"Ciemność" Jozef Karika

"Ciemność" Jozef Karika

„Brak dźwięków, cisza, wręcz podejrzana cisza”1, a tej ciszy on, samotny i przerażony. Chciał odpocząć, a musi zmierzyć się z demonami. Musi odróżnić realne zagrożenie od fantasmagorii, które podsyła mu podświadomość. Jozef Karika w powieści „Ciemność” wysyła swojego bohatera do górskiej chaty. Zima, odludzie, cisza, kojące właściwości lasu – żyć nie umierać. Tylko kiedy „nie umierać” trzeba zinterpretować dosłownie, otoczenie traci piękne atrybut, a staje się wrogiem.

Jozef Karika tworzy historie, które zarażają paranoją toczącą ich postacie. I tak też jest w przypadku „Ciemności”. Czytałam i mózg kazał mi śledzić i oceniać prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń, jednak nie byłam w stanie. Stan psychiczny bohatera tak na mnie oddziaływał, że nie miałam czasu na analizę. Musiałam zmierzyć się z tym co on. Nie byłam w stanie ocenić, co jest prawdą, a co majakami wystawionego na ekstremalne doświadczenia umysłu. Odczuwałam bezpieczny komfort fotela, ale ciemność wkradał się też w moją głowę zatruwając ją doznaniami i emocjami jej bohatera.

Fabuła „Ciemności” jest o tyle interesująca, że zaciekawiają nas dwie rzeczy. Po pierwsze, co się wydarzyło, że główna postać znalazła się w takiej sytuacji (wybaczcie, że piszę tak ogólnie, ale skoro wydawca w opisie nie zdecydował się zdradzić szczegółów i ja tego nie zrobię). Po drugie, jak to wszystko się skończy i kim stanie się bohater, po incydencie w górach. Kiedy zbliżamy się, ku finałowi te dwie kwestie zaczynają się zazębiać, a nas przenika coraz bardziej dotkliwe zimno, bo „(…) złych rzeczy nie da się tak po prostu wytrząsnąć; zła, które zagnieździ ci się w głowie, nie wytrząśniesz ot tak. Ciemności też nie.”2 Jozef Karika wędruje nie tylko po słowackich górach, ale wchodzi w głąb ludzkiego umysłu wyszukując w nim „tarcz”, które służą do obrony. Jeden z takich mechanizmów opisuje w tej powieści. Gratka dla czytelników mających zacięcie psychologiczne.

„Każdy gwizd wiatru pozostawiał we mnie głęboką bruzdę”3 mówi bohater książki, a „Ciemność" jest tego rodzaju opowieścią, która zostawia głęboką bruzdę w czytelniku. Karika tworzy postacie, od których trudno nam się zdystansować. Jest reprezentantem sensualnego odłamu literatury grozy. Daleko mu do makabry, ale potrafi przeszyć mocniej niż najostrzejszy nóż.

1 Jozef Karika, „Ciemność”, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2020, s. 86.

2 Tamże, s. 30.

3 Tamże, s. 55.

"Ludzie dla ludzi" Benjamin Zephaniah

"Ludzie dla ludzi" Benjamin Zephaniah

Człowiek jest istotą społeczną. Potrzebujemy innych ludzi, żeby się wygadać, przytulić, pośmiać, wspierać i do wielu innych rzeczy. Do czego jeszcze wymienia Benjamin Zephaniah w poemacie dla dzieci „Ludzie dla ludzi”.

Mam mieszane uczucia na temat tego utworu. Można nazwać to ironią losu, kiedy introwertykowi mówi się, że potrzebuje ludzi. Od razu załącza mi się mowa o jakości tych relacji, jednak pukam się w głowę i mówię sobie: „Kobito, nie komplikuj sprawy”. Mamy do czynienia z książką dla dzieci, która ma mieć prosty przekaz – dla zdrowego rozwoju potrzebujemy rodziny, przyjaciół, ludzi. Szczegóły można doprecyzować dyskusji lub sięgnąć po inne książki – na pewno znajdziecie coś co was zadowoli.

Porzuciłam więc swoje introwertyczne podejście do ludzi i postawiłam sobie inne pytanie: „Czy publikacja ta może spodobać się dzieciom?” Zacznijmy od wersji wizualnej [wyd. Świetlik 2023]. Jest obłędna. Ilustracje są przebogate. Mnóstwo na nich postaci, które robią wspólnie czasami wyjątkowe, a czasami prozaiczne rzeczy. Emanuje z nich radość, zadowolenie. Mój roczny synek nie mógł się oderwać od książki. Po swojemu wypytywał się, co robią kolejne osoby.

Teraz czas na sam wiersz. Niczym mnie nie zachwycił, a właściwie wydał mi się nudny. Poemat nie opowiada, żadnej historii, a na to zwraca uwagę moja pięcioletnia córka. Rymy też „szału nie robią”. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy też taki jest sposób wyrazu Bejamina Zephaniaha, ale odniosłam wrażenie, że dostałam zbiór wytycznych, myśli zakończonych tę samą frazą. Szczerze to czułam się, jakby ktoś chciał mi wbić ją do głowy, a moje introwertyczne usposobienie mocno się buntowało.

Z przesłaniem zawartym w publikacji „Ludzie dla ludzi” Benjamina Zephaniaha trudno polemizować, chociaż moja filozofia życiowa „krzyczy”, żeby je doprecyzować. Moim dzieciom chcę pokazać, ze potrzebują ludzi, ale nie za wszelka cenę. Mają pamiętać o jakości tych relacji, żeby ich nie zniszczyły. Sam poemat też nas nie zachwycił. Lubimy i szukamy fabularyzowanych publikacji, a ta jest raczej zbiorem myśli. Przypadły nam natomiast do gustu ilustracje, a szczególnie najmłodszemu członkowi rodziny. Kolorowe, bogate, wesołe. Trochę żałuje, że książka nie jest „kartonówką”, bo małe rączki rocznego chłopca szybko pogniotą kartki.


Książka "Ludzie dla ludzi" dostępna jest w księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl  Sprawdźcie inne nowości z oferty księgarni.


[Egzeplarz recenzencki]

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

"Cytoniczka" Brandon Sanderson

Spensa – bohaterka cyklu „Skyward” Brandona Sandersona – ciągle poszukuje odpowiedzi. Kim jest? Kim są i co planują jej wrogowie? Dlaczego wszechświat jest akurat tak zorganizowany? Dlaczego neguje się agresję, ale walka ciągle trwa? Czy trzeci tom pt. „Cytoniczka” przyniesie wytłumaczenia, a może pojawi się w nim jeszcze więcej problemów?

Brandon Sanderson rzuca Spensę w zupełnie nowe środowisko. Tło, które zaproponował jest dla mnie nieco trudne w odbiorze. Rządzą się w nim całkiem inne zasady fizyki, działa ono w szczególny osób na istoty, które w nim przebywają. Do tego mam wrażenie, że wygląda to trochę inaczej w zależności od postaci. Czytelnicy muszą zaaklimatyzować się w tym miejscu. Ciekawe jest to, jak w kolejnych częściach cyklu Brandon Sanderson poszerza pole akcji. Najpierw jedna planeta, potem wypuszcza bohaterkę na inną, na której pokazuje różnorodność zaprojektowanego świata, wrzeszczcie „otwiera” inne wymiary. Robi to stopniowo, jednak każda kolejna książka jest pewnego rodzaju szokiem dla czytelnika. Musi odrzucić to co już wie i otworzyć głowę na nowe.

Spensa, niczym Dorotka krainę Oz, przemierza tzw. niebyt. Szuka w nim historii, które maja nauczyć ją przeszłości i dzięki temu zrozumieć teraźniejszość Autor „pochował” te wspomnienia w interesujący sposób, a my razem z bohaterami musimy je poskładać i zinterpretować. Przyznam, że liczyłam na bardziej konkretne odpowiedzi, ale Brandon Sanderson nie tłumaczy nam wszystkiego „łopatologicznie”. Jednak nie jest źle. Dowiadujemy się dużo o miejscu akcji i istocie jego problemów.

W „Cytoniczce” pisarz zadbał o balans między akcją, a genezą tej historii i przedstawieniem postaci (bo trzeba zaznaczyć, że te, które już znamy z poprzednich części zeszły na dalszy plan, mamy natomiast wachlarz całkiem nowych bohaterów). Łatwo wyśledzić fragmenty, gdzie odbywa się walka, ktoś się przedstawia, albo Spensa znajduje kolejny kawałek układanki. Mnie odpowiada taka przejrzysta struktura. W pewien sposób ułatwia to poruszanie się po powieściowym uniwersum.

Zaskoczyło mnie dokąd doprowadziła nas ta historia. Zaczynając przygodę z cyklem „Skyward” w życiu nie przypuszczałam, że będzie miał tak szeroki kontekst. Odpowiada mi tempo, jakie Brandon Sanderson nadał tej opowieści. Nie czuję się wrzucona „na głęboką wodę”, a stopniowo wprowadzana w jej odmęty. Jestem w takim momencie, że już nie oceniam, a ufam autorowi. Wiem, że gdziekolwiek mnie zaprowadzi, odnajdę się w tym miejscu.


[Egzemplarz recenzencki]

"Ostatnia podróż" Aleksandra Tyl

"Ostatnia podróż" Aleksandra Tyl

Media społecznościowe pokazują wyidealizowane życie. Pięknie wykreowane kadry wzbudzają zazdrość „szaraczków”. Natomiast w literaturze obyczajowej widzę przeciwną tendencję. Tam musi być dramat. Tragedia głównych bohaterów wzrusza czytelników wywołując zachwyty. W ten sposób próbuje oczarować nas Aleksandra Tyl w powieści „Ostatnia podróż”. Jej bohaterka to eksmodelka spełniająca się, jako matka. Zdrowe dzieci, zagraniczne wakacje, markowe ciuchy – może się wydawać, że niczego jej nie brakuje. Jednak niepokoi ją zachowanie męża, który oddala się od rodziny. Wyjaśnienie jego postępowania przychodzi podczas bajkowego rejsu we dwoje. Dla kobiety będzie to cios.

Aleksandra Tyl opisuje nieidealne życie. Patrycja, główna bohaterka, jest sfrustrowana codziennością. Symbolizuje te wszystkie złe chwile, kiedy mamy ochotę po prostu wyjść z domu i nie wracać. Jest to taka postać, o której czytamy i myślimy sobie, że inni radzą sobie gorzej. W tym „jak mi źle” kobietę spotyka tragedia wykraczająca poza sferę codziennych niedogodności. Jaka? Tego dowiecie się z książki. W tym miejscu wyłącznie podkreślę kontrast pomiędzy pięknem i dostatkiem poznanej w powieści rodzinny (w tym okolicznościach cudownego rejsu), a tragedią, jaka ją dotknęła.

Powieść jest niewątpliwie wzruszająca. Po prostu są pewne tematy, które zawsze chwytają za serce. Natomiast mi nie do końca pasował styl autorki. Kiedyś napisałam o Vladimirze Wolffie, że czuję pewne porozumienie z jego prozą. W przypadku Aleksandry Tyl – a raczej powieści „Ostatnia podróż”, bo innych książek autorki nie znam - było kompletnie inaczej. Czytając miałam wrażenie, jakby w tle coś nieprzyjemnie brzęczało. Trudno mi nazwać swoje odczucia, bo są to takie drobne zgrzyty, które w moim zdaniem wymagały wygładzenia. Preferuję również powieści bardziej skoncentrowane na temacie, a Aleksandra Tyl chciała pokazać bohaterów w szerokiej perspektywie i opisała wiele, nawet nie wątków pobocznych, ale po prostu scenek, które nie miały, aż tak mocnego związku z główną linią fabularną. Widzę pewne plusy takiego rozwiązania np. dobre poznanie bohaterów, nawiązanie z nimi więzi, jednak ja preferuję konkretniejsze pisanie.

„Ostania podroż” Aleksandry Tyl to ładna książka, która może przypaść do gustu czytelnikom literatury obyczajowej. Szczególnie tym, którzy lubią, jak pisarze poruszają trudne tematy. Macie przed sobą powieść bez fikuśnych zabiegów literackich, ale przemyślaną i wzruszającą. W mojej ocenie mogłaby być bardziej konkretna, aczkolwiek – to muszę zaznaczyć – autorka nie pisze rozwlekle, raczej wolałabym, aby bardziej skupiła się na temacie. Jeżeli jednak lubicie zobaczyć bohaterów w szerokiej perspektywie, w różnych sytuacjach, być może nie będzie wam to przeszkadzać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Miasto labiryntów" Jarosław Adam Kalinowski

"Miasto labiryntów" Jarosław Adam Kalinowski

Znajdziemy miejscowości, które są istną plątaniną uliczek. Jednak ja zaproszę was do, pod tym względem wyjątkowego, miejsca, w którym bardzo łatwo się zgubić. Kochani, kto ma odwagę odwiedzić „Miasto labiryntów”?

Publikacja, którą przygotował Jarosław Adam Kalinowski to miód na moje serce. Uwielbiam książki z zadaniami, które łączy jakiś motyw. W tym przepadku mamy skarbnicę labiryntów, ale to nie wszystko. Książka jest fabularyzowana. Na pierwszej stronie wita nas burmistrz miasta, z którym przekraczamy jego bramy. Potem poznajemy kolejnych mieszkańców i miejsca, a w każdym z nich trzeba rozwiązać jakiś problem pokonując poplątane korytarze labiryntów. Zadania są ze sobą powiązane i płynnie przechodzą z jednego w drugie. Taka forma wciąga w wir przygody.

Różnorodność labiryntów jest zachwycająca. Będziemy poruszać się po ekranie radaru, po ciele robota, po kopertach, balonach, liliach wodnych, we wnętrzu jabłka. Mogłabym długo wymieniać. Autor naprawdę puścił wodze wyobraźni projektując tę publikację. Fakt, że momentami odbiorca musi się zastanowić, jak poruszać się po danym terenie, ale coś za coś. Po to sięgamy po takie książki, żeby ruszyć głową.

Dla kogo jest przeznaczona ta publikacja? Na moje oko, jest to świetna zabawa, dla małych i dużych. Zabawne, kolorowe ilustracje zaproszą tych pierwszych do zabawy, a skomplikowane zawijasy niektórych labiryntów zachęcą tych drugich do dołączenia. Powiem wam, że niektóre zadania są naprawdę trudne i można dostać oczopląsu, kiedy patrzy się na zamotany zbiór, w którym mamy znaleźć drogę. Nie szalałabym z zakupem książki, dla młodszych dzieci, bo mogą się zniechęcić. Co prawda moja pięcioletnia córka rozwiązała kilka zadań, ale z naszą pomocą i szybko się zmęczyła. W tej zabawie potrzeba jednak nieco cierpliwości. Wracając jeszcze do poziomu trudności. Właściwie trochę brakuje jego oznaczenia. Przyznam, że nie za bardzo mam pomysł, jak go ocenić, ale w wydawnictwie powinni znaleźć się ludzie biorący forsę za takie rzeczy. Zadanie dla nich.

Publikacja „Miasto labiryntów” okazała się zajmującą zabawą. W dzieciństwie przebyłam mnóstwo labiryntów w różnych kreatywnych książkach, ale podobnej do tej nie kojarzę. Zawiera tylko jeden typ zdań, a przy tym tak różnorodnie opracowanych graficznie, że każde kolejne jest dla nas wyzwaniem. Do tego fabuła, która je spaja jest genialnym dodatkiem. Jarosław Adam Kalinowski nie tylko narysował gors labiryntów, ale wcielił się w „mistrza gry” przygotowując zabawną oprawę.

„Do ostatniej kości” Camille DeAngelis

„Do ostatniej kości” Camille DeAngelis

Słysząc, że bohaterami książki są kanibale myślimy, że będziemy czytać horror o ludach plemiennych ewentualnie krwawych rytuałach. Camille DeAngelis mówi: „Niespodzianka!”. Jej bohaterowie to ludzie młodzi, zagubieniu. Co prawda, nie mogą opanować żądzy ludzkiego mięsa, a ich instynkty są niemal zwierzęce, jednak budzą w czytelnikach coś na kształt współczucia. Szczególnie Maren, główna bohaterka. Nastolatka zostaje porzucona przez rodzinę. Pakuje do plecaka ulubione książki oraz kilka najpotrzebniejszych rzeczy i rusza przez Amerykę, w poszukiwaniu, nie ofiar, a przyczyny swojego głodu.

„Do ostatniej kości” trudno nazwać horrorem – czego początkowo się spodziewałam – jest to klasyczna powieść drogi. Maren odwiedzi różne miejsca i spotka różnych ludzi. Spotka się z życzliwością, ale też agresją. Przeprowadzi szereg rozmów – głębokich i banalnych – i obserwacji. Ta droga ma na celu pomóc dziewczynie, zrozumieć kim jest, a – jak już wspominałam – trudno nazwać ją zwykłą. Maren pożera tych, którzy obdarzą ją zainteresowaniem, uczuciem, uśmiechem. Nie potrafi opanować swojego głodu. Wie, że to co robi jest złe, że trzeba to ukrywać, a jednak jest to silniejsze od pragnienia bycia normalną. Dziewczyna rozpaczliwie szuka akceptacji. Ciągle zastanawia się, czy są na świecie inni ludzie podobni do niej. Chce być zrozumiana. Chce należeć do jakiejś wspólnoty, a nie tylko uciekać.

Pomimo „krwawych” bohaterów Camille DeAngelis napisała subtelną powieść. Próżno szukać tu krwawych scen. Autorka ukryła je za delikatnymi opisami i czytelnik doznaje szoku, kiedy uświadamia sobie, że właśnie ktoś został zjedzony, albo że czerwona barwa na ustach głównej bohaterki to nie pomadka. Podczas czytania nie dawało mi spokoju pytanie, dlaczego autorka obdarzyła bohaterów tak nietypową przypadłością. Książek o ludziach samotnych, niepasujących znajdziemy mnóstwo, jednak zagubiona kanibalka – tak chyba jeszcze nikt nie kombinował. Czy Maren jest aż tak zaborcza wobec osób, które obdarzyły ją przyjaźnią?

Będę do znudzenia podkreślać, że „Do ostatniej kości” ma charakter powieści drogi. Tego typu książki są sentymentalne, a momentami nawet oniryczne. Mało w nich zwrotów akcji, więc dla wielu czytelników wydają się nudne. Ich bohaterowie wędrują na nogach, ale też mentalnie. Ja nie jestem wielką fanką tego typu literatury, dlatego moja ocena będzie nieco zaniżona. Niemniej miłośnikom takich książek mogę tę powieść polecić. Jest wierna konwencji, ale nieszablonowi bohaterowie postawiają pole do interpretacji.

[Egzemplarz recenzencki]

„Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” Philipp Dettmer

„Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” Philipp Dettmer

Odporność to gorący temat, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Znajdziemy wiele „dobrych rad”, jak ją „podrasować”. Jednak żeby coś naprawiać, najpierw trzeba to zrozumieć. W tym przypadku zadanie nie jest proste, bo – jak podkreśla Philipp Dettmer, popularyzator nauki i autor publikacji „Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu” - mamy do czynienia z wyjątkowo złożonym i skomplikowanym układem, którego nawet immunolodzy do końca nie rozumieją. Dlatego też powstała wspomniana książka, aby możliwie najprościej opisać działanie układu odpornościowego. Z ciekawością i entuzjazm przystąpiłam do czytania. Efekt pracy, jaką wykonał autor, jest oszałamiający.

„Odporność” to literatura popularnonaukowa najwyższych lotów. Philipp Dettmer zaprasza czytelnika do podróży w głąb ciała. Wkraczamy w wir przygody, która odbywa się w mikrokosmosie. Poszczególne narządy, komórki, białka, bakterie inne „stworki” stają się literackimi bohaterami. Autor jest mistrzem trafnych metafor. W jednym z początkowych rozdziałów opisuje infekcję bakteryjną. Jej powodem jest nadepnięcie na gwóźdź. Co się wtedy dzieje w organizmie: „Zginęły już setki tysięcy komórek, zostały rozerwane na strzępy przez obcy, wrogi przedmiot, który nagle w nie uderzył. Wiele jest rannych. I podobnie jak w czasie katastrofy w ludzkim świecie zaatakowani krzyczą z przerażenia i w panice wysyłają sygnały alarmowe do wszystkich, którzy są gotowi je odebrać. Okrzyki paniki, rozrzucone wnętrzności martwych komórek i odór tysięcy wrogich bakterii przenikają do otaczających tkanek, wszczynając alarm.”1 Przyznacie, że ten opis cudownie działa na wyobraźnię. Czytelnik jest przerażony i ciekawy co dalej wyniknie z tej potyczki, ile jeszcze ofiar pochłonie pole bitwy. Pozostając w wojennej stylistyce, to opowiadając o infekcji wirusowej, autor pisze: „Wirusy nie chcą wzbudzić zainteresowania. Początki infekcji wirusem grypy typu A mniej przypomina frontalny atak, a bardziej inwazję komandosów, którzy starają się dyskretnie i po cichu rozbić naszą obronę.”2

Philipp Dettmer przyznaje, że gdzie się da stara się upraszczać temat. Tu jako przykład mogę zacytować jedną z definicji: „(…) antygen to fragment wroga, który nasz układ odpornościowy jest w stanie rozpoznać.”3 - krótko, jasno i na temat. Pojawią się pewnie zaniepokojone głosy, czy wywód nie traci na tych uproszczeniach. Moim zdaniem wręcz zyskuje, bo czytelnik dostaje coś, co czyta się przyjemnie. Nie męczy się z naukową nomenklaturą, nie szuka panicznie słownika do pomocy. Wszystko otrzymuje „podane na tacy”, idealnie ugotowane i doprawione.

Można dyskutować, czy biologia jest tak skomplikowana, jak chemia czy fizyka. Natomiast nie można zaprzeczyć, że jest naszpikowana specyficznymi terminami i trzeba mieć pewne podstawy nauk ścisłych, żeby zrozumieć jej procesy, a na hasło „nauki ścisłe” wielu z nas dostaje dreszczy. Dlatego takie osoby jak Philipp Dettmer są potrzebne, o czym świadczy chociażby popularność jego kanału na YouTube (na dzień pisania tego tekstu czyli 22.01.2023 miał prawie 20 milionów subskrybentów). Ludzie chcą wiedzieć, chcą rozumieć. Pragniemy wiedzy podanej w przystępny sposób i jak ktoś potrafi to zrobić jest na dobrej drodze do osiągnięcia sukcesu.

1 Philipp Dettmer, „Odporność. Podróż w głąb tajemniczego układu, który utrzymuje nas przy życiu”, przeł. Alicja Unterschuetz, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2022, s. 71.

2 Tamże, s. 218.

3 Tamże, s. 134.


[Egzemplarz recenzencki]

"Gaudensia. Zwycięstwo pożądania" Vallerina P.

"Gaudensia. Zwycięstwo pożądania" Vallerina P.

Przez świat przetoczyła się rewolucja seksualne, ale seks dalej pozostał w sferze tabu. Czasami nawet małżonkowie – ludzie połączeni szczególną więzią – nie potrafią rozmawiać o swoich potrzebach. Pożądanie jest kwestią problematyczną. Mówi się nam, że powinniśmy realizować swoje namiętności, być otwarci w tym temacie. Czy potrafimy?

Vallerina P. napisała powieść „Gaudensia. Zwycięstwo pożądania”. Namiętność gra w niej pierwsze skrzypce. W przedmowie autorka mówi o tym, że skupia się na pożądaniu, cielesności, a inne wątki rozwija na tyle, ile wymaga bieg fabuły. Przyznam się, że w tym momencie miałam obawy, czy nie będą one jedynie pretekstem do różnych „fiku-miku”, ale okazało się, że czytelnicy dostają w ręce pełnowartościową, spójną historię, w której seks dominuje, ale nie atakuje.

Bohaterów w powieści mamy kilku – i męskich, i żeńskich. Autorka kreuje ich przez perspektywę ich pragnień. Efekt takiego zabiegu może wydać się czytelnikowi nieco wyolbrzymiony, bo w codziennym biegu nie oceniamy każdego pod kątem atrakcyjności, rozmawiamy z przyjaciółmi i partnerami też na inne tematy. Natomiast w powieści „Gaudensia” to właśnie te kwestie zostają „podświetlone”. Nie jest tak istotne, czym bohater zajmuje się w życiu, ale jak lubi „to” robić, czego oczekuje od partnerki, co z nim się dzieje, kiedy potrzeby są zaspokojone, a kiedy nie. Vallerina P. dosadnie pokazuje, dlaczego sfera cielesna jest ważna przy budowaniu zdrowego związku. I zachęca czytelników do podjęcia próby zdefiniowania własnych potrzeb.

Pewnie was nie zaskoczę, jednak dla porządku to podkreślę. Książka pełna jest scen erotycznych. Różnorodnych, acz napisanych z klasą. Vallerinie P. udaje się „ominąć” wulgarność języka związanego ze sferą cielesną. Udaje jej się również wykrzesać tą fajną iskierkę, która jest obowiązkowa w tego typu publikacjach.

Jeżeli już wspominałam o języku, to dodam, że jest bardzo bogaty, co mnie miło zaskoczyło. Właściwie po powieściach o charakterze erotyczny nie spodziewam się jakiś wyrafinowanych zwrotów, dlatego ładnie sformułowane zdania robią dobre wrażenie. Dla przykładu zacytuję jedną z bohaterek: „Ile trzeba posiadać impertynencji, by stać nad kobietą z wiszącym fiutem, bez mocy i pomysłu jak mimo to dać jej miłość i chwilę przyjemności, i bić ją za swoje własne ograniczenia!” [1] Złość i żal, jakie płyną z tej wypowiedzi zapewne jest wyraźniejsza w szerszym kontekście, mimo wszystko mam nadzieję, że ją wyczuwacie. W tym zdaniu ciekawe jest zestawienie, uznawanego a wulgarne, słowa „fiut” z grzecznym „impertynencki”. Dosadnie i bezczelnie, a przy tym – jak to mówią - „bułkę przez bibułkę”.

W powieści możemy wyróżnić też wątek kryminalny, który wprowadza inny rodzaj napięcia. Dobrze go oceniam. Może niektóre rozwiązania są naiwne, ale przy lekko surrealistycznym efekcie, jaki osiąga Vallerina P., całość nie wygląda źle. Zresztą uwagę czytelnika ma pochłaniać co innego, a nie skrupulatna analiza prezentowanej sprawy i akcenty postawione są tak, że nie staje się ona priorytetem.

„Gaudensia. Zwycięstwo pożądania” to nie jest powieść erotyczna do jakich rynek książki nas przyzwyczaił. Autorka odrzuca wątek romantyczny skupiając się na seksualności bohaterów. I to właśnie ona jest istotą fabuły. W mojej ocenie jest to bardzo dobry kierunek dla erotyki w literaturze. Książka akcentuje różnorodność potrzeb i obdziera pożądanie ze wstydu. Mocny, a przede wszystkim rozsądny i realistyczny głos w tzw. rewolucji seksualnej, w której nie chodzi o rozpasanie – jak się niektórym wydaje – a o szczerość i zdefiniowanie siebie.

[1] Vallerina P. „Gaudensia. Zwycięstwo pożądania”, wyd. Novae Res, Gdynia 2022, s. 130.

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
"Style charakteru" Stephen M. Johnson

"Style charakteru" Stephen M. Johnson

Książka, o której chcę wam opowiedzieć, okazała się pretekstem do zdradzenia pewnej rzeczy na mój temat. Pasjonuję się psychologią. Nigdy się jej nie uczyłam – z wyjątkiem fakultatywnych zajęć podczas jednego semestru na uniwersytecie. Można powiedzieć, że moje studia są samozwańcze i amatorskie, dlatego chętnie sięgam po różnego rodzaju popularnonaukowe publikacje z tej dziedziny. Akurat nakładem wydawnictwa Zysk i s-ka ukazała się książka „Style charakteru”, której autor – Stephen M. Johnson – tłumaczy, jak kształtuje się osobowość. Zdecydowałam, że zapoznam się z jej treścią.

Odwieczne pytanie: geny czy wychowanie? Teza, jaką stawia autor książki to to, że nasz charakter kształtuj się we wczesnym dzieciństwie. Myślę, że nie ma tu nic odkrywczego, chociaż patrząc na własne dzieci, aż tak nie umniejszałabym znaczenia genów. Człowiek, który przychodzi na świat, od pierwszych dni rozpoczyna wielką lekcję życia, a doznane doświadczenia mogą go wzmocnić lub osłabić. Stephen M. Johnson piesze dużo o traumach i dysfunkcjach. Są tu również propozycje terapii itp. Z perspektywy rodzica może wydawać się to dość mroczne, jednak – jasno to ustalmy – to nie jest poradnik parentingowy.

W takim razie czym jest książka „Style charakteru”? Teoretycznie jest to propozycja, dla każdego, kto chce zgłębić temat, ALE... Musicie być przygotowani na okrutnie naukowy język. Autor nie daje taryfy ulgowej. Serwuje monotonny, najeżony fachowymi terminami wykład. Czy merytoryczny? Mi trudno to ocenić, jednak czytałam wiele opinii, że książka jest wykorzystywana w życiu zawodowym, więc mniemam, że tak. Niemniej psychologia jest taką dziedziną, że zawsze warto przyjrzeć się na kogo autor się powołuje (a tego ten nie ukrywa) i jak były przeprowadzone dane badania. Wiecie, w matematyce wynik wystarczy wyliczyć, a tu można nieco pomanipulować zmiennymi, żeby uzyskać pożądany efekt.

Podsumowując. Dla mnie laika, który lubi sobie poczytać, żeby zaspokoić ciekawość język „Stylów charakteru” był za trudny. Książkę polecałabym studentom bądź absolwentom psychologii. Ja rozglądam się za „lżejszymi” publikacjami. Natomiast naukowość wywodu w żadnym miejscu nie umniejsza jego wartości, Dlatego jeżeli nie boicie trudnego, zimnego, naukowego wykładu, zapraszam was do czytania.


[Egzemplarz recenzencki]

"Jak przetrwać apokalipsę zombie" Krzysztof Bryński

"Jak przetrwać apokalipsę zombie" Krzysztof Bryński

Zombie to stworzenia, które mocno „zakorzeniły się” w popkulturze. Filmy o nich to swoisty kanon, który może pochwalić się rzeszą fanów. Filmowa apokalipsa zombie ma różne przyczyny i przebieg, jednak zazwyczaj znajduje się jakiś człowiek, którego spryt, poświecenie itp. pomagają w ocaleniu ludzkości. Jupi! Zastanówmy się, co by było, gdyby żywe trupy faktycznie opanowały ziemię. Taką wizję snuje Krzysztof Bryński w książce „Jak przetrwać apokalipsę zombie”. Jest to swego rodzaju poradnik, bo autor – poza tym, że domniemywa, jak takowa mogłaby wyglądać i jakie nieść skutki – doradza, co zrobić, żeby nie zginąć.

Krzysztof Bryński podszedł do zadania bardzo skrupulatnie. Czytelnik dostaje bardzo obszerny poradnik, w którym znajdzie charakterystykę wroga, przykładowy przebieg epidemii (bo ten scenariusz autor analizuje), sposoby obrony, potencjalne zagrożenia, podpowiedzi co do ekwipunku i broni itd. Można powiedzieć, że jest to kompletna publikacja nt. zombie-survivalu.

Najgorsze w tej książce jest to, że została ona napisana bardzo „na serio”. Głównym argumentem przemawiającym, za tym, że taka epidemia jest możliwa są wydarzenia ostatnich lat (2020-2022) – głównie pandemia – które były niespodziewane i wywołały panikę w społeczeństwie. Moim zdaniem argument absurdalny. Wiemy, że był to trudny czas, ale czy dlatego mamy być przygotowani na najbardziej abstrakcyjne scenariusze? Równie prawdopodobne jest, że jutro zaczną wyrastać nam ogony, albo zamiast epidemii Z(ombie) wściekłe psy zaczną roznosić wirusa W(ilkołaka).

Kolejna rzecz, która mi się nie podobała: kiedy bierzemy coś na poważnie, nie czerpiemy z popkultury. Co prawda autor obala część filmowych mitów, ale zamiast tego sam pisze scenariusz, w który wplata własną logikę. Odrzuca to, skąd wzięły się zombie (czyli voodoo), ponieważ praktyki te nie mogą być początkiem apokalipsy. Chociaż – skoro wszystko jest możliwe – może jakaś czarownica stworzy własną armię i zacznie podbijać świat? Jeżeli chcemy nawiązać do filmów o zombie widzę dwie ścieżki, które mogłyby być dobrym rozwiązaniem. Albo bawimy się w pogromcę mitów, albo piszemy książkę „z jajem”. Udawanie, że scenariusz takiego filmu jest realny jest delikatnie mówiąc dziwne.

Logika Krzysztofa Bryńskiego ma też kilka słabych punktów. W jednym miejscu obala mit, jakoby zombie to byli ludzie zainfekowani przez wściekliznę , ponieważ choroba ta zabija chorego, więc taka apokalipsa byłaby nudna, bo wystarczy ja przeczekać. Natomiast charakteryzując żywego trupa podkreśla, że procesy gnilne cały czas w nim postępują. Czyli rozumiem, że istota ta prędzej, czy później się rozpadnie. Skro wszystko jest możliwe, nie wiem dlaczego odrzuca scenariusz, iż wirus zainfekuje zwierzęta. A dlaczego, po zdziesiątkowaniu gatunku ludzkiego, nie może ewoluować szukając innego żywiciela? Jest taki film „Zombiebobry” (horror tak niskiej klasy, jak tytuł wskazuje) i w nim mamy fajnie wykorzystany wątek szalonych, nieumarłych zwierząt.

Całkiem ciekawy wydaje się wywód na temat survivalu. Myślę, że można z niego wyczytać sporo o zachowaniu się (ogólnie) w kryzysowej sytuacji. Jest to wiedza, która niespodziewanie może nam się przydać np. jaki sprzęt warto mieć, gdyby doszło do jakiejś katastrofy.

Muszę przyznać, że książka „Jak przetrwać apokalipsę zombie” kompletnie mi nie podeszła. Za dużo powagi w absurdzie. Za dużo mamy realnych problemów, żeby martwić się mało prawdopodobnymi scenariuszami. Natomiast może ona przypaść do gustu miłośnikom gier bądź filmów o zombie. Jest to interesujący materiał do ich „rozpracowania”. Myślę, że również miłośnicy survivalu mogą się w niej odnaleźć. Rzetelnie ocenią techniki zaprezentowane przez Krzysztofa Bryńskiego i zastanowią się, jak sami by postąpili.


[Egzemplarz recenzencki]

"Szepty dzieciństwa" Anna Sakowicz

"Szepty dzieciństwa" Anna Sakowicz

Nie ulega wątpliwości, że okres dzieciństwa kształtuje naszą osobowość. To czego w tym czasie doświadczymy wyraźnie odbija się na naszym „ja” - szczególnie miłość, jej nadmiar bądź deficyt. Bohaterka powieści Anny Sakowicz „Szepty dzieciństwa” wychowała się w dysfunkcyjnej rodzinie. Na jaką kobietę wyrosła? Czy udało jej się przepracować przykre dzieciństwo?

W powieści tej zastosowano narrację pierwszoosobową i to właśnie Baśka, główna bohaterka, nadaje książce charakteru. Jest to taka fajna, swojska babka. Do intelektualistki jej daleko, ale jest wyjątkowo zaradna, a problemów ma co niemiara. Jak dopiąć napięty do granic możliwości domowy budżet? Jaki nie podpaść kierowniczce? Skąd wziąć na wycieczki szkolne dla dzieci, żeby nie postrzegano ich jako odmieńców. I ojciec. Tata głównej bohaterki to alkoholik, topiący w kieliszku tęsknotę za zmarłą żoną. Przeszłość jest dla niego murem nie do przebicia. Nie potrafi być teraz, nie potrafi być z dziećmi i wnukami.

Annie Sakowicz udało się napisać bardzo życiową powieść. Pomniejszych wątków jest w książce dużo, ale nie wydają się nam „wydumane”. Ot zwykłe problemy polskiej rodziny. Oczywiście nie każdy z nas słabo zarabia, czy ma w rodzinie alkoholika, ale nie są to problemy marginalne. Jednak najbardziej na realizm powieści wpływa główna bohaterka. Basia mono stąpa po ziemi. Co prawda nie ma wyboru, ale jednak nie zrzuca problemów na niezaradność, rząd, słabą płacę, przeszłość czy coś innego. Dzielnie mierzy się z tym, z czym przyszło jej się zmierzyć. Czasami ucieka w marzenia, czy chwilę słabość, ale nie przyćmiewa to prawdziwego życia. Basia nie „jojczy” na swój los, nie wyolbrzymia swojego „nieszczęścia”, a działa. Dla siebie, dla dzieci, dla rodziny walczy o normalne, godne życie.

Jak to wszystko ma się do dzieciństwa bohaterki. Wspominałam już o ojcu zapijającym tęsknotę za żoną. Aczkolwiek to owa małżonka i matka Basi jest tu drugą najciekawszą postacią. Fizycznie już jej nie ma z rodziną, ale rany, jakie zadała jej członkom, ciągle jątrzą. Anna Sakowicz wspaniale wymyśliła tę postać i znalazła patenty, żeby przedstawić ją czytelnikowi. Dzięki temu w całej okazałości opisuje dysfunkcję tej rodziny, a także pokazuje, że patologia może kryć się za idealnym obrazkiem.

Wspaniale czytało mi się „Szepty dzieciństwa”. Jest to wyjątkowo dynamiczna obyczajówka, acz nie przekombinowana. Niezwykłą energię nadaje jej narratorka śmiało pędząca przez życiowe wyboje. Na jej przykładzie Anna Sakowicz przemyca treści związane z trudnym dzieciństwem, patologicznymi zachowaniami, dysfunkcyjną rodziną, nałogami. Podziwiam to, jak lekko acz z należytym wyczuciem autorka opracowała ten temat. Książkę polecam wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych.


P.S. Wydanie, które posiadam z 2022 roku zostało wydane w edycji „Większe litery”. Duży komfort czytania.


[Egzemplarz recenzencki]

"Śnieg jeszcze czysty" Anna Musiałowicz

"Śnieg jeszcze czysty" Anna Musiałowicz

Ludzie nazywali ją aniołem, a anioły mieszkają w niebie. Śmierć upomniała się o Weronikę dwa razy. Pierwszy był nieudany. Córka, której narodziny prawie odesłały matkę na tamten świat zatrzymała rodzicielkę przy sobie. Jednak po kilu latach tragiczny wypadek rozdzielił je pogrążając rodzinę w rozpaczy. Gabrysi (córce Weroniki) co prawda pozostał ojciec i babcia. Jednak ten pierwszy przeżywa żałobę na swój sposób odcięty od córki, a tej drugiej ciężko odnaleźć się w „nowoczesnych” powojennych czasach.

W powieści „Śnieg jeszcze czysty” Anna Musiałowicz porusza dwa tematy: przeżywanie żałoby oraz różnice w wychowywaniu dziewczynek i chłopców. Wyzwaniem było połączenie powagi tego pierwszego ze „wstrząsem” jaki powinien wywołać ten drugi. Czy pisarce się udało? Owszem.

Początkowo autorka opisuje wypadek, pogrzeb oraz reakcje i emocje ludzi: szok, niezrozumienie, tęsknota, złość. Fragmenty napisane oczami Gabrysi robią chyba największe wrażenie. Nie zawsze wspomina ona mamę z pietyzmem. Czasami przywołuje złe chwile i wyrzuca jej, jak ją o coś zbeształa. Pomału do dziewczynki dociera, że mamy nie ma i to nabywanie świadomości jest rewelacyjnie opisane np. czy zwłoki leżące w izbie to jeszcze mama, czy już nie?

Wiadomo, że dziewczynka dorasta. Nie można napisać, że została pozostawione sama sobie, bo babcia kocha ją i poświęca jej dużo uwagi. Jednak pewne tabu blokują kobietę. Chciałabym chwilę pochylić się nad postacią Władysławy, czyli wspomnianej babci. Cudowna kobieta. Prosta, ale posiadająca wyjątkową matczyną intuicję. Obecnie mamy do dyspozycji szereg poradników, stron, grup wsparcia, specjalistów i nie omieszkamy korzystać z ich pomocy, żeby znaleźć „patent na dziecko”. Bohaterowie powieści „Śnieg jeszcze czysty” tego nie mieli, ale kiedy czytamy fragmenty napisane z perspektywy Władysławy, mamy ochotę krzyknąć: „Zrób to” i popchnąć ją do działania. Ta kobieta znalazła „patent na dziecko”. To miłość. Natomiast historia opisana w powieści jednoznacznie pokazuje nam, że miłość nie uchroni przed wszystkim. Potrzebna jest jeszcze partnerska rozmowa, a tej zabrakło przez strach, uprzedzenia, niepewność.

Wspomniałam, że Anna Musiałowicz poruszyła również kwestię w różnicach wychowania dziewczynek i chłopców. Trochę ciężko rozwijać mi ten temat bez zdradzenia elementów fabuły. Napiszę tak. W teorii wiemy, jak było, jakie role przypisywano każdej płci i jakie zagrożenia na nią czyhały, co było dozwolone, a co mogło zepchnąć człowieka na margines społeczeństwa. Łatwo krytykować zaściankowość minionych dekad, jednak po takiej książce w głowie zawsze kołacze mi pytanie, na ile my jesteśmy skażeni uprzedzeniami. Czy zawsze opamiętujemy się przed krzywdzącym komentarzem?

Na koniec jeszcze słówko o scenie finałowej, która rozerwała moje serce. Kiedy zaczęłam czytać „Śnieg jeszcze czysty” wydawało mi się, że nie przypadnie mi do gustu. Proza prosta, oszczędna, wyważona ale ładna, z klasą i wyczuciem. Jednak atmosfera wydawał mi się monotonna. I tak, jak lubię spokoje książki, to tu było aż za spokojnie – pomimo dramatycznych wydarzeń. Z czasem coś drgnęło. Nie powiem, żeby przez powieść przeszło tsunami, raczej niewielkie fale, które wywoływało współczucie bądź oburzenie. Dotarło do mnie, że nie mogła być ona inaczej napisana. Skromny dom, skromni ludzie i ta skromność formy dopełnia tę historię. Anna Musiałowicz nie kombinuje. Podświadomie domyślamy się do czego zmierza, ale kiedy to następuje... To chyba trochę jak ze śmiercią. Wiemy, że czeka na każdego z nas, jednak jeżeli przyjdzie to nie wierzymy.

Tematy poruszone w książce „Śnieg jeszcze czysty” nie są oryginalne, jednak wśród wielu pozycji o nich traktujących, ta jest niewątpliwie warta uwagi. Anna Musiałowicz napisała poetyko-naturalistyczną powieść, urzekającą w swojej prostocie. Doskonale dobrany czas i miejsce akcji, doskonale wybrane postacie. I zimy będące tłem dla opisanej historii. Biały śnieg, z którym boleśnie kontrastuje szaro-burość ludzkiej egzystencji.

"Strach, który powraca" Magda Stachula

"Strach, który powraca" Magda Stachula

Anita i Adam mają za sobą trudne przejścia, które podkopały fundamenty ich małżeństwa. Wydaje się, że to co złe już za nimi. A jednak? Anita znajduje w skrzynce na listy kopertę, której zawartość mrozi jej krew w żyłach. Dlaczego ten koszmar znowu się dzieje? Czy kobieta, która chciała zniszczyć jej życie wróciła?

Powieść „Strach, który powraca” jest kontynuacją losów Anity i Adama znanym czytelnikom z publikacji „Idealna”. Historia opisana w pierwszym tomie została ładnie zamknięta, jednak nie ulega wątpliwości, że wydarzenia musiały odcisnąć piętno na relacji małżonków. I od tego wychodzi Magda Stachula. Wzajemne podejrzenia, brak komunikacji, zero empatii, ucieczka do świata własnych obowiązków, wyolbrzymione oczekiwania – to raczej droga do katastrofy, niż do budowy szczęśliwej rodziny. Autorka po raz kolejny podkreśla słabości i fobie głównych bohaterów. Powstają postacie, które trudno lubić, aczkolwiek strumień antypatii kieruje się raczej w stronę Anity. Adam jest jaki jest. Trudno nazwać go idealnym mężem, ale to jego żona wydaje nam się upierdliwa. Mamy ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć, żeby przestałą wydziwiać. W przypadku tej postaci dostrzegam pewien paradoks. Czytelnicy często mówią o utożsamianiu się z bohaterem literackim. Myślę, że z uczucia, jakie miotają Anitą są znane wielu kobietom. A jednak postać ta nas drażni. Nie potrafimy poklepać jej po plecach i powiedzieć: „Wiem, co czujesz.” Czy to Anita jest taka odrzucająca, czy takie z nas hipokrytki?

Magda Stachula znana jest, jako autorka thrillerów, więc nie poprzestała na elemencie obyczajowym. Wymyśliła „strachy”, żeby podręczyć swoich bohaterów. Jestem sceptycznie nastawiona do postaci, którym ciągle coś się przydarza, jednak autorka rozegrała tę historię zgodnie z tym, co jej „w duszy gra”, a nam pozostaje to uszanować. Możemy natomiast ocenić realizację tego projektu.

Autorka chciała osiągnąć efekt „deja vu”. „Strach, który powraca” został napisany na identycznym schemacie, jak „Idealna”. Ten efekt może by się obronił, gdyby zakończenie pierwszego tomu było inne. Wiedza, którą posiada czytelnik, a nie posiadają bohaterowie, powoduje, że on nie czuje ich niepokoju, a powtarzalność wydarzeń wydaje mu się wymuszona. Dochodzi do tego nieco „patchworkowa” fabuła. Wygląda to, jakby Magda Stachula rozwijała kilka pomysłów.

Po poprzednim akapicie może się wam wydawać, że „Strach, który powraca” to przeciętna powieść. Ja bym powiedziała, że dobra (może na 4 z małym minusem). To co ją ratuje to klimat. Już trzeci raz mam do czynienia z prozą tej autorki i trzeci raz zachwycam się tym samym. Mimo mankamentów fabularnych jej teksty czyta się wybornie. W przypadku tego cyklu za gęstą atmosferę odpowiadają nieprzewidywalne, antypatyczne postacie. Z masochistyczna przyjemnością towarzyszyłam im obserwując, do czego doprowadzą ich wybory.

Książkom o Anicie i Adamie daleko do ideału, a jednak je lubię. Fabuła ma pewne niedociągnięcia, aczkolwiek – pomimo że rzucają się w oczy – nie miałam ochoty odłożyć powieści. Magda Stachula rozumie prawa jakimi rządzi się thriller, a to bardzo ważne. Dzięki temu można wiele wybaczyć. Bo co nam po idealnie zaplanowanej historii, której brak tego czegoś: niebezpieczeństwa, szaleństwa, gęstej atmosfery – nic. A w książce „Strach, który powraca” mamy te, nieodłączne dla tego typu powieści, cechy.

"Na kruchym lodzie. Opowieść o Arktyce i zmianach klimatu" Lech Stempniewicz

"Na kruchym lodzie. Opowieść o Arktyce i zmianach klimatu" Lech Stempniewicz

Proszę Państwa oto miś. Miś jest biały, puchaty i mieszka w niezbyt przyjaznym miejscu – na dalekiej północy. Pewnie już domyśliliście się, że będę opowiadała o książce o niedźwiedziu polarnym. Brawo wy! Lech Stempniewicz, profesor ekologii, napisał publikację „Na kruchym lodzie. Opowieść o Arktyce i zmianach klimatu”. Możemy wyróżnić cztery elementy, jakie się na nią składają. Prezentacja Arktyki i jej ekosystemu, wspomnienia autora z badań, które tam prowadził, dużą część poświęconą niedźwiedziom polarnym oraz mniejszą, w której porusza się temat globalnego ocieplenia.

Ta książka jest „zlepkiem” treści związanych z Arktyką. Niewątpliwie miała być to książka o niedźwiedziach polarnych, bo zajmują w niej dużo miejsca i jest to spójny, dobrze zaplanowany tekst. Przypuszczam jednak, że było go za mało, stąd wzięły się pozostałe treści. Ktoś może powie, że potrzebny był wstęp. Tak, jednak to co poprzedza cześć o misiach nie jest typową charakterystyką białego lądu. Zauważycie też, że globalne ocieplenie ma związek ze zwyczajami zwierząt, prowokuje ich zmiany. Niewątpliwie. Jednak temat jest tak obszerny, że pewnie nie zabrakłoby go na oddzielny wywód. Ponadto już z części o niedźwiedziach można wyciągnąć wiele wniosków. Dlatego mniemam, że albo autor miał zagwarantować kilkanaście stron więcej, lub koniecznie chciał się wypowiedzieć i uznał tę publikację za dobrą okazję.

Fakt faktem, że Lech Stempniewicz ma kompetencje i talent, żeby zabierać głos. Wspominałam już, ze autor posiada tytuł profesora. Na białym lądzie był, widział, sprawdzał. Jego wywód często jest przetykany wspomnieniami z tych wypraw, a także zabawnymi anegdotami. Efekt jest przecudowny. Popularnonaukowa książka nabiera wymiaru osobistego, a zimny wykład o zimnej Arktyce staje się żywy, zabawny, szalony. Zresztą Lech Stempniewicz okazał się jednym z tych naukowców, którzy potrafią oddzielić pracę naukową od popularnej. Wie, że pisze coś dla masowego odbiorcy. Wie, że nie ma się mądrować, a zaciekawić. I robi to z sukcesem.

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, że ja, „ciepłolub”, sięgnęłam po książkę o Arktyce. Cokolwiek to było niech częściej podsuwa mi tak interesujące lektury. Publikacja „Na kruchym lodzie” okazała się bardzo przyjemnie podaną porcją wiedzy o białym lądzie, a przede wszystkim niedźwiedziach polarnych. Do tego autor zaimponował mi zdroworozsądkowym podejściem do zmian klimatycznych. Nie straszy, nie beszta mówi o faktach i prosi o przesiewanie informacji przez sito wiedzy.


[Egzemplarz recenzencki]

"Heretycy" Leonardo Padura

"Heretycy" Leonardo Padura

Hawana, Kraków, Amsterdam – co łączy te miejsca? Namieszam jeszcze bardziej, kiedy dorzucę hasła: Żydzi, Rembrandt, XVII, XX i XXI wiek, wojna, Holocaust, emerytowany policjant. Te różne „bajki” łączy w sobie powieść „Heretycy” Leonardo Padury. Być może część czytelników kojarzy postać Mario Conde, która się w niej pojawia, ale jeżeli nie znacie tego bohatera to nic nie szkodzi. I tak możecie przekonać się, jak pisarz połączył te pozornie niepasujące do siebie tematy.

Kiedy pojawiła się zapowiedź „Heretyków” musiałam sobie zrobić tabelkę z argumentami za i przeciw czytaniu tej książki. Nie żebym wątpiła w mistrzowskie pióro Padury. Raczej nie byłam pewna, czy fabuła przypadnie mi do gustu. Rozbijmy ją na części składowe.

Po pierwsze, kubański detektyw, a co za tym idzie Hawana, jej klimat, ludzie itp. Brzmi to wyjątkowo dobrze. I przyznać trzeba, że Leonardo Padura napisał powieść o charakterze kryminalnym – bo zagadka do rozwiązania jest – aczkolwiek nietypową. W tym miejscu napiszę tylko, że „Heretycy” to coś dużo więcej.

Po drugie Rembrandt. To był kolejny argument przemawiający za przeczytaniem tej powieści. Uwielbiam wszelkie tajemnice związane ze sztuką. Wielkie nazwiska zobowiązują. Jest w takich książkach jakaś doniosłość.

Po trzecie, wątek żydowski. Tego obawiałam się najbardziej. I to z pobudek – nazwijmy je – osobistych. Od dnia wybuchu wojny na Ukrainie nie czytam książek o wojnach. Mam jakąś blokadę. Z opisu na okładce wynika, że w powieści zostały przywołane wydarzenia związane z transatlantykiem St. Louis i uciekinierami z Trzeciej Rzeszy. Przeniesienie, nawet na kubańskiej ziemi, do roku 1939 to dla mnie duże czytelnicze wyzwanie.

Jak możecie zauważyć bilans wyszedł 2:1 na korzyść „Heretyków”. W trakcie czytania okazało się, że niepotrzebnie obawiałam się wątku żydowskiego, a nawet najmocniej mnie wciągnął. Został on mocno rozciągnięty w czasie, a Paudra opisał różne odcienie bycia Żydem. Nawiązując do – jak to zostało w powieści nazwane - „kurewstwa historii”1, jakie dotyka ten notabene „wybrany naród”.

Co wiąże te linie fabularne? Tytułowi heretycy. Zastanówmy się przez chwilę, jakimi wartościami kierujemy się w życiu. Co je uformowało? Religia, wychowanie – co jeszcze przychodzi wam do głowy? Dlaczego uważamy, że pewnych zasad należy przestrzegać? Czy te zasady są elastyczne? Czy można je zmieniać w zależności od miejsca zamieszkania, zmian społecznych itp.? Heretycy Padury to osoby, które owe prawa uwierają. W pewnym sensie rewolucjoniści, ale na małą skalę. Powiedziałabym zdroworozsądkowi buntownicy. Osoby nie bojące się zapytać: czy to w ogóle jest mi potrzebne? Słowo „heretyk” ma negatywny wydźwięk. Kojarzy się z kimś wyklętym. A ja heretykom z powieści kibicowałam. Zazdrościłam siły i odwagi.

Mimochodem wspomniałam, że Leonardo Padura napisał coś więcej niż klasyczny kryminał. W książce mamy mocne wątki obyczajowe i historyczne (w tym miejscu ukłony za ogrom pracy włożonej w zbieranie materiałów). Jednak przypisanie „Heretykom” tylko jednego z tych określeń wydaje się uwłaczające. Napisać, że to miks też mija się z prawdą. Ta książka to jakość sama w sobie. Wciągająca historia połączona z niepowtarzalnym stylem. Łączy dreszczyk tajemnicy i niebezpieczeństwa z ludzkimi losami oraz wędrówką przez dzieje (od XVII wieku). A to wszystko napisane w wielkim stylu. Pozornie zwykłym, komercyjnym, ale szybko przekonujemy się, że ta książka wymaga naszej całej uwagi. Padura zręcznie manewruje słowem i kluczy między wątkami oraz myślami. Chyba nie zaskoczył mnie żadnym zabiegiem stylistycznym, a właśnie takim niesamowitym łączeniem kompletnie niepasujących do siebie rzeczy. A żeby cieszyć się tym w stu procentach musimy poświęcić „Heretykom” siebie. Przyznam się, że powieść tą czytałam bardzo długo. Bywały dni, że byłam tak zmęczona, iż po połowie strony odkładałam ją na bok. Wiedziałam, że to nie jest dobry dzień i jak będę się upierać przy jej lekturze to coś stracę.

Leonardo Padura oddał w ręce czytelników arcydzieło, którego nie należy się bać. Co prawda „Heretycy” to powieść wymagająca, ale też wynagradzająca każdą poświęconą minutę. Niebanalna, doskonale napisana i... Czy odkrywcza? W mojej głowie poruszyła pewne nitki, o których istnieniu nie miałam pojęcia. I to okazało się świetnym dodatkiem do wspaniałej książki.

1 Leonardo Padura, „Heretycy”, przeł. Dorota i Adam Elbanowscy, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2022, s. 105.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wszyscy mamy źle w głowach. Nie wszystko się ułoży" Martyna Pawłowska-Dymek

"Wszyscy mamy źle w głowach. Nie wszystko się ułoży" Martyna Pawłowska-Dymek

Zima, zima... Pada śnieg..., a w szkołach kończy się semestr. Czy oceny będą zmartwieniem prymusów z 2B? O czym ty gadasz kobieto, jaka 2B? - zapytacie się. Już tłumaczę. Martyna Pawłowska-Dymek napisała i wydała kolejną część perypetii ambitnych licealistów być może znaną wam już jako cykl „Wszyscy mamy źle w głowach”. Drugi tom zakończony Sylwestrem okazał się dość dramatyczny, więc po kolejny sięgałam z obawą. Szczególnie, że jego tytuł to „Nie wszystko się ułoży”, a ja bym tak chciała, żeby sprawy tych świetnych dzieciaków w końcu się poukładały.

Co by tu napisać o fabule? Podoba mi się, jak autorka w kolejnych częściach subtelnie „wypycha” na pierwszy plan inne postacie. W „Nie wszystko się ułoży” miał swoje pięć minut nawet „mistrz drugiego planu” (czy czytelnicy domyślą się, o kogo może chodzić?). Jest to ciekawe, bo pozwala nam lepiej poznać całą klasę, a przy tym tak doskonale zaplanowane, że pisarce udaje się rozwijać też rozpoczęte już watki. Martyna Pawłowska-Dymek umiejętnie zmienia perspektywę, delikatnie wycisza i zamyka otwarte epizody i wprowadza nas w nowe. Brawo.

„Nie wszystko się ułoży” rozpoczyna się wątkiem Bartka i Zuzy, który w wielkim stylu zamyka drugi tom. Tego pierwszego bohatera będzie też więcej w kontekście narodzin jego siostry, a ta druga bohaterka będzie musiała się namęczyć przy poprawianiu ocen. Widzę, że autorka lubi szkolny zespół muzyczny „Szatnia”, bo i jemu poświęcono dużo miejsca. Nie mogło zabraknąć szalonej Kasi, która wplątała się w specyficzną relację. Kasia jest taką fajną postacią, która „oświetla” osoby, z którymi przebywa. Ten kto jest blisko niej aktualnie bryluje w powieści. Martyna Pawłowska-Dymek wprowadza też wątki seksualności, które nieodmiennie towarzyszą okresowi dojrzewania.

Nie wiem, czy można zaufać mojej opinii o tej powieści, bo ja kocham całą 2B. Każdemu z bohaterów mocno kibicująę, a i besztam ich kiedy robią głupoty. Martyna Pawłowska-Dymek świetnie ukazała ludzi u progu dorosłości. Postacie z tego cyklu są inteligentne, ambitne, a swoim zachowaniem godnie aspirują do miana dojrzałego. Ale my nie zapominamy, że to ciągle są dzieciaki, które czasami miotają się ze swoimi emocjami i wyborami.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż to, że piszę już o trzecim tomie cyklu „Wszyscy mamy źle w głowach” świadczy o tym, że nie tylko ja kocham 2B. W końcu dla kogoś Martyna Pawłowska-Dymek pisze te książki. Ja będę je na każdym kroku polecać. Dobrze napisane, dojrzałe powieści dla młodzieży.


[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger