem grozy, z którego wyrasta dość makabryczne drzewo.

Przyczepić się muszę do kilku niedoróbek, które – o dziwo – nie odebrały mi przyjemności czytania, ale są. Pisarka nie do końca przemyślała wszystkie zdarzenia. Miałam np. wrażenie, że nie umiała zdecydować, kto ma być kolejną ofiarą psychopaty, albo przypisywała mu absurdalne błędy – czy ktoś, kto jest tak świetnie zorganizowany, przez przypadek nagrywa filmik i robi zdjęcia telefonem, który planuje zastawić na miejscu zbrodni?.

Zmorą tej książki [wyd. 2021] są powtórzenia. Wydaje mi się, ze przydałby się jej jeszcze jedna redakcja. Przykłady:

„Teraz przeszła do tego, co lubiła najbardziej. Robienie makijażu i fryzury było tym, co uwielbiała”2. Czy nie lepiej byłby połączyć to w jedno zdanie, a nie dwa razy podkreślać zamiłowanie bohaterki do tej czynności.

„Ona ma gdzieś rodzinę, przyjaciół. Może gdzieś studiowała. Gdzieś pracowała. Wiemy, że nie miała dzieci, ale na pewno miała rodzinę, przyjaciół. Pewnie ktoś za nią tęskni (…).”3 Powtórzenie plus użycie różnych czasów.

Odniosłam wrażenie, że czasami te same informacje były podane w różnych miejscach tymi samymi słowami np. ktoś sugeruje komuś, że ma coś zrobić i po jakimś czasie ta osoba to powtarza w identyczny sposób.

Pomimo kilku uwag, moje odczucia po przeczytaniu „Dziewczyny z wnęki” są pozytywne. Wymyślona przez Agnieszkę Peszek historia wciągnęła mnie i dzięki temu jestem w stanie wybaczyć co nieco. A sobie i wszystkim dziewczynom życzę, jak najmniej ludzi wyznających poglądy bliskie mordercy z powieści.

1 Agnieszka Peszek, „Dziewczyna z wnęki”, wyd. 110 procent, Czarny Las 2021, loc. 1609. [ebook]

2 Tamże, loc.3821-3821.

3 Tamże, loc. 1367-1369.


Jeżeli chcecie poznać Agnieszkę  Peszek i jej powieści zapraszam na stronę peszek.pl

"Zaułek koszmarów" William Lindsay Gresham

"Zaułek koszmarów" William Lindsay Gresham

W powieści „Zaułek koszmarów” odwiedzimy wędrowny jarmark. Zobaczymy wachlarz osobliwości, będziemy podziwiać niezwykłe umiejętności i kuglarskie sztuczki. Będziemy pławić się w kolorach, brokacie i tej cudnej jarmarcznej tandecie. Musimy tylko uważać, żeby w ferworze zabawy nikt nas nie okantował. W takim miejscu nie brak krętaczy.

Bohaterem książki jest bardzo dociekliwy, ambitny i inteligentny szachraj – Stan Carlisle. Jest jednym z członków wędrownej trupy, ale mierzy wyżej. Jak sam mówi: „Trzymam świat za gardło i wystarczy, że potrząsnę, a dostanę co zechcę!”1 U Stana głód sukcesu jest ogromny. Czy pamięta, że je się, żeby się najeść, a nie przejeść?

Stan jest hochsztaplerem z prawdziwego zdarzenia. Łaknie sukcesu, nie bacząc na konsekwencje, jakie on za sobą niesie. Łapie się każdej okazji mogącej przynieść sławę. Z zegarmistrzowską perfekcją realizuje swoje pomysły. Czy ambicje pomogą mu odnieść sukces? Czy obwoźny kuglarz ma prawo aspirować do dobrego towarzystwa? Stan kojarzy mi się z przysłowiową ćmą. Sukces miło grzeje, ale bardzo łatwo się sparzyć.

W tej historii widać wyraźnie fascynację autora Freudem. Próbuje on poddać analizie pragnienia głównego bohatera, zagląda do jego dzieciństwa, snów itp. Możemy się zastanowić, co ukształtowało tego człowieka i wywołało taką ogromną potrzebę poklasku.

„Zaułek koszmarów” został napisany w „jarmarcznych” barwach. Z pozoru wszystko się błyszczy i mieni, a za tym chowa się pijaństwo, zepsucie, smutek. Będziemy mieli okazję zajrzeć za kulisy i przyjrzeć się rożnym osobistościom. Spróbować przejrzeć je, a także sekrety ich warsztatu. Ten „bonus” jest równie ciekawy, jak historia Stana. Ile fascynujących charakterów przewija się w tej powieści – zarówno wśród kuglarzy, jak ich widzów. Nie wspomnę o tym, że chyba każdego trochę interesuje, jak wykonuje się „cyrkowe” numery. Czytanie w myślach, wywoływanie duchów, znikające przedmioty – William Lindsay Gresham wyciąga na światło dzienne arkana sztuk magicznych.

Na uwagę zasługuje również konstrukcja i język powieści. Każdy rozdział to jedna z kart tarota. Z „Wprowadzenia” dowiadujemy się, że nie są one po kolei, ale czytelnik wyraźnie widzi, jak treść rozdziału jest powiązana ze znaczeniem konkretnej karty. Nie jest to wyłącznie ładna otoczka. To skrupulatnie przemyślana konstrukcja.

Język jakim William Lindsay Gresham napisał „Zaułek koszmarów” ewoluuje. Od pełnej błędów mowy prostego gościa obwoźnego jarmarku, po wyrafinowaną mowę arystokratycznego odbiorcy, a nawet poetyckie czy metafizyczne dialogi serwowane w trakcie pokazu, ale też jako opisy ukazujące stan ducha głównego bohatera.

Na koniec chciałabym wspomnieć o filmowej adaptacji z 2021 roku w reżyserii Guillermo del Toro. Pisząc ten tekst widziałam jedynie zwiastun filmu, więc nie wiem na ile jest wierna, ale zachwyciła mnie jedna rzecz – dobór aktorów. Dokładnie tak wyobrażałam sobie postacie z książki, szczególnie oczy Stana. Autor obdarzył go pięknymi niebieskimi oczami. Kiedy zerknęłam na obsadę filmu uświadomiłam sobie, że właśnie oczy Bradleya Coopera przywołałam w wyobraźni.

Pokochałam tę powieść. Za treść, za kompozycję, za morał – za wszystko. Jarmarczne klimaty są bardzo wdzięczne, jako tło dla różnych historii – pełne akcji, złudzeń, zakamarków – ale też wymagają, żeby uchwycić przewijające się między wozami wędrownej trupy kontrasty. William Lindsay Gresham doskonale je uchwycił. Autor odwiedził swój własny „zaułek koszmarów”2. Teraz wciąga do niego kolejne pokolenia czytelników.

1 William Lindsay Gresham, „Zaułek koszmarów”, przeł. Ryszard Oślizło, wyd. Mova, Białystok 2022, s. 125.

2 Patrz: Nick Tosches, „Wprowadzenie” [w:] tamże, s. 7–14.


Książka "Zaułek koszmarów" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl. Sprawdźcie też inne nowości w ofercie księgarni.

"Więcej niż pocałunek" Helen Hoang

"Więcej niż pocałunek" Helen Hoang

Czy słyszeliście o zespole Aspergera. Jest to zaburzenie mieszczące się w spektrum autyzmu. Jak się objawia? Najprościej mówiąc, osoba taka nie nawiązuje relacji społecznych. Energię przekierowuje na swoją pasję. W dziedzinie, która ją interesuje jest ekspertem i może o niej mówić godzinami. Reszta mogłaby nie istnieć.

Nie bez powodu napisałam te kilka ogólnych linijek o zespole Aspergra. Na to zaburzenie cierpi Stella, bohaterka powieści Helen Hoang „Więcej niż pocałunek”. Na pierwszy rzut oka można nazwać ją kobietą sukcesu. Ma pracę, którą kocha i zarabia tyle, żeby stać ją było na wygodne życie. Idealny obraz zaburza brak partnera. Kobieta ma za sobą kilka damsko-męskich epizodów, ale po nich stwierdza, że bliskość jej nie pociąga, a raczej odrzuca. Stella postanawia zmierzyć się z zadaniem w nietypowy sposób. Zamierza nauczyć się uprawiać seks. Tak, dobrze czytacie. Bohaterka stwierdza, że skro sama ma ubogie doświadczenie w tej kwestii to jak ma być w tym dobra. Szuka więc profesjonalisty. W taki sposób, dorabiający jako „pan do towarzystwa” Michael zostaje jej seksualnym trenerem.

Nie mogę nie porównać tej historii do popularnego serialu komediowego „Teoria wielkiego podrywu”. W obu przypadkach w rozrywkowy sposób ukazano chorobę. Stella podobnie jak Sheldon ma swoje niegroźne manie. Nie lubi hałasu, ceni rutynę i porządek. Nawet w kwestii ubrania wypracowała optymalny strój i jego kurczowo się trzyma. Poznawanie nowych osób, zwyczajna rozmowa jest dla niej nie lada wyzwaniem. Sama Stella akceptuje to jaka jest, kiedy musi staje oko w oko z wyzwaniami. Ma wręcz analityczne podejście do swojego zaburzenia i „wpadek”, które zalicza.

„Więcej niż pocałunek” to typowa komedia romantyczna. Chociaż Stella to nietypowa bohaterka to Helen Hoang nie ustrzegła się schematów i przewidywalności. Można by dać za to mały minus, ale przypuszczam, że fanom takich klimatów nie będzie to przeszkadzać. Nie ukrywajmy, że romantyczne historie cechuje kilka sztandarowych punktów i trudno wyjść poza ramy – co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Tą ratują bohaterowie. Czy znacie drugą taką książkę, gdzie zmagająca się z zespołem Aspergera analityczka zaczyna spotykać się z panem do towarzystwa? Ja nie.

Zarówno opisywana powieść jak i przywołany w tekście serial „Teoria wielkiego podrywu” pokazują, że o zaburzeniach w rozwoju można mówić z przymrużeniem oka i nie jest to prześmiewcze. Helen Hoang sama zmaga się z zespołem Aspergera, więc problemy głównej bohaterki są jej bliskie. ”Więcej niż pocałunek” mogę podsunąć każdemu, kto ma ochotę przeczytać komedię romantyczną z paroma pikantnymi scenami – pamiętacie czego chce nauczyć się Stella?. Autorka nie złamała wszystkich schematów, ale dzięki podjętemu problemowi nadała swojej książce pewną wyjątkowość.

"Most pomiędzy nami" Claudia Moonever

"Most pomiędzy nami" Claudia Moonever

Powieść „Most pomiędzy nami” to reprezentantka typu New Adult. Nie sięgam często po takie książki, bo problemy dwudziestolatków to nie są klimaty, w których szczególnie się odnajduję. Jednak ta książka zainteresowała mnie z dwóch powodów. Spodobała mi się okładka – jej minimalizm ma w sobie coś intrygującego. Dlatego zerknęłam w opis. Tam pojawia się magiczne słowo „utopia”. Skoro Claudia Moonever chce stworzyć miasto idealne, to jestem bardzo ciekawa jej pomysłu.


Zapraszam do Salemo. Miejsca, gdzie poziom bezrobocia i przestępczości wynosi zero, gdzie ludzie łatwo znajdują idealnego partnera, pracownika, przyjaciela, gdzie czują się zaopiekowani i szczęśliwi. Wszystko dzięki Zasadzie Szesnastki, precyzyjnie określającej charakter i predyspozycje każdego obywatela. Piętą Achillesową Salemo są artyści. Jednostki wyjątkowo wrażliwe, emocjonalnie niestabilne, przez co często borykają się z problemami psychicznymi.

June Brooks to młoda, świetnie zapowiadająca się dziennikarka. Wierzy w słuszność Zasady Szesnastki. Wątpliwości pojawiają się kiedy poznaje Alexa – piosenkarza i niedoszłego samobójcę. Pełna empatii June postanawia go wspierać. Relacja pomiędzy dziewczyną i chłopakiem stopniowo się zacieśnia.

„Most pomiędzy nami” to bardzo ciekawa powieść napisana w okrutnie drętwy sposób. Zacznę od tego, że kompletnie nie rozumiem dlaczego Claudia Moonever uparła się na tworzenie utopijnego miasta. Sama koncepcja niewiele wnosi w relacje między bohaterami – może pomaga pokazać June jako idealistkę, ale to można było osiągnąć innymi środkami – za to stawia przed autorką wielkie wyzwanie. W kreacji fikcyjnego świata trzeba zadbać o każdy detal i przekonać czytelnika do jego założeń. Opis Salemo został potraktowany po macoszemu, a ja kompletnie nie poczułam, że Zasada Szesnastki jest gwarantem szczęścia – nawet teoretycznie.

Można by spróbować bronić książki mówiąc, że tu chodzi o emocje, a nie o futurystyczne wizje. Tak, zgadzam się, że to one miały grać tu pierwsze skrzypce. Miały, bo „szału nie ma”. Postacie i dialogi są tak papierowe jak kartki, na których wydrukowano powieść. W ogóle nie czuję tzw. głębi między nimi. Chyba winna jest temu sztywność głównej bohaterki. O tym, że jest to idelistką już wspominałam. To dwudziestojednolatka, a nie ma za grosz luzu w swoich wypowiedziach. Mam wrażenie, że cały czas jest napięta jak struna. Nawet kiedy w jej głowie pojawia się uczucie – pominę sztywny dialog, który ją poprzedza – zostaje ono skomentowane słowami: „Do mojej głowy powracają myśli na temat jego typu osobowości. Bratnia dusza, dual, psychiczny odpowiednik. Może mogłabym pogłębić naszą relację (…).”[1] Ja mam więcej energii, kiedy robię poranną kawę. I jeszcze jedna sprawa. Nie rozumiem dlaczego autorka za wszelką cenę próbowała zrobić z June półinteligenta. Czy drobne wpadki miały zatuszować drętwotę? U mnie raczej pojawiło się pytanie, na jakim poziomie jest dziennikarstwo w Salemo skoro ta dziewczyna ma być jego objawieniem. Nie twierdzę, że nie można zapomnieć słowa czy być słabo skoncentrowanym. Uważam raczej, że skoro nie wnosi to nic do fabuły nie ujmujmy inteligencji bohaterom szczególnie, kiedy kreujemy ich na wyjątkowe jednostki.

Dużo lepiej wypada Alex. Widzę go jako punkowego chłopaka z potarganymi włosami i papierosem, którego problemy spychają na dno. On nie jest idealny. Jest wrażliwy, trochę porąbany, nie może sobie poradzić z traumą, ale dzięki temu jest naturalny. Generalnie podoba mi się postrzeganie artystów w Salemo. Za każdym razem, kiedy pada w tekście słowo „artysta” słyszałam w głowie gong, który obwieszcza, że zbliża się coś demonicznego.

W bio autorki [2] możemy przeczytać, że inspirowała się własnymi doświadczeniami. To bardzo mi się podoba i chyba to sprawia, że nie pogrążyła tej książki – wiedziała, o czym chce napisać i była w tym szczera. Claudia Moonever jest studentką psychologii, więc na miejscu jest, kiedy taka osoba pisze o depresji – bo to ona przewija się w powieści. Jeżeli jeszcze sugeruje, że sama miała z nią styczność to, dodając dwa do dwóch, mogę przypuszczać, że nie napisała głupot.

Jak ostatecznie oceniam „Most pomiędzy nami'? Jako książkę średnią. Autorka podejmuje ciekawy temat i próbuje go przedstawić w oryginalnym ujęciu. Wyszła jej powieść lekka i przystępna. Czytelnik dla radę przeczytać ją bez większych zgrzytów, jednak nie są to wyżyny literatury. Na miejscu autorki napisałabym tę książkę od nowa. Wycięła zbędne sceny, a zamiast nich dopracowała powieściowy świat. Poszukała zaangażowanych beta czytelników, którzy nie będą bali się wytknąć błędów i podpowiedzą, jak ożywić ten projekt. Bo ta historia zasługuje na rozgłos.

[1] Claudia Moonever, „Most pomiędzy nami”, wyd. Novae Res, Gdynia 2021, s. 40.
[2] Tamże, okładka.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
Piaskowe malowanki [Alexander]

Piaskowe malowanki [Alexander]

Próbowaliście kiedyś malować piaskiem? Nie jest to takie głupie pytanie, jak mogłoby się wydawać. Ktoś wpadł na prosty pomysł, jak inaczej wykonać piękny rysunek. Postanowił wykorzystać klej i kolorowy piasek. Rynek zalewają różnego rodzaju zestawy kreatywne dla dzieci. My mieliśmy okazję przetestować „Piaskowe malowanki” od firmy Alexander. Oto nasze wrażenia.

W pudełku znajdziemy: dwa obrazki do pokolorowania (piesek i kotek), patyczek do odrywania papieru zabezpieczającego klejąca się powierzchnię, kolorowy piasek (11 kolorów), podkładek, instrukcję (w niej m.in. propozycja kolorowania). Zabawa jest prosta. Odsłaniamy wybrane miejsce. Posypujemy je piaskiem, a jego nadmiar sprzątamy. Tak powstaje wspaniałe dzieło.

Postanowiłam napisać o tym zestawie, bo na Instagramie widziałam już 3 latków bawiących się nim. U nas pojawił się, kiedy M. miała jakieś 3,5 roku i uważam, że było to zdecydowanie za szybko. Zanim opiszę swoje uwagi, zerknijmy co sugeruje producent. Na opakowaniu mamy oznaczenie 6+ oraz ostrzeżenie, że jest on nieodpowiedni dla dzieci poniżej 3 roku życia (ostry patyczek, drobny piasek). Czasami zestaw ten jest sprzedawany jako 3+ - tak też trafił do nas – ale, moim zdaniem, to trochę nieuczciwe ze strony sprzedawcy.

3 – 4 latek nie pobawi się tymi malowankami samodzielnie. Nie myślcie sobie, że mam problem ze wspólną zabawą, bardziej chodzi mi o to, że na każdym etapie tworzenia obrazka trzeba takiemu dziecku pomagać. Przede wszystkim, trochę musiałam się nagimnastykować, żeby odkleić papier zabezpieczający. Kompozycja zawiera kilka małych elementów i trzeba uważać, żeby nie uszkodzić już pomalowanej części. Przydałby się również jakiś aplikator do dozowania piasku. Powiedzcie mi, który przedszkolak nie wysypie całego woreczka na stół. Ja się bałaganu nie boję, ale ten piasek za każdym razem trzeba zebrać, wsypać ponownie do woreczka lub innego pojemnika, uważać, żeby kolory się nie pomieszały. Proporcja pracy 3/4 dorosły, 1/4 dziecko – chyba nie o to chodzi.

I żebyśmy się dobrze zrozumieli. Uważam, że to fantastyczny zestaw. Tylko przychyliłabym się do sugestii wydawcy i podarowała go jednak trochę starszemu dziecku, żeby to ono, a nie dorosły, wykonało większość pracy. A co dla przedszkolaków? Przy pomocy taśmy dwustronnej i czegokolwiek co znajdziecie w domu (kamyki, muszelki, koraliki, papier) można również wykonać bajkowe prace.

"Dom zbrodni" Agatha Christie

"Dom zbrodni" Agatha Christie

Złożymy dziś wizytę w „małym przestępczym domu...”1 Mieszka w nim, mająca greckie korzenie, rodzina Leonides. Spaja ją przedsiębiorczy Aristide Leonides. Mężczyzna ma już osiemdziesiąt wiosen na karku, ale w dalszym ciągu jest pełen życia i czuwa nad krewnymi. Służy im radą i finansowym wsparciem. Wydaje się, że rodzina darzy go szacunkiem oraz sympatią. Chyba jednak dziadunio zalazł komuś za skórę, bo targnięto się na jego życie i to z sukcesem.

„Dom zbrodni” Agathy Christie to powieść detektywistyczna. Akcji jest tu niewiele – jeżeli jakaś w ogóle. Zamiast tego komisarz Scotland Yardu w asyście swojego syna – narzeczonego wnuczki zmarłego – przesłuchują kolejnych członków rodziny. Podejrzany/a szybko zostaje wytypowany, ale doświadczonemu policjantowi coś tu nie gra. Sprawa wydaje się mu zbyt oczywista, więc drąży, drąży i drąży.

Jest to książka, która właściwie niczym specjalnym się nie wyróżnia – klasyczna Agatha Christie. Trochę dziwnym zbiegiem okoliczności jest, że syn komisarza prowadzącego śledztwo jest związany z jedna z podejrzanych i w to śledztwo zostaje aktywnie zaangażowany. Poza tym nie mam się do czego przyczepić. „Dom zbrodni” to klasyczny kryminał. Może nie jakiś wybitny, ale spełniający oczekiwania. Morderstwo zostaje ukazane w możliwie delikatny sposób. Detektywi traktują podejrzanych z szacunkiem. Metodycznie zbierają informacje i starają się prześwietlić domowników. Szybko dochodzą do wniosku, że wszyscy zarówno mieli i nie mieli powodu zabijać dziadka. Trzeba tylko znaleźć tego, u kogo szala zysków przechyliła się w mroczniejszą stronę. Szepnę wam tylko, że zakończenie jest rewelacyjne. Kto je przewidział, ma mój szacunek.

Agatha Christie to mój literacki pewniak. Chętnie sięgam po jej książki i jeszcze się nie zawiodłam. „Dom zbrodni” zostanie w mojej pamięci dzięki świetnemu finałowi. Nie jest to długa książka – i dobrze – bo formuła przesłuchiwania kolejnych podejrzanych byłaby na dłuższą metę nużąca. Jest ona po prostu akurat w każdym calu.

1 Agatha Christie, „Dom zbrodni”, przeł. Anna Polak, wyd. Dolnośląskie, loc. 61 [e-book].

"Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater" Kurt Vonnegut

"Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater" Kurt Vonnegut

Bogacze często zakładają fundacje mające pomagać. Czy wynika to faktycznej chęci pomocy, a może tylko PR'u, albo okazji do uzyskania większych profitów pieniężnych np. ulg podatkowych. Eliot Rosewater chciał pomagać. Chciał przekształcić odziedziczony majątek w coś dobrego.

„Zrezygnował pan ze wszystkiego, za czym inni gonią, po to tylko, aby pomagać maluczkim, i ci maluczcy wiedzą o tym. Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater.”1 Ci, którzy uzyskali wsparcie są wniebowzięci, jednak postawa Eliota nie spotyka się z akceptacją rodziny i bogatych środowisk. Czy mężczyzna jest szalony ponieważ zrezygnował z pieniędzy ?

Kurt Vonnegut w satyrycznej odsłonie. Czytelnicy lubią kiedy satyra jest śmieszna. Kiedy autor przekształca gorzkie sprawy w żart, bawi ich słowem i sytuacją. Ta książka taka nie jest. Tym razem pisarz zamiast „nabijać się” z przywar tego świata, próbuje zamydlić czytelnikowi oczy, aby zastanowił się nad tym co społecznie akceptowalne.

Ogólne założenie powieści już znacie. Dziedzic wielkiej fortuny postanawia z niej zrezygnować i poświęcić się działalności charytatywnej. Eliot zostaje przedstawiony jako alkoholik, wariat, człowiek niespełna rozumu. Pieniądz ma się pomnażać, a nie rozdawać. Osoby walczące o uczciwą płacę nazywane są wyzyskiwaczami i trudno im coś zdziałać bo bezrobocie szaleje. To pracodawca dyktuje warunki. I tak sobie czytelniku wędrujesz przez tę powieść akceptując wartości, którymi kierują się jej bohaterowie. Dopiero po X stronach dociera do ciebie, że coś tu jest nie tak, że moralność i niemoralność została odwrócona do góry nogami.

Kurt Vonnegut jak zawsze wyjątkowo przenikliwie analizuje świat i rządzące nim mechanizmy. Czy faktycznie tajemnicą poliszynela jest, że biedacy to też ludzie?2 Czy pieniądz i hipokryzja zdominowały świat? Wreszcie, czy ty – drogi czytelniku – masz otwarte czy zamknięte oczy? Czy nie „zachorowałeś” na znieczulicę?

1 Kurt Vonnegut, "Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater", przeł. Lech Jęczmyk, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2021, s. 81.

2 Nawiązanie do słów jednej z bohaterek: Tamże, s. 72.

"Szczęśliwy książę i inne opowiastki" Oscar Wilde

"Szczęśliwy książę i inne opowiastki" Oscar Wilde

Oscar Wilde stał mi się bliski za sprawą mojej przyjaciółki, zachwyconej „Portretem Doriana Graya”. Ponieważ ja bardzo lubię klasyki literatury angielskiej, nie zwlekałam długo z sięgnięciem po tę książkę, a jej autor zagościł na stałe w moim sercu. Może wiecie, może nie wiecie, ale Oscar Wilde popełnił kilka baśni i to właśnie one, a nie jego najsłynniejsze dzieło będą przedmiotem tego tekstu.

Grudzień 2021. Wydawnictwo Zysk i s-ka wydaje zbiorek „Szczęśliwy książę i inne opowiastki”, a Asia zaciera rączki na myśl, że wyląduje na jej półce. Co w nim znajdziecie? 5 cudownych opowiadań: „Szczęśliwy książę”, „Słowik i róża”, „Samolubny olbrzym”, „Prawdziwy przyjaciel”, „Prześwietna petarda”. Są one utrzymane w grimmowskim mrocznym klimacie, ale dużo bardziej poetyckie, wręcz eteryczne. O czym one są? O ludziach. Oscar Wilde subtelnie acz stanowczo wypomina egoizm, głupotę, próżność, naiwność. Jak na porządne baśnie przystało mamy tu wyraziste postacie, które reprezentują określone postawy życiowe. Czy morał tych opowiastek jest prawdziwy? Są to raczej historie ku przestrodze. Takie, które mają prowokować czytelnika do zastanowienia się nad własnym zachowaniem, charakterem itp.

Atutem jest wydanie książki. Począwszy od tajemniczego granatu na okładce po klimatyczne ilustracje. Co ciekawe ich autorem jest Charles Robinson, który żył na przełomie XIX i XX wieku. A same rysunki powstały dla wydania z 1888 roku.

Teksty zawarte w tym zbiorze znałam wcześniej, ale wróciłam do nich z ogromną przyjemnością. Ja generalnie jestem fanką klasycznych baśni wychowaną na braciach Grimm i tego typu publikacje darzę sentymentem. Kiedy czytam opowiastki Oscara Wilda za każdym razem się wzruszam, a wam polecam ten rodzaj wzruszenia.

„Sztuka fermentacji” Sandor Ellix Katz

„Sztuka fermentacji” Sandor Ellix Katz

 Jak to jest że z ogórka powstaje kiszeniaczek. Dzieje się taka magia, która zwie się fermentacja.

„(…) fermentacja to transformacja jedzenia, jakiej dokonują rozmaite bakterie, grzyby i produkowane przez nie enzymy.”1

Jest to proces naturalny. Można wręcz powiedzieć, że „Żywność fermentowana jest żywa i dynamiczna (…)”2 Sprytny człowieczek wymyślił sobie: „Jeżeli mamy cieszyć się urodzajem, musimy opracować metody konserwacji plonów oparte na wykorzystaniu mikroorganizmów.”3 Dzięki temu powstały takie pyszności, jak kiszone owoce i warzywa, zakwas do chleba, alkohol, sery, sosy itp. „Zagłębianie tajników sztuki fermentacji pozwala ludziom zrozumieć, że są w stanie zadbać o siebie w sposób, o którym dotychczas nie mieli pojęcia.”4 Sandor Ellix Katz w książce „Sztuka fermentacji” pokazuje, że temu procesowi poddać można niemal wszystko, a do tego nadaje mu niemal rytualny charakter. Bo fermentacja to również element kultury. „Bezskutecznie usiłowałem znaleźć kulturę, w której nie pojawia się żadna forma fermentacji. Proces ten stanowi w gruncie rzeczy centralny punkt wielu, a może nawet większości kuchni.”5 pisze autor. Weźmy więc go – proces nie autora – pod lupę.

„Sztuka fermentacji” to zarówno poradnik, jak i kompendium wiedzy o fermentacji. Autor jest prawdziwym pasjonatem. Sam eksperymentuje, ale poza tym posiada ogromną wiedzę na poruszany temat. Widać, że nie jest to ktoś kto po prostu zamknął ogórki w słoiku i patrzy co się wydarzy. Polubił to zajęcie i zgłębił jego tajniki we wszelkich źródłach. To co znajdziemy w jego książce to nie gotowe receptury. Sandor Ellix Katz zachęca nas do eksperymentów, ale zanim je zaczniemy musimy zrozumieć charakter fermentacji. Musimy zrozumieć jak to działa. I on chce nam w tym pomóc.

Słabych stron tej publikacji nie widzę. Widzę natomiast trzy wielkie atuty.

Po pierwsze, znajdziemy tu produkty kuchni całego świata, a co za tym idzie różne techniki fermentacji. Jest to niezwykła kulinarna podróż, która otwiera oczy na dobrze znane produkty, jak i kompletnie nowe smaki.

Po drugie, Sandor Ellix Katz wspaniale pisze. Ze stron książki bije jego pasją, którą łatwo się zarazić. W tekście znajdziemy wiele fachowych pojęć, ale emanują one pięknem. Mamy wrażenie, że uczestniczymy w szczególnego rodzaju rytuale. Możemy poczuć się jak ten młodzieniec, który pierwszy raz zobaczył obnażoną kobiecą pierś i ma wrażenie, że to najwspanialszy widok na świecie.

Po trzecie, wydanie. Ja mam w swojej biblioteczce już trzecie wydanie tej książki [Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2021] i jest ono obłędne. Począwszy od okładki, która wspaniale wprowadza w książkę - niby ogórki, marchew, fasola, a przedstawione z artystyczną nutką – przez delikatne, klimatyczne ilustracje w samej publikacji, po taką banalną rzecz jak odpowiednie wyróżnienie rozdziałów i ich poszczególnych części. To wszystko razem tworzy apetyczną kompozycję. W tym miejscu wspomnę jeszcze o rozbudowanych przypisach – co prawda są to odnośniki do publikacji angielskojęzycznych, ale dla mnie to duży plus, że źródła są podane – oraz indeksie, który pomaga poruszać się po książce.

„(…) w społeczeństwie wciąż funkcjonuje pogląd, że są [bakterie] naszymi wrogami.”6 Sandor Ellix Katz natomiast opisuje, jakie cuda potrafią te mikro żyjątka czynić. „Treścią niniejszej książki, inspirowaniem do eksperymentowania z fermentowaniem pokarmów i napojów zachęcam czytelników nie tylko do nieobawiania się bakterii i grzybów potrzebnych do procesu fermentacji, ale także do pielęgnowania samej świadomości naszego koewolucyjnego charakteru – bycia częścią rozległej pajęczyny życia.”7 Myślę, że ten cytat wspaniale podsumowuje o czym jest „Sztuka fermentacji” - książka o czerpaniu z dobra natury. „Czy zakwaszające bakterie obecne w mleku albo drożdże w skoku z winogron to nasi służący? A może to my wypełniamy ich wolę tworząc specyficzne środowisko, w którym mogą się tak swobodnie rozmnażać.”8 Zagłębiając się w tajniki procesu fermentacji dociera do nas, jak to wszystko mądrze zostało stworzone.

1 Sandor Ellix Katz , „Sztuka fermentacji”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece Białystok 2021, s.33.

2 Tamże, s. 58.

3 Tamże, s. 40.

4 Tamże, s. 48.

5 Tamże, s.40.

6 Tamże, s. 47.

7 Tamże, s. 49.

"Diaspora" Greg Egan

"Diaspora" Greg Egan

Komputer stał się jednym z obowiązkowych sprzętów w naszych domach. Wszelakie programy znacznie ułatwiają nam życie. U mnie w pracy kiedyś stwierdzono, że młodsze roczniki mają coraz brzydsze pismo – czyżby efekt powszechnych edytorów tekstu? Greg Egan w powieści „Diaspora” mocno integruje człowieka z cyfrowym światem. W książce tej cielesność odchodzi do lamusa. Ludzie stają się nieśmiertelni wiodąc życie pośród serwerów, właśnie jako oprogramowanie. Zapraszam was na spacer po obwodach.

Tekst ten będzie bardzo krótki i chyba trudno nazwać go recenzją. Długo zastanawiałam się, czy napisać kilka słów o „Diasporze”. Jest to powieść bardzo trudna. Osadzona w kwantowym wymiarze. Faktem jest jednak, że książka mnie zachwyciła warstwą językową. Wyobraźcie sobie malarza, który, pozornie, niedbale chlapie farbą na płótno. Efektem tych nonszalanckich ruchów jest wspaniała kompozycja. Wyobraźcie sobie koncert światła, festiwal kolorów i iluminacji. Zatopcie się w tej wizji i pozwólcie, żeby feeria barw i kształtów was wessała. Takie jest czytanie „Diaspory”. Na początku książki Greg Egan serwuje nam opis narodzin. Wygląda to niczym symulacja Wielkiego Wybuchu. Wszystko się kotłuje, miesza, iskrzy. Jest to tak sensualne doświadczenie, że czujemy się częścią procesu. Nagle pojawia się ikona – symbol nowego życia – i zaczyna porozumiewać się z innymi ikonami (jakby programy na komputerze ze sobą rozmawiały). Czytam i myślę: „Wow, co tu się dzieje?!).

Diaspora” to powieść [bardzo] hard science. Ten rodzaj fantastyki zawsze wzbudza moje obawy i niezbyt często decyduję się go czytać. Greg Egan kupił mnie swoim odważnym pomysłem i brawurową realizacją. Napisał książkę, która przekracza granice wyobraźni. Perła w literaturze science-fiction.

"Pamięć zwana Imperium" Arkady Martine

"Pamięć zwana Imperium" Arkady Martine

Ambasador – reprezentant państwa - to dostojna, zaszczytna funkcja. Jednak, kiedy trafi się na obce terytorium, z wyróżnieniem może wiązać się również niebezpieczeństwo. Tak wygląda to w powieści Arkady Martine „Pamięć zwana Imperium”. Stacja Lsel musi „na gwałt” wysłać nowego przedstawiciela do stolicy Imperium Teixcalaanlijskiego, ponieważ poprzedni nie żyje i najprawdopodobniej został zamordowany. Wybór pada na Mahit Dzmare. Kobieta wyrusza do Miasta zrealizować swoją misję. Zderzy się z wysublimowaną kulturą. Będzie brylować między politycznymi intrygami, w których zagrożone może być i jej życie.

„Pamięć zwana Imperium” to wyjątkowy zlepek różnych typów powieści. Ogólnie możemy powiedzieć, że to fantastyka, ale ci którzy po nią sięgają na pewno będą chcieli więcej informacji. Określiłabym tą powieść jako kryminał science-fiction o politycznym zabarwieniu z klimatem książek fantasy. Autorka wykreowała świat inspirowany kulturą Azteków i Imperium Bizantyjskim, który znajduje się gdzieś tam w kosmosie, który jest wysoko rozwinięty zarówno technologicznie jak i kulturowo. Osią fabuły są jednak intrygi, a szczególnie pytanie: „Dlaczego poprzedni ambasador zginął?”. Z jednej strony tworzy to bardzo lekkie, rozrywkowe wrażenie, ale z drugiej śledzenie potyczek na szczytach władzy oraz nazwy, na których można połamać sobie język mogą stać się dla czytelnika wyzwaniem.

Przyznam, że Imperium, jako miejsce, mnie zafascynowało. Jego mieszkańcy wydali mi się niczym bogowie. Wyniośli, dostojni, nie okazujący emocji, a przede wszystkim lubujący się w etykiecie. Szczególnie ważną role odgrywa język. Jest to naród – jeżeli można to tak określić – kochający poezję. Można napisać, że słowo ma moc burzyć mury. W tych lingwistycznych niuansach będziemy musieli odnaleźć się razem z główną bohaterką. Wyraz, kontekst, sposób wypowiedzenia – to wszystko ma znaczenie.

Arkady Martine nie zabrakło pomysłu, dodała natomiast do niego zbyt mało dynamiki. Imperium i jego obyczaje. cały czas jest tłumaczone Mahit. Otrzymuje ona przewodniczkę kulturową – asekretę o imieniu Trzy Trawa-Morska. Przy pomocy dialogów autorka stara się opisać świat z powieści. Efekt tego jest nieco łopatologiczny, a sama ambasadorka wydaje się ignorantką wiedząc tak mało o miejscu, do którego przybyła, co też umniejsza jej rangę. Do tego książka została napisana dość statycznie. Nie zaprzeczę, że język jest piękny i fabuła bogata w wydarzenia, ale nie ma w tym energii. Chociażby taka scena zamachu – ludzie giną, gruz lata w powietrzu, a ja z pełnym spokojnie przykładam kartki. Być może opanowanie Teixcalaanlitzlim nadaje całej książce podobny ton. Fakt jest taki, że zaczęłam czytać zachwycona, a mniej więcej w połowie miałam mocny spadek formy.

„Pamięć zwana Imperium” zdobyła w 2020 roku nagrodę Hugo. Czy konkurencja była mocna? Nie wiem. Domyślam się, że nagrodzona została oryginalność, której tutaj nie brakuje. Ja doceniam pomysł i podziwiam kilka rozwiązań wykreowanych przez autorkę. Jednak po powieści o kryminalnym charakterze oczekuję więcej napięcia. Warstwa fantastyczna jest na tak, akcja natomiast potrzebuje ożywienia.

”Bajki postnuklearnej pustyni” Michał Głowacz

”Bajki postnuklearnej pustyni” Michał Głowacz

Czy bajki są wyłącznie dla dzieci? Właściwie ewoluowały od historii dla dorosłych po takie dla najmłodszych. I tak w naszej świadomości funkcjonują. Pisarze tworzą bajki raczej z myślą o małych czytelnikach. Do korzeni tego typu literatury wraca poniekąd Michał Głowacz. Napisał on publikację pt.: ”Bajki postnuklearnej pustyni”. Nie ma wątpliwości, że to nie jest miejsce przeznaczone dla dzieci.

W książce znajdziemy, krótkie opowiadania utrzymane w baśniowej estetyce. Znajdziemy tu wszelkiego rodzaju „Dawno, dawno temu...” charakterystyczne dla bajek. Spotkamy tu wszelkiej maści księżniczki, rycerzy, demony, magiczne stworzenia itp. Są to bajki pełną gębą, moi Państwo. Jak powinno być w porządnej bajce Michał Głowacz stara się opatrzyć je morałem. Z jego jasnością bywa różnie. Pamiętam, jak przy okazji recenzji innej książki zarzucono mi, że czegoś nie zrozumiałam. Odpowiedziałam na to, że to zadanie autora klarownie przedstawić swój pomysł. Trafia on na czytelników o różnych doświadczeniach, wrażliwości, inteligencji. Mają oni prawo odmiennie interpretować tekst. Sztuką jest dotrzeć do każdego z nich. Wracając do prezentowanej książki. Nie każde z opowiadań miało to coś, co trafiło do mojego serducha, ale znalazłam tu kilka interesujących utworów.

Nie będę ukrywać, że przymiotnik „postnuklearny” w tytule zwabił mnie do tej książki. Postapokaliptyczne elementy zostały przez pisarza fajnie wykorzystane. Wszędzie unosi się radioaktywny pył, rodzą się zmutowane dzieci, spotykamy złomiarskie konstrukty itp. Jednak jest to tylko tło – i to należy podkreślić. Nietypowe jak na bajki, ale w takich „promiennych” odcieniach Michał Głowacz widzi te opowiastki.

„Bajki postnuklearnej pustyni” to niesztampowa propozycja czytelnicza. Wbrew tytułowi nie jest to książka wyłącznie dla fanów fantastyki. Jeżeli nie przeszkadza wam „radioaktywne” tło zawartych w niej opowiadań, poczytajcie sobie bajkę na dobranoc. Zielonkawy pył może przygnać błyszczące sny.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger