Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
"Gdy odnajdziemy drogę" Laura Barrow

"Gdy odnajdziemy drogę" Laura Barrow

Mąż odszedł, dzieci podrosły, a ona została sama – tak sobie pomyślałam o Effie, bohaterce powieści Laury Barrow pt. „Gdy odnajdziemy drogę”. Poznajemy ja w momencie, kiedy troch skołowana rozwodem poddaje się operacji plastycznej. Zastawiamy się, czy to jest w końcu ten moment, że Effie zrobiła coś dla siebie. W trakcie zabiegu kobieta przeżywa coś w rodzaju śmierci klinicznej. Można powiedzieć, że ze szpitala wychodzi całkiem odmieniona. Czy sprawdzi się u niej powiedzenie „Nowa ja, nowy początek”?

Patrząc na Effie na początku jest jej trochę żal. Jak na dłoni widać jej poświecenie dla rodziny i zagubienie w obecnej sytuacji. Jednak ta kobieta mi imponuje, bo nie rozpacza, a próbuje coś zmienić. Nie zważa na krytyczne głosy. Zamiast tego mówi: „Może się nie uda, ale jak nie spróbuję to się nie przekonam”. Walczy ze wstydem, z niewiedzą, ale dzielnie prze do przodu.

Co muszę zaznaczyć, „Gdy odnajdziemy drogę” to raczej spokojna książka. Bez lamentów, bez dramy, bez spektakularnych zwrotów akcji. I dlatego wydaje się ona tak życiowa. Ja czy ty nie jesteśmy Effie, ale w trakcie czytania Effie staje się nam bliska. Staje się przyjaciółką, której kibicujemy w wyborach jakich dokonuje.

Wspomnieć muszę jeszcze o babci głównej bohaterki, którą poznajemy przez pryzmat jej pamiętnika. Inna, kobieta, inny czas, inne problemy, ale dalej szukanie swojej drogi, dalej konfrontacja z światem, dalej suma małych i dużych decyzji. I pytanie, czy zaprowadzą nas one tam, gdzie chcemy?

Spokojna i cudownie kobieca. Taka jest powieść „Gdy odnajdziemy drogę”. Historia opowiedziana w rytmie przebojów Patsy Cline, która też odgrywa w niej niemałą rolę. Pewnie ci, którzy w trudnych momentach oddają się muzyce świetnie to poczują. Laura Barrow na pewno czuje to rewelacyjnie. Jeżeli znacie jej poprzednią powieść „Gdy powrócą kanarki” to muszę zaznaczyć, że ta jest spokojniejsza. Jest inna, ale zapewne stanie się bliska wielu kobietom.

[Egzemplarz recenzencki]

"Isola" Allegra Goodman

"Isola" Allegra Goodman

Marguerite de la Rocque, dziedziczka i sierota. Po śmierci rodziców jest za mała, aby o sobie decydować, a także jest kobietą, więc majątkiem zarządza jej kuzyn, do czasu aż dziewczyna będzie gotowa do zamążpójścia. Roberval nie zaszczyca kuzynki częstymi wizytami. Ulubieniec króla i podróżnik większość czasu spędza na odkrywaniu świata, a na to potrzeba funduszy. Kalkulacja jest prosta. Marguerite nie opłaca się wydawać za mąż. Roberval nie ma skrupułów wykorzystać jej fortuny do realizacji swoich planów. A co z dziewczyną? Zabiera ją ze sobą w podróż do Nowego Świata. Przerażona Marguerite znajduje pocieszenie w ramionach jego sekretarza, a tego nieposłuszeństwa kuzyn znieść może. Porzuca ją na jednej z wysp w Zatoce Świętego Wawrzyńca. Jak ta wychowywana na damę dziewczyna poradzi sobie w surowym, kanadyjskim klimacie? Marguerite kontra natura. Czy będą współpracować, a może będą przeciwniczkami?

Gdzieś przeczytałam stwierdzenie, że „Isola” to powieść o wyjątkowym instynkcie przetrwania. Marguerite jest poniekąd żeńską wersją Robinsona Crusoe, ale jej historia jest pozbawiona przygodowej otoczki. Allegra Goodman napisała studium bezradności. Kiedy poznajemy główną bohaterkę jest ona małą dziewczynką i my już wiemy, że nic dobrego jej nie może spotkać. Pozbawiona opiekunów, skazana na wolę obcych ludzi. Owszem, przydzielono jej opiekuna, jednak każde jego przybycie jest ogromnym stresem i obawą, że wywróci je stabilne życie do góry nogami, a Roberval w końcu to robi. „Służył mi jako obrońca, ale nie miała nikogo, kto mógłby mnie ochronić przed nim.”1

Bardzo dziwne uczucia towarzyszyły mi w trakcie czytania „Isoli”. Wspomniana już bezradność Marguerite była wręcz przytłaczająca. Paradoksalnie poczułam spokój w jednym z bardziej dramatycznych momentów tej historii, mianowicie, kiedy bohaterka zostaje porzucona na wyspie. Znalazła się w ekstremalnej sytuacji, ale ja cieszyłam się, że wyrwała się z tego świata, w którym nic nie znaczy. Zresztą fakt, że została porzucona świadczy o tym, jak wielką władzę miał nad nią opiekun i jaką pogardą ją darzył. Przecież prawdopodobieństwo, że dziewczyna nie przeżyje zimy było ogromne. A jednak Marguerite stworzyła przestrzeń, w której żyła, w której nie była tłamszona.

Co ciekawe historia tej dziewczyny mogła wydarzyć się naprawdę. Allegra Goodman w posłowiu opisuje, co ją zainspirowała do napisania „Isoli”, a także wymienia w jakich źródłach możemy przeczytać o Marguerite. Łatwo też można zauważyć, jak autorka zręcznie łączy pewne różnice tych przekazów, czy też sprytnie wymyśla skąd one mogły wyniknąć.

Powieść „Isola” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kluczem do jej sukcesu jest narracja pierwszoosobowa, która fantastycznie oddaje w jakim napięciu żyła główna bohaterka. Jej bezsilność tak mnie przytłoczyła, że musiałam na kilka dni schować tę książkę. To świadczy o tym, jak bardzo oddziałują na nas emocje, sytuacja głównej bohaterki. Jest to opowieść o sile, o woli życia, ale też o paradoksie cywilizowanego świata, który wcale nie jest tak sprawiedliwy, jak chcielibyśmy wierzyć. Minęło kilka dni od, kiedy skończyłam czytać „Isolę”, a jak ciągle zastanawiam się, które miejsce było dla Marguerite azylem.

1 Allegra Goodman, „Isola”. Przeł. Monika Popławska, wyd. Literackie, Kraków 2026, s. 146.

[Egzemplarz recenzencki]

"Cesarzowa Piotra" Kristina Sabaliauskaitè

"Cesarzowa Piotra" Kristina Sabaliauskaitè

Spotkał mnie niebywały zaszczyt. Dzięki powieści „Cesarzowa Piotra” napisanej przez Kristinę Sabaliauskaite mogłam zagościć w sypialni samej carycy Katarzyny I. Władczynię zastałam w bardzo ciężkim stanie. Trawiona chorobą weneryczną i astmą sprawiała wrażenie, że to ostanie momenty jej życia. Jednak miała jeszcze siłę, aby wspominać, aby opowiadać. A ja tę opowieść wysłuchałam pełna żalu nad jej losem i podziwu dla jej siły.

„Cesarzowa Piotra” to historia osoby, która ciągle musiała walczyć o przetrwanie. Los obszedł się z nią brutalnie, a ona... Trudno mi napisać, że wykorzystywała okoliczności, bo właściwie „łapała resztki tlenu” i cieszyła się, że żyje. „Ale co to za życie” mówił klasyk. Jeżeli liczycie na piękną dworską opowieść o miłości cara i zwykłej dziewczyny to się srogo pomylicie. Nie takie numery z Kristiną Sabaliauskaite. To bezlitosny obraz epoki. A litewska autorka potrafi pisać wyjątkowo dosadnie. Ze stron tej książki czuć pot, krew, strach, ból. I czuć władzę jednego człowieka nad drugim. Katarzyna jest właściwie przekazywana z rąk do rąk i ma niewiele do powiedzenia, jednak potrafi wykorzystać swoje atuty i niezwykły wpływ na cara. To z jednej strony ofiara, ale też wyrafinowany gracz. Czy jej celem był tron? Nie, jej celem było przetrwanie.

Treść tej powieści to niezwykłe doświadczenie. Sabaliauskaite potrafi pisać sensualnie, wielowymiarowo, dzięki czemu książek jej autorstwa się nie czyta, a przeżywa. Natomiast forma „Cesarzowej...” jest nieco monotonna. Monolog „ubrany” w dość długie akapity. Co prawda misternie zbudowanych zdań złożony, których tak wiele było w tetralogii „Silva rerum”, aż tylu tu nie znajdziemy. Język jest tu znacznie prostszy, a momentami nawet wulgarny. Jednak „Cesarzowa...” jest jak skała przez, którą trzeba się przebić. Katarzynie trzeba dać czas, żeby opowiedziała swoją historie po swojemu. Trzeba jej pozwolić zakochać się ponownie, przepracować lęki, a czasami zapłakać.

Czy uroda Katarzyny była błogosławieństwem czy przekleństwem? Warto sięgnąć do powieści autorstwa Kristiny Sabaliauskaite i prześledzić losy tej postaci z jakże ciekawej perspektywy. Uważny czytelnik tej recenzji przyłapie minie, że wcześniej napisała, że forma jest momentami monotonna. Owszem, nie jestem fanką monologów. Jednak przyznać też muszę, że próba spojrzenia na carycę jej własnymi oczami dodaje tej powieści brutalnego naturalizmu. Pokazanie tej bohaterki w okolicznościach, w których nic nie zyskuje i nie traci sprawia, że odbieramy ją jako bezwzględnie szczerą. A ja nie ukrywam, że jestem pod wrażeniem warsztatu Sabaliauskaite. Jej podejście, jej pomysły na literaturę historyczną już po raz kolejny trafiły do mego serca.

[Egzemplarz recenzencki]

"Gdy powrócą kanarki" Laura Barrow

"Gdy powrócą kanarki" Laura Barrow

Właściwie one nie chciały wracać do rodzinnych stron. Poniekąd zmusiła je do tego młodsza siostra i pakt z dzieciństwa. Mają nadzieję, że szybko wywiążą się z obietnicy i wrócą do swojego życia. Życia, które do końca ich nie satysfakcjonuje, ale nie jest tamtym. Odkopana kapsuła czasu jednak nie pozwala wygasić wspomnień. Szczególnie wspomnień o tamtym dniu, kiedy zaginęła jedna z nich, czwarta siostra. Jej bliźniczka ciągle ma nadzieję, że ona jeszcze wróci, albo chociaż dowie się, co się z nią stało. Czy w kapsule czasu znajdą klucz do rozwiązania tej zagadki?

Savannah, Sue Ellen i Rayanne są połączone więzami krwi, a przy tym każda z nich jest inna i wybrała inną drogę. Mamy wrażenie, że ich wspólny pobyt w rodzinnym domu zmienił go w tykającą bombę. Każde zdarzenie może być pretekstem do wyrzucenia wzajemnych żali. Jest też Bunia, babcia która wychowała dziewczyny. Kobieta specyficzna, mocno utwierdzona w swoich przekonaniach, a nawet lekko apodyktyczna, jeżeli apodyktycznym można być lekko. Chyba jeszcze nie straciła władzy nad dorosłymi już wnuczkami, chociaż te próbują jej umknąć.

Poprzedni fragment brzmi, jak zapowiedź tragedii, jednak powieść „Gdy powrócą kanarki” wcale nie jest aż tak dramatyczna, jak mogłoby się wydawać. Trzon dramatyzmu tkwi w okolicznościach zaginięcia jednej z sióstr, to była niewątpliwa tragedia dla tej rodziny i nie dziwię się, że trudno jej członkom o tym zapomnieć. Pomniejszy dramatyzm widzimy też w niektórych życiowych wyborach bohaterek, a raczej w tym jak desperacko chcą pokazać, że sobie dobrze radzą, że są szczęśliwe mimo wszystko.

Laura Barrow poprzez spotkanie daje im możliwość zrzucenia masek. Tak, tak. Oczywiście na początku każda z nich przyjmuje swoja pozę. Jednak przebywanie ze sobą jest zapalnikiem do szczerości. Czy będzie ona oczyszczająca, czy jeszcze podzieli siostry?

Czy rodzina to siła? Na pewno tak widzi to Bunia. Nie zapominajmy jednak, że siłę też się buduje, rozwija. Sflaczałe mięśnie z czasem stracą swoja moc. Jaką drogę wybiorą bohaterki powieści „Gdy powrócą kanarki”? Pójdą „na noże” czy skorzystają z bufora, jakim może być dotrzymanie paktu z dzieciństwa. Kim będą po tym spotkaniu?

[Egzemplarz recenzencki]

"Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin

"Afryka to nie państwo" Dipo Faloyin

„Afryka zawsze była traktowana bardziej jako idea niż miejsce. Idea cierpienia i walki. Idea przemocy. Idea przeklętego przywództwa.”1 Dziennikarz Dipo Faloyin chce rozprawić się z tymi ideami. Zawalczyć o inne, bliższe prawdy postrzeganie czarnego kontynentu. Napisał reportaż pt. „Afryka to nie państwo”, w którym pokazuje, że Afryka to nie tylko biedne dzieci i safari, że tam również zawitała cywilizacja. I owszem państwa Afrykańskie zmagają się z konfliktami, autorytaryzmami, biedą, ale jest to pokłosie dziwnych okoliczności, w jakich te państwa powstały.

Już na początku książki Faloyin typuje winnych takiego stanu rzeczy. „Wewnętrzna struktura nowoczesnej Afryki została zbudowana raczej na zachłanności niż na poczuciu rzeczywistości.”2 Każdy z nas słyszał o kolonializmie, a „tajemnicą poliszynela” nie jest, iż afrykańskie państwa to sztuczne twory, które powstały niemal przy użyciu linijki. Faloyin bez skrępowania wypomina państwom rozwiniętym te wszystkie wstydliwe kwestie. „Uwaga: jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował wymyślić cały kraj z obawy, że najlepsza ziemia niebawem trafi w cudze ręce, możesz odkryć, że łatwo jest przeoczyć pewne detale, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotne (…)”3 I on pokazuje, ile rzeczy przeoczono projektując afrykańskie państwa. Przytacza konkretne przypadki, gdzie te „przeoczenia” stały się zarzewiem do konfliktów i nadużyć, albo pretekstem dla ruchów narodowowyzwoleńczych i wyłaniania się bohaterów-dyktatorów. Mówi o państwach pozostawionych samym sobie, które muszą uprzątnąć wielki bajzel, jaki zrobili nieproszeni goście.

Ktoś powie, że przecież Afryce się pomaga, że płynie do niej szeroka pomoc organizacji charytatywnych. Faloyin mówi o skomplikowanej równowadze „(…) pomiędzy robieniem czegoś, a czynieniem większej szkody niż korzyści.”4 Porusza kwestie nieefektywności tej pomocy, złej dystrybucji. Przytacza historie, jak prowadziła ona wręcz do pogłębienia problemu. Wręcz naigrywa się z mitu „białego zbawcy”, mówiąc jak bardzo Afrykańczycy go nie potrzebują. W tej części wypływają też kwestie wizerunkowe, które chyba są istotą tej książki. Bo autor zawraca uwagę, że wszelkie akcje charytatywne utrwalają obraz biednej, niezaradnej Afryki, a ona walczy z tym stereotypem.

„Brak zróżnicowanego obrazu kontynentu na całym świecie nie jest winą Afrykanów, lecz bariery, która stara się nie przepuszczać ich światła: filtrów operujących tymi samymi przestarzałymi historiami w popkulturze i kampaniach charytatywnych o Afryce, która nigdy się nie rozwija.”5 I nie zaprzeczę, że fragment o popkulturze był dla mnie najciekawszy i chyba najbardziej otworzył oczy na problem. Bo faktycznie mało jest obrazów o rozwijającej się Afryce. Zazwyczaj jest ona tłem dla romantycznych historii, albo brutalnych dramatów. Autor książki w zabawnym stylu wytyka tendencyjność tych produkcji podkreślając, że obrazy bogatej Afryki – jak ta w „Czarnej Panterze” czy komedii „Książę w Nowym Jorku – to wyjątki. Natomiast zastanawiam się, czy Faloyin nie przecenia znaczenia tych filmów. Czy przeciętny widz, nie skupia się na ich (wybornych) walorach rozrywkowych nie drążąc całej warstwy ideologicznej, którą skrywa ich tło? Pewnie tak. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że interpretacja autora „Afryka to nie państwo” jest ciekawa i niewątpliwie słuszna.

Zbliżając się do końca książki widzimy do jakich wniosków zmierza Faloyin. Ostatnie rozdział to przykłady na to, jak Afrykanie wzięli się za naprawę swoich państw. Historie grup, ruchów, które postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i jawnie sprzeciwić się autokratyzmom i różnym przejawom łamania praw człowieka. Sami, bez pomocy „białego zbawcy”. Sposób w jaki ten reportaż został skonstruowany daje wrażenie, że to „cywilizowane” państwa „nabroiły” na afrykańskim kontynencie. Podzieliły go i rozkradły, zniszczyły jego potencjał i zostawiły ludy Afryki w cały tym syfie. Ale Afrykańczycy nie są niezaradni, jak pokazuje ich popkultura. Mają chęci i potrafią zawalczyć o sprawiedliwość, naprawę złą, które zostało wyrządzone. Że nie chcą dalej być postrzegani jako „trzeci świat”.

„Afryka to nie państwo” to odważny reportaż z jasnym celem. Jego autor nie przeczy, że na kontynencie afrykańskim działo się (dzieje się?) źle, ale jasno wskazuje winowajców. Prowokacja, „odwracanie kota ogonem”, czy chęć pokazania prawdy? Jestem ciekawa do jakich wniosków dojdą czytelnicy.

1 Dipo Faloyin, „Afryka to nie państwo”, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. Literackie, 2024,s. 351.

2 Tamże, s. 59.

3 Tamże, s. 56

4 Tamże, s. 102.

5 Tamże, s. 350.

"Czas zatrzymany" Maja Lunde

"Czas zatrzymany" Maja Lunde

Zatrzymać czas. Nie postarzeć się ani o minutę. Pozostać na zawsze tu i teraz. Takim (anty)cudem obdarzyła bohaterów powieści „Czas zatrzymany” Maja Lunde. Moment został zatrzymany jak na fotografii. A jednak paradoksalnie ten czas dalej płynie. Ludzie oddychają, chodzą do pracy, rozmawiają, myślą, podróżują ale się nie zmieniają. Nie rosną im włoscy, nie przybywa zmarszczek. Nie rosną, ani się nie kurczą. Nigdy więcej śmierci i porodów. Ale tylko w świecie ludzi, bo przyroda dalej funkcjonuje w dobrze znanym rytmie. „To tak... jakby... one żyły podczas gdy my nie.”1

Mogłoby się wydawać, że Maja Lunde uderza w apokaliptyczne nuty. Nic bardziej mylnego. „Czas zatrzymany” to wyjątkowo realistyczna powieść. Obyczajowa, ale z melancholijno-refleksyjnym wydźwiękiem. Rozwój sytuacji na świecie obserwujemy z perspektywy kilku bohaterów: walczącej z rakiem Jenny, oczekujących na dziecko Jakoba i Lisy, zafascynowanego ogrodnictwem Otto i fanki adrenaliny, i jej nieco ekscentrycznych przyjaciół, Ellen. Pierwsza myśl: „Super. Każdy z nich dostał czas”. Na więcej chwil z rodziną, na kolejny dzień życia, na pielęgnowanie pasji, na przygotowanie się do nowej roli. Jednak owa sytuacja jest tak nienaturalna, że nie jest dane im tym czasem się cieszyć. Ludzie popadają w marazm, nic ich nie cieszy. Zamiast żyć wegetują. „Tęskniłam za pogrzebami (…)”2 mówi jedna z bohaterek i – co dość kontrowersyjne – sama sobie pogrzeb wyprawia. Inna rzuca rozpaczliwe: „(…) skoro mam cały czas świata, nie mogę przeznaczyć go na ciebie.” I mówi to do człowieka, u boku którego przeżyła większość swojego życia.

„My ludzie, byliśmy częścią natury, pomyślała. Teraz już nie jesteśmy częścią cyklicznego procesu, i tak naprawdę nie wiem, czym jesteśmy, kim jesteśmy. I czy w ogóle istniejemy.”3 Lunde chce w tej książce mocno zaznaczyć, że nie da się żyć w oderwaniu od rytmu natury i robi to abstrahując od ekotreści, a nawiązując do stanu psychicznego, energii, jaka towarzyszy żyjącej istocie. Bo bohaterowie „Czasu zatrzymanego” z każdym dniem tę energię tracą. A jej resztki kierują na wspólnotę. Czują potrzebę, że muszą zrobić coś razem, aby ten zegar znowu ruszył. Ich postępowanie może jest nieudolne, może przegrywa z teoriami spiskowymi, które są jakże podniecające. Jednak oni czują, że muszą coś robić, bo stagnacja będzie ich pomału wykańczać.

„Czas zatrzymany” polecam raczej miłośnikom literatury pięknej. Akcji w tej książce jest jak na lekarstwo. Zamiast tego Lunde czaruje melancholią. I nie bez powodu jedna z bohaterek jest fotografką, bo taka melancholia wynika z kadrów w jakie pisarka zamknęła kolejne rozdziały tej powieści. Mnie natomiast Lunde zachwyciła niekonwencjonalnym sposobem myślenia. Można by powiedzieć, że to kolejna książka o relacji człowiek-natura, ale jakże inna od tego, co do tej pory czytałam. I właśnie tą oryginalnością norweska autorka mnie kupiła.

1 Maja Lunde, „Czas zatrzymany”, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, wyd. Literackie, Kraków 2025, s. 182.

2 Tamże, s. 227.

3 Tamże, s. 230.

[Egzemplarz recenzencki]

"Masz to po mnie" Marta Szarejko

"Masz to po mnie" Marta Szarejko

Co przekazały nam w spadku nasze matki i babki? Życiową mądrość, pakiet wartości, a może lęki i stereotypy? O czym rozmawiały chętnie, a jakich tematów nie chciały poruszać? Co mówiła o nich i jakie efekty przyniosła ich postawa? Marta Szarejko przeprowadziła szereg osobistych wywiadów z psycholożkami, psychoterapeutkami, edukatorkami i socjolożkami. Wywiadów o miłości, przyjaźni, pieniądzach, cielesności, przemocy, macierzyństwie, a przede wszystkim o relacji matka-córka i jej spuściznach. Teksty te składają się na reportaż o jakże wymownym tytule: „Masz to po mnie. Jakie przekonania dostałyśmy od naszych matek i babek?”.

Przysiadłam do tej książki wyjątkowo zbuntowana. Ze wstępu wiedziałam, że rozmówczynie autorki, z racji wykonywanej pracy, będą odnosić się do trudnych przypadków, gdzie domowe relacje były zaburzone. Czy z takich opowieści wyłoni się grupa reprezentatywna, która da obraz kobiecości? Byłam gotowa polemizować z częścią wygłaszanych też, jednak mój bunt szybko okrzepł. Dotarło do mnie, że tu się nie analizuje konkretnych przypadków, tu się dokonuje wiwisekcja kobiecości. Wyciągane są konkretne przekonania i szuka się ich źródeł. Czasami ma się wrażenie, że to jakiś wiekowy spisek, który ma za zadanie stłumić kobiece emocje i nie dopuścić do buntu. Jakby absurdalnie to nie brzmiało to patrząc na okoliczności społeczno-historyczne w jakich funkcjonowały nasze matki i babki łatwo dostrzec przyczyny pewnego podejścia do życia. I chyba najstraszniejszym wnioskiem z tej książki jest to, jak mocno się one zakorzeniły. Ile energii potrzeba, aby zerwać z ustalonym porządkiem świata, nawet kiedy jest on krzywdzący dla obu płci.

„(…) matki chcą chronić córki, ale tak naprawdę przekazują im swój lęk.”1 Czy tak trudno jest być kobietą? Czy na naszą płeć na każdym kroku czyhają zagrożenia? A jeżeli tak, to kto/co jest ich źródłem? Skąd brać siłę, żeby nie zwariować od ciągłego poczucia zagrożenia? Czuję, że Marta Szarejko zrobiła tą książką coś dobrego. Pozwoliła zrozumieć nasze matki i babki i spojrzeć na nie z wyrozumiałością. Myślę, że takie podejście wiele ułatwia w zrozumieniu siebie i miejsca kobiety w społeczeństwie. Bo chciałabym, aby czytający tę książkę patrzyli na płeć żeńską z szerokiej perspektywy. Bo to nie chodzi o pojedyncze przypadki, a o całe pokolenia, które dźwigają na swoich barkach pakiet stereotypów.

1 Marta Szarejko, „Masz to po mnie. Jakie przekonania dostałyśmy od naszych matek i babek?”, wyd. Literackie, Kraków 2025, s. 50.

[Egzemplarz recenzencki]

"Las Birnamski" Eleanor Catton

"Las Birnamski" Eleanor Catton

Tytułowy Las Birnamski z powieści Eleanor Catton to organizacja ekologiczna, a wręcz – jak określono ją w blurbie do polskiego wydania tej książki [wyd. Literackie, 2024] – ekorerroryści. Aktywiści z Lasu... zajmują opuszczone działki, aby hodować na nich rośliny. Oczy organizacji kierują się ku farmie przy przełączy Krowai. Farmie, która miała zostać sprzedana i podzielona na działki budowlane, ale osunięcie się ziemi pokrzyżowało te plany i odcięło ją od cywilizacji. Miejsce idealne do rolniczej partyzantki. Jednak interesuje się nim ktoś jeszcze. Wpływowy businessman, który ma wobec niego swoje plany. Kto wygra to starcie? Pieniądz czy idea?

Eleanor Catton niewątpliwie napisała thriller, ale jakże nietypowy thriller. Robiąc notatki do tej recenzji zanotowałam sobie pytanie: „Thriller psychologiczny czy ideologiczny?”. Autorka bardzo skupia się na postaciach. Oni, a szczególnie ich poglądy i motywacja są wręcz rozłożone na czynniki pierwsze. Opisani są w wyjątkowo szerokim kontekście, a każdy z nich jest mocno skupiony na swoich celach, przez co każdy trąci subtelną toksycznością, wydaje się zdolny do wszystkiego.

Pomimo wyjątkowo zawziętej psychologicznej rozgrywki to nie ludzie, a idee są clou tej powieści. Bohaterowie „Lasu Birnamskiego” to „skrajne przypadki”. Oni nie negocjują, a bronią swojego stawiska. Wręcz kalkulują, jak daleko mogą się posunąć, aby realizować własne cele. Catton porusza w swojej książce m.in. problem lojalności. Czy ważniejsza jest ta wobec innych, czy wobec siebie?

Ta cała ideologiczna otoczka sprawia, że „Las Birnamski” to nie jest łatwa książka. Jednak, w mojej ocenie, pisarce udało się uatrakcyjnić ją właśnie formułą thrillera. Z jednej strony mamy liczne dysputy i przydługie dialogi, a z drugiej napięcie, nieprzewidywalność i wyrazistych bohaterów. Tu nic nie jest oczywiste. Wiele trzeba wyczytać między wierszami. To plus spokój, w jakim Catton kreśli akcję powieści jeszcze potęguje poczucie niepewności, tak pożądane podczas czytania thrillerów.

[Egzemplarz recenzencki]

"Same dobre wróżby" Sasza Hady

"Same dobre wróżby" Sasza Hady

Internet okazał się dobrą przestrzenią do rozwoju relacji międzyludzkich. Różnego rodzaju komunikatory ułatwiają nawiązywanie znajomości. Poniekąd są komfortowe dla tzw. introwertyków, którzy mogą wejść w relację, kiedy czują się na to gotowi i mają czas na przemyślenie swoich wypowiedzi. No właśnie, przemyślenie. Czy znajomość w sieci nie jest wyłącznie kreacją? Czy taka osoba poznana w realu wyda nam się równie atrakcyjna? Eliza i grupa jej przyjaciół, znający się wyłącznie z Discorda będą mogli się o tym przekonać. Na komunikatorze wygląda na to, że ich przyjaźni nie ma słabych stron. Czy w domku na odludziu, okaże się równie mocna? Sasza Hady, autorka powieści „Same dobre wróżby”, właśnie o tym napisała książkę.

Sprawczynią całego „zamieszania” jest Eliza. To ona wybłagała u rodziców zgodę na wyjazd i załatwiła lokum. Dziewczyna „czuje miętę” do jednego z internetowych przyjaciół, a ten wyjazd ma być próbą zbliżenia się do chłopaka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dojdzie on do skutku. Aż nagle wszystko zaczyna się walić. Elizę odwiedza dawno niewidziana kuzynka, ich „przyzwoitka” łamie nogę, a Nyle – sympatia głównej bohaterki – zaczyna mieć wątpliwości, co do sensu tego spotkania.

Już od pierwszych stron widać, że autorka kreuje cudownych, inteligentnych, a przede wszystkim wyrazistych bohaterów. Tak wyrazistych, że – w moim odczuciu – chowają się za introwertyzmem. Zmagają się z nieśmiałością, czy też różnego rodzaju dysfunkcjami i może faktycznie są introwertycznego usposobienia, jednak to pojęcie urasta u Saszy Hady wręcz do stylu życia. Coś w rodzaju: „Jestem wegetarianką nie jem mięsa”, „Jestem introwertyczką nie gadam z ludźmi”.

„Same dobre wróżby” to pełna humoru i nastoletnich intryg powieść młodzieżowa. Autorka potrafi zaskoczyć ciekawym zwrotem akcji, a także zachęcić tajemnicą. Dzięki czemu fabuła nie jest przewidywalna, ciągle jest w niej coś do odkrycia, coś co intryguje czytelnika. Pod pozorami lekkiej historii pisarka porusza bardzo ciekawą kwestię. Mianowicie jej bohaterowie, z własnego wyboru, opuszczają swoja strefę komfortu. Porzucają kreacje skryte za sieciowymi awatarami. Czy taka relacja ma szansę przetrwać? Czy „na żywo” będą dla siebie równie atrakcyjni, znośni? Dla wielu młodych osób życie w sieci, wykreowany wizerunek jest bardzo ważny. Jestem daleka od demonizowania mediów społecznościowych, ale też daleka od wychwalania. Cieszy mnie, że postacie z powieści wybrały „real”, przełamały lęki, bo ta historia pokazuje, jak ważny jest balans pomiędzy tymi sferami.

Zastanawia mnie, jaką żywotność mają powieści młodzieżowe. Być może problematyka okresu dojrzewania się nie zmienia, ale język, styl życia już tak. Pewne określenia, moda są typowe dla danego pokolenia. Wszystkie „crushe”, „nudesy” mogą, chociaż nie muszą, brzmieć dla starszego czytelnika, jak w obcym języku, nie wspomnę o grupach muzycznych, popularnych mangach, czy stylach w sztuce (bo mamy tu i artystę).

Mamy tu kawał lekkiej, ale inteligentnej literatury młodzieżowej. Czuję, że ta książka spodoba się czytelnikom. Nie opowiada ona o tych popularnych, a o zwykłych-niezwykłych. O ludziach nieśmiałych, szukających zrozumienia, bratniej duszy. O ludziach, którzy tak jej pragnęli, że wyszli ze swojej strefy komfortu. A to wszystko zaprezentowane w luźnym, pełnym humoru, ale ciekawym stylu.

[Egzemplarz recenzencki]

"Drzewo krwi" Kim de l'Horizon

"Drzewo krwi" Kim de l'Horizon

Podziały bywają problematyczne. Widzimy to wyraźnie poprzez coraz bardziej widoczną i głośniejszą reprezentację osób niebinarnych. Ludzi, którzy nie pasują do standardowego postrzegania świata. Niektórzy się śmieją, inni próbują zrozumieć. Faktem natomiast jest, że natura stworzyła żywe istoty, ale nie stworzyła kategorii. Kategorii stworzyli sami ludzie. Czy nadszedł czas, aby je zrewidować?

Kim de l'Horizon, osoba niebinarna, napisało autofikcyjną powieść zatytułowaną „Drzewo krwi”. Narracja jest prowadzona właśnie przez osobę, która – pozwolę sobie ją zacytować: „(…) nie czuję mojego ciała w pełni (…)”1. Kiedyś mówiło o sobie po prostu dziecko. A teraz, kiedy przekroczyło tę neutralną językowo granicę? Osoba prowadząca narrację odtwarza „linię życia” ze strony swojej matki, która rozrasta się w tytułowe drzewo krwi. Rozprawia się ze swoim dzieciństwem, ale też prababkami wytykając pętającą moc języka i stereotypów.

Nie wiem ilu z was dotyczy bezpośrednio kwestia niebinarności, kto z was ma na co dzień do czynienia z takimi osobami. Pewnie części z was temat powieści wyda się bardzo odległy. Nic bardziej mylnego. Wychodząc od kwestii tożsamości płciowej Kim de l'Horizon opowiada o tożsamości w ogóle. Prowokuje nas, abyśmy przemyśleli sobie, co nas ukształtowało. Czy staliśmy się kimś, kim pragnęliśmy być? Czy rola, jaką przypisało nam społeczeństwo, nas nie uwiera? Ponieważ osoba narratorska odtwarza kobiecą linię krwi, a w książce znajdziemy wiele stereotypów dotyczących kobiet, ja przekornie podam przykład związany z mężczyznami. Czy nie czujecie ciągłej presji na to, iż musicie być silni, że to wy jesteście głową rodziny i musicie się o nią troszczyć (głównie materialnie)? Ilu z was miało odwagę zrezygnować z pracy zawodowej, żeby opiekować się dzieckiem? Nie przystoi, prawda? Nawet kiedy to partnerka zarabia więcej, albo ma dużo do stracenia pozostając na macierzyńskim?

Myślę, że Kim de l'Horizon uchwyciło istotę rewolucji seksualnej. Tu nie chodzi o krzykliwe barwy, rozpasanie, używki, rozwiązłość. „(…) od dłuższego czasu próbuję zarządzać moim ciałem, jak chcę: mówić o nim, jak chcę, poruszać nim, jak chcę i cieszyć się nim, jak chcę.”2 Nie chcę, żeby ktoś mi narzucał, co wypada, a co nie. Chcę być sobą w każdym aspekcie, w każdej najmniejszej cząstce i nikomu nic do tego.

Powieść jest wyzwaniem czytelniczym nie tylko przez niebinarny język, z którym Polacy dopiero się osłuchują, ale też przez brak jakiejkolwiek fabuły czy chronologii. Kim de l'Horizon zmienia formę i klimat monologu. Raz mówi czule, z miłością, aby wybuchnąć gniewem i żalem. Bywa liryczn_, ale również wulgarn_. Przytacza chaotyczne wspomnienia z dzieciństwa, aby za chwilę zajrzeć do biografii przodkiń osoby narratorskiej. Mówi o rzeczach wielkich, a za chwilę rozkłada na części pierwsze jakiś pozornie nieistotny drobiazg, a czytelnicy muszą się zastanowić, dlaczego właśnie ten drobiazg był dla onego tak ważny.

Wbrew pierwszemu wrażeniu „Drzewo krwi” okazało się uniwersalna powieścią poruszającą szeroko pojęte kwestie tożsamości. Kim de l'Horizon śmiało bawi się językiem, formą wyrazu, a przy tym bardzo wnikliwie analizuje często krzywdzące – nie tylko osoby niebinarne – przekonania. Tworzy dzieło trudne w odbiorze, ale wyraziste i wnikliwe. Każe nam wyjść z budowanej latami bańki i zacząć być szczerymi z samym sobą.

1 Kim de l'Horizon, „Drzewo krwi”, przeł. Elżbieta Kalinowska, wyd Literackie, Kraków 2024, s. 30.

2 Tamże, s. 31.

[Egzemplarz recenzencki]

"Droga" Cormac McCarthy

"Droga" Cormac McCarthy

„Kraina była splądrowana, złupiona, spustoszona. Ograbiona z najmniejszego okruszka.”1 Tę krainę przemierzają nieliczni wędrowcy napędzani resztkami woli przeżycia. Takimi wędrowcami są oni – ojciec i syn. Samotny duet, który musi o siebie zadbać. Ten starszy, bardziej doświadczony rozpaczliwie pragnie chronić syna. Ten młodszy, przerażony acz miłosierny, chyba zachował więcej człowieczeństwa. Wędrują szukając bezpiecznej przystani, ale na dłuższą metę nigdzie nie jest bezpiecznie.

Ojciec i syn, ich więź są centrum powieści „Droga” Cormaca McCarthy'ego. Można powiedzieć, że tą więź wymusiły okoliczności. Świat, w którym żyją nawiedziła ogromna katastrofa i pozostały z niego wyłącznie zgliszcza. To postapokaliptyczne tło pięknie podkreśla emocje. Wzajemną miłość, poświęcenie, ale też strach i to często nie jest strach o siebie, a o syna (w przypadku ojca) lub o innego wędrowca (w przypadku syna).

W świecie wykreowanym przez Cormaca McCarthy'ego najbardziej przeraża nie zniszczenie, brak czegokolwiek, skrajne ubóstwo, a ludzie. A dokładnie to, że przestali sobie ufać, nie mogą na siebie liczyć. Największa groza pojawia się, nie kiedy obserwujemy zniszczony krajobraz, nie kiedy bohaterowie marzną pod zgniłym kocem, a kiedy na horyzoncie pojawia się człowiek. Pod koniec książki syn zastanawia się, jak rozpoznać dobrych ludzi. Nie wiadomo. Ci, którzy przetrwali katastrofę posuwają się do najpodlejszych czynów, aby przeżyć w tym jałowym świecie. Dołączenie do większej grupy obarczone jest ogromnym ryzykiem.

Któż nie słyszał o tej powieści? „Droga” jest co jakiś czas przywoływana, dzięki oszczędności przekazu i ogromnemu ładunkowi emocjonalnemu. Ta książka po prostu robi wrażenie. O mistrzostwie Cormaca McCarthy'ego świadczy to, że czytelnicy wybaczyli mu, iż w powieści nie ma ani słowa o przyczynach, charakterze katastrofy, jaka nawiedziła świat. Pisarz skupił się na bohaterach i ich miejscu w tym świecie. Jest skromnie, treściwie, acz poruszająco. Chcemy wyrwać wędrowców z książki i pozwolić im chociaż chwilę posiedzieć w cieple. Zastawiamy się, jakim typem wędrowca my jesteśmy i gdzie zmierzamy. Jako jednostki i jako świat.

1 Cormac McCarthy, „Droga”, przeł. Robert Sudół, wyd. Literackie, Kraków 2008, s. 122.

"Źródła" Marie-Helen Lafon

"Źródła" Marie-Helen Lafon

"On" - ile grozy może skrywać się w tym krótkim słowie przekonamy się podczas czytania powieści "Źródła" Marie-Helene Lafon. Żona, mąż, córka. Ofiara, oprawca, świadek opowiadają o strachu, rywalizacji, walce, pogardzie, wstydzie, obojętności.

Francuska prowincja, majętne gospodarstwo, rodzina, której pozornie niczego nie brakuje, a tak na prawdę nie potrafili zdobyć tego, co jest najważniejsze. Przemocowy mąż, zastraszona żona i dzieci. Rodzina wyłącznie na papierze. Grupa ludzi nieznosząca swojego życia.

W "Źródłach" cofniemy się do roku 1967. Postawa, dylematy żony pokazują różne oblicza uzależnienia kobiety od mężczyzny. Od tego czasu wiele się zmieniło. Rewolucja seksualna zbiera swoje żniwa. Jednak zastanawia mnie, czy w głowach ludzi zmieniło się wystarczająco. Co prawda rozwód nie jest już czymś niezwykłym, ale... Jakie myśli targają kobietą, która nie wie, jak odejść od toksycznego partnera? Ciężary, skutki pewnych decyzji dalej ona dźwiga na swoich barkach.

Bardzo cenię pisarzy/pisarki , którzy szanują czas czytelnika. Taka jest proza Marie-Helen Lafon. Francuska autorka nie opisuje szczegółowo sytuacji rodziny z powieści. Kilka dni, kilka scen, kilka wspomnień wystarczy, aby czytelnicy wiedzieli o nich wszystko.

Na koniec muszę podkreślić, jak emocjonalną powieścią są "Źródła". Pisać o emocjach właściwie ich nie nazywając to mistrzostwo świata.

Kochani, oto prawdziwe arcydzieło.

[Egzemplarz recenzencki]
"Stella Maris" Cormac McCarthy

"Stella Maris" Cormac McCarthy

Powieść „Pasażer” oraz „Stella Maris” powinno się czytać w duecie. Pierwszą z nich mam już za sobą. Jak napisałam w swojej recenzji, nie okazała się ona powieścią akcji, a „thrillerem egzystencjalnym. Przyszła pora na „Stellę Maris”. Powieść intrygowała mnie, bo jej bohaterką jest, moim zdaniem, najciekawsza postać „Pasażera”, czyli Alicia. Zmagająca się z poważnymi problemami psychicznymi genialna matematyczna i muzyczka. Córka współtwórcy bomby atomowej i siostra Bobby'ego Westerna, głównego bohatera „Pasażera”. Sama mówi o sobie: „Ludzie uważają mnie za osobę interesującą, jednak właściwie przestałam z nimi gadać”1, co brzmi nieco wyniośle. Jednak genialne umysły są fascynujące – nie zaprzeczycie – a Cormac McCarthy znalazł postać, z którą jego bohaterka jednak pogada.

Cormac McCarthy pozwala czytelnikom poznać tę postać w nietypowy sposób. Powieść ta nie jest biografią bohaterki. Tytułowa Stella Maris to zakład psychiatryczny. Do niego zgłasza się Alicia. Będziemy „podsłuchiwać” jej rozmów z lekarzem. Rozmów fascynujących, wychodzących w treści daleko poza sferę medyczną. Będzie o życiu, o śmierci, o rodzinie, o muzyce, o matematyce o szaleństwie, o ludziach i in. Autor stawia czytelnika przed intelektualnym wyzwaniem. Alicia nie boi się wygłaszać osobliwych poglądów, nie boi się obierać roli moderatora, nie boi się prowokować (chociaż dla niej jest to raczej szczerość, albo zabawa – w zależności od kontekstu). Alicia jest specyficzna, zdecydowanie nie jest „normalna” (aczkolwiek tu można postawić pytanie, jak „normalność” należy definiować), ale jej wybitność i (niezamierzony) ekscentryzm hipnotyzują czytelnika. Wreszcie, Alicia jest zafascynowana wiedzą. Kocha muzykę i matematykę, ale mi jawiła się jako dość wszechstronny umysł. Obok słynnych matematyków wywołuje Schopenhauera, czy Chestertona. Może i nie potrafi obcować z ludźmi, co nie oznacza, że nie jest bystrym obserwatorem i zręcznym komentatorem.

Będę kolejnym głosem, który powie: „nie wszystko w tej powieści zrozumiałam”. Cormac McCarthy niewątpliwie zawstydza czytelnika wszechstronnością – głównej bohaterki, jaki i swoją – ale się nie popisuje. Wykreował postać, która jest specyficzna, a przy tym naturalna i to właśnie jej osobowość hipnotyzuje czytelnika. Nie traktujemy jej, jak kolejnej „wariatki”. Alicia ma coś w sobie co sprawia, że chcemy słuchać jej opinii, że dialogi, jakie prowadzi z lekarzem urastają do rangi wydarzenia.

„Stella Maris” to świetna powieść. Nie jest łatwa w czytaniu, ale ma w sobie pierwiastek „pop”. Jest wyzwaniem, ale jakże miłym. Zachęcam was do podjęcia tego wyzwania. W nagrodę będziecie delektować się doskonałą prozą.

1 Cormac McCarthy, "Stella Maris", przeł. Robert Sudół, wyd. Literackie, Kraków 2023, s. 11.

[Egzemplarz recenzencki]

"Moje głupie pomysły" Bernardo Zannoni

"Moje głupie pomysły" Bernardo Zannoni

„(…) nikt nie prosi się na świat, ale też nikt nie chce go opuścić.”1 Archy – kuna, bohater powieści „Moje głupie pomysły” urodził się w zimie. Wychłodzona nora, mało pożywienia, matka, dla której macierzyństwo jest przykrą koniecznością. Generalnie „kunia patologia”. Kiedy Archy łamie nogę staje się ciężarem dla rodziny. Darmozjadem, który sam nic nie upoluje, o którego trzeba się troszczyć. Matka odsprzedaje go Solomonowi, lisowi i lichwiarzowi. Młoda kuna ma być jego sługą. Ale nowy Pan ukształtuje Archy'ego, który sam przyznaje: „(…) uczynił nas tym, czym byliśmy.”2 Solomon potrafi czytać i pisać, czego uczy swojego podwładnego. Dodać należy, że zafascynowany jest Biblią. Poznając Boga, kuna zatraca swoje instynkty. Zaczynają nim targać dylematy bliskie człowieczym.

Na pierwszy rzut oka Bernardo Zannoni napisał baśń. Mamy gadające zwierzęta, które śpią w łóżkach, uprawiają ogródki, noszą wodę ze strumienia. Jednak powieść „Moje głupie pomysły” przesycona jest czymś pierwotnym. Pomimo ludzkich atrybutów zwierzęta pozostają zwierzętami. Myślą po zwierzęcemu. Kierują się instynktami. Archy mówi o swoje partnerce: „(...) jak przystało na prawdziwe zwierzę, żyła teraźniejszością (...)”3, a przy tym obnaża też swoją zwierzęcość. Posiada niewątpliwie niezwykłe umiejętności, jak na kunę, ale jest kuną, która musi zmagać się z kunimi problemami. Może moralnie przybliża się do człowieka, jednak nie jest w stanie zrobić kroku w przyszłość. Jest zawieszony w teraźniejszości.

Kiedy mówimy o bohaterach Bernardo Zannoniego ciekawą kreacją są kury. Niewątpliwie są to zwierzęta, ale autor nie dał im głosu. Mają one status inwentarza, waluty. Mieszkańcy lasu łapią je i hodują w celach konsumpcyjnych. W tym całym tyglu pomieszania cech ludzkich i zwierzęcych tylko kura pozostała w 100% zwierzęciem. Oszczędzono jej konieczności myślenia.

Fabuła „Moich głupich pomysłów” jest niczym sinusoida. Cudowna sielanka, dobrobyt, pasmo sukcesów zostają w jednej chwili przekreślone i przemieniają się w życie na granicy wegetacji. Nastroje bohaterów, ich sytuacja niesamowicie emanują ze stron powieści. Stajemy się tym zwierzęciem, które żyje chwilą. To co dobre usypia nasze instynkty i nie spodziewamy się nadchodzących problemów. Czujemy się panami sytuacji. A kiedy ta się zmienia ogarnia nas poczucie beznadziei i tylko resztkami woli przetrwania trzymamy się na powierzchni.

Jeżeli maiłabym wytypować temat przewodni tej powieści, powiedziałabym, że to śmierć. W „Moich głupich pomysłach” jest jej dużo i – jak na świat zwierząt przystało – jest ona raczej gwałtowna. Każdy z czytelników indywidualnie rozważy sobie tę opowieść zapewne właśnie w kontekście śmierci i lęku przed nieuchronnym. Ja zaakcentuje to, co dla mnie było najjaskrawsze. Jak już wspominałam, Archy jest przekonany o swojej wyjątkowości i trudno jej zaprzeczyć. Kuna, która zaznała dobrobytu i materialnego, i umysłowego. Jak las i jego mieszkańcy postrzegali jego wyjątkowość? Co na mu dała? Czy jego śmierć była przez to inna, niż śmierć niedołężnego zwierzęcia, albo tego zamordowanego w bójce?

„Moje głupie pomysły” sprawia wrażenie dziwnej książki. Biegają po niej jakieś kuny, które mają nam prawić o sensie życia i śmierci, o naszych lękach. Zanim podjęłam decyzję, że ją przeczytam chyba z cztery razy studiowałam jej opis ostatecznie stwierdzając: „ryzyk-fizyk, albo będzie to arcydzieło, albo pseudoartystyczne wypociny”. Bernardo Zannoni okazał się bezczelnie utalentowanym pisarzem. Jego powieść jest prosta w odbiorze, acz pozostawia czytelnikowi wiele możliwości interpretacji. Do tego jest niewątpliwie oryginalna. Zawieszenie bohaterów pomiędzy zwierzęciem, a człowiekiem okazało się genialnym pomysłem w pokazaniu woli życia i oblicz śmierci.

1 Bernardo Zannoni, „Moje głupie pomysły”, przeł. Katarzyna Skórska, wyd. Literackie, Kraków 2023, s. 162.

2 Tamże, s. 173.

3 Tamże, s. 190.

[Egzemplarz recenzencki]

"Złap zająca" Lana Bastašić

"Złap zająca" Lana Bastašić

Wyobraźcie sobie, że po kilkunastu latach milczenia odzywa się do was przyjaciółka z dzieciństwa. Osoba, która kiedyś była wam bardzo bliska, ale się poróżniliście i wasze drogi rozeszły się w przeciwnych kierunkach. W takiej sytuacji znalazła się Sara, bohaterka i narratorka powieści „Złap zająca” Lany Bastašić. Kobieta pędzi przez Europę z Dublina do Mostaru, aby wyruszyć w dalszą podróż do Wiednia. Dwie kobiety, które są jak ogień i woda – odpychają się i dopełniają – pędzą na spotkanie z utraconym. Czy ta podróż połączy je na nowo?

Powieść „Złap zająca” ma obyczajowo-refleksyjny charakter. Z porozrzucanych fragmentów wspomnień patrzymy na bohaterki jakimi były kiedyś i jakie stały się teraz zadając sobie pytanie, na ile dawna przyjaźń je ukształtowała. Lana Bastašić niejednokrotnie zaskoczyła mnie, kiedy to pozornie nieistotny szczegół urastał do rangi życiowego drogowskazu. Szczególnie, że autorka nie wykłada od razu „kawy na ławę”, a nawet po kilku rozdziałach – czasami mimochodem – nawiązuje ponownie do pewnych wspomnień nadając im wielką wagę. Sztuka polega na tym, że ja te detale pamiętałam. Teoretycznie zagubione w monologu narratorki, ale tak wyeksponowane, że rzucają się w oczy.

Magia tej książki wynika z tego, jak autorka wspaniale zaplanowała, o czym chce nam opowiedzieć. O relacji dwóch kobiet. O pewnej przyjaźni, która wiąże dwoje ludzi, ale też nieco ich uwiera. Lana Bastašić nie buduje całej otoczki. Ona skupia się na wydarzeniach przełomowych dla przyjaźni Sary i Lejli. Migają w tym wydarzenia historyczno-społeczne, echo zmian ustrojowych itp., jednak narratorka opowiada to tak, jak zapamiętała jako dziecko jedynie ubierając to w dorosłe słowa.

Skupy się właśnie na narratorce, czyli Sarze. Jest ona pisarką i w trakcie opowieści sugeruje nam, że próbuje opisać przyjaciółkę i ich podróż do Wiednia. Przez ten fakt oraz postać Lejli i jej komentarze Lana Bastašić nadaje narracji szczyptę niepewności. Im bliżej końca, tym mniej ufamy Sarze. Zaczynamy wątpić, czy to, jak zapamiętała pewne wydarzenia na prawdę miało miejsce, a może to jej interpretacja, fantazja. W takiej atmosferze docieramy do wspaniale niejednoznacznego finału, gdzie powieść nabiera innego sensu, gdzie jesteśmy sprowokowani spojrzeć na podróż i na relacje bohaterek z innej perspektywy, gdzie musimy zdać niespodziewane pytania. Po jego przeczytaniu przeżyłam szok. Sens tej powieści wydał mi się nieuchwytnym, ale goniłam Zająca i chyba go złapałam, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Dobra literatura zawsze się obroni, a tu mamy z taką do czynienia. „Złap zająca” to powieść obyczajowa o przyjaźni, ale taka poziom wyżej. Historia, która została napisana w sposób ambitny i subtelny. Zauroczyło mnie, jak Lana Bastašić stawia Sarę i Lajlę oraz ich relację na piedestale, a także to, jak pisarka ufa czytelnikowi. Nie potrzebuje łopatologicznych opisów. Ze wspomnień narratorki można wiele wyczytać.

[Egzemplarz recenzencki]

"Pasażer" Cormac McCarthy

"Pasażer" Cormac McCarthy

Kiedy sięgałam po „Pasażera” Cormaca McCarthy'ego byłam przekonana, że będzie to powieść akcji albo thriller z wartką akcją. Wrak samolotu, brak czarnej skrzynki oraz ciała jednego z pasażerów. Federalni, którzy interesują się nurkiem, który go badał. Silna relacja owego z nieżyjącą siostrą – superinteligentną matematyczką z problemami psychicznymi. Przyznacie, że ta sprawa „śmierdzi”, ale też wydaje się przeciekawa. Dość szybko zorientowałam się, że powieść „Pasażer” to kompletnie inna jakość. Znana mi z Instagrama @efemerycznosc_chwil trafnie określiła ją jako „thriller kontemplacyjny/egzystencjalny”1. Co przez to rozumieć?

„Pasażer” to proza melancholijna, przepełniona tęsknotą, skłaniająca do refleksji. Jest to wielka ucieczka. Od służb, od przeszłości, od życia. Głównego bohatera spowija otoczka beznadziejności, którą wielu próbuje rozbić, ale on, swoją inteligencją, wykuwa skuteczną tarczę. Książka jest również filozoficzną rozprawą. Cormac McCarthy rozprawia się z ludźmi, ale też Ameryką, przy pomocy wartkich dialogów i ciętych ripost.

Wspomniałam wcześniej o wartkich dialogach, a ta powieść głównie z dialogów się składa. Specyficznych, a właściwe specyficznie zapisanych. Tak, że głosy poszczególnych postaci zlewają nam się w jeden. Efekt jest wręcz teatralny. Jakby w kolejnych rozdziałach zmieniała się scenografia, a poszczególni aktorzy wchodzili wygłaszać swoje kwestie. My, czytelnicy, natomiast dostajemy coś na kształt „transkrypcji”.

Ależ to jest dziwna powieść. Sama nie wiem, co mam o niej myśleć. Jej rytm jest wartki, chociaż poszczególne rozdziały są raczej statyczne i, aby śledzić jej sens, nie można uronić żadnego słowa. Jest to niewątpliwie wielka i głęboka literatura, ale ma w sobie coś popkulturowego. Wachlarz tematów, jakimi raczy nas Cormac McCartthy jest tak szeroki, że ramion nie starcza, ale robi to nadzwyczaj sprawnie. Trudno sobie wyobrazić pracę, jaką musiał wykonać, aby je opracować. A zrobił to rewelacyjnie. Warstwa językowa, terminologia porażają precyzją. Jest to też powieść bardzo amerykańska. Tego nie sposób ocenić. Potencjalny czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć, czy taką literaturę lubi.

1 https://www.instagram.com/p/CuG1ayyts_W/?utm_source=ig_web_copy_link&igshid=MzRlODBiNWFlZA== [dostęp: 22.07.2023]


[Egzemplarz recenzencki]

"Noce zarazy" Orhan Pamuk

"Noce zarazy" Orhan Pamuk

Początek XX wieku, wyspa Minger należąca do Imperium Osmańskiego. Pojawiają się tu pierwsze przypadki dżumy. Sułtan wysyła inspektora sanitarnego Bonkowskiego Paszę, który ma zapanować nad rozprzestrzeniam się choroby. Ma on na swoim koncie zakończoną sukcesem kwarantannę Smyrny, więc teoretycznie wie, jak zabrać się do dzieła. Na miejscu czeka go trudny do przebicia mur zbudowany ze strachu i zaprzeczeń. Nie trafia do wspólnoty, która chce współpracować dla własnego dobra, a do podzielonego społeczeństwa patrzącego nieufnie na sąsiada.

Czym jest epidemia i kwarantanna doświadczyliśmy na własnej skórze. Co ciekawe „Noce zarazy” Pamuk zaczął pisać jeszcze przed wybuchem pandemii Covid-19 (bodajże w 2016 roku). W związku z tym faktem powieść nabiera proroczego wymiaru. Czy organizacja kwarantanny przeszło 100 lat temu była trudniejszym czy łatwiejszym wyzwaniem? Minger to specyficzne miejsce, gdzie muzułmanie i chrześcijanie żyją obok siebie. „Obok” to słowo klucz. Jak już wspominałam nie jest to zintegrowane środowisko, a zlepek kultur i wspólnot. Dochodzi do tego sułtan rozdarty między interesy swoich obywateli, a zobowiązania wobec zachodnich sojuszników. Wielka polityka, interesy gospodarcze, konflikty religijne, nienawiść, państwo na skraju ruiny, i jeszcze „czarna śmierć” jako „wisienka na torcie problemów”. Jak w tym poradzi sobie „zwykły człowiek” pragnący po prostu przetrwać?

Zwrócę uwagę na formę książki, bo jest ona dość ciekawa. Orhan Pamuk balansuje na granicy reportażu, a powieści.. Minger to fikcyjna wyspa i fikcyjni są bohaterowie. Aczkolwiek „witani” jesteśmy przedmową Miny Mingerli, historyczki, która opowiada o tym, jak oparła książkę na listach sułtanki Pakize, której mąż był lekarzem i walczył z epidemią. Wywołuje to wrażenie realności. Zresztą Pamuk tak mistrzowsko operuje słowem, że potrafi przekonać czytelnika do wszystkiego. Gdyby sprzedawał odkurzacze, nikt nie mógłby się z nim równać. Oczywiście żartuję.

Wyczytałam kiedyś, że pochodzący z Turcji pisarz kształcił się na malarza i to w jego książkach widać. Potrafi wspaniale malować okoliczności swoich powieści, wcale nie nudząc czytelnika szczegółowymi opisami. Może ma skłonność do dygresji, chce jak najdokładniej opisać okoliczności wydarzeń, ale są to opisy dynamiczne. Kończąc wywód o charakterze i stylu w jakim napisano „Noce zarazy” dodam, że poza tzw. „wielkimi sprawami” znajdziemy tu też wątek kryminalny i miłosny, co nadaje fabule lekkości, wprowadza rozrywkowy element.

Orhan Pamuk jest dla mnie fenomenem. Ja nie jestem z tych, którzy pędzą czytać noblistów, bo wypada. Właściwe zawsze trochę obawiam się, czy udźwignę te wielkie dzieła. Pamuk pisze mistrzowsko i pod względem stylu, wyobraźni i wymowy oraz złożoności swoich dzieł, ale jest w tym jakaś popkulturowa przystępność. Są to powieści piękne, jasne i dla ludzi.

[Egzemplarz recenzencki]

"Mój mały zwierzaku" Marieke Lucas Rijneveld

"Mój mały zwierzaku" Marieke Lucas Rijneveld

„Lolita” Vladimira Nabokova uznawana jest za klasykę literatury, a ja jej do tej pory nie czytałam, chociaż staram się mieć jakąkolwiek opinię o najsłynniejszych książkach świata. Akurat tą powieść omijam bardzo świadomie ze względu na temat. Czytanie, ma być przyjemnością, a... chyba sami się domyślacie. Właśnie dlatego, że czytanie ma być przyjemnością, przed wielkim dylematem postawiło mnie Wydawnictwo Literackie wydając drugą powieść holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda „Mój mały zwierzaku”. Jego debiut - „Niepokój przychodzi o zmierzchu” - sprawił, że trafił u mnie na listę „must read”. Podekscytowana czytałam informację o jego kolejnej książce. Aż tu nagle zrzedła mi mina. „Mój mały zwierzaku” to strumień świadomości czterdziestokilkuletniego weterynarza zakochanego w czternastolatce. Czytać czy nie czytać? Przeczytałam, bo to Rijneveld. I powiem wam, że gość „pozamiatał”.

Jak już wspominałam książka jest strumieniem myśli, co nie jest obojętne dla formy. Zderzamy się tutaj ze ścianą tekstu. Będę szczera, nie lubię takiego pisania, jednak tutaj taki kształt powieści jest jak najbardziej uzasadniony. W takich wyzwaniach wychodzi kunszt pisarza (a pewnie i tłumacza) Marieke Lucas Rijneveld postawił sobie trudne zadanie. W słowotoku narratora płynnie przechodzi pomiędzy różnymi myślami, skojarzeniami. Czasami tworzy zdania, które ciągną się stronami. Brzmi to strasznie, pewnie nieprzystępnie, ale a autor w taki sposób formułuje treść, że przepływamy przez kolejne rozdziały. Jest w nim coś hipnotyzującego, dlatego owa ściana tekstu nas nie blokuje, a przyciąga, „paradoksalnie” zaprasza do zgłębiania książki.

Jednak to co ma robić – i robi – wrażenie to treść. Wchodzimy w głowę chorego człowieka, w której roi się uczucie, którego nie powinno być, które jest nieakceptowalne społecznie, które jest wręcz odstręczające. Autor książki wspaniale gra ową obrzydliwością. Balansuje pomiędzy pięknem – bo tak swoją miłość widzi narrator, który potrafi uroczo wyrażać się o swojej wybrance i mamić czytelników romantycznymi wyznaniami – a ohydą czynu. Do tego dochodzą nieco dziwne, ale pasujące do „okoliczności przyrody” weterynaryjne porównywania – czasami czułam się, jakbym oglądała „Niesamowitego doktora Pola” w akcji – oraz szerokie nawiązania do kultury (również tej popularnej), filozofii oraz biblii.

To wszystko tworzy oszałamiający, a nawet osaczający efekt i sprawia, że powieść „Mój mały zwierzaku” jest piękna w swojej obrzydliwości. Jest też to książka trudna, aczkolwiek Marieke Lucas Rijneveld swoim wyjątkowym talentem i pisarską intuicją tworzy coś co hipnotyzuje, porywa czytelnika. Ta powieść ma w sobie gros elementów, których w literaturze nie lubię, które uważam za zbędne „gwiazdorzenie”, ale tu są na swoim miejscu i bez nich powieść nie robiłaby tak oszałamiającego wrażenia.


[Egzemplarz recenzencki]

"Żona" Shalini Boland

"Żona" Shalini Boland

Zoe nie szła do ołtarza w przysłowiowych skowronkach. Krotko przed ceremonią straciła przytomność i przysięgę składała nieco oszołomiona. Pomimo „wpadki” przeżyła z mężem szczęśliwe dziesięć lat. Para organizuje rocznicowe przyjęcie. Dla Zoe to stresujący czas. W związku z wydarzeniem doszło jej wiele obowiązków, a rodzina i przyjaciele... Ci zaczynają się dziwnie zachowywać. Kobietę nachodzą wątpliwości, czy owe oszołomienie w dniu ślubu, było jedynie efektem nieszczęśliwego wypadku.

Shalini Boland napisała thriller, którego akcja opiera się na odkrywaniu skrawków wspomnień, a bohaterkę prowokują do tego przeczucia. „Mam poczucie, że dzieje się coś złego, ale jeszcze nie wiem co.”1 myśli Zoe. I właściwie na tym autorka buduje rzekome napięcie w książce. Na tym, że bohaterce coś się wydaje. Szczerze mówiąc, efekt jest słaby. Większość tych przypuszczeń ma bądź może mieć logiczne wytłumaczenie. Miałam wrażenie, że pisarka wraz z bohaterką wyolbrzymiają ich znaczenie. W efekcie Zoe sprawia wrażenie osoby, która nadmiernie się wszystkim przejmuje, a czytelnik nie traktuje jej obaw poważnie.

W powieści duże znaczenie ma postać siostry Zoe. Wspominam o tym, bo autorka fatalnie poprowadziła jej wątek. Jest to osoba, która wiele lat temu zerwała kontakty z rodziną, a teraz Zoe przypuszcza, że wróciła do rodzinnego miasteczka. W czym problem? Owa siostra jest uznana za zaginioną, a ja nie rozumiem dlaczego. Członków rodziny, w której panie się wychowały łączą bardzo słabe więzi. Autorka nie raz nie dwa podkreśla, że nie byli ze sobą zżyci. Nic więc dziwnego, że dorosła kobieta postanawia pewnego dnia wyjechać i nie chce utrzymywać z nimi kontaktu. Przynajmniej ja tak odebrałam familię, jaką opisała Shalini Boland. Zabrakło mocnych podstaw do zgłoszenia zaginięcia. Właściwie miałam wrażenie, że Zoe zawraca policjantom „gitarę”, bo jej się coś wydaje.

Finał „Żony” jest za to bardzo dynamiczny. Kiedy Shalini Boland postanowiła odkryć wszystkie karty, zrobiła to jak burza. Postarała się nawet o szczyptę grozy. Czy zakończenie było zaskakujące? Biorąc pod uwagę, że za wskazówki miały nam posłużyć krzywe spojrzenia osób otaczających główną bohaterkę to bardzo. Ja nie przepadam za takimi książkami. Lubię w czasie czytania kreować sobie możliwe scenariusze, a tu nie miałam materiału do ich tworzenia. Dodam, że nie wszystkie rozwiązania mnie satysfakcjonują. Chociażby to, dlaczego teraz, a nie wcześniej wypłynęły pewne sekrety. To co zaproponowała Shalini Boland jest na swój sposób logiczne, ale mało ekscytujące.

W powieści „Żona” zabrakło mi napięcia. Doczytałam ją do końca, bo byłam ciekawa co wydarzyło się w dniu ślubu głównej bohaterki. Przypuszczałam, że „coś” musiało, bo inaczej byłaby to książka o rozhisteryzowanej babie. Jeżeli miała by się ona komuś spodobać, to raczej czytelnikom powieści obyczajowych, którzy nabrali ochoty na coś odrobinę mocniejszego. Obawiam się, miłośnikom thrillerów czegoś w niej zabraknie.

1 Shalini Boland, „Żona”, przeł. Dorota Malina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022, s. 166.


Wpis powstał przy współpracy z wydawnictwem.

"Historia syna" Marie-Hélène Lafon

"Historia syna" Marie-Hélène Lafon

Kiedy słyszymy określenie „saga rodzinna” wyobrażamy sobie opasłe bądź wielotomowe dzieło. A gdybym zaproponowała wam sagę na niecałych 200 stronach? Zerkacie na mnie z powątpiewaniem? Zapytam się więc was: Kto pisarzowi zabroni? Marie-Hélène Lafon – francuska autorka – w bardzo oszczędnej formie opisała historię trzech pokoleń. Książka ma tytuł „Historia syna” i jest przykładem ile bogactwa tkwi w oszczędności.

Jest to opowieść o niechcianym synu, nieobecnej matce i nieznanym ojcu. Pewnie podobne zdanie znajdziecie w innych opiniach o tej książce, ale to właśnie ono najlepiej opisuje jej fabułę. Mamy tu bohatera oddanego pod opiekę ciotce. Otoczonego miłością, ale jednak odczuwającego nieznajomość swojej tożsamości.

Historię tej... rodziny (nie, to złe określenie). Chyba lepiej napisać tych trzech – nieco rozproszonych – pokoleń. Lepiej zacznę od nowa. Opowieść tą zlepiamy ze skrawków wspomnień. W każdy rozdziale autorka oddaje głos któremuś z bohaterów. Ten (lub ta) relacjonuje to co wie, to co widział. Okrasza to przemyśleniami, a czasami dodaje luźne dygresje. Czytelnik, niczym dziennikarz śledczy, musi wysłuchać, wyłuskać co istotne i ułożyć te „puzzle”.

Już od pierwszych zdań czujemy, że „Historia syna” to powieść wyjątkowa i trudna. Na „dzień dobry” Marie-Hélène Lafon serwuje nam rozdział, gdzie główną rolę grają zapachy. Jest to niesamowity sposób poznawania części „aktorów” tej historii. Nie przez zmysł wzroku (czy raczej wyobraźni), czyli opisów wyglądu, a przez zmysł zapachu, czyli opisów aromatów jakie te osoby otaczają.

To właśnie językiem oczarowała mnie ta powieść. Dzięki niemu zachwyca ona prostotą, ale też staje się czymś wykwintnym. Wydłubujemy z niego elementy fabuły, jak rodzynki z pysznego serniczka. Smakowita, delikatna, nieco liryczna proza. Coś dla prawdziwych smakoszy.

Literatura prze-piękna, literatura wysoka, literatura ambitna, a przy tym prosta i oszczędna. Chciałby się wykrzykiwać peany na cześć „Historii syna”, jednak sama książka jest tak skromna, że nie wypada urządzać przy niej dzikich wrzasków. Elegancka, z klasą, Dama wśród powieści.

Copyright © Asia Czytasia , Blogger