Beztroskie łażenie po lesie,
którego się w ogóle nie zna, to nie jest za mądry pomysł, nie
uważasz chłopcze?
Gdzie mają kryć
się złe moce jak nie w lesie? Cisza, spokój i przytłaczająca
potęga przyrody. Idealne miejsce, żeby zwabić ofiarę i realizować
swoje cele. Również idealne miejsce do odpoczynku i regeneracji.
Potyczka między dobrem i złem wymaga dużo energii i poświęcenia.
Fabuła
Rodzina Strongwind
przeprowadza się do nowego domu, a dokładniej leśniczówki.
Podekscytowani synowie ignorują ostrzeżenia rodziców i sami
zapuszczają się odkrywać pobliski las. Szybko tracą orientację w
terenie. Pomaga im przypadkowo napotkana kobieta. Wydaje się trochę
dziwna. Zbiera zioła i wie odrobinę za dużo, ale mali
Strogwindowie nie widzą innego sposobu ratunku. Kiedy Sally, bo tak
ma na imię owa pani, odprowadza chłopców do domu mijają niewielki
pagórek. Młodszy z braci, Maks, doznaje w jego obecności ataku.
Tak naprawdę jest to kurhan, a w nim pochowana okrutna władczyni
Olla, która w zamierzchłych czasach była postrachem tych ziem.
Czego chce od małego Maksa? Dlaczego przybycie do miasteczka nowej
rodziny obudziło tkwiące pod ziemią moce?
Tajemnica starego kurhanu
to połączenie fantasy i horroru.
Można
powiedzieć, że są to dwie opowieści. Główna to ta, która ma
miejsce współcześnie, czyli wydarzenia wokół Maksa Strongwinda,
a dopełniają ją wydarzenia z przeszłości. Dość szybko, zostaje
nam opowiedziana historia okrutnej władczyni Olli, a utrzymana jest
ona, w dobrze znanej czytelnikom fantasy, konwencji przygód
rycerskich. Ogólnie mówiąc,
jedna przywódczyni plądruje okoliczne ziemie, a pozostałe księstwa
próbują się bronić. Tworzą się sojusze, mobilizuje się ludzi,
kupuje najemników, przygotowuje taktykę walki, gromadzi zapasy
itd., itp.
Wróćmy jednak, do
meritum, czyli przygód małego Maksa. Autor próbował stworzyć coś
na kształt horroru. Las, moc obudzona w starym kurhanie i
niebezpieczeństwo, które zaczyna osaczać państwa Strongwind.
Uczestniczymy w wydarzeniach, które mają doprowadzić do
konfrontacji dobra ze złem.
Moja opinia
Miała być lawina,
a spadło zaledwie kilka kamyczków. Nie powiem, Jacek Mariusz Wicher
zaczął z przytupem. Wprowadzenie do historii jest bardzo
interesujące. Byłam zaintrygowana, co w sobie ma ten konkretny mały
chłopczyk, że jego obecność oddziałuje na moce uśpione setki
lat temu.
Potem przyszedł
czas na opowieść w klimacie fantasy. Jest ona napisana dość
sprawnie. Nawiązanie do dawnych czasów to popularny zabieg i ja
bardzo go lubię, chociaż nie często się spotykam, że autor
serwuję jeden długi (a nawet bardzo długi fragment), w którym
opowiada całą historię (szczerze to nie mogę sobie przypomnieć,
żadnej książki, w której tak została rozegrana fabuła),
zazwyczaj przeszłość i teraźniejszość się przeplatają.
Wracamy
do czasów obecnych. Atmosfera w miasteczku gęstnieje, zbliżamy się
do finału, a mi zgrzyta
podczas czytania. Autor poświęcił dużo energii na otwarcie
niepotrzebnych wątków, czy wymyślenie, kolejnych wydarzeń, które
nie dają odpowiedzi, nie posuwają akcji do przodu. Nie mogę
powiedzieć, że nie jest dynamicznie. Dzieje się dużo, tylko co z
tego skoro to ciągle kręci się wokół tego samego. A to ktoś
sprzedał stary chleb mamie Strongwind, a to ktoś pobił jednego z
chłopców, a to sąsiadka nie odpowiedziała na pozdrowienie. Tak,
nie lubią ich w tym miasteczku, ale wymyślanie kolejnych sposób
dręczenia bohaterów nie było ani straszne, ani ciekawe.
Mam
wrażenie, że Jacek Mariusz Wicher pisał to co mu aktualnie
przyszło do głowy.
O, może wojak przeszedłby się ulicą
i pogadał z jakąś kobitką.
Będę z tym walczyć i będę to wytykać. Skoro ta kobieta nie ma
wpływu na wydarzenia, nie interesuje mnie ona. Jeżeli już
przyszła, to dajmy jej jakieś zadanie. Autor w ogóle ma, jak
to określić (?), przemilczający stosunek
do wielu spraw. Mam tu namyśli właśnie scenki, które poszły w
zapomnienie,ale też przemilczenie, niektórych kwestii np. brak
określenia regionu wydarzeń. Ktoś może powiedzieć, że konkretne
miejsce nie jest potrzebne, bo i tak wydarzenia są fikcyjne. Prawda,
ale czasami aż się prosi, żeby zakotwiczyć
fabułę w jakimś regionie świata i tu mi tego zabrakło. Inny
przykład, zarysowane we wstępie problemy, trzeba jakoś rozwiązać.
Nie wchodząc już w szczegóły, napiszę tylko, że zwalenie
odpowiedzialności na jakieś tam zło,
to nie rozwiązanie. Ja, jako czytelnik, chcę wiedzieć co to za
zło, skąd się
wzięło i po co mąci. A scena finałowa (facepalm)!
Serio, na to czekałam prawie
400 stron, to była ta dramatyczna konfrontacja? Ona mogła uratować
cała książkę, ale była za krótka i nie zaspokoiła mojej
ciekawości.
Podsumowanie
Moim
zdaniem, powieść, która napisał Jacek Mariusz Wicher, nie powinna
zostać wydana w takim kształcie.
Pomysł jest dobry, książka interesująco się zaczyna i bije z
niej wielka miłość do psów (miłośnicy tych zwierząt na pewno
to zauważą). Jest dynamicznie, przygoda goni przygodę, ale
zabrakło mi planu. Autor chciał coś przekazać, ale ukryło się to między kolejnymi scenkami i tam już zostało. Język też mnie nie
zachwycił. Jest poprawny, ale słowa napisane przez autora nie dały
rady wykrzesać nawet iskierki grozy, a kiedy rodzina z dwójka
dzieci jest nagabywana, a ja nie czuję ani grama niepokoju, to coś
jest nie tak.