Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty
"Czerwone orchidee z Szanghaju" Julitte Morillot

"Czerwone orchidee z Szanghaju" Julitte Morillot

Przy takich tytułach, jak „Czerwo orchidee z Szanghaju” sprawdzam symbolikę. I wyczytałam, że orchidea jest symbolem pożądania, luksusu, elegancji, a także płodności. W tym jak została potraktowana bohaterka książki próżno szukać subtelności i wyrafinowania. Natomiast kimś kierowało pożądanie i chcę dominacji. Czternastoletnia Kim Sangmi stała się narzędziem do pocieszania żołnierzy. Porwana i zmuszona do pracy. Upodlona. W swojej książce Juliette Morillot oddaje głos wojennym niewolnicom seksualnym. Dziewczynom, do których żołnierze lgnęli, a przy tym dziewczynom pogardzanym i traktowanym przedmiotowo.

Autorka pokazuje, że pierwsze połowa XX wieku to były mroczne czasy nie tylko w Europie. Okupacja Korei, wojna japońsko-chińska: W tej książce czytelnik doświadczy masakry jaka wydarzyła się na Dalekim Wchodzie. Masakry napędzanej chęcią władzy, chęcią zawładnięcia, jak największej ilości terytorium i podporządkowania sobie ludzi. Doświadczy czasów, w których trzeba być czujnym, bo jeden nieostrożny gest może sprowadzić na nas tragedię, co jest szczególnie widoczne u azjatyckich narodowości, tak dbających o formę, etykietę.

Juliette Morillot na przykładzie Sangmi kieruje naszą uwagę na sytuację kobiet. Młoda dziewczyna, zaledwie czternastolatka zostaje brutalnie wciągnięta w mroczne zakamarki dorosłości. Pozbawiona wszystkiego z godnością na czele, o wyborze nie wspominając. Musi raz za razem poddawać się, i oddawać, swoim oprawcom.

Sangmi to silna bohaterka, obdarzona jakąś subtelną hardością. Morillot co jakiś czas daje nadzieję, że losy tej dziewczyny jakoś się ułożą, jednak czasy raz za razem zdmuchują to „światełko w tunelu”. Mówiąc prosto, to co opisuje jest straszne, ale na swój sposób podbudowujące jest to, jak Sangmi potrafi trzymać wyprostowaną postawę i patrzeć w oczy losowi.

Zawsze kiedy czytam książki tego typu, zastanawiam się, po co sobie to robię. Losy bohaterek powieści „Czerwone orchidee z Szanghaju” rozdzierały mi serce. Płakałam, jak można robić taką krzywdę drugiemu człowiekowi. Płakałam nas losem każdego, kto doświadczył okrucieństwa reżimu. Okupacja, wojna przyniosły lata bólu, strachu i głębokie rany, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Z drugiej strony wiem, że będę sięgała po takie książki, bo historie różnych kobiet nigdy nie będą mi obce. Solidarność każe mi dołożyć cegiełkę do ich promocji i głośno mówić o tym, że bezprawia kobiet mamy już dosyć.

[Egzemplarz recenzencki]

"Aktor. O sztuce życia w autentyczności" Don Miguel Ruiz

"Aktor. O sztuce życia w autentyczności" Don Miguel Ruiz

Erving Goffman publikacją „Człowiek w teatrze życia codziennego” spopularyzował pojęcie „teatru życia”. Czy na co dzień używamy masek i wcielamy się w określone role? Brzmi to nieco wyrachowanie, prawda. Jakbyśmy nie działali spontanicznie, a z premedytacją chcieli wywołać określone wrażenie. Ten sam temat porusza w książce „Aktor. O sztuce życia w autentyczności" Don Miguel Ruiz. Według niego nasze zachowania są wyuczone, są implikacją tego w jakim środowisku dorastamy i jak ono na nas działa, czego doświadczamy. Żyjąc w społeczeństwie uczymy się grać, dostosowywać do niego. Przyjmujemy określona rolę w grupie bądź sytuacji. Czy jesteśmy przywiązani do swojej roli? Czy możemy być też reżyserami i nadawać bieg wydarzeniom, a nie je tylko odgrywać?

Staję dziś przed nie lada wyzwaniem, bo mam przedstawić wam książkę, z której niewiele wyniosłam. Po „Aktora” sięgnęłam zaintrygowana tytułem – jednak autentyczność nie kojarzy się z aktorstwem – a także dobrze wspominając, przywołaną we wstępnie, pracę Goffmana. Niestety, w przeciwieństwie do socjologa, rozważania Ruiza mnie nie porwały.

Już po pierwszych zdaniach wiedziałam, że to nie jest styl pisania dla mnie. W opisie możemy przeczytać, że autor jest nauczycielem duchowym i – przepraszam za określenie – pisze jak nawiedzony. Ruiz pisze o sprawach codziennych i o tym, z czego one wynikają np. często wspomina, jak dzieciństwo warunkuje nasze zachowania, lub jak dziecko instynktownie przybiera określane role. Natomiast ta jego spokojna, nasiąknięta duchowością narracja sprawiła, że ja traciłam wątek, a teatralne metafory rozpływały się w toku wywodu.

„Aktor” jest czymś na pograniczu poradnika i publikacji psychologiczno-socjologicznej. Każdy z rozdziałów stylizowany jest na sesję podczas, której rozważamy nad jakimś obszarem teatru życia. Co muszę docenić, skupia się na czytelniku. Niby pisze dla mas, ale czytając ma się wrażenie pracy jeden na jeden. I to jest miłe. Czytelnik może poczuć się ważny i wyjątkowy. Jednak mnie trudno było wyłuskać z tej narracji konkretne porady poza dalszym rozważaniem pewnych kwestii. A do tego „biorąc udział” w sesji prowadzonej przez Ruiza czułam się zwyczajnie źle, nie na miejscu, a nawet nieco zagrożona. Moja twardo stąpająca po ziemi osobowość nie potrafiła odnaleźć się w jego uduchowionym stylu mówienia/pisania.

Z całym szacunkiem dla autora i jego zwolenników, jak kompletnie nie odnalazłam się w tej książce. Tu niestety konkret ginie w sposobie formułowania myśli autora i ja niestety nie mogę rozgraniczyć „jak” od „o czym” on nawija. A do tego to „jak” przyćmiewa i „o czym”.

[Egzemplarz recenzencki]

"Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci" Daniel G. Amen, Charles Fay

"Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci" Daniel G. Amen, Charles Fay

Czy rozum i serce mogą ze sobą współpracować? Daniel G. Amen, neuropsychiatra, i Charles Fay, psycholog, twierdzą, że nawet powinny, jeśli chodzi o wychowanie Lansują rodzicielstwo oparte – jak sami to nazywają – na miłości i logice. Twierdzą, że aby mądrze podejść do wychowywania należy przede wszystkim zrozumieć, jak działa mózg dziecka, jakie ma możliwości i słabości, jak pracuje i postrzega świat. W publikacji „Rozum i serce. Jak mądrzy rodzice wychowują pewne siebie, emocjonalnie stabilne dzieci” mówią o tym, że dyscyplina i empatia mogą iść w parze, a co więcej są dzieciom bardzo potrzebne.

Amen i Fay odpowiadają na wielkie wyzwanie bliskościowego podejścia do rodzicielstwa. Książka ta może być odpowiedzią, dla wielu opiekunów, jak należy stawiać granice. Bo chyba to jest najtrudniejsze. Chcemy być kocha jacy, ale też mieć szacunek i posłuch. Powiem wam, że momentami dyskutowałbym z autorami o istocie konsekwencji, ale generalnie przekonali mnie, a nawet pokazali, że stanowczość nie jest zła. Dużo zależy od tonu głosu i od sformułowania myśli, oczekiwań. Stanowczość nie musi być atakiem. Może być gestem zaufania, a nawet pozwoleniem na przejęcie kontroli przez dziecko.

Autorzy prezentują różne sytuacje z jakimi rodzice mogą mieć do czynienia. Znajdziecie tu wyzwania dla opiekunów przedszkolaków, dzieci w wieku szkolnym i nastolatków. Widełki wiekowe są bardzo szerokie, ale jest to niewątpliwie atutem tej książki. Amen i Fay przekonują, że nigdy nie jest za późno, żeby zastosować ich podejście, że wiele sytuacji można jeszcze odkręcić. Natomiast nie możemy zapominać, że wychowanie to długofalowy proces. Tu nie zostały zaprezentowane sposoby, które uczynią z naszego dziecka „aniołka”. To jest podejście, które ma zaprocentować w przyszłości wychowaniem silnego psychicznie człowieka.

Będę bardzo ciepło wspominała książkę „Rozum i serce”, bo przyszła do mnie w momencie, kiedy miałam rodzicielski dołek. Bardzo miło mnie zaskoczyła, ponieważ nie znalazłam w niej treści, które znałam już z poradników. Amen i Fay poszli w innym kierunku. Naukowo wyjaśnili, jak działa mózg, co jest dla niego dobre, co go wzmacnia, a co osłabia. I nie tylko mówię tu o rodzicielskich „zagrywkach”, ale też chociażby o diecie dobrej dla mózgu. Ale to nie jest najważniejsze. Ta publikacja wzmocniła mnie, jako rodzica, uspokoiła. Pozwoliła spokojniej podejść do problemów, z jakimi wtedy się mierzyłam.

[Egzemplarz recenzencki]

"Siła autentyczności. Jak przestać martwić się opinią innych, być sobą i osiągnąć pełnię możliwości" Michael Gervais

"Siła autentyczności. Jak przestać martwić się opinią innych, być sobą i osiągnąć pełnię możliwości" Michael Gervais

Poradnik „Siła autentyczności. Jak przestać martwić się opinią innych, być sobą i osiągnąć pełnię możliwości” mówi o FOPO, czyli lęku przed opinią innych. Lęku paraliżującego, blokującego nas w działaniu, ale tez wpisanego w nasz system przetrwania. Bo aprobata społeczna – z punktu widzenia ewolucji – w tym przetrwaniu pomaga. W grupie jesteśmy silniejsi, możemy bronić się przed niebezpieczeństwem. Jest ona też gwarantem przetrwana gatunku. Skoro ewolucja obdarzyła nas tym mechanizmem, czy warto z nim walczyć? Czy jesteśmy skazani na dopasowanie się, pomimo swoich pragnień, celów, oczekiwań? A może jest sposób na bycie w grupie i bycie sobą? Bo dlaczego ktoś ma decydować, co dla nas najlepsze? Dlaczego mamy cierpieć przez czyjeś „dobre rady”. Michael Gervais – autor książki – chce nam wytłumaczyć, jak działa FOPO i pokazać, jak wziąć swoje życie w swoje ręce.

„Siła autentyczności” to poradnik, ale w trakcie czytania tego nie czuć. Gervais prezentuje temat wykorzystując do tego przykłady z biografii sławnych ludzi, jak i swoje doświadczenie jako psychologa sportowego. Przykładowo w jednym z rozdziałów zagłębiamy się w fascynujący życiorys Beethovena i to napisany w całkiem zajmujący sposób. Można się kompletnie zatracić w czytaniu, ale też poczuć pewną wspólnotę z gwiazdami. Zobaczyć, że nimi targają (lub targały) podobne obawy. Te, nieco anegdotyczne przykłady, pozwalają nam zrozumieć mechanizm FOPO, ale też są punktem wyjścia do pracy nad nim.

„Im szybciej fundamentalnie zmienisz swój stosunek do opinii innych, tym szybciej staniesz się wolny. Całkowicie wolny tak, żebyś będąc sobą , czuł się swobodnie.”1 Pierwszy krok do walki z FOPO to uświadomienie sobie, że my sami musimy przeżyć nasze życie. My, i tylko my, płacimy za nasze błędy i jesteśmy kowalami swoich sukcesów. Nikt nie może nam wmówić, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jesteśmy.

1 Michael Gervais, „Siła autentycznosci. Jak przestać martwić się opinią innych, być sobą i osiągnąć pełnię możliwości”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece, Białystok 2025, s. 13.

[Egzemplarz recenzencki]

 „Dziedzictwo Orquídei Diviny” Zoraida Córdova

„Dziedzictwo Orquídei Diviny” Zoraida Córdova

„Dziedzictwo Orquídei Diviny” to jedna z tych powieści, którym nie mogłam przepuścić. Kiedy ją zobaczyłam moje myśli bezwiednie powędrowały do prozy Isabel Allende, którą ubóstwiam. Skojarzenie okazało się poniekąd słuszne, ale Zoraida Córdova pokazała własny styl i – pozostając jeszcze przez chwilę w analogi do Allende – napisała powieść dużo bardziej magiczną i dużo bardziej przyziemną.

O czym jest ta książka. Tytułowa Orquídea wzywa swoich krewnych na „akt umierania”. Jest to i nie jest tym, o czym myślicie. Tak, nestorka rodu Montoya ma zamiar przenieść się na tamten świat, ale nie będzie to akt samobójczy czy powolna agonia. Orquídea to kobieta niezwykła, tajemnicza i taka sama będzie jej śmierć. Krewni pamiętają magię, jaka ją otaczała, a ta magia będzie obecna długo po odejściu Orquídei. Jadąc na ceremonię liczą na poznanie odpowiedzi nt. jej życiorysu. Jednak kobieta nie da im odpowiedzi. Potomkowie rodu Montoya odbiorą dziedzictwo, które nie do końca rozumieją, a żeby je poznać będą musieli odbyć drogę do korzeni.

Mogę śmiało napisać, że „Dziedzictwo Orquídei Diviny” to magiczna powieść obyczajowa. Jest to książka o dziwnej rodzinie. Dziwniej nie tylko przez magię, która jej towarzyszy, a wzajemne relacje. Ciężko to wytłumaczyć, ale kiedy poobcujecie z Montoyami zauważycie, jak odlegli, a zarazem bliscy są dla siebie. Każdy z nich żyje na swój sposób, ale łączy ich pewna specyficzna perspektywa patrzenia na świat, gotowość na niezwykłe. Wynika ona z dzieciństwa, jakie zafundowała im Orquídea. Chciałoby się napisać przesyconego zabobonami, ale byłoby to obraźliwe dla tej rodziny. Bo pewne rytuały muszą być odprawiane, bo żeby magia działała trzeba o nich pamiętać.

Wreszcie jest to powieść o niej, o Orquídei. Niechciany bękart. Córka fal. Emigrantka z Ekwadoru. Kobieta odważna, śmiała i zdeterminowana. Zapłaciła wiele, żeby być tam, gdzie dokona się jej żywot. Czy było warto? Jakie tajemnice kryje jej przeszłość? W tym miejscu dodam, że autorka prowadzi w powieści dwie linie czasu. Nieco więcej miejsca zajmuje moment odejścia Orquídei i jego konsekwencje, które „rozgrywają się:” na przestrzeni lat. Co jakiś czas „skaczemy” również do przeszłości, żeby bezpośrednio poznawać życie tej niezwykłej bohaterki.

Zoraida Córdova wykreowała postać, która jest pod każdym względem niezwykła i ta niezwykłość rozrasta się na jej potomków. Zoraida Córdova wykreowała postać, która ma tajemnice. Tajemnice, które chcą, a nie mogą być odkryte. Zoraida Córdova wykreowała Orquídeę – bohaterkę o przepięknym imieniu, która – pomimo że punktem wyjścia dla opowieści jest jej odejście – zapewnia tej książce rozkwit, zapach, charakter.


Powieść  „Dziedzictwo Orquídei Diviny” dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl Sprawdźcie też inne nowości w ofercie księgarni.

[Egzemplarz recenzencki]

"Afgańska perła" Nadia Hashimi

"Afgańska perła" Nadia Hashimi

Allah nie obdarzył Arifa synem. Jego dom jest pełen „młodych kobiet”, a „młode kobiety” to problem dla klanu. Do tego jeszcze buńczuczna siostra jego żony domaga się dostępu do edukacji dla dziewczynek. Szaima jest zdeterminowana, żeby walczyć o przyszłość siostrzenic. Przywołuje historię ich przodkini Szekiby, oraz tradycji „bacza posz” - „dziewczyny przebranej za chłopca”.

W powieści „Afgańska perła” mamy dwie linie czasu i dwie niesamowite bohaterki. Wspomniana już Szekiba, która żyła w XIX wieku. Kobieta pochodząca z kochającej się rodziny, ale przez swoje kalectwo odrzucona przez klan. Bardzo boleśnie przekonała się, że jako kobieta nie może nawet myśleć o egzekwowaniu swoich praw. Co jednak, gdyby była synem, nie córką? Trafiając na królewski dwór przekonuje się, jak to jest żyć w przebraniu.

Drugą bohaterką jest Rahima. Ona, dzięki ciotce, będzie mogła posmakować wolności. „Moje nogi czuły się wyzwolone, przemierzając swobodnie ulice – wcześniej ciągle wplątywały mi się w sukienkę.”1 mówi zachwycona bohaterka. Jednak jej ciało nieuchronnie zaczyna dojrzewać. Jak, biegająca swobodnie po ulicy, Rahima odnajdzie się zamknięta w małżeńskiej klatce?

Dwie muzułmanki, dwie bardzo silne, wspaniałe bohaterki, dwie – można je tak określić – buntowniczki. Rahimę i Szekibę dzieli ponad 100 lat, jednak ich życiorysy mają kilka wspólnych elementów. Najbardziej oczywisty to epizod „bycia mężczyzną”. W tym miejscu muszę odnieść się do fatalnych sformułowań z opisu na okładce książki. „Rahima (…) postanawia zostać tak zwaną bacza posz (…)”2 Przypominam, że mówimy o dziecku. Nie sadzę, że w jakiejkolwiek kulturze mogłoby ono tak sobie postanowić o takiej metamorfozie. Z treści książki jasno wynika, że to ciotka dziewczynki była inicjatorem tego pomysłu. Kolejny cytat: „Niemal sto lat wcześniej podobnie postąpiła jej przodkini Szekiba. Podjęła decyzję o przeniesieniu się z małej afgańskiej wioski do przepięknego kabulskiego pałacu (…)”3 To ja czytałam o innej Szekibie. Szekiba z „Afgańskiej perły” nie marzy o niczym innym, jak odzyskać ojcowiznę i żyć stroniąc od ludzi. Przekazywana z rąk do rąk Szekiba utyskuje na znaczenie swojego imienia, które oznacza dar: „To jest właśnie problem z prezentami (…). Że się je rozdaje innym.”4

Kolejną cechą wspólną bohaterek „Afgańskiej perły” jest to, że obie – w różnych okolicznościach – poznały, co to znaczy być wolnym. Ten epizod zaważył na ich sposobie myślenia. Pragnienie odzyskania straconej swobody było ogromne. Rodziło to w nich sprzeciw wobec „nasib”, przeznaczenia. Mam wrażenie, że podczas pisania zaważyło amerykańskie wychowanie Nadii Hashimi, autorki książki. Na stronie wydawnictwa można przeczytać z nią wywiad, w którym mówi między innymi o tym, że jej rodzina kultywowała tradycję, ale była otwarta na zwyczaje panujące w kraju, w którym żyli, czyli USA. Podkreśla, że jej wychowanie nie różniło się wiele od wychowania dzieci, które ją otaczały.5 Swoim bohaterkom „wszczepiła” szczyptę zachodniego sposobu myślenia. I nie jest to zarzut, a stwierdzenie faktów. Szczególnie, że pisarka nie ocenia, a pozwala postaciom z powieści nazwać pewne rzeczy po imieniu.

Odnośnie oceniania. Jestem daleka od komentowania jakiekolwiek kultury, jednak tradycja „bacza posz” nie daje mi spokoju. Kryje się za nią straszna hipokryzja, ale również desperacja. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak zmieniając wyłącznie strój, osoba otrzymuje nowe przywileje. Jako Rahima dziewczyna mogła wywołać skandal, bo ktoś jechał za nią na rowerze. Jako Rahim natomiast jest zachęca na wspólnego kopania piłki i szwendania się po ulicach z chłopakami. Trudno mi również zrozumieć, jak taka „prowizorka” ma zrekompensować brak pierworodnego. W jakimś celu jednak taka tradycja powstała i coś tym ludziom daje.

Jestem zdania, że motyw kobiety w kulturze islamu został już wyczerpany na gruncie literatury. Kiedyś lubiłam czytać takie historie, ale zrezygnowałam, bo wydawały mi się do siebie podobne. Nadia Hashimi pisze również o ucisku muzułmanek, ale trochę inaczej. Wprowadzając motyw „dziewczyny przebranej za chłopaka” pokazuje tę kulturę z innej perspektywy. Pozwala jej to ukazać kobietę nie zdesperowaną, a wojowniczą. Owa siła, emanująca z dwóch głównych bohaterek „Afgańskiej perły”, jest porażająca.

1 Nadia Hashimi, „Afgańska perła”, przeł. Monika Pianowska, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 60.

2 Tamże, okładka.

3 Tamże.

4 Tamże, s. 73.

"Magia kuchenna" Laurel Woodward

"Magia kuchenna" Laurel Woodward

Nie przez przypadek mówi się „wyczarować pyszne danie”. Gotowanie przypomina magiczny rytuał. Trzeba zebrać potrzebne składniki i w określonej kolejności wykonać szereg czynności. Jeżeli nie będziemy trzymać się przepisu wyjdzie niezbyt smaczny klops. Bardzo na serio do magii i kuchni podeszła Laurel Woodward. Napisała książkę (nie do końca) kulinarną pt. „Magia kuchenna”. „Ta książka jest książką kucharską, stworzoną po to, by uwznioślić twoje podejście do gotowania, przemieniając je z zadań, które wykonujemy raczej beznamiętnie, w potężne, w pełni świadome działania, które poruszają energię i karmią, uzdrawiają oraz spełniają marzenia.”1

Początkowo miałam wrażenie, że autorka chce uatrakcyjnić proces gotowania nadając mu rytualny charakter. Chce zaangażować tych co nie lubią pichcić, pokazując to zajęcie od innej, trochę bajeranckiej strony. Potem zorientowałam się, że ona tak na serio i... potrzebowałam chwili, żeby się otrząsnąć. Magię lubię w literaturze, ale w życiu określiłabym siebie, jako osobę „twardo stąpającą po ziemi”. To całe gadanie o byciu tu i teraz, przepływie energii itp. nie do końca do mnie trafia. Niemniej gotować bardzo lubię, więc postanowiłam „wysłuchać” do końca co Laurel Woodward ma do powiedzenia. Może i kobita nieco „pitoli”, ale jest to na swój sposób urocze.

Teraz na serio. O co z tą magią kuchenną chodzi? „Polega na łączeniu produktów, które karmią umysł i ciało przy jednoczesnym wysyłaniu intencji.”2 Brzmi dziwnie, ale szybko przekonamy się, że często robimy to instynktownie. „Ciasto piecze się, by uhonorować kogoś bliskiego. Zupę gotuje się, by uzdrowić chorujące dziecko. Zaparza się herbatę by ukoić ducha.”3 Laurel Woodward chce nas nauczyć robić to lepiej, zdrowiej, bardziej świadomie.

Książka została podzielona na produkty np. mąki, warzywa, cukry, przyprawy itp. Autorka skupia się na ich właściwościach i tłumaczy jaka energia w nich drzemie. Podpowiada w jakich rytuałach można ich użyć, na jakie sfery mają wpływ np. bogate w antyoksydanty awokado w „czarach” dotyczących urody. W tym wywodzie przenika się nauka i fantastyczność. Laurel Woodward pragnie pokazać, że magia to nie tylko „czar-mary”, „abrakadabra” i machanie kijkiem, a wiedza i jej odpowiednie wykorzystanie.

Skro to książka kucharska to muszą być w niej przepisy. Jest ich mnóstwo. Jest się czym inspirować. Na marginesie wspomnę, że to moja pierwsza publikacja kulinarna bez zdjęć. Nieco to dziwne. Przyzwyczaiłam się, że piękna prezentacja produktów zachęca do gotowania. Tu jest skromnie. Wracając do meritum. Co jest istotne w filozofii autorki to, że zachęca czytelników do jedzenia sezonowych produktów. Niby każdy wie, że to są najlepsze, najświeższe, najzdrowsze, ale w dobie supermarketów i powszechnej dostępności jedzenia nie zawsze o tym myślimy. Mamy na coś ochotę, po prostu to kupujemy. Dlatego promowanie lokalności i sezonowości uważam za zasadne.

W „Magii kuchennej” zostaje nam pokazane inne spojrzenie na gotowanie. Laurel Woodward łączy baśniowość czarowania z merytoryczną wiedzą. Połączenie tych przeciwstawnych pierwiastków sprawia, że książka ta może być ciekawa zarówno dla tych co z magią są za pan brat oraz dla zatwardziałych racjonalistów – pisze to reprezentantka drugiej grupy. I chociaż patrzę na treść książki nieco z przymrużeniem oka, jej lektura była inspirującym doświadczeniem. Do tego ja uwielbiam książki kucharskie. Mam już niewielką kolekcję, do której z dumą dołączam „Magię kuchenną”.

1 Laurel Woodward , „Magia kuchenna”, przeł. Katarzyna Emilia Bogdan, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 10.

2 Tamże, s. 19.

3 Tamże, s. 25-26.


Książka "Magia kuchenna" dostępna jest w księgarni internetowej Taniaksiazka.pl  W ofercie księgarni znajdziecie więcej książek o zdrowym odżywianiu.

[Egzemplarz recenzencki w ramach współpracy z Taniaksiazka.pl]

„Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne” Kimberly A. Tessmer

„Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne” Kimberly A. Tessmer

„Trudno być szczęśliwym człowiekiem, gdy układ pokarmowy jest nieszczęśliwszy!”1 jak sobie o tym pomylicie, stwierdzicie, że autorka tych słów ma wiele racji. Wiadomo, że chorowanie to nic przyjemnego, jednak dolegliwości trawienne mają do siebie to, że są zarówno przykre jak i wstydliwe. Pamiętać również musimy, że to co jemy ma wpływ na działanie naszego ciała. „Proces trawienny nie tylko trawi pokarm i usuwa z organizmu zbędne produkty przemiany materii, ale pełni również ważną rolę w ochronie układu immunologicznego, utrzymując w ten sposób organizm w dobrej kondycji.”2 Mówiąc prosto: Zadbany układ pokarmowy to inwestycja w naszą odporność. Ja często powtarzam iż: „Zdrowie tkwi w jelitach”, dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok publikacji „Zdrowe jelita”.

Szybki rzut oka na zawartość. Na początek trochę teorii. W pierwszym rozdziale Kimberly A. Tessmer opowiada głównie o bateriach jelitowych i charakteryzuje najczęstsze dolegliwości układu pokarmowego. W kolejnych rozdziałach dostajemy konkretniejsze wytyczne. Dowiadujemy się jakie produkty sprzyjają naszym jelitom, a jakich powinniśmy unikać. Dostajemy wskazówki jak robić zakupy, czytać etykiety, planować posiłki itp. Ostatni rozdział to rozpisana na czternaście dni propozycja jadłospisu.

Kimberly A. Tessmer to dietetyczka. W jej biogramie możemy przeczytać, że jest autorką wielu publikacji o zdrowym odżywianiu i to doświadczenie w pisaniu widać. Dostajemy w nasze rączki przemyślaną i jasno napinaną publikację. Można powiedzieć, że Kimberly A. Tessmer pisze przystępnie, krótko i na temat. Nie popisuje się wiedzą, ale chce wyjść naprzeciw czytelnikowi, który raczej jest laikiem w temacie, skoro sięgnął po tę publikację (przynajmniej takie jest założenie).

Co mi się nieszczególnie podobało to, że miałam wrażenie, iż książka została napisana dla Amerykanów. Chociażby znajdziemy tu dane statystyczne, że tyle i tyle procent Amerykanów czegoś nie ja, albo na coś choruje. Wydaje mi się, że dla nas – w sensie Polaków – jest to mało interesujące i mało obrazowe. Być może też niektóre porady wynikają z innego stylu życia, innej dostępności do produktów, innych preferencji smakowych tego narodu. Przykładowo, nie zliczę ile razy autorka książki zachęca do sięgania po produkty pełnoziarniste. Podkreśla też rolę żywności fermentowanej, a całkiem niedawno czytałam, że obcokrajowcy, w przeciwieństwie do Polaków, patrzą na nią jak na coś nieświeżego – przyznacie, że u nas kiszonki mają się dobrze. Wracając do książki. Czuć, że jej treść jest skierowana do odbiorców o innej filozofii żywienia. Z drugiej strony może to być jej atutem, bo również na gruncie jedzenia, możemy zobaczyć w Polsce postępującą amerykanizację.

Porady zawarte w publikacji „Zdrowe jelita” nawiązują do szeroko pojętego zdrowego stylu życia z naciskiem na odżywianie. Pewnie część z was powie: „Nudy! Trąbią o tym codziennie we wszelkiej maści mediach”. Ale czy na pewno wiemy, dlaczego dany produkt ma łatkę zdrowego, a inny szkodliwego? Książka „Zdrowe jelita” ma nam pomóc zrozumieć konsekwencje naszych wyborów. Ma pomóc zrozumieć – od strony biologicznej – jak jedzenie wpływa na nasz organizm. A kiedy cały proces stanie się dla nas jasny, to łatwiej będzie nam kształtować dobre nawyki.

1 Kimberly A. Tessmer, „Zdrowe jelita. Plan żywieniowy, dzięki któremu zwalczysz zaparcia, zapalenie uchyłków wrzody i inne problemy trawienne”, przeł. Joanna Żywina, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 20.

2 Tamże, s. 16.


Książka "Zdrowe jelita" dostępna jest w księgarni internetowej Taniakiazka.pl  W ofercie księgarni znajdziecie więcej książek o zdrowym odżywianiu.


[Egzemplarz recenzencki w ramach współpracy z Taniakiazka.pl]

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

„Strażak. Igrając z ogniem” Dominika Smoleń

Nie ukrywam tego, że nie podobają mi się okładki z półnagimi facetami. Uważam, że są nieciekawe i trudno znaleźć pana, który byłby w moim guście. Jak doszło do tego, że złamałam swoje zasady i zamówiłam taką książkę. Przez mojego męża. Akurat przeglądałam ofertę w księgarni i zaczęłam ubolewać, jakie banalne okładki maja romanse. Napatoczył się mój luby i musiał wysłuchać narzekań. Co dziwne temat go zainteresował i po chwili już „śmieszkowaliśmy” z golasów prężących się na frontach miłosnych powieści. Kiedy natrafiliśmy na książkę Dominiki Smoleń „Strażak. Igrając z ogniem” (wydaną w serii „Faceci do wynajęcia”), zaczęły się żarty o „płonących konarach” itp. Spłakałam się ze śmiechu, a – w efekcie – publikacja wydała mi się tak sympatyczne, że postanowiłam ją przeczytać.

Zacznijmy od tego, o czym jest ta historia. Krystian jest strażakiem. W związku ze swoja pracą postanowił nie angażować się w związki. Twierdzi, że jest ona zbyt niebezpieczna i nie chce skazywać ukochanej osoby na ciągłe zamartwianie się o niego. A może jest to wymówka, bo nie spotkał „tej jedynej”? Jego myśli zaprząta Kinga, nowa sąsiadka. Czy złamie dla niej swoje zasady? Początkowo tego nie planuje, jednak kiedy w domu dziewczyny wybucha pożar rzuca się bez wahania na ratunek. Może wizja straty rozkruszy zatwardziały charakter.

Tytułowy strażak skutecznie ugasił żar z jakim sięgałam po tę powieść. Rozdziały zostały podzielone na on i ona, a opowiadać zaczyna Krystian. Powiem wam, iż często ubolewałam, że autorki romansów tworzą okropne postacie kobiece, tym razem to facet bardziej mnie wkurzał – było to nawet miłą odmianą. Już od początku nasłuchamy się, jak on uwielbia pomagać ludziom – co podkreśla dość często (zgłoś się do „Avengersów” chłopie) oraz jaka jego praca jest niebezpieczna, przez co nie ma mowy o żadnych stałych związkach. Ten drugi argument początkowo niezbyt mnie przekonywał, ale zważając na przeszłość tej postaci można go – ewentualnie – usprawiedliwić. Także, chłop marudzi, ale niech mu będzie.

Dominika Smoleń mogła zbudować na swoim pomyśle bardzo fajną powieść, ale chyba poszła trochę na łatwiznę, stawiając na sprawdzone rozwiązania. Pisarka ma świetny pretekst do budowania relacji między bohaterami. On ją ratuje, potem trochę pomaga i zbliżają się do siebie – takie uczucie może się naturalnie rodzić, a czytelnik może to obserwować i wzdychać. Pisarka jednak uparła się na „miłość od pierwszego spojrzenia”. Kinga i Krystian ledwo powiedzieli sobie „dzień doby” i już nie mogą przestać o sobie myśleć, a kumpel strażaka usilnie wmawia mu zauroczenie. Za szybko. Oj, za szybko.

Dialogi wydały mi się sztuczne, a słowa postaci nie zawsze przemyślane. Z jednej strony autorka chce pisać lekko i na luzie, z drugiej wtrąca patetyczne teksty – mówiłam już, że Krystian na każdym kroku podkreśla, że uwielbia pomagać ludziom. Nasz strażak wyraźnie zaznacza, że nie zamierza się angażować, ale nie przeszkadza mu to mówić: „Słodka kawa dla słodkiej kobiety?”1, albo „Nie jestem w stanie przestać o tobie myśleć, więc chcę zobaczyć, dlaczego aż tak bardzo mi imponujesz. Może wtedy, jak to ustalę, uda mi się bardziej skupić na byciu strażakiem niż na tym, jak niezwykłe są twoje oczy.”2 Co prawda obie kwestie padają – jeżeli dobrze policzyłam – na ich czwartym spotkaniu, jednak przypomnijmy sobie: pierwsze to jedynie pozdrowienia przed domem, drugie to akcja ratunkowa, trzeci raz, kiedy Krystian odwiedza Kingę w szpitalu, więc sami widzicie, że ci ludzi są ciągle dla siebie obcy.

Pomimo, że książkę czyta się szybko, akcji przydałby się dodać więcej życia. Jako przykład posłużę się momentem, kiedy wpływa zgłoszenie o pożarze w domu Kingi. Nie czułam w tej scenie pośpiechu strażaków pędzących na ratunek, nie czułam atmosfery zagrożenie (a przecież wcześniej Krystian zapewniał nas, że to ogromnie niebezpieczny zawód), nie czułam na policzkach ciepła ognia trawiącego dom bohaterki. Dzięki takim opisom, a nie zwykłym słowom tworzy się atmosferę. Nie wystarczy powiedzieć było strasznie, ten strach, to zagrożenie czytelnik musi poczuć.

Moim zdaniem, Dominika Smoleń trochę zmarnowała potencjał swojego pomysłu. Jest to taka książka, która spodoba się raczej zatwardziałym miłośnikom tego typu powieści. Osobom, które kręci pewna niezwykłość tych opowieści, budowana m.in. na nagle rodzącym się uczuciu. Dla mnie jest to sztuczne i ta sztuczność mnie drażni. Może jednak ty uważasz, że to urocze i ta powieść przypadnie ci do gustu.

1 Dominika Smoleń, „Strażak. Igrając z ogniem”, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 76.

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

"Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem" Drew Ramsey

Zasadniczo jemy po to, żeby dostarczyć swojemu ciału składników odżywczych. Popatrz, proszę, przez chwilę na swoją dietę i zastanów się, czy każdy organ otrzymuje to co lubi najbardziej. Nie patrzcie się na mnie jak na wariatkę. Pomyślmy o tym, czy nasze ciało się najada. Właśnie skończyłam czytać książkę Drew Ramsey – psychiatry, który leczy zarówno lekami jak i dietą - „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem.” Publikację, która idealnie wpisuje się w mój światopogląd, iż „zdrowie tkwi w jelitach”. Nie jestem przeciwna lekom. Raczej „na skórze” moich najbliższych brutalnie przekonałam się, że nie ma cudownych pigułek na każdą dolegliwość. Za to odpowiednio zbilansowana dieta może być mocnym sprzymierzeńcem w walce z chorobą. Drew Ramsey pisze coś podobnego: „W mojej klinice dowiedliśmy, że w połączeniu z lekami, psychoterapią lub innymi metodami leczenia dieta może odgrywać kluczową rolę w łagodzeniu objawów tych dwóch powszechnych zaburzeń [depresji i lęku]".1

Najprościej mówiąc jest to książka o tym, jak karmić mózg, aby był zdrowy. Ja wam tego nie zdradzę, bo nie mielibyście powodu sięgać po „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne”, a najlepiej poczytać rozprawę specjalisty. Napiszę wam za to, co znajdziecie w tym poradniku i dlaczego tak mi się on spodobał.

Najpierw teoria, potem praktyka. Autor przywołuje badania odnośnie prezentowanych teorii oraz – jakżeby inaczej – składniki poprawiające pracę mózgu oraz produkty, w których je znajdziemy. Tekst został napisany „po amerykańsku”. Co przez to rozumiem? Jest przejrzysty, zrozumiały i – miałam takie wrażenie – autor kilkukrotnie przywołuje te same informacje. Trochę jakby wątpił w inteligencje czytelnika. Pewnie niektórzy się teraz obraża, ale moje ogólne wrażenie jest pozytywne. Czasami miałam ochotę trącić autora i szepnąć mu: „Facet, to już było”, jednak muszę być uczciwa i przyznać, że książkę czytało się bardzo dobrze.

Moimi faworytami są grafiki. Ten kto wpadł na to, żeby wzbogacić o nie książkę jest geniuszem. Są to proste rysunki z najważniejszymi informacjami. Przykład: Wielki napis „Witamina C”, a pod nim rozrysowane: działa tak, musisz spożywać jej tyle, znajdziesz ją tu, tu i tu. Świetne podsumowanie, ale również ogromna pomoc, dla osób chcących pracować z tą książką. Kiedy szybko chcesz sobie coś przypomnieć, nie musisz czytać całych partii tekstu. Zerkasz na grafikę i masz to co najistotniejsze.

O co chodzi z częścią praktyczną? Drew Ramsey proponuje plan sześciotygodniowy, który ma pomóc nam w przyjrzeniu się swojej diecie i wprowadzeniu w niej, dobrych dla naszego mózgu, zmian. Skupia się on nie na konkretnych produktach, a grupach produktów np. owoce morza, orzechy i nasiona, zielone warzywa. Zamysł jest taki, żeby nie „wciskać” w siebie czegoś, co nam nie smakuje, a raczej znaleźć jakieś pyszności w każdej z kategorii. Sekcja ta jest wzbogacona o przepisy więc można się inspirować. Co mnie jednak zaskoczyło, są tu też wskazówki dla osób, które nie lubią, nie chcą gotować.

Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się, że będzie to książka o ogólnym dobrym samopoczuciu. Dostałam natomiast porcję wiedzy o wpływie jedzenia na mózg człowieka. „Każdy, kto ma mózg, powinien wiedzieć, co jeść, aby zadbać o jego prawidłowe funkcjonowanie.”2 Niby takie oczywiste słowa, ale czy na pewno wiemy, jak zadbać o „kierownika” naszego ciała, aby nie był głodny. Bo głodny to zły. Głodny nie może efektywnie wykonywać swojej pracy.

1 Drew Ramsey, „Co jeść, żeby wzmocnić zdrowie psychiczne. Dieta wspomagająca walkę z depresją i lękiem”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 14.

"Projekt Księżna" Sabrina Jeffries

"Projekt Księżna" Sabrina Jeffries

Księciu Greycourt przyjdzie zrealizować piękny projekt. Ma przygotować Beatrice Wolfe do debiutu. Dla dwudziestopięcioletniej, niedoświadczonej panny spotkanie z przystojnym, aroganckim mężczyzną może być kłopotliwe. Ale nie dla panny Wolfe. Wygadana, pewna siebie oraz zdeterminowana w realizacji swoich celów Bea nie boi się śmiało dyskutować z „mentorem”, a tego zaczyna ona fascynować. Bogaty książę i panna bez posagu – to zdarza się tylko w bajkach. A jeśli ktoś prowadzi życie jak z bajki?

„Projekt Księżna” to romans historyczny, chociaż historia przejawia się tutaj raczej w rekwizytach. Opowieść jest dość śmiała – jak na ten rodzaj powieści – i zadowoli raczej miłośników współczesnych romansideł niż tych zaczytujących się w książkach Jane Austen. Chociażby to, że mamy tu szczyptę pikanterii. Jestem chyba zbyt konserwatywna – w kwestii romansów historycznych – ale dziwnie czytało mi się, że: „Materiał jej prostej czarnej wełnianej sukni opinał się na nim [zgrabnym tyłeczku] prowokacyjnie. Och, jakąż miał ochotę położyć dłonie na tym pociągającym, pełnym kuperku.”1 Takich tekstów jest znacznie więcej.

Albo Bea. Myślę, że czytelniczki polubią tę bohaterkę. Silna, śmiała, wygadana. Tylko czy tak kojarzą nam się debiutantki? Czy nie powinny być bardziej niewinne? Zresztą wszystkie kobitki w tej powieści są charakterne.

Fabuła jest dość tendencyjna. Posłuchajcie: „(…) wiedział , że ona nie jest dla niego. Podsłuchał, jak zwierzała się bratu, że pragnie małżeństwa z miłości, której przecież on nie mógł jej dać. (…) Po latach zatracił umiejętność okazywania uczuć, a ich miejsce zajęła nonszalancja i obojętność.”2 Brzmi znajomo, prawda. Nie wiem, dlaczego bohaterowie romansów muszą być pokrzywdzeni przez los. Zawsze ktoś musi zniszczyć ich psychikę. Mam dosyć tych bidulków. Szczerze to nabrałam ochoty na opowieść o wyrachowanej babie, która szuka bogatego męża i próbuje usidlić rozwiązłego księcia. Taką bezczelną, prostolinijną i pełną knucia.

Dobrze, że autorka wzbogaciła książkę o wątek kryminalny, co dodało opowieści tajemnicę i intrygi. Ja wolałabym, żeby było tego więcej i bardziej skomplikowane. Nawet kosztem historii miłosnej. Oczywiście to tylko moje zdanie. Przypuszczam, że Sabrina Jeffries zrealizowała swoje założenia i opowiedziała to co chciała oraz jak chciała. Jestem wręcz pewna, że znajdą się czytelnicy, którzy pokochają tę powieść taką jaka ona jest.

Jakiś czas temu, na jednej z grup książkowych dyskutowaliśmy, dlaczego romanse – a szczególnie te ze szczyptą erotyki – są tak pogardzanym typem powieści. Ja za nimi nie przepadam bo są schematyczne. Postacie ledwo się poznają, a już wiadomo kto z kim. Zaskoczyć czytelnika maja ewentualne perypetie, jakie zaplanował/a dla nich autor/ka. ”Projekt Księżna” niestety nie wyłamał się schematom. Przyznaję, że z tą książką spędziłam miłe popołudnie, ale zapamiętam ją jako jedną z wielu. Trochę szkoda, bo miałam co do niej większe oczekiwania.

1 Sabrina Jeffries, "Projekt Księżna", przeł. Edyta Świerczyńska, wyd. Kobiece, Białystok 2022, s. 77.

„Sztuka fermentacji” Sandor Ellix Katz

„Sztuka fermentacji” Sandor Ellix Katz

 Jak to jest że z ogórka powstaje kiszeniaczek. Dzieje się taka magia, która zwie się fermentacja.

„(…) fermentacja to transformacja jedzenia, jakiej dokonują rozmaite bakterie, grzyby i produkowane przez nie enzymy.”1

Jest to proces naturalny. Można wręcz powiedzieć, że „Żywność fermentowana jest żywa i dynamiczna (…)”2 Sprytny człowieczek wymyślił sobie: „Jeżeli mamy cieszyć się urodzajem, musimy opracować metody konserwacji plonów oparte na wykorzystaniu mikroorganizmów.”3 Dzięki temu powstały takie pyszności, jak kiszone owoce i warzywa, zakwas do chleba, alkohol, sery, sosy itp. „Zagłębianie tajników sztuki fermentacji pozwala ludziom zrozumieć, że są w stanie zadbać o siebie w sposób, o którym dotychczas nie mieli pojęcia.”4 Sandor Ellix Katz w książce „Sztuka fermentacji” pokazuje, że temu procesowi poddać można niemal wszystko, a do tego nadaje mu niemal rytualny charakter. Bo fermentacja to również element kultury. „Bezskutecznie usiłowałem znaleźć kulturę, w której nie pojawia się żadna forma fermentacji. Proces ten stanowi w gruncie rzeczy centralny punkt wielu, a może nawet większości kuchni.”5 pisze autor. Weźmy więc go – proces nie autora – pod lupę.

„Sztuka fermentacji” to zarówno poradnik, jak i kompendium wiedzy o fermentacji. Autor jest prawdziwym pasjonatem. Sam eksperymentuje, ale poza tym posiada ogromną wiedzę na poruszany temat. Widać, że nie jest to ktoś kto po prostu zamknął ogórki w słoiku i patrzy co się wydarzy. Polubił to zajęcie i zgłębił jego tajniki we wszelkich źródłach. To co znajdziemy w jego książce to nie gotowe receptury. Sandor Ellix Katz zachęca nas do eksperymentów, ale zanim je zaczniemy musimy zrozumieć charakter fermentacji. Musimy zrozumieć jak to działa. I on chce nam w tym pomóc.

Słabych stron tej publikacji nie widzę. Widzę natomiast trzy wielkie atuty.

Po pierwsze, znajdziemy tu produkty kuchni całego świata, a co za tym idzie różne techniki fermentacji. Jest to niezwykła kulinarna podróż, która otwiera oczy na dobrze znane produkty, jak i kompletnie nowe smaki.

Po drugie, Sandor Ellix Katz wspaniale pisze. Ze stron książki bije jego pasją, którą łatwo się zarazić. W tekście znajdziemy wiele fachowych pojęć, ale emanują one pięknem. Mamy wrażenie, że uczestniczymy w szczególnego rodzaju rytuale. Możemy poczuć się jak ten młodzieniec, który pierwszy raz zobaczył obnażoną kobiecą pierś i ma wrażenie, że to najwspanialszy widok na świecie.

Po trzecie, wydanie. Ja mam w swojej biblioteczce już trzecie wydanie tej książki [Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2021] i jest ono obłędne. Począwszy od okładki, która wspaniale wprowadza w książkę - niby ogórki, marchew, fasola, a przedstawione z artystyczną nutką – przez delikatne, klimatyczne ilustracje w samej publikacji, po taką banalną rzecz jak odpowiednie wyróżnienie rozdziałów i ich poszczególnych części. To wszystko razem tworzy apetyczną kompozycję. W tym miejscu wspomnę jeszcze o rozbudowanych przypisach – co prawda są to odnośniki do publikacji angielskojęzycznych, ale dla mnie to duży plus, że źródła są podane – oraz indeksie, który pomaga poruszać się po książce.

„(…) w społeczeństwie wciąż funkcjonuje pogląd, że są [bakterie] naszymi wrogami.”6 Sandor Ellix Katz natomiast opisuje, jakie cuda potrafią te mikro żyjątka czynić. „Treścią niniejszej książki, inspirowaniem do eksperymentowania z fermentowaniem pokarmów i napojów zachęcam czytelników nie tylko do nieobawiania się bakterii i grzybów potrzebnych do procesu fermentacji, ale także do pielęgnowania samej świadomości naszego koewolucyjnego charakteru – bycia częścią rozległej pajęczyny życia.”7 Myślę, że ten cytat wspaniale podsumowuje o czym jest „Sztuka fermentacji” - książka o czerpaniu z dobra natury. „Czy zakwaszające bakterie obecne w mleku albo drożdże w skoku z winogron to nasi służący? A może to my wypełniamy ich wolę tworząc specyficzne środowisko, w którym mogą się tak swobodnie rozmnażać.”8 Zagłębiając się w tajniki procesu fermentacji dociera do nas, jak to wszystko mądrze zostało stworzone.

1 Sandor Ellix Katz , „Sztuka fermentacji”, przeł. Bartłomiej Kotarski, wyd. Kobiece Białystok 2021, s.33.

2 Tamże, s. 58.

3 Tamże, s. 40.

4 Tamże, s. 48.

5 Tamże, s.40.

6 Tamże, s. 47.

7 Tamże, s. 49.

"Czaromarownik 2022"

"Czaromarownik 2022"

Jaki macie sposób na zapamiętanie obowiązków i ważnych spotkań? Ja chętnie korzystam z kalendarza. Adnotacje pod konkretnymi dniami pomagają mi nie zapomnieć co muszę zrobić, a szybkie przekartkowanie najbliższych dni pomaga mi w organizacji tygodnia. Tak się złożyło, że na 2022 rok jestem już przygotowana. W szufladzie czeka na zapełnienie „Czaromarownik 2022”. Dlaczego ten, a nie inny kalendarz? Liczę na to, ze zaczaruje zbliżający się rok, żeby był perfekcyjny.

Kiedy weźmiemy go w łapki, od razu rzuci nam się w oczy estetyczne wydanie: twarda oprawa, klimatyczna granatowa okładka kojarząca się z wróżbami, wyróżnione dni tygodnia i subtelne ozdobniki na wszystkich stronach, zakładka, którą możemy zaznaczać ważne miejsca. Wydany został w formacie A5, co jest moim zdaniem dobrym rozwiązaniem. Spokojnie zmieści się do większej torby, którą zabieramy do pracy i gwarantuje, że miejsc na zapiski będzie wystarczająco (przeznaczono pół strony na każdy dzień). Jedne co dołożyłabym to miejsce na notatki ogólne – symboliczne 4 strony wystarczą. Może się czepiam, bo można je umieścić gdziekolwiek, ale ja lubię porządek w zapiskach.

Wewnątrz, poza przestrzenią na notatki, znajdziemy gro ciekawostek z zakresu astrologii i magicznych rytuałów. Zakres zagadnień jest dość szeroki np. domowe olejki do ciała, medytacja, ochrona energetyczna domu, sposoby na dobrobyt itp. Oczywiście każdy znak zodiaku znajdzie tu horoskop na nadchodzący rok. Jak można się domyślić są to krótkie wpisy, które maja uatrakcyjnić kalendarz – i dobrze do zadanie spełniają.

„Czaromarownik” dobrze wpisuje się w obecną tendencję powrotu do natury i czerpania z ludowej mądrości. Coraz popularniejsze są produkty wykonywane samodzielnie, a i mam wrażenie, że coraz więcej ludzi pasjonuje się magią i wszelkiego rodzaju rytuałami. Wyraźnie widać to na przykładzie literatury popularnej. Kiedyś tzw. słowiańszczyzna była zarezerwowana dla fantastyki, teraz coraz częściej jej elementy pojawia się w powieściach obyczajowych. Co rusz wychodzą też poradniki o magicznej tematyce. Dlaczego nie dodać tego do kalendarza? Mogą być w nim przepisy na ciasto czy porady, jak dokładnie wyczyścić dywan, a równie dobrze nadadzą się rzeczy mniej przyziemne. Mi się to podoba i chętnie przy pomocy „Czaromarownika” zaplanuję 2022 rok.


Kalendarz "Czarmarownik 2022" znajdziecie na Taniaksiazka.pl. Zachęcam do zapoznania się z nowościami w ofercie księgarni. 

"Rider" Anna Langner

"Rider" Anna Langner

Kiedy zobaczyłam książkę, o której będę wam opowiadać, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie krzyknąć: „Rider wzywa.” – takie małe spaczenie po oglądaniu z córką „Psiego Patrolu”. Nie będzie to jednak propozycja dla dzieci, a gorąca historia o pannie z dobrego domu i przystojnym motocykliście. Wypada nieco zmienić okrzyk na „miłość wzywa”.

Ivy trafia w „łapki” Ridera w wyniku przegranego zakładu. Nie jest zadowolona, że musi spędzić noc (w znaczeniu: część doby) z osobnikiem o wątpliwej reputacji. Chłopak okazuje się całkiem przyjemnym kompanem, a jego ostentacyjna arogancja tylko pozą. Skoro ta dwójka dobrze się dogaduje, w czym problem? Dlaczego nie mogą zostać przyjaciółmi albo parą? Pochodzą z innych światów. Ona, otoczona luksusem i perfekcyjna pod każdym względem. On, typ spod ciemnej gwiazdy, próbujący wyrwać się z patologii, jaką „zaoferował” mu ojciec. Co będzie silniejsze – uczucie czy uprzedzenia?

„Rider” nie okazał się powieścią w moim typie, chociaż warsztatowo nie mogę Annie Langner nic zrzucić. Chodzi bardziej o charakter tej historii. Są w niej dwa elementy, których nie lubię w romansach. Po pierwsze, uczucie między głównymi bohaterami rodzi się dość nagle. Jednego dnia się nie znają, a drugiego myśli o sobie nawzajem wręcz paraliżują ich życie. Towarzyszą temu dwuznaczne dialogi, które co prawda dodają powieści pikanterii, ale chyba nie chciałabym usłyszeć na pierwszej randce pytania: „Uprawiałaś kiedyś seks na motocyklu (…)?”* Szczerze, to nie życzyłabym sobie, żeby nowo poznany facet wypytywał mnie o jakiekolwiek doświadczenia seksualne.

Po drugie, wolę książki gdzie bohaterowie muszą przezwyciężyć problemy jakie przed nimi stoją, a nie sami je tworzą. Chyba już się domyślacie, z jaką fabułą mamy tutaj do czynienia. Nasi zakochani spotykają się, ale po tych spotkaniach muszą koniecznie udowodnić sobie samym oraz drugiej stronie, jakie to było nieważne – ot, pogaduszka i macanki, nie myśl sobie za dużo. Dopowiadają sobie co nieco do tego, co robi druga osoba, aby za wszelka cenę znaleźć argumenty, że nie jest to partner/ka dla nich. I tak, jak nie lubię tak skontrowanej fabuły, tak chciałabym pochwalić Annę Langner, że za te przepychanki obie strony są odpowiedzialne tak samo. Już kilka razy o tym pisałam, bo kompletnie nie rozumiem dlaczego autorki romansów często kreują histeryczne postacie kobiece i bardzo fajne męskie. W „Riderze” ma się ochotę potrząsnąć obiema i kazać im walczyć o miłość.

Widzę jednak w tej książce kilka elementów, dzięki którym może się ona podobać. Klimat powieści kojarzy mi się z popularnymi amerykańskimi teledyskami – motory i panie w kusych ubrankach. Tak to sobie autorka wymyśliła i na tym tle konsekwentnie buduje swoje postacie, a to wszystko klei się w całkiem zgrabny obrazek. Generalnie bohaterowie są dość „dopieszczeni” ( i w sensie pisarskim, i fizycznym ;D). Środowisko, z którego się wywodzą ma na nich ogromy wpływ, kształtuje ich i to, jak chcą być postrzegani. Jestem też w stanie uwierzyć, że jest źródłem uprzedzeń, jakimi obdarzają siebie nawzajem i źródłem problemów, jakimi obrasta wzajemna relacja.

Jak już wspomniałam, historia jaką Anna Langner opowiedziała w „Riderze” nie zachwyciła mnie, ale przyznaję, że jest to dobrze napisany romans. Młodzi bohaterowie skryci za maskami swojego pochodzenia, uczucie, które ma je skruszyć  oraz motocykle w tle – jeżeli, któryś z tych elementów was kręci to ta powieść może przypaść wam do gustu.

* Anna Langner, „Rider”, wyd. Kobiece, Białystok 2021, s. 47.


Powieść "Rider" znajdziecie na Taniaksiazka.pl. Miłośników literatury kobiecej zachęcam do zapoznania się z ofertą księgarni.

"Terapia" Klaudia Muniak

"Terapia" Klaudia Muniak

Jak długo trzeba walczyć z demonami przeszłości. Przypadek Luizy, opisany przez Klaudię Muniak w powieści „Terapia”, pokazuje, ze bardzo trudno przed nimi uciec. Ciągłe rozdrapywanie starych blizn prowadzi kobietę na skraj obłędu. A może dawni wrogowie ciągle jej zagrażają?

Powieść ma wszelkie znamiona thrillera psychologicznego. Głowna bohaterka i zarazem narratorka analizuje własne obawy i ich źródła, opisuje czytelnikowi swoją przeszłość i pokazuje, jak blokuje ją ona przed zrobieniem kroku na przód. Od razu widać, że jest to kobieta z problemem. Sama przyznaje: „Na długie lata zamknęła się w kokonie przykrych doświadczeń i wspomnień.”* Czy nowa miłość będzie początkiem przemiany w pięknego motyla? Luiza liczy, że odwiedziny w rodzinnej miejscowości i konfrontacja z przeszłością pomogą jej uwolnić się z jej pęt i będą początkiem metamorfozy.

Najmocniejszym punktem „Terapii” jest zakończenie. I to nie dlatego, że można z czystym sumieniem odłożyć książkę na półkę. Po prostu nagle dociera do nas ogromny potencjał tej historii. Napiszę tylko: szkoda, że nie wcześniej. Thrillery psychologiczne lubię za osaczenie, które swoimi mackami dusi zarówno bohaterów jak i czytelnika. Ma być duszno i niespokojnie. Luiza natomiast jest taką postacią, której „czerwona lampka” zapala się wyjątkowo często. Nie było by w tym nic złego, gdyby autorka zadbała, aby i odbiorca poczuł to niebezpieczeństwo. Tymczasem ja miałam wrażenie, że kobieta nadinterpretuje fakty, że nic nie znaczący SMS może uznać za objaw prześladowania. Zaczęłam się zastanawiać, czy to z nią jest coś nie tak, czy autorka chce tak uśpić uwagę odbiorcy, żeby zrzucić jakąś bombę.

Klaudia Muniak wystawia cierpliwość czytelników na próbę. „Terapię” czytałam z przekonaniem, że finał będzie mocny – i był. Wiedziałam – a może miałam nadzieję – że nie jest to po prostu książka o rozhisteryzowanej babie. Do wyboru miałam dwie opcje. Albo problemy główniej bohaterki mają źródło związane z okropnym przeżyciem, albo autorka specjalnie je bagatelizuje, żeby na koniec pokazać intrygę, w jaką Luiza jest wmieszana. Jak już pisałam zakończenie jest świetne. Co prawda było zbieżne z moimi przypuszczeniami (no dobra, aż takiej akcji rodem z filmów Tarantino się nie spodziewałam, ale ogólnie dobrze rozszyfrowałam problem Luizy), jednak czuję się usatysfakcjonowana. Pozostaje mi życzyć autorce, żeby jak najwięcej czytelników dało radę do niego dobrnąć.

* Klaudia Muniak, „Terapia”, wyd. Kobiece, Białystok 2021, s. 62.


Książkę "Terapia" znajdziecie na Taniaksiazka.pl. Więcej kryminałów w ofercie księgarni.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger