"Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady" John Larkin

"Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady" John Larkin

Tę recenzje mogłabym zatytułować „Jak nie da się pożreć rekinom, czyli dylematy z d...”. Z d... bo przecież ten problem nas nie dotyczy. Ale może spojrzymy na tę kwestie inaczej. My po prostu mamy bardzo dobrą strategię unikania ataku rekina. Przyznacie, że tak postawiona sprawa brzmi o wiele lepiej. Ataki rekinów są jednym z dylematów jakimi zajmuje się John Larkin, autor książki „Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady”. Z charakterystycznym humorem rozkminia jeszcze teorie płaskoziemców, oczekiwania i zachowanie rodziców, a także daje rady jak zaliczyć zajęcia z kreatywnego pisania i oblicza prawdopodobieństwo porwania przez kosmitów.

Dziwna jest to książka. Z jednej strony zabawna, przekorna. Autor w ciekawy sposób opracował informacje, szczególnie na uznanie zasługuje atrakcyjne przedstawienie danych statystycznych. Niby można się pośmiać, jednak na dłuższą metę taki sposób opowiadania może być irytujący. Pozwolę sobie zacytować pierwsze zadanie z książki, bo jest ono reprezentacyjne dla stylu, w jakim została napisana: „Istnieje jedna, absolutnie niezawodna metoda, żeby uniknąć pożarcia przez rekiny. Nie włazić do oceanu.”1 Niby się śmieję, ale z tyłu głowy zastawiam się, czy ktoś nie traktuje mnie jak idiotki.

Nie mogę rozgryźć klucza, jakim kierował się autor przy doborze tematów. Wydaje się przypadkowy. Szczególnie rozdział o rodzicach, pełen dosłownego interpretowania ich odzywek, wydaje się nie pasować do reszty. Jest wyłącznie rozrywkowy, bez popularnonaukowych elementów. Dlaczego znalazł się w tej książce? Jak ją sklasyfikować? Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć te kwestie.

„Jak nie dać się pożreć rekinom...” to książka napisana z jajem. Nie przeczę, że jest wyjątkowo atrakcyjna i zabawna. Jednak czy taka formuła za bardzo eksploatowana za szybko się nie wyczerpuje? Pewnie to jest indywidualna kwestia i część czytelników będzie zachwycona ironią autora, a druga część bezie zirytowana jego go inteligentnymi acz oczywistymi odpowiedziami. Może to jest właśnie sukces dobrego żartu. Stworzyć go z czegoś oczywistego.

1 John Larkin, „Jak nie dać się pożreć rekinom... i inne (nie)życiowe porady”, tłum. Mateusz Rulski-Bożek, wyd. Świetlik, Białystok 2025, s. 5.

[Egzemplarz recenzencki]

"Północne siostry" Magda Knedler

"Północne siostry" Magda Knedler

Alina, hrabina von Goltz, wyjeżdża z mężem na wyspę Rügen. Zaczynają krążyć plotki, że jest w ciąży. Czy to znaczy, że między małżonkami się ułożyło? Trudno w to uwierzyć znając sadystyczny charakter hrabiego. Natomiast Prakseda jest szczęśliwa u boku swojego męża. W tych dziwnych czasach aranżowanych małżeństw udało jej się trafić na bratnia duszę. Człowieka, który podziwia jej intelekt i ambicje. Jednak w tej sielance Prakseda cały czas martwi się o siostrę. Jest jeszcze Frida, służąca. Teoretycznie najmniej znacząca z trójki bohaterek, jednak posiada dość mocną „kartę przetargową”. Te trzy kobiety połączy tajemnica na temat tego, co się wydarzyło na północy. Czy okażą się lojalne? Każda z nich próbuje rozegrać swoje życie w jak najbardziej korzystny sposób. Każda z nich próbuje przetrwać w kierowanym przez mężczyzn świecie. Czy niemal siostrzana więź je wzmocni?

Początkowo drugi tom cyklu „Ścieżki nadziei” o tytule „Północne siostry” wydaje się przewidywalną książką. Jednak Magda Knedler potrafi namącić. Wie jak uatrakcyjnić tą historię wprowadzając chociażby nową, niepokojącą perspektywę w postaci Alberta, który niby wiele nie wie, ale coś tam wie, a to co wie jest pożywką dla niebezpiecznej obsesji. Nie boi się zwrotów akcji. Nie zliczę ileż to razy zmieniała się sytuacja Anieli. Jak desperacko bohaterka ta łapała się możliwości, żeby się nie skompromitować, żeby utrzymać swój status towarzyski i majątkowy, a wreszcie żeby posmakować miłości. A jej decyzje sprawiają, że i nasze odczucia względem niej ewoluują. Balansują między współczuciem, niechęcią, ale też podziwem dla jej siły.

Bo to Aniela jest gwarantką emocji. Przy okazji pierwszego tomu wspominałam, że wątek Praksedy szybko robi się stabilny i Knedler decyduje się tę sielankę utrzymać. Prakseda imponuje inteligencją, spostrzeżeniami, ale brakuje jej buntowniczego ducha, albo brakuje okoliczności, żeby go pokazała Natomiast Aniela go ma. Co prawda jej bunt ma egoistyczne pobudki. Ona nie chce – jak jej siostra – działać dla dobra mas. Do niej dotarło, iż jej wychowanie ma się nijak do prawdziwego świata. Będąc ułożoną panienką nie zaznała niczego dobrego. Teraz chce wykorzystać swój status – i pewną swobodę, jaką on daje – aby w końcu żyć.

Magda Knedler poprowadziła tę historię w nieoczywisty sposób, za co ode mnie dostaje wielkiego plusa. Drugi plus bo ja po prostu lubię powieści o silnych kobietach. Jasno wytykających paradoksy. I to robią bohaterki „Północnych sióstr”. Jeszcze nie emancypantki. A nawet niechcące być nimi. Te postacie po prostu chcą sprawiedliwości. Uznania swojego człowieczeństwa.

[Egzemplarz recenzencki]

"Kotka Blue" Grace Habib. Książki z ruchomymi elementami

"Kotka Blue" Grace Habib. Książki z ruchomymi elementami

Co zrobić z maluchem, który jest zmęczony, ale za nic w świecie nie chce przyjść do sypialni? Ja zwabiam moje dzieci do łóżka książkami. Założenie było takie, że przed spaniem też cos porobimy, ale już spokojnie, na siedząco. Po czytaniu zazwyczaj są przytulasy i... sukces. Natomiast dla niektórych dzieci przeglądanie obrazków i słuchanie bajki to za mało, potrzebują większych atrakcji. To może wykorzystać książki z ruchomymi elementami? One są niemal jak teatrzyk. Można ogrywać czytaną historię.

Nakładem wydawnictwa Wilga ukazały się przygody Kotki Blu. W jednej z nich przenosi się ona do krainy dinozaurów, a w drugiej frunie do podniebnego zamku. W każdym przypadku spotyka zwierzątko w potrzebie i niesie pomoc.

Obie bajki oparte są na tym samym schemacie. Blu przebiera się za to co sobie wybrała i leci ku przygodzie. Ja bym nieco odwróciła początek. Posłuchajcie” „Kim będzie dzisiaj kotka Blu? Wybierz przedmioty z pudełka. Blu jest dzisiaj... dinozaurem!”1. Niebezpieczeństwo polega na tym, że nie wszystkie elementy w pudełku pasują do dinozaura. A jak dziecko uprze się na robota czy bębenek? Zrobiła bym tu małe wyzwanie logiczne. Coś w stylu: „Przypatrz się elementom w pudełku. Kim będzie dziś Blu?” (ale tu powinien być sam strój dinozaura) lub: „Blu chce być dinozaurem. Czego potrzebuje?” (a dziecko wybiera z pudełka charakterystyczne gadżety).

Tyle ja, matka-czepialska, która za dużo czyta. Bo dzieci po postu zakochały się w ruchomych elementach, a Junior nawet stworzył własną historię. Zamiast bajki o zagubionym dinozaurze mamy bajkę o potworze, którego szybko trzeba zamknąć w jaskini. Może nam nie wyszedł tak piękny morał, jak Grace Habib, autorce książek, ale bawiliśmy się wspaniale. Wracając do ruchomych elementów. Jest to naprawdę atrakcyjny dodatek, bo dzięki nim dziecko może zobaczyć, jak kotka spaceruje przez las lub leci do chmur, może sprawić, że nad wulkanem unosi się dym lub pobawić w a kuku.

To są książki do kochania. Znajdziecie w nich proste, ciepłe historie i „żyjące” ilustracje. Idealna propozycja dla tych najmłodszych czytelników, bo pokazuje im, że czytanie to wyjątkowo atrakcyjna aktywność.

Zapraszam na mój profil na Instagramie, gdzie możecie zobaczyć, jak bawimy się z tą książką.

1 Grace Habib, "Dinozaur", wyd. Wilga, Warszawa 2025, s. 1-2.

[Egzemplarze recenzencki]

"Dobre bajki o tym jak dbać o zdrowie" Małgorzata Korbiel

"Dobre bajki o tym jak dbać o zdrowie" Małgorzata Korbiel

Jak wpoić dzieciom zdrowe nawyki? Punkt pierwszy to samemu dawać przykład. Ale i tak lody na śniadanie kuszą, gra na tablecie wydaje się bardziej atrakcyjna niż rysowanie i czasami zapomni się umyć rąk. I tu przychodzi punkt drugi, czyli tłumaczenie dlaczego i po co coś robimy. W książce „Dobre bajki o tym jak dbać o zdrowie” Małgorzata Korbiel w formie opowiadań przystępnych dla dzieci opowiada, dlaczego zdrowe nawyki są ważne, jak wpływają na nasz organizm.

W pierwszej bajce grupa przedszkolaków dowie się czym są bakterie i wirusy i dlaczego powinno się myć ręce. Bohaterem drugiej jest Karolinka, która wyszła z domu bez porządnego śniadania w efekcie czego miała mało energii do zabawy. W opowiadaniu numer trzy jest lato, a dzieciaki są na wycieczce w zoo. Przekonają się, jak ważne jest picie wody. Następnie pewna pani przedszkolanka zachęci nas do aktywności fizycznej. Poznamy też Maksa, który nie lubi spać i ciągle chodzi zmęczony praz bliźniaczki Marysię i Anię, które całe popołudnia siedziałby przed telewizorem lub tabletem.

W poprzednim akapicie zarysowałam, jakie tematy zostały poruszone w książce. A jak jest z wykonaniem? „Dobre bajki...” to jakość sama w sobie. Ten tytuł nie jest przypadkowy bo to zbiór ciepłych opowieści niosących dobre wartość . Korbiel pokazuje, że zdrowe nawyki mogą być ekscytujące. Dzieci nie chcą uprawiać sportu, myć rąk itp. więc pokaże im, że to dobra zabawa. W radosny sposób zmobilizuje je do działania. Karolinka uważała, że zdrowe jedzenie jest niesmaczne za to poszukiwanie skarbów jest ekscytujące, to może zaproponować jest posiłek poszukiwaczy skarbów, który rozjaśnia umysł i daje energię do działania. Dzięki przytoczonym przykładom widzicie, że w tej książce nie ma moralizatorstwa, a sprytne tłumaczenie. Korbiel obala mit, że zdrowe nawyki są nudne.

Cieszy mnie taki dobór tematu dla kolejnego tomu „Dobrych bajek...”. My opiekunowie nie zawsze mam zasoby, aby o te zdrowe nawyki walczyć i łatwo się irytujemy, albo wprowadzamy sztywne zasady, co może jeszcze zniechęcić dziecko. Korbiel w swoich bajkach daje przestrzeń, w której bohaterowie mogą popełniać błędy, ale są umiejętnie kierowani na dobre ścieżki. Tym razem ścieżki zdrowego stylu życia.

[Egzemplarz recenzencki]

"Projekt 1002" Wojciech Kulawski

"Projekt 1002" Wojciech Kulawski

Czy pamiętacie fenomenalny kryminał Wojciecha Kulawskiego „Rzeźbiarz kości”? Jeżeli jeszcze kogoś nie namówiłam to właśnie będę próbować – po raz kolejny – zachęcić do sięgnięcia po książki tego autorka. A cykl „Cienie w mroku”, którego składowymi są wspomniany „Rzeźbiarz kości” oraz „Projekt 1002” - którego będzie dotyczyć ta recenzja – jawi się jako rozbudowany, dobrze zaplanowany i mroczny.

Okazuje się, że wydarzenia z „Rzeźbiarza kości” to zaledwie wierzchołek góry. W „Projekcie 1002” cofniemy się do czasów powojennych. Teoretycznie zbrodnie II wojny światowej powinny zostać rozliczone. Jednak niektórzy skutecznie uchylali się przed sprawiedliwością, a nawet stali się inspiracją. W „Projekcie 1002” prześledzimy dalsze lody ekscentrycznego nauczyciela matematyki, który zakodował swoją historie na ścianach domu, który zamieszkiwał, i jego ucznia. Zobaczymy co dzieje się, kiedy ma się nieograniczone możliwości, kiedy można dać upust wszystkim swoim pomysłom mając za nic prawo i moralność. Będziemy świadkami narodzin bestii.

Tajne laboratorium, eksperymenty medyczne, ludzie traktowani jak króliki doświadczalne. Śledztwo odsłania makabryczną przeszłość, która z jakiegoś powodu ma wpływ na teraźniejszość. Dafner i Wetliński myślą, że dołączenie do nowej tajnej jednostki da im szansę na domknięcie sprawy Rzeźbiarza, ale także na rozwój zawodowy. Jednak trafiają w sam środek piekła. Wokół nich zaczynają znikać ludzie, a panowie staną przed szeregiem trudnych wyborów. Czy warto było drążyć przeszłości?

Kulawski oddał w ręce czytelników mocny kryminał z historią w tle. Warto czytać ten cykl po kolei – czyli zacząć od „Rzeźbiarza kości” - bo dzięki temu dostrzeżemy, ile warstw ma ta historia. A im dalej do niej zaglądamy tym jest bardziej przerażająca. Autor zachwyca nie tylko pomysłem, ale też jego realizacją. Wspaniale zadbał o detale zarówno tło – i współczesne, i historyczne – jak i kreację postaci. Każda z nich jest wyrazista, ale przede wszystkim potrzebna. Brak kogokolwiek zubożałby fabułę. Czytelnik świetnie to wyczuwa i (mam nadzieję) docenia.

Jak nie docenić tak dopracowanej powieści? A właściwie cyklu, bo „Cienie w mroku” to coś więcej niż kryminały z jakimiś ta bohaterami. To złożony projekt. W kolejnych częściach wchodzimy coraz dalej. Z biegiem fabuły łapiemy kolejne nitki, które prowadzą nas w mroczą przeszłość. Jej eksploracja będzie wymagała nie lada odwagi. Czy wam jej nie brakuje?

[Egzemplarz recenzencki]

"Lukrecja, Malwina i tajemnica magicznych poziomek" Aleksandra Brzozowska

"Lukrecja, Malwina i tajemnica magicznych poziomek" Aleksandra Brzozowska

„Czarodziejskie poziomki – wystarczy zjeść kilka sztuk, aby odkryć swoje talenty i umiejętności. Rosną w suchych iglastych lasach sosnowych na terenach polodowcowych, na glebach słabszych klas, głównie czwartej i piątej.”1 Taką informację znalazła Lukrecja wciśniętą w starą książkę. Jaki sekret skrywa pożółkła kartka? Lukrecja jest zaintrygowana. Szuka wskazówek w Tczewie – mieście, w którym mieszka – jak i podczas pobytu w chatce na Kaszubach. Czy jest znajdzie? Jak działają magiczne poziomki? Ten sekret odkryją czytelnicy książki autorstwa Aleksandry Brzozowskiej pt. „Lukrecja, Malwina i tajemnica magicznych poziomek”.

Powieść zaczyna się obiecująco. Głowna bohaterka znajduje wśród starych rzeczy intrygującą informację. Chyba umarłaby z ciekawości, gdyby nie poszła tym tropem, Tak rozpoczyna coś na kształty śledztwa, które prowadzi ją ją przez historię Tczewa. Być może momentami autorka wpada w nieco encyklopedyczne tony, jednak dokłada wszelkich starań, aby w atrakcyjnej formie przedstawić to miasto. A dziewczynki – bo Lukrecja angażuje do pomocy swoją siostrę – wykazują się pomysłowości, żeby wejść tak, gdzie ich zdaniem, czeka na nie rozwiązanie zagadki.

W pewnym momencie Aleksandra Barzowska zastosowała dziwny zabieg. Historia, ciąg przyczynowo-skutkowy nagle się urywa i przenosi się z Tczewa na Kaszuby. Przyznam, że czułam się, jakbym zaczęła czytać kolejne opowiadanie, ale poprzednie nie zostało jeszcze domknięte. Nie rozumiem takiego rozwiązania. Zdecydowanie brakuje mi w tym miejscu płynności potrzebnej tego typu książkom.

Na Kaszubach natomiast jest cudowanie. Kto by nie chciał spędzić urlopu w chatce w lesie? Spokojnie, sielsko i trochę dziko. Dziewczynki zauważają coś co je intryguje, zakodowaną wiadomość. I to jest najlepszy fragment całej opowieści. Ależ byłam podekscytowana, kiedy odczytywały, co kryje się za dziwnymi znakami. Takie odkodowywanie to ekscytująca zabawa i czytelnikom to się udziela.

Natomiast mam mieszane uczucia do finału. Bardzo enigmatyczny, jak na standardy książki dla dzieci. Trudno mi powiedzieć czy usatysfakcjonuje młodego czytelnika. Czy da odpowiedzi na jego wszystkie pytania? A klika ich się rodzi.

„Lukrecja. Malwina i tajemnica magicznych poziomek” to spokojna powieść o ciekawskich dziewczynkach. Aleksandra Brzozowska tajemniczo-magicznym anturażu pokazuje nam kawałek Tczewa. Autorka niebanalnie podchodzi do literatury dla dzieci odrzucając szaleństwo, a stawiając na spokój i metodyczne działanie. Czy modzi czytelnicy to kupią? Jestem bardzo ciekawa.

1 Aleksandra Brzozowska, „Lukrecja, Malwina i tajemnica magicznych poziomek”, wyd. Aleksandra Brzozowska, Tczew 2024, s. 12.

[Egzemplarz recenzencki]

"Unicorn Academy. Zaproszenie Sophii"

"Unicorn Academy. Zaproszenie Sophii"

Sophia dostaje wyjątkowe zaproszenie. Została wybrana do dołączenia do Akademii Jednorożców. To miejsce pełne magii, a dzieci uczą się w nim, jak zostać jeźdźcami jednorożców, którzy bronią świat przed silami ciemności. Jednym z etapów szklenia jest zbudowanie więzi ze zwierzęciem. Sophia, pomimo podejścia do koni, nie potrafi jej stworzyć z Gwiazdą. Jednrożka jest nieufna i ma swoje powody. Czy jej się to uda? Przekonacie się sięgając po książkę „Zaproszenie Sopi” pierwszą częśc nowego cyklu książek powstałego na podstawie serialu Netfilxa pt. „Unicorn Academy”.

Na pierwszy rzut oka można zobaczyć pewne podobieństwo pomiędzy Sophią, a Harrym Potterem. Oboje dostają list z zaproszeniem do szkoły i oboje stracili ważne dla nich osoby, które zginęły w konfrontacji ze złymi mocami. Jednak na tym podobieństwa się kończą (chociaż już te kują w oczy). Przede wszystkim twórcy „Unicorn Academy” nie pogłębili świata powieści, a postawili na akcję, która jest bardzo szybka i ewidentnie prowadzi do konfrontacji. Ale po kolei.

Podzieliłabym książkę na dwie części. Najpierw wprowadzenie, gdzie poznajemy bohaterów i Akademię. Bardzo dobry początek, gdzie opisano tęsknotę Sophii za ojcem, ale również pełne ekscytacji wejście do nowej szkoły. I ten początek naprawdę podobał się mojej córce. Była zaintrygowana i tytułową bohaterką i miejscem, w którym ta się znalazła. Jednak powieść szybko straciła uwagę dziecka. A to z uwagi na efektowne, ale długie i filmowe sceny. Chociażby takie sceny przemiany. Kiedy jeździec buduje wieź z jednorożcem oboje się zmieniają i na ich sierści i włosach pojawiają się wspólne cechy, emblematy. Na ekranie musi to wyglądać wspaniale, jednak od czytelnika wymaga skupienia i ogromnej wyobraźni. Historia zwieńczona jest też rozbudowaną sceną walki ze złymi mocami z pięknym morałem o lojalności. I widzę tu ten sam problem. Akcji nie brak dynamiki, jednak łatwiej (i ładniej) by się to oglądało niż czytało.

Jeżeli chodzi o fabułę to nie mam uwag. Jest ciepła i niesie pozytywne wartości. Natomiast podkreślam, że „Zaproszenie Sophii” to książka, dla czytelników lubiących akcję. Ta jest dynamiczna, ale sceny są długie. Wymagają skupienia i maksymalnego zaangażowania wyobraźni. Jeżeli to potrafisz. Jeżeli lubisz malować sobie w głowie poszczególne sceny. To książka powinna ci się spodobać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Robot Lab. Puzzle kreatywne" od CzuCzu

"Robot Lab. Puzzle kreatywne" od CzuCzu

Kiedy słyszymy o puzzlach, przychodzi nam do łowy raczej odtwórcza zabawa. Myślimy o wzorze, który mamy odtworzyć z fragmentów. A gdybym wam powiedziała o układaniu bez wzoru? Dostajesz szereg elementów i masz wykazać się kreatywnością. Nie ma dobrych i złych rozwiań, a każda nasza decyzja zmienia funkcję budowanej maszyny. Pozwoliłam sobie napisać „maszyny”, bo puzzle, o których myślę służą do budowania robotów. Mam na myśli „Robot Lab. Puzzle kreatywne” od CzuCzu.

Genialny produkt i genialny dobór tematu. Kiedy przyjrzymy się dostępnym częściom możemy zidentyfikować głowy, korpusy, ręce czy nogi, ale przecież robot wcale nie musi wyglądać jak człowiek. Zamiast nogi możemy zamontować mu palnik, albo zamocować chwytak na głowie. Być może nasz robot wcale głowy nie potrzebuje, tylko same odnóża z różnymi końcówkami, albo – z jakiegoś powodu – praktyczniej nam będzie zbudować go do góry nogami.

To są naprawdę puzzle kreatywne. W zabawie nimi nic dziecka nie ogranicza. Ono projektuje swoją maszynę od podstaw. Zastanawia się do czego będzie służyła, jakich gadżetów będzie potrzebowała i jak ją nazwie. Albo można podejść do tematu odwrotnie. Dać się ponieść wyobraźni. Stworzyć coś, a potem zastanowić się, jakie to może mieć zastosowanie.

Uwielbiam, kiedy mój synek wyciąga te puzzle i za każdym razem realizuje inny projekt. Czasami robi jednego wielkiego robota używając maksymalnej liczby elementów. Innym razem tworzy maszyny, które będą ratować świat, a jeszcze innym mówi, że są to roboty pomagające na budowie. Jest niczym mały inżynier przy pracy.

Rewelacja. Świetne puzzle, którymi mogą bawić się już małe przedszkolaki (producent określił wiek odbiorcy jako 3+). Pobudzają kreatywność, wyobraźnię i zachęcają do eksperymentowania. Same plusy.



Łamigłówki i ubieranki z wróżkami

Łamigłówki i ubieranki z wróżkami

MD Creative to bardzo modne wydawnictwo. Znalazłam u niech książeczki z popularnymi motywami u dzieci i dziś chciałabym wam pokazać kolejne dwie. Tym razem wypatrzyłam coś dla wszystkich, którzy lubią wróżki. Będzie zwiewnie, kolorowo, magicznie. A rozwiązując zadania z tych publikacji będziecie musieli wykazać się kreatywnością i logicznym myśleniem To będzie dobrze spędzony czas. Zapewniam.

Na początek coś, co uwielbia moja córka, czyli „Naklejowe ubieranki”. W gazetkach z tej serii znajdziecie mnóstwo sukienek, bluzek i innych fatałaszków, które posłużą do ubrania modelek. Możesz zainspirować się kompletami ze środka publikacji, albo tworzyć własne projekty. Dzięki naklejkom wielokrotnego użytku możesz przebierać modelki, aż uzyskasz zadowalający efekt.



„Kraina wróżek” to książka z łamigłówkami. Biorąc pod uwagę, iż pojawia się tu proste liczenie i dwa zadania z literkami powiedziałabym, że to publikacja dla starszych przedszkolaków ok. 5 lat). Poza tym sporo tu kolorowania, zadań na spostrzegawczość i labiryntów. Cudownym dodatkiem są wypukłe, fluorescencyjne naklejki oraz karty z wypychankami, a na nich gry i wróżkowe gadżety np. chorągiewki czy ramka na zdjęcia.




Kto jest gotowy do zabawy ze zgraja wróżek? Wolicie zamienić się w projektanta mody czy poćwiczyć inne umiejętności? A może obie publikacje was kuszą, bo uwielbiacie wróżki? Nie krępujcie się. To wszystko dla was.

[Egzemplarz recenzencki]


"Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin

"Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin

„Afryka zawsze była traktowana bardziej jako idea niż miejsce. Idea cierpienia i walki. Idea przemocy. Idea przeklętego przywództwa.”1 Dziennikarz Dipo Faloyin chce rozprawić się z tymi ideami. Zawalczyć o inne, bliższe prawdy postrzeganie czarnego kontynentu. Napisał reportaż pt. „Afryka to nie państwo”, w którym pokazuje, że Afryka to nie tylko biedne dzieci i safari, że tam również zawitała cywilizacja. I owszem państwa Afrykańskie zmagają się z konfliktami, autorytaryzmami, biedą, ale jest to pokłosie dziwnych okoliczności, w jakich te państwa powstały.

Już na początku książki Faloyin typuje winnych takiego stanu rzeczy. „Wewnętrzna struktura nowoczesnej Afryki została zbudowana raczej na zachłanności niż na poczuciu rzeczywistości.”2 Każdy z nas słyszał o kolonializmie, a „tajemnicą poliszynela” nie jest, iż afrykańskie państwa to sztuczne twory, które powstały niemal przy użyciu linijki. Faloyin bez skrępowania wypomina państwom rozwiniętym te wszystkie wstydliwe kwestie. „Uwaga: jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował wymyślić cały kraj z obawy, że najlepsza ziemia niebawem trafi w cudze ręce, możesz odkryć, że łatwo jest przeoczyć pewne detale, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotne (…)”3 I on pokazuje, ile rzeczy przeoczono projektując afrykańskie państwa. Przytacza konkretne przypadki, gdzie te „przeoczenia” stały się zarzewiem do konfliktów i nadużyć, albo pretekstem dla ruchów narodowowyzwoleńczych i wyłaniania się bohaterów-dyktatorów. Mówi o państwach pozostawionych samym sobie, które muszą uprzątnąć wielki bajzel, jaki zrobili nieproszeni goście.

Ktoś powie, że przecież Afryce się pomaga, że płynie do niej szeroka pomoc organizacji charytatywnych. Faloyin mówi o skomplikowanej równowadze „(…) pomiędzy robieniem czegoś, a czynieniem większej szkody niż korzyści.”4 Porusza kwestie nieefektywności tej pomocy, złej dystrybucji. Przytacza historie, jak prowadziła ona wręcz do pogłębienia problemu. Wręcz naigrywa się z mitu „białego zbawcy”, mówiąc jak bardzo Afrykańczycy go nie potrzebują. W tej części wypływają też kwestie wizerunkowe, które chyba są istotą tej książki. Bo autor zawraca uwagę, że wszelkie akcje charytatywne utrwalają obraz biednej, niezaradnej Afryki, a ona walczy z tym stereotypem.

„Brak zróżnicowanego obrazu kontynentu na całym świecie nie jest winą Afrykanów, lecz bariery, która stara się nie przepuszczać ich światła: filtrów operujących tymi samymi przestarzałymi historiami w popkulturze i kampaniach charytatywnych o Afryce, która nigdy się nie rozwija.”5 I nie zaprzeczę, że fragment o popkulturze był dla mnie najciekawszy i chyba najbardziej otworzył oczy na problem. Bo faktycznie mało jest obrazów o rozwijającej się Afryce. Zazwyczaj jest ona tłem dla romantycznych historii, albo brutalnych dramatów. Autor książki w zabawnym stylu wytyka tendencyjność tych produkcji podkreślając, że obrazy bogatej Afryki – jak ta w „Czarnej Panterze” czy komedii „Książę w Nowym Jorku – to wyjątki. Natomiast zastanawiam się, czy Faloyin nie przecenia znaczenia tych filmów. Czy przeciętny widz, nie skupia się na ich (wybornych) walorach rozrywkowych nie drążąc całej warstwy ideologicznej, którą skrywa ich tło? Pewnie tak. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że interpretacja autora „Afryka to nie państwo” jest ciekawa i niewątpliwie słuszna.

Zbliżając się do końca książki widzimy do jakich wniosków zmierza Faloyin. Ostatnie rozdział to przykłady na to, jak Afrykanie wzięli się za naprawę swoich państw. Historie grup, ruchów, które postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i jawnie sprzeciwić się autokratyzmom i różnym przejawom łamania praw człowieka. Sami, bez pomocy „białego zbawcy”. Sposób w jaki ten reportaż został skonstruowany daje wrażenie, że to „cywilizowane” państwa „nabroiły” na afrykańskim kontynencie. Podzieliły go i rozkradły, zniszczyły jego potencjał i zostawiły ludy Afryki w cały tym syfie. Ale Afrykańczycy nie są niezaradni, jak pokazuje ich popkultura. Mają chęci i potrafią zawalczyć o sprawiedliwość, naprawę złą, które zostało wyrządzone. Że nie chcą dalej być postrzegani jako „trzeci świat”.

„Afryka to nie państwo” to odważny reportaż z jasnym celem. Jego autor nie przeczy, że na kontynencie afrykańskim działo się (dzieje się?) źle, ale jasno wskazuje winowajców. Prowokacja, „odwracanie kota ogonem”, czy chęć pokazania prawdy? Jestem ciekawa do jakich wniosków dojdą czytelnicy.

1 Dipo Faloyin, „Afryka to nie państwo”, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. Literackie, 2024,s. 351.

2 Tamże, s. 59.

3 Tamże, s. 56

4 Tamże, s. 102.

5 Tamże, s. 350.

"Jamnik, który chciał być na fali" Bella Swift

"Jamnik, który chciał być na fali" Bella Swift

Jamnik o imieniu Tobi pierwszy raz wyjeżdża na wakacje. Jest podekscytowany, bo zobaczy morze, a także pozna Holly. Wszyscy opowiadają jaka ona jest sympatyczna, a na miejscu to się potwierdza. Do tego Holly robi wiele ciekawych rzeczy – pływa, jeździ na motorze itp. Tobi za wszelka cenę chce jej zaimponować, co nie jest łatwe dla jamnika o krótkich łapkach. A i morze jest jakieś takie... zimne i mokre. Dlaczego wszyscy tak się ekscytują pływaniem? - nie rozumie Tobi.

Wakacyjna perypetie Tobiego poznacie czytając książkę „Jamnik, który chciał być na fali” autorstwa Belli Swift. Autorka świetnie ujęła różne znaczenia określenia „na fali”. Akcja książki dzieje się nad morzem i Nina, właścicielka Tobiego, bardzo chce nauczyć się surfować. Strasznie irytuje ją, że idzie to jej tak wolno, a starsi kuzyni surfują bardzo dobrze i czasami zostawiają ją na plaży, kiedy idą łapać fale. Jednak oni mieszkają nad morzem, a woda to ich żywioł. Nina jest tylko gościem.

I tak płynnie przechodzi do „być na fali” czyli „cool”. Dylematy Niny już wam krótko opisałam, ale Tobiemu też trudno odnaleźć się wśród nowych znajomych. Nad morzem poznaje paczkę psów i bardzo chciałby być jej częścią. Jednak Tobi wolniej biega, nie potrafi kopać i pływać. Cokolwiek robią jest ostatni, co czasami jest powodem do śmiechu. Jamnikowi szczególnie zależy, aby zaimponować Holly. Skoro nie może tego dokonać czynami, może uda mu się słowami. Zaczyna kreować sobie na nowo, opowiadając nieprawdziwe historie o swoich dokonaniach.

Bardzo podoba mi się powieść dla dzieci napisana przez Bellę Swift. Każdy z nas może znaleźć się w podobnej sytuacji, jak Tobi. Trafimy w nowe towarzystwo, które jest życzliwe, ale ma swoje wspólne tematy, zainteresowania i trudno nam dostać się do grupy. Niby spędzamy czas razem, ale jednak jesteśmy z boku. Nie jest to miłe, a początkowa ekscytacja spada do zera. Bella Swift chce wyjaśnić czytelnikom, że wcale nie trzeba „stawać na głowie”, aby zaimponować nowym znajomym. A już pod żadnym pozorem nie powinniśmy wymyślać siebie na nowo. Zazwyczaj kłamstwo ma krótkie łapki, a najwięcej możemy zaoferować będąc po prostu sobą.

„Jamnik, który chciał być na fali” czyli wakacyjna książka o akceptacji siebie. Letnie nadmorskie tło idealnie nadało się do opowiedzenia tej historii. Swift wrzuciła swoich bohaterów w nowe towarzystwo, a ci za wszelka cenę chcieli stać się jego częścią. Autorka w prosty, sympatyczny sposób tłumaczy, że „być częścią” grupy nie znaczy „być taki sam”. Każdy jest inny i co innego do tej grupy wnosi. Psy mieszkające nad morzem wspaniale pływały, a Tobi tego nie potrafił. Czy za wszelką cenę powinien wchodzić do wody? Mam nadzieję, że książka ta da młodym czytelnikom do myślenia, iż nie zawsze trzeba poświęcać siebie, popisywać się, aby zdobyć przyjaciół.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mopsorożek i wakacyjna przygoda" Matilda Rose

"Mopsorożek i wakacyjna przygoda" Matilda Rose

Nadeszło lato. Mopsorożek właśnie odebrał swój paszport i, razem ze swoją opiekunką, wyjeżdża na wakacje do Tęczowa. Przekonają się, że nazwa tego miejsca nie jest przypadkowa. Jest wyjątkowe ze względu na tęcze, jakie je otaczają. Ale, ale. Co musi zajść, aby pojawiała się tęcza? Matilda Rose napisała letnią opowieść spod znaku słońca i deszczu pt. „Mopsorożek i wakacyjna przygoda”.

Zaskoczyła mnie ta książka. W Tęczowie pogoda jest niepewna jak nad polskim morzem. Ale czy to powód do narzekać? Księżniczka Ala i Mopsorożek początkowo są trochę rozczarowani, jednak szybko przekonują się, że nawet lato w deszczu morze być magiczne. Nawiązują nową przyjaźń i świetnie się bawią . Cieszą się czasem spędzonym w Tęczowie.

Rose oddała w ręce małych czytelników kolejną przesympatyczną bajkę. Jej książki polubiłam za nienachalne morały, które skrywają w opowieściach pełnych magii. Tu mamy historię o tym, że nie warto narzekać. Czasami możemy czuć się rozczarowani, bo coś nie spełnia naszych oczekiwań, jednak może wydarzyć się coś zaskakującego, co uratuje sytuację. Nie dajmy się zamknąć w klatce ze złości. Spróbujmy otworzyć się na alternatywne rozwiązania. I pamiętajmy, że nie wszystko da się zaplanować.

[Egzemplarz recenzencki]

"Belle Morte" Bella Higgin

"Belle Morte" Bella Higgin

Wampiry – bestie czy celebryci? Obserwując ich popularność zarówno w filmie jak i w literaturze, można przypisać im miano gwiazd. Z potworów popkultura zrobiła piękne, wrażliwe istoty, których nieśmiertelność fascynuje, a pożywianie się krwią jest sexy. Tym tropem poszła Bella Higgings pisząc powieść „Belle Morte”. W tej książce wampiry to dosłownie celebryci. Do swoich domów zapraszają tzw. dawców, którzy spijają piankę z ich sławy. Proces ich wybierania, przybycia do domu to istne reality show. Ludzie, którzy się zgłaszają do tej roli są albo zafascynowani nieśmiertelnymi, albo liczą na stanie się gwiazdą i finansowe profity. Ale nie Renie. Ona chce odszukać siostrę, która kiedyś weszła do wampirzego domu i ślad po niej zaginął. Jakie tajemnice skrywają drzwi Belle Morte.

Mieliśmy trochę tych wampirów w literaturze, a swego czasu książki z nimi były w topce najczęściej czytanych. I ja uległam tej modzie i, pomimo że nie przepadam za romansami, urzekł mnie mrok, desperacja nawiązywanych w nich relacji. Właśnie takimi historiami inspiruje się Bella Higgins. „Belle Morte” to książka o więzi. Więzi siostrzanej, przyjacielskiej, miłosnej. Świat, jaki został stworzony na potrzeby tej powieści autorka rozbudowuje tyle, ile potrzeba do rozwoju akcji. To tak naprawdę jest wyłącznie tło. Tło dla wyżej wymienionych racji i emocji z nimi związanymi.

Generalnie Bella Higgin miała dobry pomysł na fabułę. Chociaż wiele elementów jest już nam znana. Młoda dziewczyna, przystojny wampir, zaginiona bliska osoba i moje ulubione: „Kiedy ją ugryzł, powiedział sobie, że robi to, aby nie mógł tego zrobić Etienne. Gdy poczuł smak jej krwi, myślał jedynie o tym, że znalazł się w niebie. Kiedy ostatnio coś smakowało tak dobrze? Na samo wspomnienie jego kły się wydłużyły i zaczęły napierać na dziąsła.”1 Bo u każdego prawdziwego faceta na myśl o fascynującej dziewczynie coś musi napierać ;) Dobra koniec śmieszkowania. Summa summarum Bella Higgin wyraźnie inspiruje się popowymi powieściami o wampirach, ale jej wampiry się nie ukrywają. One brylują w blasku fleszy, a ludzie się, ich nie bają, a traktują jak gwiazdy.

Kiedy decydowałam się przeczytać tę książkę umknął mi dopisek „a wattpad book”, który znajduje się na okładce, nad czym mocno ubolewam, bo mówi wiele o stylu w jakim jest ona napisana. Co mam na myśli? Mnóstwo opisów (szczególnie wyglądu), średnie kreacje postaci (nie ma dramatu, ale jeszcze rozwinę ten temat) i nienaturalnie szybko nawiązywane relacje.

Pochylmy się na chwilę nad tymi trzema elementami. Najpierw cytat: „Jego czarny podkoszulek z głębokim trójkątnym dekoltem pozwalał się domyślać, że ma ładnie zbudowany tors”.2 W ogóle wszyscy są tu bardzo ładni i modni. Można odnieść ważnie, że autorka bardziej skupiła się na „odpicowaniu” postaci niż uniwersum.

Teraz postacie. Te drugoplanowe są znacznie ciekawsze niż pierwszo. Najsłabszym ogniwem jest główna bohaterka Renie. Ma być harda, ciekawska, a wyszła nijaka, infantylna. Czy Bella Higgin inspirowała się Bellą ze „Zmierzchu”, która też jest „bladą” postacią. Co prawda autorka starała się nadać Renie charakterku, ale wygląda to średnio. Pozostaje wierzyć, że tak jak Bella i Renie się ogarnie i w kolejnych częściach lepiej się zaprezentuje. Natomiast drugoplanowe postacie, a szczególnie ich przeszłość i powiązania, mogą zaintrygować. To przy ich pomocy autorka nadaje historii tajemniczości i mąci. Co jest wyjątkowo atrakcyjne.

Wspominałam już, że to książka o relacjach, a te są nawiązywane w tempie znanym z powieści romantycznych. To znaczy „od pierwszego spojrzenia”. Szybko można przewidzieć, kto komu zawróci w głowie, kto z kim będzie „trzymał sztamę”. Biorąc pod uwagę, że Bella Higgin projektuje też bardzo ciekawą tajemnicę do odkrycia, elementy niepewności, więcej braku zaufania było by pożądane.

Będę z wami szczera. Nie jest to najlepsza, ale też nie najgorsza powieść o wampirach. Raczej dla miłośników książek romantycznych, którzy są w stanie wybaczyć głównej bohaterce nieco infantylności. Rekompensuje ją mroczna tajemnica, a także wartka akcja, która szczególnie napędza się w drugiej połowie powieści.

1 Bella Higgin, „Belle Morte”, tłum. Marta Faber, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2025, s. 75.

2 Tamże, s. 55.

[Egzemplarz recenzencki]

Copyright © Asia Czytasia , Blogger