Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo AlterNatywne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo AlterNatywne. Pokaż wszystkie posty
"Pralka" Mark Arturro

"Pralka" Mark Arturro

 „Oto świąteczna nowina,

Nasz gość przyniósł skrzynkę wina!”1

Radość w ubogiej suterenie zapanowała ogromna. Taki dar nie może się zmarnować. Przy kieliszku wybornie się dyskutuje, a i pomysły jakoś łatwiej przychodzą do głowy. Czym żyją bohaterowie dramatu „Pralka” autorstwa Marka Arturro? I o co chodzi z tą pralką? Jestem ciekawa, czy ktoś zgadnie.

Autor świetnie uchwycił mentalność tzw. „nizin społecznych” - leniuchów, pasożytów, alkoholików. Nie przeszkadza im bieda, brud byle kieliszek był pełny, a energia, jaką potrafią wykrzesać, aby go zapełnić mogłaby zasilić w prąd średniej wielkości miasto. Cwaniactwo przeplata się ze specyficznego rodzaju mądrością. Bo zauważcie, że osoby takie potrafią być wyjątkowo zaradne (np. gdy trzeba załatwić kolejny zasiłek) i mają wyrobione zdanie na każdy temat (zazwyczaj niepodważalne).

Dobrze zauważyliście, iż wspomniałam, że mamy do czynienia z utworem dramatycznym, czyli napisanym jakby miał być wystawiony na scenie. Znajdziemy tu didaskalia oraz podział na role. Do tego „Pralka” została napisana wierszem. Może nieco kulawym, ale jakże urokliwym. Trzeba przyznać, że Mark Arturro miał wyjątkowo oryginalny pomysł, aby włożyć rymy w usta meneli. Natomiast liryka ograbiła książkę z naturalizmu na jaki liczyłam. Poprzednia publikacja autora „Jasnowidz i czarownica” była po prostu swojska. Tu tej swojskości nie ma. Za to jest zabawa słowem. Jeśli o konstrukcji utworu mowa. Zabrakło mi jakiegoś punktu kulminacyjnego i wyrazistego zakończenia. Przez co do końca nie umiem powiedzieć, jaki był cel powstania tego utworu.

Na koniec podkreślę najważniejsze informacje na temat „Pralki”. Jest to krótki utwór dramatyczny ,w którym autor oddał głos osobom z „nizin społecznych”. Z każdym kieliszkiem jest zabawniej i bełkotliwej. Da się to czytać na trzeźwo, ale po kilku głębszych to dopiero musi być zabawa.

1 Mark Arturro, „Pralka” wyd. Alternatywne, Poznań 2023, s. 24.

[Egzemplarz recenzencki]

"Księstwo Trzech Śmierci" Emilia Ziółkowska

"Księstwo Trzech Śmierci" Emilia Ziółkowska

Powieść „Księstwo Trzech Śmierci” rozpoczyna się w klubie ze striptizem. Pracuje tam Marabel, której wydaje się, że dużo może. Jednak w przypadku tych klientów właściciel stawia ultimatum: albo ich obsłużysz, albo do widzenia (i tu wypadałoby dodać kilka niewybrednych epitetów). To wystarczy, żeby dziewczynę wkurzyć. Nikt nie będzie dyktował jej z kim ma pracować. Jednak okazuje się, że nie wystarczy tupnąć nóżką, oblać kogoś drinkiem, czy spoliczkować. Trzech tajemniczych mężczyzn nie zamierza odpuścić. Urządzają polowanie na Marabel i w końcu ją dopadają. A po co myśliwy poluje? Aby zabić swoją ofiarę. Tym razem śmierć okazuje się portalem do innego świata. Krainy pełnej elfów, gnomów, goblinów i innych niesamowitych stworzeń. Mara zostaje więźniem okazałego dworu i jego właścicieli, a w jej głowie kołaczą się pytania, kim są jej oprawcy, czego od niej chcą i jak to możliwe, że umarła, ale żyje.

Emilia Ziółkowska oddała do rąk czytelników brutalno-romantyczne fantasy. Na pochwałę zasługuje świat, który wykreowała. Czuć, że ona to uniwersum widzi, że szczegółowo je zaprojektowała. Jest ono rozległe i dające pisarzowi wiele możliwości. Jest też dość mroczne, brutalne, co trafia w mój prywatny gust czytelniczy. Z wielką przyjemnością je odkrywałam

Dość szybko „wkręciłam się” w akcję książki. Chciałam dowiedzieć się, jak najwięcej o bohaterach i ich motywacji. Autorka bardzo stara się się, jak najmniej zdradzić, jak najdłużej trzymać czytelnika w napięciu. I na tym tle chyba nieco przedobrzyła. Miałam wrażenie, że Mara nie zadaje właściwych pytań, a ma możliwości je zadać. Że jej oprawcy nie wprowadzają jej właściwie w nowe realia, w których musi funkcjonować, co prowadzi do absurdalnych sytuacji np. do pretensji, że zrobiła coś niebezpiecznego, a ona nawet nie wiedziała, że tak błaha rzecz może mieć poważne konsekwencje.

Nie jestem natomiast fanką erotyczno-romantycznego wątku z tej powieści. Emila Ziółkowska prowadzi go niczym z kieszonkowego romansidła, co widoczne jest szczególnie na początku, kiedy Mara powinna bać się niebezpiecznych mężczyzn, a ona zachwyca się nad liniami ich ust, nosów i innych części ciała, albo kiedy każdy dotyk postrzega jako pieszczotę. W dalszej części trochę nużyły mnie flirciarskie dialogi. Wolałabym, żeby postacie zadały właściwe pytania ( o czym napisałam w poprzednim akapicie), a nie kizia-mizia. Wiem, że są fani takiego pisania, że niektórzy lubią tego rodzaju magnetyzm między bohaterami. Dla mnie jest to delikatnie mówiąc zabawne, co w przypadku „Księstwa Trzech Śmierci” odbiera urok stworzonemu przez autorkę uniwersum. Nie mam nic przeciwko wątkom miłosnym, ale wolę, kiedy nie konkurują o uwagę z główną linią fabularną – świetnym przykładem, jak można to dobrze napisać jest pierwsza część cyklu „The Inheritance Games”.

Jeżeli przypatrzymy się Marabel i jej zachowaniu oraz charakterowi mamy klasyczną bohaterkę z romansu. Piękna, zadziorna, buńczuczna i „najmądrzejsza”. Dla mnie tego rodzaju postacie są fenomenem. Nikt ich nie lubi, ale historie i ich udziałem są całkiem poczytne. Możemy Marę lubić bądź nie, ale przynajmniej jest jakaś. Trochę gorzej z trzema panami, którzy się na nią uwzięli. Dość długo zlewali mi się w jedno, a przecież to oni są fundamentami i siłą sprawczą opowieści. To, że ich nie rozróżniałam było dużo bardziej irytujące niż bohaterka płci żeńskiej.

„Księstwo Trzech Śmierci” przeczytałam z przyjemnością niepozbawioną przewracania oczami. Emilia Ziółkowska napisała mroczne fantasy z domieszką romansu i erotyki. W moim odczuciu za dużo tu „romansowych” rozwiązań. Aczkolwiek, jeżeli lubicie takie mieszanki – bo ja średnio – książka powinna trafić w wasze łapki. Jest to powieść z pomysłem i gratuluję autorce, że ten pomysł udało się zrealizować.


[Egzemplarz recenzencki]

"Jak przetrwać apokalipsę zombie" Krzysztof Bryński

"Jak przetrwać apokalipsę zombie" Krzysztof Bryński

Zombie to stworzenia, które mocno „zakorzeniły się” w popkulturze. Filmy o nich to swoisty kanon, który może pochwalić się rzeszą fanów. Filmowa apokalipsa zombie ma różne przyczyny i przebieg, jednak zazwyczaj znajduje się jakiś człowiek, którego spryt, poświecenie itp. pomagają w ocaleniu ludzkości. Jupi! Zastanówmy się, co by było, gdyby żywe trupy faktycznie opanowały ziemię. Taką wizję snuje Krzysztof Bryński w książce „Jak przetrwać apokalipsę zombie”. Jest to swego rodzaju poradnik, bo autor – poza tym, że domniemywa, jak takowa mogłaby wyglądać i jakie nieść skutki – doradza, co zrobić, żeby nie zginąć.

Krzysztof Bryński podszedł do zadania bardzo skrupulatnie. Czytelnik dostaje bardzo obszerny poradnik, w którym znajdzie charakterystykę wroga, przykładowy przebieg epidemii (bo ten scenariusz autor analizuje), sposoby obrony, potencjalne zagrożenia, podpowiedzi co do ekwipunku i broni itd. Można powiedzieć, że jest to kompletna publikacja nt. zombie-survivalu.

Najgorsze w tej książce jest to, że została ona napisana bardzo „na serio”. Głównym argumentem przemawiającym, za tym, że taka epidemia jest możliwa są wydarzenia ostatnich lat (2020-2022) – głównie pandemia – które były niespodziewane i wywołały panikę w społeczeństwie. Moim zdaniem argument absurdalny. Wiemy, że był to trudny czas, ale czy dlatego mamy być przygotowani na najbardziej abstrakcyjne scenariusze? Równie prawdopodobne jest, że jutro zaczną wyrastać nam ogony, albo zamiast epidemii Z(ombie) wściekłe psy zaczną roznosić wirusa W(ilkołaka).

Kolejna rzecz, która mi się nie podobała: kiedy bierzemy coś na poważnie, nie czerpiemy z popkultury. Co prawda autor obala część filmowych mitów, ale zamiast tego sam pisze scenariusz, w który wplata własną logikę. Odrzuca to, skąd wzięły się zombie (czyli voodoo), ponieważ praktyki te nie mogą być początkiem apokalipsy. Chociaż – skoro wszystko jest możliwe – może jakaś czarownica stworzy własną armię i zacznie podbijać świat? Jeżeli chcemy nawiązać do filmów o zombie widzę dwie ścieżki, które mogłyby być dobrym rozwiązaniem. Albo bawimy się w pogromcę mitów, albo piszemy książkę „z jajem”. Udawanie, że scenariusz takiego filmu jest realny jest delikatnie mówiąc dziwne.

Logika Krzysztofa Bryńskiego ma też kilka słabych punktów. W jednym miejscu obala mit, jakoby zombie to byli ludzie zainfekowani przez wściekliznę , ponieważ choroba ta zabija chorego, więc taka apokalipsa byłaby nudna, bo wystarczy ja przeczekać. Natomiast charakteryzując żywego trupa podkreśla, że procesy gnilne cały czas w nim postępują. Czyli rozumiem, że istota ta prędzej, czy później się rozpadnie. Skro wszystko jest możliwe, nie wiem dlaczego odrzuca scenariusz, iż wirus zainfekuje zwierzęta. A dlaczego, po zdziesiątkowaniu gatunku ludzkiego, nie może ewoluować szukając innego żywiciela? Jest taki film „Zombiebobry” (horror tak niskiej klasy, jak tytuł wskazuje) i w nim mamy fajnie wykorzystany wątek szalonych, nieumarłych zwierząt.

Całkiem ciekawy wydaje się wywód na temat survivalu. Myślę, że można z niego wyczytać sporo o zachowaniu się (ogólnie) w kryzysowej sytuacji. Jest to wiedza, która niespodziewanie może nam się przydać np. jaki sprzęt warto mieć, gdyby doszło do jakiejś katastrofy.

Muszę przyznać, że książka „Jak przetrwać apokalipsę zombie” kompletnie mi nie podeszła. Za dużo powagi w absurdzie. Za dużo mamy realnych problemów, żeby martwić się mało prawdopodobnymi scenariuszami. Natomiast może ona przypaść do gustu miłośnikom gier bądź filmów o zombie. Jest to interesujący materiał do ich „rozpracowania”. Myślę, że również miłośnicy survivalu mogą się w niej odnaleźć. Rzetelnie ocenią techniki zaprezentowane przez Krzysztofa Bryńskiego i zastanowią się, jak sami by postąpili.


[Egzemplarz recenzencki]

"Brudna robota" Marcin Popielarski

"Brudna robota" Marcin Popielarski

Ludzie do „brudnej roboty” potrzebni od zaraz? (I nie mam tu na myśli mycia okien). Proszę bardzo. Dzięki Marcinowi Popielarskiemu poznajemy niecodzienną ekipę, która – mam takie wrażenie – kocha tarapaty. Mowa tu o bohaterach, których mieliśmy okazję spotkać w opowiadaniu „Zamiana świateł” (ze zbioru o tym samym tytule). Nazwijmy ich potocznie zbirami. Być może bardziej elegancko byłoby gangsterami, ale to nie brzmi tak swojsko.

„Brudna robota” to pięć historii powiązanych ze sobą przez bohaterów. Jest tu znana już „Zamiana świateł”, gdzie zadebiutowali karzeł, Szyszka, Wazon, Albert i inni. Jak możecie się domyślić Marcin Popielarski przygotował dla nich nowe zlecenia i nowe ucieczki. Czy bardzo narozrabiają?

Opowiadania te to mieszanka postapo, akcji, sensacji i niepoprawnego humoru. W nasze łapki trafia niewątpliwie dynamiczna lektura, a wpływa na to kilka elementów. Przede wszystkim wartka akcja. Wydarzenia opisane w zbiorze „Brudna robota” są jak lawina, kiedy puści się je w ruch to nabierają tempa, wielkości i „hukają” w nas z pełnym impetem. Przyznać również trzeba, że Marcin Popielarski potrafi nawet dość statyczną sytuację uczynić energetyczna. Nawet kiedy bohaterowie się nie przemieszczają coś się wokół nich dzieje. Powiecie, że skoro to literatura akcji to wystarczy zaaranżować jakąś strzelankę i sprawa załatwiona, ale w tej książce nawet dialogi są dynamiczne. I tu właśnie wchodzi humor. Niezwykła bezpośredniość, przytyki, cięte riposty czasami wulgarne to wszystko wprowadza jakąś cząstkę szaleństwa, przymrużenia oka, lekkości. Możemy dyskutować, czy postacie są wiarygodne. Dla mnie to po prostu banda gotowych na wszystko wariatów. Tak, niebezpiecznych, ale wzbudzających sympatię.

Możecie mi zarzucić, że niewiele napisałam o świecie z książki, a wspomniałam, że są tu elementy postapo. Trudno mi go oceniać, bo oglądam go z perspektywy zbirów. Zapamiętałam go jako „jako tako” rozwinięty technologicznie, ale szarobury. Nie chcę go szczegółowo analizować, bo w przypadku „Brudnej roboty” miał dla mnie drugorzędne znaczenie. Oczywiście jest to publikacja skierowana do miłośników postapokaliptycznej fantastyki, ale przede wszystkim do fanów akcji i sensacji. Mam wrażenie, że o to głównie autorowi chodziło, a jako plus można potraktować oryginalne tło.

Zbiór „Brudna robota” to czyste szaleństwo. Książka przeraźliwie dynamiczna, a do tego zabawna. Wiadomo, że z humorem to różnie bywa (ile osób tyle typów), ale coś czuję w kościach, że miłośnicy akcji wiedzą o co chodzi z bezceremonialnym żartem. Aż głupio pisać o tego typu publikacji, że była przyjemna, ale ma „to coś”.


[Egzemplarz recenzencki]

"Jasnowidz i czarownica" Mark Arturro

"Jasnowidz i czarownica" Mark Arturro

Erotyka w literaturze to kontrowersyjny temat. Książki tego typu postrzegane są jako mało ambitne. Szyderczo mówi się, że czytają je wyłącznie niewyżyte gospodynie domowe, że są nudne i schematyczne. Mimo wszystko, jest duża grupa (raczej) kobiet, która chętnie sięga po takie powieści. I nie ważne jakiej są profesji. Lubią, więc czytają. Jeżeli chodzi o schematyczność to faktycznie jest „piętą achillesową” takich historii – szczególnie, kiedy mają romantyczny wydźwięk. Zdarzają się jednak pisarze, którzy nie przejmują się konwencjami i chyba również rynkiem. Przeczytałam właśnie powieść „Jasnowidz i czarownica” Marka Arturro i nie do końca mam pomysł, jakiemu odbiorcy mogłaby się ta książka spodobać. Pomimo ogromnej ilości erotyki nie jest to literatura kobieca. Już wiem! To jest książka dla czytelnika ze specyficznym poczuciem humoru, bezpruderyjnego, potrafiącego patrzeć na życie z przymrużeniem oka.

Akcja dzieje się w niewielkiej wsi. Przyjeżdża do niej Marek, tytułowy jasnowidz, i zamierza się tutaj osiedlić. Zanim znajdzie odpowiedni obiekt poznaje Darię – piękną, bezwstydną wdowę, zwaną przez lokalną społeczność czarownicą. Tyle o fabule. Nie chcę się nad nią rozwodzić, bo – używając języka z powieści – rozchodzi się głównie o rżnięcie.

Czy kojarzycie film „American pie”? Właśnie z nim kojarzy mi się styl w jakim Mark Arturro napisał powieść „Jasnowidz i czarownica”. Tylko jest dużo bardziej wyuzdany, a do tego... garażowy (jakby to był amatorski film), czy też – ładnie to nazywając- naturalistyczny. Jest bezczelnie, niesmacznie, ale mnie to bawi.

W książce zabrakło mi natomiast jakiegoś wątku przewodniego, czegoś co spajałoby tę historię. W przytoczonym „American Pie” chłopcy chcieli stracić dziewictwo podczas balu na koniec szkoły, a realizacja tego planu generowała różne śmieszne sytuacje. „Jasnowidza i czarownicę” podsumowałabym słowami mojej koleżanki: „Witam Panie, let's fuck” (rozmawiałyśmy wtedy o powieści „Jedenaście tysięcypałek, czyli miłostki pewnego hospodara”). Kolejne sceny często wyglądają tak: nażreć się, nachlać i podymać (albo od razu podymać). Jak już wspominałam, jest zabawnie, ale nie sięgałam po książeczkę z dowcipami, a powieść. Stworzenie bohaterów i przestrzeni, na której sobie swawolą to za mało. Pojawia się co prawda akcja, wątki nadprzyrodzone itp., ale jakieś to niewyraźne, a przez to niewyraźni są bohaterowie. Zdecydowanie potrzebny tu rutinoscorbin.

„Jasnowidz i czarownica” to interesująca książka. Nie jest to typowa powieść erotyczna. Autor wzbogaca ją o szczyptę kryminału i horroru, a przede wszystkim chochlę bezpruderyjnego humoru. Do mnie takowy przemawia i bawiłam się wybornie. Gdyby autor zadbał o stworzenie spójnej opowieści z przewodnią linią fabularną, zwrotami akcji itp. ta książka byłaby wybitna. Tak jest po prostu zabawna. Przeczytałam kilka scen, pośmiałam się, ale nocy przy niej nie zarwałam. Raczej czytałam ja fragmentami na poprawę humoru.


[Egzemplarz recenzencki]

"Zaufać wrogowi" K. Goldman, P. Herman

"Zaufać wrogowi" K. Goldman, P. Herman

Trzy skłócone rasy i jeden świat do uratowania. Marvia – księżniczka ludzi, Poena – księżniczka wampirów i Fuebo – następca tronu elfów będą musieli stawić czoła panu umysłów. Czy jeden wróg zjednoczy skłócone królewskie rody? Czy wspólna walka przerwie sieć intryg, kłamstw, wzajemnej nieufności? „Czy jednak możliwy jest pokój między istotami tak różnymi jak ogień i woda, jak wiatr i ziemia?”* Co przeważy interes świata, interes rodu, czy interes jednostki?

„Zaufać wrogowi” to klasyczne przygodowe fantasy. W pierwszych opiniach na temat tej powieści padły zarzuty, że początek jest zbyt monotonny. Fakt, że autorzy nie zaczynają książki jakimś mocnym akcentem. Zamiast tego spokojnie przedstawiają bohaterów, świat oraz relacje w nim panujące, istoty/źródła niechęci i konfliktów. Moim zdaniem robią to w ciekawy sposób. Szczędzą nam długich opisów, zamiast tego przy udziale spokojnie płynącej akcji wprowadzają nas do historii. Nie jest to może zbyt spektakularne, ale tez nie jest nużące. Mi takie wprowadzenie odpowiada. Udało mi się dzięki niemu przygotować na czekającą mnie przygodę.

W końcu akcja się rozkręca. Bohaterowie wyruszają na kolejne misje. Przed nimi wiele trudnych decyzji do podjęcia. Antagonista, z którym przyjdzie im się zmierzyć będzie wymagającym przeciwnikiem. Zabawi się w „kotka i myszkę” z młodymi następcami tronów, a także czytelnikami.

Do powieści fantasy często dodawane są różnego rodzaju mapki, żeby odbiorca mógł zorientować się w opisanym świecie, szczególnie, kiedy postacie sporo po nim wędrują. Zrobiono to również w tej książce. Jest ona tak bardzo „niespecjalna”, że muszę o niej napisać. Wygląda mniej więcej tak, jakby Halina Elżbiecie drogę do drogerii narysowała. Kilka kresek, góry, drzewka i czcionka tak maleńka, że bez lupy nie podchodź. Drodzy wydawcy i autorzy, nie róbcie czegoś takiego. Czytelnicy fantasy to bardzo wymagająca estetycznie grupa. Oni są zalewani pięknymi wydaniami, a taka prowizorka, w najlepszym razie, ich rozbawi. Do tego mapka ta nie ma żadnego wymiaru praktycznego, bo fatalnie się z niej korzysta. Dodać natomiast muszę, że dla mnie wystarczające były opisy zawarte w książce. Były na tyle czytelne, że ramię w ramię z bohaterami wędrowałam przez świat i historię z powieści.

Może macie mi za złe, że tak niewiele napisałam o fabule, ale ja staram się być oszczędna w słowach opowiadając o powieściach przygodowych. Wychodzę z założenia, że taka książka porwać czytelnika niczym wodny wir. Zakręcić mu w głowie i wciągnąć w „fabularne odmęty”. K. Goldman i P. Herman całkiem nieźle zakręcili tym co im się w głowach zrodziło. Powieść „Zaufać wrogowi” ma lepsze i gorsze momenty, ale ostatecznie okazała się dość zajmującą lekturą.

* K. Goldman, P. Herman, „Zaufać wrogowi”, wyd. Alternatywne, Poznań 2022, s. 7.


[Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa]

„Ancymonek to swój ziomek! ORAZ Cymek i studnia tajemnic" Adam Cichy

„Ancymonek to swój ziomek! ORAZ Cymek i studnia tajemnic" Adam Cichy

Bajki o łobuziakach są bardzo wdzięczne do czytania. Zazwyczaj są to zabawne i pełne przygód historyjki. Bohaterem książki Adama Cichego jest Ancymonek (w skrócie Cymek), a imię to oznacza urwisa, psotnika1. Ciekawe czy chłopiec nosi je przypadkowo, czy odzwierciedla ono jego temperament? Nie będę was trzymać w niepewności. Ancymonek uwielbia figle. Każda okazja jest dobra, żeby coś zmalować. Chcecie przekonać się co chłopiec narozrabia?

W książce znajdują się dwie historie: „Ancymonek to swój ziomek!” oraz „Cymek i studnia tajemnic”. Adam Cichy stworzył bohatera różniącego się od stereotypu współczesnego dziecka. Chłopiec mówi głośno: „W zaufaniu powiem panu, że nie dla mnie świat z ekranu. Zamiast z nosem w monitorze, wolę spędzać czas na dworze.”2 Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka, jednak nie zaprzeczycie, że znaczenie mediów rośnie, a coraz mniejsze dzieci potrafią korzystać z komputera, komórki czy tabletu. Nie będę oceniać, czy to pozytywne, czy negatywne zjawisko. Zaznaczam tylko, że podjęto w tej książce próbę pokazania, że bez monitora można przezywać fascynujące przygody, Może jakiś rodzić szuka bajki z takim przesłaniem.

Opowieści napisane przez Adama Cichego to rymowanki. Wyszło nieźle chociaż do Brzechwy twórcy Ancymonka jeszcze sporo brakuje. Tekst czyta się nawet przyjemnie, ale nie udało się uzyskać takiej płynności, jak w klasycznych poematach dla dzieci. Może ja nie wygram konkursu recytatorskiego – nie zaprzeczę – jednak mam porównanie. Moja córka przeżywa właśnie fascynację „Panieneczką z pudełeczka” i czytając ją jej mimowolnie łapię rytm. W przypadku Ancymonka musiałam się nagimnastykować, żeby osiągnąć zadowalający efekt.

Jeśli chodzi o treść nie mam zastrzeżeń. „Ancymonek to swój ziomek!” niesie wartość edukacyjną. W efekcie psot nasz bohater zafascynuje się historią. Natomiast „Cymek i studnia tajemnic” ma charakter fantastyczny. Ciekawość sprawi, że chłopiec pozna baśniowe istoty.

Adam Cichy napisał całkiem fajne rymowanki dla dzieciaków. Daleko im do polskich klasyków, ale przyznacie, że poprzeczka jest wysoko postawiona. Najważniejsze, że udało mu się wykreować postać pozytywnego łobuza. Takiego bohatera, którego polubią zarówno dzieci i dorośli. Jestem ciekawa ilu czytających o Cymku rodziców zobaczy w nim małych siebie.


1 Adam Cichy, „Ancymonek to swój ziomek! Cymek i studnia tajemnic", wyd. Alternatywne, Poznań 2022, s. 36.

2 Tamże, s. 33.

"Dwuświat. Księga II Pokun" W. & W. Gregory

"Dwuświat. Księga II Pokun" W. & W. Gregory

Bardzo ucieszyła mnie sprawna realizacja wydania drugiej części cyklu „Dwuświat”. Zaskoczył mnie tytuł - „Pokun”. Dałabym sobie rękę uciąć, że skądś znam to słowo i... chyba nie miałabym ręki. Kojarzy mi się ono jakimś mitycznym potworem, może demonem. Jednak „internety” zdecydowanie odesłały mnie do tej powieści. Nie wiem, dlaczego pokuny wydały mi się znajome. Wygląda na to, że są wymysłem autora „Dwuświata”. Czym są, tego dowiecie się z powieści. Ja spróbuję was zachęcić do sięgnięcia po nią.

Pierwsza część cyklu jest zatytułowana „Przedwojnie”. Czy teraz czas na wojnę? Tak. Inco i Floris się do niej szykują. Pierwsze musi poradzić sobie z brakiem zasobów, drugie z zapóźnieniem technologicznym. Tutaj muszę się na chwilę za trzymać, żeby przypomnieć, że koncepcja „Dwuświata” została zbudowana na zasadzie kontrastów. Rozwinięte Inco, którego mieszkańcy żyją w „syntetycznym” świecie – pożywne batony zamiast jedzenia, filtrowana woda – a na przeciwnym biegunie rządzone przez kapłanów Floris, w którym natura kieruje ludzką egzystencją. To drugie może sprawiać wrażenie zacofanego, jednak to będący wiele kroków dalej sąsiedzi muszą zmierzyć się ze stukami swoich poczynań. Jednym z nich jest niedobór mężczyzn. Kontrola urodzeń, nowe podatki, polityka aborcyjna nie przyniosły skutku. Chłopców rodzi się coraz mniej. O to jest ta wojna, o chłopa.

Być może pomysł na fabułę – natura kontra technologia – nie jest nowatorski, ale bardzo wdzięczny do realizacji. Ja uwielbiam wszelkie historie stworzone na tej kanwie. Podoba mi się, kiedy pisarze pokazują skutki jednego i drugiego scenariusza. „Obstawiam”, która kraina okaże się tą lepszą, w której będzie żyło się szczęśliwiej. Zastanawiam się, gdzie widziałabym siebie. Wreszcie, chcę wiedzieć, kto będzie górą w konfrontacji.

Jest to taka książka, w której ważną rolę odegrają kobiety. Wiecie już, że w Inco mamy ich nadmiar. Dostały się na szczyty władzy i... No właśnie, jak autor ocenia rządy kobiet. Inco jawi mi się światem absurdu – niczym w komedii Barei. Wiele fragmentów ma wręcz satyryczny charakter. Stworzone struktury wydają się nam chwiejne, propaganda prymitywna, niektóre z wyrażanych opinii brzmią jak słowa półinteligenta. Mówię wam, istny kabaret. Chociaż to chyba nie jest wina kobiet u steru, bo... sami wiecie, jak to w polityce. Czy lepiej wyglądają rządy kapłanów we Floris. Najwyższa kapłanka Ae, to wybitny gracz. Jest samotna w sieci intryg, ale to potężna "pajęczyca" i należy uważać na jej poczynania. Wie komu może powierzyć delikatną misję, potrafi manipulować wiernymi, wzbudza szacunek. Jednak i ona ulega pokusie. Będzie musiała wybrać pomiędzy władzą, a... (ciii, nie spojlerujemy).

„Pokun” ma wiele wątków. W. & W. Gregory skrupulatnie kontynuuje te rozpoczęte w części pierwszej, ale pojawiają się nowe postacie, nowe problemy również coraz śmielej eksplorujemy stworzone przez niego uniwersum. Mam wrażenie, że fabuła się nieco rozbiega, ale chyba nie jest to wielki problem dla czytelników fantastki. Czasami tak się zdarza, że przy kontynuacjach autorzy nabierają śmiałości, widzą coraz więcej wykreowanego świata i pragną pokazać go czytelnikowi. Jeżeli lubicie „wędrować” po obcych krainach spodoba wam się, że będzie mogli zajrzeć w ich wszelkie zakątki.

Drugi tom „Dwuświata” okazał się udaną kontynuacją. Różni się od pierwszej części, gdzie dominowały kwestie społeczne. Tutaj pojawia się więcej intryg, polityki, dyplomacji, działań wojennych, ale również przygody. Momentami powieść jest brutalna, a momentami zahacza o satyrę. Autor stara się równo prowadzić wszystkie wątki, dzięki czemu możemy zajrzeć w różne zakątki uniwersum. Mnie ta książka wciągnęła. A do której krainy mi bliżej? Chyba do rozwiniętego, acz absurdalnego Inco. Pomimo jego wad nie widzę się w rolniczym społeczeństwie Floris. A ty, gdzie chciałbyś/chciałabyś mieszkać?

”Bajki postnuklearnej pustyni” Michał Głowacz

”Bajki postnuklearnej pustyni” Michał Głowacz

Czy bajki są wyłącznie dla dzieci? Właściwie ewoluowały od historii dla dorosłych po takie dla najmłodszych. I tak w naszej świadomości funkcjonują. Pisarze tworzą bajki raczej z myślą o małych czytelnikach. Do korzeni tego typu literatury wraca poniekąd Michał Głowacz. Napisał on publikację pt.: ”Bajki postnuklearnej pustyni”. Nie ma wątpliwości, że to nie jest miejsce przeznaczone dla dzieci.

W książce znajdziemy, krótkie opowiadania utrzymane w baśniowej estetyce. Znajdziemy tu wszelkiego rodzaju „Dawno, dawno temu...” charakterystyczne dla bajek. Spotkamy tu wszelkiej maści księżniczki, rycerzy, demony, magiczne stworzenia itp. Są to bajki pełną gębą, moi Państwo. Jak powinno być w porządnej bajce Michał Głowacz stara się opatrzyć je morałem. Z jego jasnością bywa różnie. Pamiętam, jak przy okazji recenzji innej książki zarzucono mi, że czegoś nie zrozumiałam. Odpowiedziałam na to, że to zadanie autora klarownie przedstawić swój pomysł. Trafia on na czytelników o różnych doświadczeniach, wrażliwości, inteligencji. Mają oni prawo odmiennie interpretować tekst. Sztuką jest dotrzeć do każdego z nich. Wracając do prezentowanej książki. Nie każde z opowiadań miało to coś, co trafiło do mojego serducha, ale znalazłam tu kilka interesujących utworów.

Nie będę ukrywać, że przymiotnik „postnuklearny” w tytule zwabił mnie do tej książki. Postapokaliptyczne elementy zostały przez pisarza fajnie wykorzystane. Wszędzie unosi się radioaktywny pył, rodzą się zmutowane dzieci, spotykamy złomiarskie konstrukty itp. Jednak jest to tylko tło – i to należy podkreślić. Nietypowe jak na bajki, ale w takich „promiennych” odcieniach Michał Głowacz widzi te opowiastki.

„Bajki postnuklearnej pustyni” to niesztampowa propozycja czytelnicza. Wbrew tytułowi nie jest to książka wyłącznie dla fanów fantastyki. Jeżeli nie przeszkadza wam „radioaktywne” tło zawartych w niej opowiadań, poczytajcie sobie bajkę na dobranoc. Zielonkawy pył może przygnać błyszczące sny.

"Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora" Stanisław Szwast

"Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora" Stanisław Szwast

„Dziś prawdziwych Wikingów już nie ma...” podśpiewywałam sobie sięgając po powieść „Technowiking. Ostatni wyznawcy Thora” – i od razu sprostuję śmieszkowe skojarzenia, nie jest to książka o brodaczach na technoparty. A może jednak są? Może potomkowie tych dzielnych wojowników dalej sieją postrach?

Stanisław Szwast zaprasza nas do świata, gdzie chrześcijaństwo upadło już w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Inni bogowie mieli okazję zawładnąć umysłami ludzi i odbierać od nich hołdy. Tu się chyba w tym temacie zatrzymam, bo nie jest książka ani w typie historia alternatywna, ani o potyczkach bóstw. Króluje tu akcja, a rozgrywa się ona w futurystycznym klimacie chociaż przebijają się w nim nordyckie i słowiańskie wierzenia.

Główny bohater ma na imię Świrad. Jest studentem i to wybijającym się pod względem wiedzy na tle kolegów. Szybko orientujemy się, że nie jest on taki zwykły. Poznajemy jego, niezgodne z obowiązującym prawem, fascynacje. Pojawiają się osoby, które interesują się jego osobą i dostaje on propozycję (tzw. nie do odrzucenia) podjęcia się intratnej misji.

Autor oferuje czytelnikom wartką akcję – nie wiem, czy nie aż za bardzo, bo chyba ucierpiało na niej odrobinę uniwersum książki (albo ja zmieniam się w malkontenta). Pole do popisu Stanisław Szwast miał duże, bo postawił na świat, gdzie bioinżynieria osiągnęła wysokie stadium rozwoju. Wyobraźcie sobie jakie daje to możliwości bohaterom, ale też zastanówcie się, jakie zagrożenia niesie taki postęp technologiczny.

W takim razie, na co narzekam? Moje wyobrażenie Wikinga, jako postaci, jest tak konkretne, że nie mogłam przekonać się do wizji autora. To musi być muskularny, zarośnięty facet z toporkiem. Ja mam problem nawet z hollywoodzkim obrazem Thora – Chris Hemsworth daje radę w tej roli, ale jakiś taki za ładny ma ten uśmieszek. W powieści „Technowiking” wychodzi mi jakiś silny i inteligentny, ale blady chudzielec. Do tego te wszystkie ulepszenia nie składają mi się na krew, pot i łzy, a potem biesiadowanie ze świniakiem i pucharami wina. Niestety, Stanisław Szwast nie przełamał mojego konserwatyzmu.

Mnie autor nie przekonał, ale wszystkich, którzy szukają biopunkowych powieści akcji zachęcam do zainteresowania się tą książką. „Jedna jaskółka wiosny nie czyni”, jedna średnio zadowolona czytelniczka nie oznacza, że powieść jest zła. Na pewno przydałoby się bardziej rozbudować, dopieścić jej świat. Jednak jeżeli zależy wam głównie na tempie i przygodach to tu je znajdziecie.

"Prowokacja" Mark Carper

"Prowokacja" Mark Carper

Skandal to pożywka dla prasy. Redaktorzy silą się na chwytliwe nagłówki, aby wzbudzić zainteresowanie czytelników i podbić sprzedaż. Bohaterom powieści „Prowokacja” Marka Carpera, dwóm dziennikarzom chicagowskiej gazety, dobry temat sam pcha się w ręce. Dostają cynk o romansie kandydatki na urząd senatora oraz dowody, które mają świadczyć o prawdziwości przekazanej informacji. Panowie łapią się na haczyk i publikują artykuł, który wywołuje aferę polityczną, a ich samych pakuje w niezłe tarapaty – nie tylko zawodowe.

Mark Carper napisał przewidywalną, aczkolwiek interesującą książkę. Sama fabuła mnie nie zaskoczyła, ale autor wprowadził dwa elementy , dzięki którym czytelnik może poczuć się zaintrygowany. Nie koniecznie treścią, ale tym dlaczego ta powieść została tak napisana.

Znaczną część książki zajmuje dialog. Z pozoru banalna pogawędka. Panowie dyskutują o sporcie, o historii, o kobietach tak, jakby chcieli sobie zabić czas. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdybyśmy nie znali ról jakie przypisano rozmówcom – oprawca i ofiara. W tym miejscu muszę jeszcze wspomnieć o języku prowadzonego dialogu. Wydaje mi się on nieco nienaturalny. Jest w nim pewna maniera, która kojarzy mi się z rozmową angielskich gentlemanów we frakach. Facet siedzi przykuty do kaloryfera, zastanawia się, czy zginie, a pełnym spokojem pyta się gościa ze spluwą, który go pilnuje: „Peterze, czy tym samym chcesz mi powiedzieć, że jesteś wynajętym zabójcą?”* Oceńcie sami. Ja dodam, że mimo wszystko, jest w tej formule coś, że czytelnik zastanawia się, do czego ma prowadzić ta słowna potyczka.

Drugą ciekawą zagrywką jest wątek, w którym spotykamy samego autora. Nie jest on aktorem tytułowej prowokacji. On jest ponad tym wszystkim. Właściwie występuje w roli... autora tej historii. Trudno jest mi ubrać w słowa, to co chciałabym wam powiedzieć, ale jak ktoś zacznie czytać książkę, szybko zorientuje się, o co chodzi. Kolejny raz zastanawiamy się, po co taki zabieg. Do czego autor zmierza? Samo rozwiązanie jest niezłe i jest czymś, może niekoniecznie oryginalnym, bo zdarza się w literaturze, ale niezbyt często wybieranym przez pisarzy. Mi jako przykład przychodzi do głowy niedawno czytana powieść Dawida Kaina „Oczy pełne szumu” - wybaczcie, nie udało mi się wymyślić czegoś bardziej znanego, czarna dziura w głowie. Co prawda Mark Carper mógł bardzie zapętlić oba wątki, ponieważ dzieją się obok siebie, ale za sam pomysł ma u mnie plusa.

„Prowokacja” to książka, której treść niczym mnie nie zaskoczyła, jednak muszę docenić formę jaką ona przybrała. Nie wszystko jest idealne, jednak w ogromnej ofercie thrillerów, która jest obecnie dostępna na rynku książki, cieszy mnie, kiedy znajdę autora, który próbuje przełamać schematy.

* Mark Carper, „Prowokacja”, wyd. AlterNatywne, Poznań 2021, s. 61.

"Sekret rodu Oswaltów" Adam Puza

"Sekret rodu Oswaltów" Adam Puza

»Sekret rodu Oswaltów« to kryminał psychologiczny, w którym zbrodnia i śledztwo to jedynie tło prawdziwej tajemnicy, którą musi odkryć główny bohater.”* czytamy na okładce tej powieści. Przyznam, że złapałam się na to zadanie jak rybka na haczyk. Czyżby Adam Puza obdarował czytelników wielowarstwową historią o ekscytującym kryminalnym tle?



Fabuła

Oswaltowie to bogata rodzina brutalnie zamordowana w tajemniczych okolicznościach. Przez wiele lat sprawca pozostawał nieuchwytny. Wreszcie Aaron Whalen, dobrze zapowiadający się młody detektyw, doprowadza do przełomu w śledztwie. Morderca ląduje za kratkami, ale po jakimś czasie pojawia się jego naśladowca. Czy ktoś tylko kopiuje metody słynnego psychopaty, a może kolejne zbrodnie mają coś wspólnego z rodem Oswaltów? Aaron będzie zmuszony wyciągnąć akta zamkniętej już sprawy i ponowie zagłębić się w tajemnice tej rodziny.


Okładka

Zacznę od pogratulowania pomysłodawcy okładki. Dokładnie w takich barwach widziałam tę historię. Tak jak w filmach „Sin City” - dużo czerni oraz szarości, a na nich czerwone plamy krwi. Atmosfera tej książki jest zimna i ponura. Zarówno miasto, w którym ma miejsce akcja, jak i bohaterowie wydają się pozbawieni radości i koloru. Miałam takie odczucie, że w tym miejscu może zdarzyć się wszystko, nawet najstraszniejsza zbrodnia, i nikogo to nie zdziwi.


Kryminał psychologiczny

Uważam, że jest to całkiem niezłe określenie na „Sekret rodu Oswaltów”. Autor mocno koncentruje się na na postaci Aarona Whalena tak, że śledztwo i wydarzenia wokół niego wydają się tylko pretekstem do poznania młodego detektywa. Czy Adamowi Puzie udało się zgłębić jego psychikę? Mam wrażanie, że nie do końca postrzegam go w taki sposób jak planował to autor. Chciałby, aby czytelnik widział w Aaronie „utalentowanego detektywa, albo zimnego drania”**, podczas gdy ja odbieram go jako smutnego, zamkniętego w sobie mężczyznę, a przyczyn tego stanu próbuje się domyślić. Zamiast wybitnego śledczego – a do tego pracoholika – który raźno przystępuje do rozwiązywania zleconej mu sprawy, obserwuje smętnego gościa, który snuje się po mieście.

Dodam też, że autor poszedł na łatwiznę i rozwiązanie zagadki pozostawił na sam koniec, przez co nieco zmarnował potencjał tej historii. Samo w sobie, nie jest to wadą – ja nie przepadam za takimi kryminałami, ale część z nich jest dobrze odbierana. Według mnie Adam Puza niektóre pytania zadał za późno, przez co policja wydaje się nieudolna, a w innym momencie zdradził za dużo przez co okradł swoją powieść z tajemniczości. Nie wykorzystał też możliwości, jakie daje mu postać psychopaty, rzekomo odpowiedzialnego za śmierć Oswaltów. Mógł wykreować drugiego Hannibala Lectera, ale jakby bał się wyciągnąć ze swojego mordercy całą demoniczność.


Podsumowanie

Sekret rodu Oswaltów” to interesujący kryminał, który mógłby być nieco bardziej rozbudowany. Dzięki temu zyskałby na tajemniczości. Próby zagłębienia się w psychikę bohaterów też nie do końca mnie satysfakcjonują, za to sama sprawa kryminalna jest naprawdę ciekawa i to ona przykuła moją uwagę.

* Adam Puza, „Sekret rodu Oswaltów”, wyd. AlterNatywne, Poznań 2020, okładka.

** Tamże, s. 39.

"Dwuświat. Księga I Przedwojnie" W. & W. Gregory

"Dwuświat. Księga I Przedwojnie" W. & W. Gregory

Mężczyźni potrzebni od zaraz. Tylko skąd ich wziąć, skoro od kilku pokoleń rodzę się głównie dziewczynki. Czy pogoń za zdrowiem, pięknem perfekcją skończy się tragicznie dla ludzi jako gatunku?



Fabuła

Inco i Floris to dwie sąsiadujące ze sobą krainy. Bardzo się różnią. Pierwsza jest zapatrzona w naukę i czerpie z niej garściami, aby standard życia mieszkańców była jak najwyższy. Floriańczycy natomiast żyją w zgodzie z naturą. To lud rolniczy i głęboko wierzący w boginię Patri. Które społeczeństwo jest szczęśliwsze? Na tle Inco Floris wydaje się zacofane, jednak są problemy, z którymi postęp technologiczny nie jest w stanie sobie poradzić. Pomimo różnych prorodzinnych programów w kraju rodzi się coraz mniej chłopców. Demograficzna katastrofa jest na wyciągnięcie ręki.


O czym?

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to powieść o ratowaniu gatunku, o poszukiwaniu recepty na płodzenie większej liczby chłopców. Jednak demograficzne problemy posłużyły do zobrazowania znacznie szerszego tematu. Aby wam go przybliżyć pozwolę sobie zacytować fragment powieści: „Ludzie są zbyt głupi, żeby mogli podejmować samodzielne decyzje. To my im mówimy, co jest dla nich dobre, a co złe. Nic tak nie organizuje myśli ludzkich jak podporządkowanie”.*

Po lekturze „Przedwojnia” została mi w głowie refleksja, na ile to co myślę, to moje własne zdanie, a na ile jest to propaganda. Żyjemy w pewnych realiach i musimy podporządkować się prawu z jego dobrocią, ale też absurdami. Części z nas pewnie funkcjonuje się całkiem dobrze, ale domyślam się, ze są i tacy, który zderzyli się z murem nie do przejścia. Czasami słyszy się również o dramatycznych skutkach takiego zderzenia. Rząd to możemy określić jako grupę, która wie lepiej niż społeczeństwo, czego mu potrzeba. Niezależnie od tego, czy ludzie tego chcą czy nie.

W. & W. Gregory nie serwuje czytelnikom analizy mechanizmów propagandy ani filozoficznych rozważań na temat istoty władzy. Jego powieść jest utrzymana w rozrywkowej konwencji powieści science-fiction z delikatnymi zakrętami w kierunku groteski. Jej wydźwięk jest dość oczywisty i właśnie to najbardziej wzmacnia efekt jaki wywołuje na czytającym.


Perspektywa

Bardzo podoba mi się w jaki sposób została opowiedziana ta historia. Możemy zerknąć na wydarzenia rozgrywające się na Wszechziemi (tak nazywa się planeta wymyślona przez autora) oczami zarówno tych przy przy władzy, jak i zwykłych obywateli. Można powiedzieć, że dostajemy cztery opowieści w jednej.

Na początku poznajemy Jasmin, która jest w ciąży i musi zmierzyć się z systemem, a dokładniej polityką kontroli płci prowadzoną przez władze. Po drugiej stronie granicy mieszka Fahid z rodziną. Są to bogobojni ludzie, ale pewne decyzje rządzących państwem kapłanów są dla nich bolesne przez co trafiają na ich czarną listę.

Na szczytach władzy w obu państwach możemy obserwować galerię intryg i knowań. W Inco toczy się prawdziwa walka o stołki, co wiąże się z zarówno zachwytami jak i niezadowoleniem społeczeństwa. Floris wydaje się stabilne politycznie, jednak odbija się na nim to co dzieje się u sąsiadów, a mieszkańcy maja coraz więcej odwagi, aby krytykować terror kapłanów.


Podsumowanie

Ja – czytelniczka, obywatelka, kobieta, matka – przeczytałam „Przedwojnie”. Razem z tą książką przeżyłam momenty wzburzenia, złości, smutku, ale – przede wszystkim – ciekawą przygodę. Trafiłam do trudnego miejsca, ale nie chciałam go opuszczać. Wszechziemia, jej mieszkańcy i ich losy nie są mi obojętne.

* W. & W. Gregory, „Dwuświat. Księga I Przedwojnie”, wyd. Alternatywne, Poznań 2020, s. 393.

"Korzenie" Hanna Król

"Korzenie" Hanna Król

Po co roślinom korzenie? Utrzymują ją w pionie i za ich pomocą może ona pobierać z gleby substancje odżywcze. Podobne są zadania rodziny, czyli naszych, ludzkich korzeni – ma być dla nas podporą, dawać nam siłę i wsparcie. Zdarzają się historię, kiedy dla własnego dobra, trzeba się odciąć od tych, którymi łączą nas więzy krwi. Czy bez korzeni da się przetrwać?



Fabuła

Bohaterką książki jest Vittoria Ancoralis. Jako dziecko została przygarnięta przez zielarkę ze wsi Arumvir. Z powodu swojego temperamentu nie zostaje zaakceptowana przez lokalną społeczność, a wręcz okrzyknięta wariatką. Dziewczyna zbliża się do pełnoletniości. Nagle wszystkie jej plany idą w łeb – zostaje oskarżona o zabójstwo. Z pomocą przyjaciół udaje jej się zbiec. Ścigają ją nie tylko pilnujący przestrzegania prawa żandarmi, ale również inne istoty. Z kim przyjdzie mierzyć się Vittorii? Czy uda jej się dowiedzieć kim jest naprawdę?


Viridian, czyli uniwersum z „Korzeni”

Osoba, która napisała blurb na okładkę wskazuje na takie jego cechy jak kanibalizm i dziwna choroba zwana uśpieniem.1 Całkiem niezły chwyt, bo faktycznie dzięki temu opis wydaje się intrygujący, akcentuje brutalność Viridianu. Wydawca nie kłamie, to co wydrukował na okładce pozwala zobrazować powieść Hanny Król. Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Żeby to opisać powołam się na cykl „Igrzyska śmierci”. Czy pamiętacie tamten świat? Nie chodzi mi o szczegóły. Mamy zestawione dystrykty, w których, w większości, ludzie żyją jak w bardzo dawnych czasach – polują, wytwarzają sami potrzebne rzeczy itp., kontra bardzo zaawansowane technologicznie centrum. W „Korzeniach” mamy - może nie takie same, ale w podobnym klimacie – zestawienie z pozoru niepasujących cech. Są elementy klasycznego fantasy z zielarkami, elfami, smokami, a obok nich pojawiają się zaawansowane wynalazki jak np. teleport.

Druga rzecz, która charakteryzuje Viridian to dyktatura. Już od pierwszych stron widzimy jej przejawy jak np. gazeta, którą należy czytać, ale nie można wyrzucić do śmieci, bo byłaby to obraza władzy, która ją wydaje.


Opisy

W „Korzeniach” fani fantasy mogą cieszyć się uniwersum zbudowanym od podstaw. Sięgając po tę książkę musicie być świadomi, że czekają w niej na czytelnika bardzo szczegółowe opisy. Zwykła przechadzka bohaterki po mieście i oglądanie jakiegoś obiektu, jest dla autorki pretekstem do wywodu o historii Viridianu. Przyznaję, że przebrnięcie przez te fragmenty były dla mnie trudne i wymagało dużo uwagi, ale nie można zarzucić Hannie Król, że nie przemyślała świata, który stwarza. Pisarka dołożyła wszelkich starań, żeby przelać na papier swoją wizję. Czy akcja na tym nie traci? I tak i nie. Autorka zadbała, żeby posuwała się do przodu. W kolejnych wydarzeniach wyszukuje pretekstu, żeby opowiedzieć coś więcej o Viridianie, ale nie zapomina, o Vittorii i jej historii. Jednak gdzieś z tyłu mojej głowy pulsuje myśl, że może mogłaby się ona toczyć nieco szybciej.


Podsumowanie

„Korzenie” były dla mnie powieścią ciekawą, acz nieco żmudną w czytaniu. Lubię charakterne bohaterki i rodowe opowieści, ale długie opisy trochę hamowały mój pęd w odkrywaniu tej historii. Uważam jednak, że nie muszą być one wadą. Dużo zależy od indywidualnych upodobań czytelników.

1 Hanna Król, „Korzenie”, wyd. Alternatywne, Poznań 2020, okładka.

Tajemnica starego kurhanu - Jacek Mariusz Wicher

Tajemnica starego kurhanu - Jacek Mariusz Wicher

Beztroskie łażenie po lesie, którego się w ogóle nie zna, to nie jest za mądry pomysł, nie uważasz chłopcze? 1

Gdzie mają kryć się złe moce jak nie w lesie? Cisza, spokój i przytłaczająca potęga przyrody. Idealne miejsce, żeby zwabić ofiarę i realizować swoje cele. Również idealne miejsce do odpoczynku i regeneracji. Potyczka między dobrem i złem wymaga dużo energii i poświęcenia.



Fabuła

Rodzina Strongwind przeprowadza się do nowego domu, a dokładniej leśniczówki. Podekscytowani synowie ignorują ostrzeżenia rodziców i sami zapuszczają się odkrywać pobliski las. Szybko tracą orientację w terenie. Pomaga im przypadkowo napotkana kobieta. Wydaje się trochę dziwna. Zbiera zioła i wie odrobinę za dużo, ale mali Strogwindowie nie widzą innego sposobu ratunku. Kiedy Sally, bo tak ma na imię owa pani, odprowadza chłopców do domu mijają niewielki pagórek. Młodszy z braci, Maks, doznaje w jego obecności ataku. Tak naprawdę jest to kurhan, a w nim pochowana okrutna władczyni Olla, która w zamierzchłych czasach była postrachem tych ziem. Czego chce od małego Maksa? Dlaczego przybycie do miasteczka nowej rodziny obudziło tkwiące pod ziemią moce?


Tajemnica starego kurhanu to połączenie fantasy i horroru.

Można powiedzieć, że są to dwie opowieści. Główna to ta, która ma miejsce współcześnie, czyli wydarzenia wokół Maksa Strongwinda, a dopełniają ją wydarzenia z przeszłości. Dość szybko, zostaje nam opowiedziana historia okrutnej władczyni Olli, a utrzymana jest ona, w dobrze znanej czytelnikom fantasy, konwencji przygód rycerskich. Ogólnie mówiąc, jedna przywódczyni plądruje okoliczne ziemie, a pozostałe księstwa próbują się bronić. Tworzą się sojusze, mobilizuje się ludzi, kupuje najemników, przygotowuje taktykę walki, gromadzi zapasy itd., itp.

Wróćmy jednak, do meritum, czyli przygód małego Maksa. Autor próbował stworzyć coś na kształt horroru. Las, moc obudzona w starym kurhanie i niebezpieczeństwo, które zaczyna osaczać państwa Strongwind. Uczestniczymy w wydarzeniach, które mają doprowadzić do konfrontacji dobra ze złem.


Moja opinia

Miała być lawina, a spadło zaledwie kilka kamyczków. Nie powiem, Jacek Mariusz Wicher zaczął z przytupem. Wprowadzenie do historii jest bardzo interesujące. Byłam zaintrygowana, co w sobie ma ten konkretny mały chłopczyk, że jego obecność oddziałuje na moce uśpione setki lat temu.

Potem przyszedł czas na opowieść w klimacie fantasy. Jest ona napisana dość sprawnie. Nawiązanie do dawnych czasów to popularny zabieg i ja bardzo go lubię, chociaż nie często się spotykam, że autor serwuję jeden długi (a nawet bardzo długi fragment), w którym opowiada całą historię (szczerze to nie mogę sobie przypomnieć, żadnej książki, w której tak została rozegrana fabuła), zazwyczaj przeszłość i teraźniejszość się przeplatają.

Wracamy do czasów obecnych. Atmosfera w miasteczku gęstnieje, zbliżamy się do finału, a mi zgrzyta podczas czytania. Autor poświęcił dużo energii na otwarcie niepotrzebnych wątków, czy wymyślenie, kolejnych wydarzeń, które nie dają odpowiedzi, nie posuwają akcji do przodu. Nie mogę powiedzieć, że nie jest dynamicznie. Dzieje się dużo, tylko co z tego skoro to ciągle kręci się wokół tego samego. A to ktoś sprzedał stary chleb mamie Strongwind, a to ktoś pobił jednego z chłopców, a to sąsiadka nie odpowiedziała na pozdrowienie. Tak, nie lubią ich w tym miasteczku, ale wymyślanie kolejnych sposób dręczenia bohaterów nie było ani straszne, ani ciekawe.



Mam wrażenie, że Jacek Mariusz Wicher pisał to co mu aktualnie przyszło do głowy. 

O, może wojak przeszedłby się ulicą i pogadał z jakąś kobitką. Będę z tym walczyć i będę to wytykać. Skoro ta kobieta nie ma wpływu na wydarzenia, nie interesuje mnie ona. Jeżeli już przyszła, to dajmy jej jakieś zadanie. Autor w ogóle ma, jak to określić (?), przemilczający stosunek do wielu spraw. Mam tu namyśli właśnie scenki, które poszły w zapomnienie,ale też przemilczenie, niektórych kwestii np. brak określenia regionu wydarzeń. Ktoś może powiedzieć, że konkretne miejsce nie jest potrzebne, bo i tak wydarzenia są fikcyjne. Prawda, ale czasami aż się prosi, żeby zakotwiczyć fabułę w jakimś regionie świata i tu mi tego zabrakło. Inny przykład, zarysowane we wstępie problemy, trzeba jakoś rozwiązać. Nie wchodząc już w szczegóły, napiszę tylko, że zwalenie odpowiedzialności na jakieś tam zło, to nie rozwiązanie. Ja, jako czytelnik, chcę wiedzieć co to za zło, skąd się wzięło i po co mąci. A scena finałowa (facepalm)! Serio, na to czekałam prawie 400 stron, to była ta dramatyczna konfrontacja? Ona mogła uratować cała książkę, ale była za krótka i nie zaspokoiła mojej ciekawości.


Podsumowanie

Moim zdaniem, powieść, która napisał Jacek Mariusz Wicher, nie powinna zostać wydana w takim kształcie. Pomysł jest dobry, książka interesująco się zaczyna i bije z niej wielka miłość do psów (miłośnicy tych zwierząt na pewno to zauważą). Jest dynamicznie, przygoda goni przygodę, ale zabrakło mi planu. Autor chciał coś przekazać, ale ukryło się to między kolejnymi scenkami i tam już zostało. Język też mnie nie zachwycił. Jest poprawny, ale słowa napisane przez autora nie dały rady wykrzesać nawet iskierki grozy, a kiedy rodzina z dwójka dzieci jest nagabywana, a ja nie czuję ani grama niepokoju, to coś jest nie tak.


1 Jacek Mariusz Wicher, Tajemnica starego kurhanu, wyd. AlterNatywne, Poznań 2020, s. 9.

Chłopiec bez przeszłości - Karol Lipiński

Chłopiec bez przeszłości - Karol Lipiński

 Kolejne doświadczenia kształtują nas, naszą osobowość. Życie, niczym rzeźbiarz w kamieniu, tworzy Anię, Henia, Jarka, Magdę, tworzy unikalne dzieło. A gdy proces ten zostanie przerwany? Czy wieku 5, 15, 25 lat można być czystą kartką?



Fabuła

Jaś budzi się w zrujnowanym mieście. Nie pamięta kim jest. Nie pamięta jak się tu znalazł. Jest tylko przerażonym, zagubionym dzieckiem, które stara się znaleźć jakąkolwiek pomoc. Spotyka bezdomnego pijaka Wojciecha, który przygarnia go pod swój dach. Jaś szybko przekonuje się, że świat dzieli się na silnych i słabych. Jak mały, około pięcio-, siedmioletni chłopiec ma w nim przetrwać.

Gatunek

Na pierwszy rzut oka Chłopiec bez przeszłości wydaje się powieścią w klimacie postapo. Mamy rok 2068. Ziemia jest zniszczona po wojnie z istotami nazwanymi Alfami. Niebezpieczeństwo wisi w powietrzu, bo nie wiadomo czy i kiedy nastąpi kolejny atak.


Przyznać trzeba, że dla powieściowych wydarzeń postapokaliptyczne tło ma marginalne znaczenie. Jaś mógłby pojawić się w jakikolwiek, dotkniętym konfliktem, miejscu na Ziemi czy też miejskich slumsach. Autor wybrał Warszawę, ale w niedalekiej przyszłości. Przez prawie 50 lat może wydarzyć się wiele, więc taka fantastyczna konwencja dała mu dużą swobodę. Nie był ograniczany zwyczajami, krajobrazem czy przepisami prawa. Mógł tworzyć ten świat, tak aby pasował do przygód Jasia.


Mam wrażenie, że pisząc Chłopca bez przeszłości Karol Lipiński chciał wyrazić swoje poglądy.

Poglądy na temat siły i władzy, zależności (można podciągnąć tu temat niewolnictwa), oceniania innych, prawa do samoobrony i posiadania broni, znieczulenia na krzywdy innych i rozproszenia odpowiedzialności oraz inne tematy, których poszczególni czytelnicy dopatrzą się w powieści. Kluczową postacią jest mały Jaś, chłopiec w okolicach 5 – 7 lat. Nie pamięta kim jest, nie wie gdzie jest, nie wie jak przetrwać. Jest jak czysta kartka, która zostanie zapisana przez kolejne wspomnienia i doświadczenia. Chłopiec szybko się uczy, analizuje i wyciąga wnioski z tego co mu się przydarzyło. Bardzo lubię takich zagubionych bohaterów. Czy jest to ktoś z amnezją, czy jest to imigrant w kraju o innej kulturze, czy człowiek wychodzący po wielu latach z więzienia. Fascynujące jest to w jaki sposób te osoby patrzą na rzeczy oczywiste dla tuziemców. Jak ich wszystko dziwi, jak komentują to czego doświadczają. Jasia spotyka wiele zła, ale wyciąga z tego wnioski, które są przesiąknięte zarówno dojrzałością, ale też dziecięcą naiwnością.



Chłopiec bez przeszłości to pierwszy tom przygód Jasia.

Nie można powiedzieć, że jest to powieść poprowadzona od A do Z. Przypomina ona półprostą, która zaczyna się w momencie, kiedy chłopiec budzi się w zrujnowanej Warszawie i pędzi przez kolejne miesiące jego życia. W zakończeniu zabrakło mi połączenia, a może podsumowania wszystkich wydarzeń, ale skoro planowana jest kolejna część poczekam i ocenię cykl jako całość.


Podsumowanie

Nie umiem powiedzieć jakiej grupie czytelników mogłabym polecić tę książkę, bo nie wiem w jaką stronę Karol Lipiński zamierza poprowadzić tę historię. Tu fantastyki nie było duże. Widzimy świat po apokalipsie, ale doświadczenia Jasia nie są z nią bezpośrednio związane. Mam nadzieję, że w drugiej części autor rozkręci wątki sci-fi. Bardzo chciałabym dowiedzieć się więcej o Alfach i liczę na to, że w sensowny sposób zostanie usprawiedliwiona wyjątkowa dojrzałość i niebywała szybkość nauki Jasia.

Jeżeli nie boicie się niejednoznacznych gatunkowo książek i lubicie zastanawiać się na ludzkim zachowaniem (ze wskazaniem na wymienione wcześniej tematy), albo po prostu chcecie pochylić się nad małym Jasiem, zerknijcie co kryje Chłopiec bez przeszłości.

Kopuła - Pomarańczowa Czapka

Kopuła - Pomarańczowa Czapka


- Ile jest we mnie jeszcze z człowieka? - powiedział cicho sam do siebie.1

Kiedy zaczęłam czytać Kopułę pomyślałam sobie, że pisarz ukrywający się pod pseudonimem Pomarańczowa Czapka zaserwował nam skrzyżowanie Orwell'a z Matrix'em. Wysoko technologicznie rozwinięte społeczeństwo, inwigilowane do granic możliwości pod względem zachowania i myśli, funkcjonujące zarówno w realnym jak i wirtualnym świecie.

Czy jest nas za dużo? - Marek Lechowski

Czy jest nas za dużo? - Marek Lechowski


Kwestie demograficzne wiążą się z trudnymi decyzjami dla przywódców państwowych. Jak zachować balans pomiędzy ilością ludzi młodych i starych, aby gospodarka funkcjonowała efektywnie, a nie ingerować w wolną wole i prawo do wolności. Nasz kraj jest przykładem, gdzie rząd, poprzez programy społeczne, liczy na zwiększenie liczby urodzin i odmłodzenie narodu. Nie możemy zapominać, że na drugim biegunie są kraje przeludnione jak np. Chiny, gdzie wprowadzono restrykcyjną politykę urodzin. Jakie są tendencje w skali globalnej? Czy grozi nam przeludnienie, czy powolna zagłada poprzez starzenie się ludzkości?

Raven - Joanna Jarczyk

Raven - Joanna Jarczyk


Świat ma zbyt wiele upadłych dusz, które błąkają się po Ziemi, bo nie chcą mieć innego wyjścia, jak tylko ciche bytowanie.1

Depresja dostała już miano choroby cywilizacyjnej. Coraz więcej osób się do niej przyznaje i decyduje się skorzystać z pomocy specjalistów. Autorzy powieści obyczajowych chętnie sięgają po ten wątek, bo warto o niej mówić, ale też czytelnicy chętnie sięgają po takie książki. Być może szukają w nich rozwiązania swoich problemów. Joanna Jarczyk ugryzła temat nieco inaczej. Napisała o depresji horror. Moim zdaniem jest to genialny pomysł. Ta choroba zamieniła życie wielu ludzi w koszmar.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger